~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 30 września 2008
497. O przemilczanym i (prawie) niezauważonym - czyli: Że znów jestem nieco starszy...

   

                    „Których nam nikt nie wynagrodzi

                    i których nic nam nie zastąpi,

                    lata − ojczyzno złej młodości,

                    trudnej starości dniu narodzin”

                                        [Krzysztof Kamil Baczyński].

  

Czytam raz jeszcze ostatnie życzenia − te sprzed roku. Być może w przyszłym znów na nie zasłużę...

  

poniedziałek, 29 września 2008
496. O zazdrosnej niemocy - czyli: Jak dniami mierzone blogi innych potrafią być bogatsze od moich lat...

  

„Wszędzie ludzkie istoty żyły, oddychały, próbowały odczuć przyjemność lub rozwinąć tkwiący w nich potencjał. Na każdym piętrze ludzkie istoty czyniły postępy lub próbowały czynić postępy w integracji społecznej, seksualnej, zawodowej czy kosmicznej. »Pracowali nad sobą«, jak mówi to powszechnie używane wyrażenie. Jemu natomiast chciało się trochę spać; o nic już nikogo nie prosił, niczego nie poszukiwał, nigdzie już nie był; powoli i stopniowo jego duch wędrował ku królestwu niebytu, ku czystej ekstazie nieobecności na świecie”

   [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

22:05, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 27 września 2008
495. O "Wielkim Błękicie" - czyli: Ku pamięci jednego i zapomnieniu drugiego...

  

Miał to coś. Na początku bezradną wściekłość albo szelmostwo chuligana, pod koniec straceńczą rezygnację i pogodę mądrości. Nieuchwytność męskiego magnetyzmu. Fascynujące było obserwować, jak pięknie się starzeje − ten, którego niegdyś, zapatrzony w cukierkowe twarze z okładek, miałem za nieco „kanciastego”, zbyt surowego z tą jego skrywaną brutalnością. Zawsze jednak przykuwał uwagę tak, że nie można było oczu od niego oderwać. I właśnie oczy miał niezapomniane.

Dziś lazur jego spojrzenia roztopił się w niebie na wieczność. Bo Paul Newman nie żyje… 

   

                    „Otchłanie oczu chłopięcych. Lotu łuki!

                    Dla płonących dusz − wody lustro. 

                    Oazy − żeby każdy łyknął i upił, 

                    I żeby zachłysnął się pustką”

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. J. Salamon].

  

Zachowywałem dotąd tę strofę z myślą wykorzystania jej w zupełnie innych okolicznościach − miała mówić o mojej miłości, o urzeczeniu zakochaniem; miałem wreszcie to poczuć albo też zdobyć wzajemność. Ale jestem już nieco dojrzalszy i zmieniły mi się priorytety, nadzieje i pisarskie strategie…

  

czwartek, 25 września 2008
494. O swojej gotowości i domaganiu się - czyli: Na co nie zasłużyłem...

  

„Zastanowił się, ile lat potrzebują mężczyzna i kobieta, by się poznać, i doszedł do wniosku, że mogą przeżyć ze sobą całe życie i nigdy się nie poznać lub spojrzeć na siebie jeden jedyny raz i wyczytać w swym wzroku − słowa ze sobą nie zamieniwszy − rozpacz, wzruszenie, potrzebę. Aby poznać osobę, z którą dzieli się życie, nie potrzeba czasu, tylko uczucia: zainteresowania, oddania, dobrych chęci. Trzeba okazać sympatię i gotowość, i dzielić się uczuciami, wszystko jedno jakimi. Trzeba odgadywać, co wzrusza drugą osobę, i towarzyszyć jej w nieszczęściu, nawet jeśli nieszczęściem nazywa ona zwykłe przeciwności losu, a dopustem bożym − mało znaczące niepowodzenia, pozbawione jakichkolwiek następstw. Wcale nie trzeba czekać, aż upłyną lata, by poznać się wzajemnie poprzez nawyki: wystarczy wyczuć to coś, co sprawia, że usta drżą i wilgotnieją oczy − nawet jeśli nic nie zakłóca milczenia z brązu ani nie mąci powietrza zastygłego w światłocieniu pokoju ogołoconego ze śmiechu”.

          [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

wtorek, 23 września 2008
493. O tym, czego już nie napiszę...

  

…a przecież należałoby chociaż wspomnieć o swoim wzruszeniu przy filmie Monster’s Ball, albo o tradycyjnie irytującej brakiem profesjonalizmu gali finałowej 33. FPFF w Gdyni, czy też o nadzwyczaj udanej ceremonii wręczenia Nagrody Mediów Publicznych „Cogito” − zwłaszcza muzycznie ciekawej, bo teraz dopiero, „słuchając na żywo”, udało mi się jakoś zbliżyć do rozumienia fenomenu Marii Peszek i zespołu Czesław Śpiewa…

…albo też o moim czytelniczym uciekaniu się w te światy tak fascynująco dalekie, w Praską orgię Philipa Rotha i Bohemę Dana Francka: „Rozumiał tych ludzi − wolnych i żyjących jak sztubacy, niemających obowiązków ani społecznych, ani rodzinnych, tak ciążących szanowanym, mieszkającym na dole, z dala od Butte, obywatelom. Tutaj rodziną była tylko rodzina przyjaciół. A stres moralny określało życie artysty: rozpasane ponad wszelkie normy” [Przeł. H. Andrzejewska i M. Braunstein]…

…o zimnej pościeli w nieogrzewanym pokoju, która spycha w zapomnienie gorące kiedyś przyśnienia, i o zażenowaniu, gdy sami sobie robimy zdjęcia, usiłując przy tym jeszcze się uśmiechnąć − naoczne świadectwo naszego towarzyskiego upadku…

…także o swojej życiowej nieporadności i aplikacjach wysyłanych z rezygnacją, bo żadna psychoterapia nie uleczy z braku kwalifikacji do godziwej płacy, i nie pobudza do życia dla siebie, gdy chciałoby się czynić starania dla drugiego i w tym tylko upatruje sensu dalszego trwania…

  

…i jeszcze o tym, jak straszliwie mnie boli, jak daremnie czekam i jak wyzbywam się… Ale nie. O tym już nie napiszę. Nie o tym…

  

niedziela, 21 września 2008
492. O błędach nie do wybaczenia - czyli: Że wciąż pragnę zbyt mocno...

  

„Miłość można dać i można ją otrzymać. Nie można tylko jednego: szantażować miłości. A tego najczęściej nie wiedzą ci biedacy i nieszczęśliwcy, którzy są złaknieni miłości.

To oczywiste, że człowiek albo kocha, albo jest kochany: ten prąd zmienny wytwarza natura z nieubłaganą konsekwencją. Najdoskonalsza i najszczęśliwsza forma harmonii jest wtedy, kiedy jedno bez specjalnego buntu godzi się na to, by drugie go kochało. W końcu natura jest także łaskawa: prawda, że nigdy nie pozwala, by kochał ten, od którego tego oczekujemy, ale zgadza się, byśmy bezgranicznie kochali tego, który nas nie kocha. Tylko na jedno nie daje zgody: byśmy łzami, oskarżeniami, atakiem lub błaganiem wymuszali miłość na drugiej osobie. Jeszcze można wyłudzić tkliwość czy namiętność, ale miłość jest suwerenna” [Sándor Márai, Księga ziół. Przeł. F. Netz].

   

21:02, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
sobota, 20 września 2008
491. O potrzebie (i nieumiejętności) zmiany - czyli: Dlaczego odstraszam sobą...

  

…„ludzie tacy jak on mają zawsze tylko wybór między jednym ślepym zaułkiem a drugim, powiedziałem do siebie, nigdy nie mogą już umknąć temu mechanizmowi ślepego zaułka. Przegrany urodził się już jako przegrany, pomyślałem, zawsze był tylko takim przegranym − kiedy dokładnie przyjrzeć się otoczeniu, trzeba stwierdzić, że owo otoczenie składa się niemal wyłącznie z takich przegranych, powiedziałem do siebie, z takich ludzi ślepego zaułka (…). Wciąż mamy do czynienia z takimi przegranymi, z takimi ludźmi ślepego zaułka, powiedziałem do siebie, prąc pod wiatr. Z największym trudem udaje nam się uratować przed tymi przegranymi, tymi ludźmi ślepego zaułka, owi przegrani bowiem, owi ludzie ślepego zaułka, dają z siebie wszystko, żeby styranizować swoje otoczenie, uśmiercić swych bliźnich, powiedziałem do siebie. Niby tacy słabi, ale właśnie dlatego, że tak słabej są konstrukcji i konstytucji, mają siłę wywierać niszczący wpływ na otoczenie, pomyślałem. W stosunku do otoczenia i do swoich bliźnich zachowują się bezwzględniej, powiedziałem do siebie, niż początkowo sobie to wyobrażamy, a gdy wpadniemy na to, co ich napędza, na ich pierwotny mechanizm przegranego, mechanizm człowieka ślepego zaułka, jest już zazwyczaj za późno, żeby im umknąć, każdego wciągną w swoją przegraną, w swój ślepy zaułek, powiedziałem do siebie, każda ofiara jest dla nich dobra (…). Własne nieszczęście, własny mechanizm przegranego, obracają we własny największy kapitał, (…) nawet jeśli w końcu kapitał ten praktycznie na nic im się oczywiście nie przyda”

                    [Thomas Bernhard, Przegrany. Przeł. M. Kędzierski].

  

20:56, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 18 września 2008
490. Explicatio

 

To wszystko tutaj jest, oczywiście, prawdą − autentycznym przeżyciem cierpienia, doświadczonym bólem. Nie stanowi jednak o mnie całym. Jest bowiem także szczególnego rodzaju kreacją − wyrzuceniem z siebie, odreagowaniem, prywatną psychoanalizą. Stąd właśnie te wszystkie patetyczne strofy i fragmenty, które wyrwane ze swych pierwotnych kontekstów mają mówić za mnie − nie da się ich tak dokładnie przytaczać pod wpływem jedynie chwili i emocji. Dowodzić one mają, obok głębokiego utożsamienia z tym, co literackie, także daleko posuniętej rezerwy wobec siebie samego − z właściwym sobie umiłowaniem paradoksów i sprzeczności myślę, że jedno współistnieć może z drugim (choć prawdopodobne też, że nieświadomie przekraczam granice obu tych postaw − idealizm mieszałby się wówczas z czymś na kształt cynizmu. Nie wydaje mi się jednak, bym utracił kontrolę − jeszcze nie). W każdym razie, płaczę tutaj, żeby nie płakać tam, poza tym miejscem. Bo mam też inne oblicze − a przynajmniej taką nadzieję…

  

„Mamy tu niewątpliwie do czynienia z procesem przetwarzania materii życia w fikcję literacką: opis pozwala przenieść wydarzenie do innego planu rzeczywistości i postrzegać je z większym dystansem. To dlatego obracamy w końcu w literaturę całe swoje życie”

          [Marina Mayoral, Życie oddać i duszę. Przeł. M. Szafrańska-Brandt].

  

I gdyby tak jeszcze zdarzyły się kiedyś jakieś dni promienne, jakieś beztroskie, wspólnie na zabawie i rozmowie spędzone godziny, gdybym dostał to, na co tak czekałem, to chyba nawet Jego umiałbym do siebie przekonać. Gdyby kiedyś…

  

wtorek, 16 września 2008
489. Donatio

   

                    „Tę ostatnią już rocznicę świętuj”…

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. S. Pollak].

  

Wrzesień był wtedy cieplejszy, więcej też obiecywał. Zaraz po naszym pierwszym spotkaniu kupiłem Mu książkę, której bezskutecznie poszukiwał. To już rok, jak nie udaje mi się mu jej przekazać. Miał to być pierwszy w moim życiu prezent, jaki komuś sprawię, a dziś jest mi niczym wyrzut sumienia. Ciekawe, czy On jeszcze pamięta, że chodziło o Dzienniki Sylvii Plath…

  

Wiem, że nie powinienem o tym pisać, ale o tym, co się teraz w domu i ze mną dzieje, pisać nie jestem w stanie…

  

niedziela, 14 września 2008
488. Le Mépris

   

                    …„Boleści serca i owe tysiączne

                    Właściwe naszej naturze wstrząśnienia”…

                              [William Shakespeare, Hamlet. Przeł. J. Paszkowski].

  

Gryzie mnie wciąż ta nieumiejętność zbliżenia się do innych, a bardziej jeszcze utrata dotychczasowych kontaktów i zmarnowanie szansy na coś wspaniałego, co dopiero mogłoby się zrodzić; dni spędzam w milczeniu, czyniąc sobie w duchu nieustanne wyrzuty − tu mi nie zależało, tu zaś chciałem zbyt mocno. W efekcie wciąż zostaję z niczym, nie otrzymując nawet słowa wyjaśnienia. Nie wolno mi tyle myśleć − wtedy mniej boli…

  

Z mijanej ostatnio grupy „zdziecinniałych dorosłych” z ośrodka specjalnego ktoś wskazuje mnie głośno: „To ten Pan, co jest transwestytą”. Wrażenie, jakie ten − błędnie co prawda − użyty przez upośledzonego umysłowo termin na mnie wywiera. Język napiętnowania w ustach kogoś takiego; moja − nie wiem, jakim gestem czy zachowaniem zasłużona − „sława” w tym przeklętym mieście…

  

Ostatnia wypłata − dziewięćset dwadzieścia trzy złote. Od teraz już brak dochodów. Moja praca w księgarni i chęć, by tam powrócić, wzbudzają tylko kpiny na forach dyskusyjnych, a przecież tylko to spośród wszystkich możliwych zajęć wzbudza we mnie jakieś żywsze uczucia…

Dojrzewanie do myśli, że może i odważyłbym się z kimś zamieszkać (paradoksalnie: z kimś pojedynczym właśnie, bo w żadnej mierze nie w rówieśniczej albo młodszej grupie), wynająć mieszkanie, wydostać się stąd, ale przecież nie znam nikogo takiego, nie umiem „aż tyle” zarobić…

Świadomość, że to, czego się tak boję, dla innych nie stanowi najmniejszego problemu…

  

Codzienne patrzenie w lustro, codzienne upokorzenia…

   

*     *     *

     

Dopisane dzień później:

Przeglądając oferty pracy w Internecie, słyszę z ust mamy: „Pedała to nikt nigdzie nie zatrudni. Na pewno dlatego Cię zwolnili”. Rodzinne wsparcie…

  

piątek, 12 września 2008
487. Et Verbum caro factum est...

  

Piłem dziś mrożoną herbatę w uroczym lokalu w bocznym zaułku przy ulicy Kiełbaśniczej, oglądałem odnowioną fasadę Synagogi Pod Białym Bocianem, po raz pierwszy od kilkunastu lat przemykałem przez zrujnowane perony Dworca Świebodzkiego, śmiałem się z muchy znalezionej w ruskim pierogu, rozmawiałem długo i słuchałem, byłem. A wszystko to za sprawą i w towarzystwie poznanego dzisiaj T. Mało mi wciąż tak udanych dni jak ten, więc tym większa radość, tym pełniejsze życie…

To nieodmiennie ciekawe, jak rzeczywistość wirtualna nabiera konkretniejszych kształtów, odczytywane dotąd słowa przyoblekają się w ciało kogoś realnego, a nasze wyobrażenia zderzyć trzeba z tym, co istnieje naprawdę. I wciąż zaskakuje mnie, że spotkanie z drugim człowiekiem może być prawdziwą przygodą. Zresztą, zawsze nią jest, trzeba tylko odważyć się wyjść jej naprzeciw…

  

środa, 10 września 2008
486. Adršpašsko-Teplické skály

  

Dobrze jest, mimo długich oporów, ulec w końcu namowom, by doświadczyć czegoś nowego: pierwszy raz od lat wyjechać gdzieś wakacyjnie, choćby na jeden dzień tylko, choćby − jak zawsze − z rodzicami; pierwszy raz w życiu przekroczyć granicę państwa, nawet jeśli nie trzeba już zatrzymywać się na niej do kontroli i tak zapomnianych dokumentów. Dopiero czerwone hełmy na kościelnych wieżach i przydrożne tablice informacyjne, szyldy, ogłoszenia w zabawnym języku poświadczają, że rzeczywiście jesteśmy w Czechach (a z każdym kolejnym napisem odżywa we mnie uśpiona dawno żyłka slawisty). Okazuje się, że trawa jest tam tak samo zielona jak w Polsce, a i brzydota urbanistycznego bezładu podobna jak u nas. To jednak, co można zobaczyć w okolicach miejscowości Adršpach i Teplice nad Metují, musi zachwycać, bo dzieła natury są zawsze unikatowe. Człowiek wydaje się przy tym wszystkim tak nieznacząco mały. Jego problemy również…

Spacer po tych kanionach, przeciskanie się wśród wąskich przejść, skakanie po stopniach drewnianych mostków, wspinanie wśród pokrytych mchem głazów miało w sobie coś z utraconego, bo nigdy w pełni niezaistniałego dzieciństwa. Brakowało tylko rówieśników w tym gronie emerytów, paczki wypróbowanych przyjaciół, z którymi zaśmiewalibyśmy się do woli, ale przecież nie można mieć w życiu wszystkiego − któż jak nie ja miałby o tym wiedzieć…

Mimo wszystko warto było przez ten jeden dzień o wszystkim zapomnieć i spróbować wreszcie czeskie knedliczki. Jutro powrót na życiowe niziny… 

   

                    „Down to Gehenna or up to the Throne,

                    He travels fastest who travels alone”

                                        [Rudyard Kipling, Story of Gadsbys].

  

poniedziałek, 08 września 2008
485. Sostenuto

   

Nocną telewizyjną porą skrócony zapis sobotniego koncertu na Ostrowie Tumskim w ramach bieżącej Wratislavii Cantans − bajkowa sceneria, zabawne miny Paula McCreesha, huczne sztuczne ognie i w tym wszystkim zgrzyta sekcja dęta, a z nią cały Händel.

Myśl, że gdzieś wśród tych tłumów jak zwykle mógłby pojawić się On, ja natomiast nigdy nie byłem na żadnym koncercie, w teatrze, na nocnym spacerze… I że już nikt, na kogo bym bezkarnie patrzył z zachwytem, mnie na coś takiego nie zabierze…

  

niedziela, 07 września 2008
484. Emancipatio

  

Wczoraj − w upalny dzień zasypiam pod drzewem. Zawsze po tym boli mnie głowa. Od czasu, gdy straciłem pracę, znowu miewam migreny. Przedtem byłem zbyt zmęczony, by sobie na nie pozwolić…

Budzą mnie jakieś trzaski. Ojciec obcina gałęzie, ja zanoszę je na stos, gdzie później spłoną. Poczucie obcości między nami, brak słów do wymienienia. W jakimś sensie obaj darzymy siebie niechęcią czy raczej krępujemy swoją obecnością. Ja pewnie zawodzę go jako nie dość męski syn, on trochę mnie przeraża jako ktoś tak bardzo męski, silny, typ samca. I jeszcze mój żal, że nie nauczył mnie niczego, niczego nie objaśnił; moje skrępowanie samą jego obecnością…

Staram się jak najszybciej wrócić do domu, bo piknik z rodzicami − bardziej jeszcze niż codzienne z nimi zamieszkiwanie − jest ponad moje nerwy. Nie czekam na ognisko, nie oglądam pożaru na którejś z sąsiednich działek. Tylko załamanie pogody ratuje mnie przed wspólną z nimi jednodniową wycieczką w Karkonosze − dzisiaj.

Za późno już, by coś tu uratować. Najwyższy czas uciekać…

  

Tagi: rodzina
19:28, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 06 września 2008
483. Gleichgültigkeit

  

Podobieństwo słowa „szukać” do „oszukiwać (się)”…

  

Nadzieje nie do spełnienia, tęsknota, co nie znajduje ukojenia, ból zawodu…

Już nie jestem w stanie o tym wszystkim myśleć − dość było myśli przez to puste życie. Nie rezygnuję jeszcze, jestem gotów na to, co przyjść może, ale muszę stłumić coś w sobie, wygasić pewne obszary, nie czekać dłużej. Nie powinno to być trudne − tyle lat w umyśle nie rodziły się żadne emocje, a ciało nie dawało jakichkolwiek sygnałów, że najwidoczniej wmawiam tylko sobie, że czegoś mi brakuje. Trzeba wrócić do obojętności, jeśli przez czas jakiś jeszcze mam wytrzymać…

  

„Weszła do kuchni; na widok miedzianego rondelka, w którym stygł napar, doznała przyjemnego uczucia spokoju. Tak, zrezygnować, umościć się w tym oczekiwaniu na starość, pogodzić się z jej drobnymi, trochę maniackimi rytuałami. Dawne pragnienia i dążenia potłuc na małe lekkostrawne kawałeczki − jak te wieczorne chwile pustki duchowej, jak cienkie strużki naparu, który zaraz przeleje do czarki…”

               [Andreï Makine, Zbrodnia Olgi Arbeliny. Przeł. M. Hołyńska].

  

środa, 03 września 2008
482. Anathema

  

Nieustanne i wyłączne niepowodzenia obezwładniają mnie, ironiczne wobec mojego cierpienia komentarze ranią, brak odzewu boli, brak perspektyw − przeraża. Świat nie oferuje mi niczego oprócz dławienia w gardle i krwawiącego serca; już nawet łzy mi zabrał. Nie potrafię sam sobie z tym poradzić i dlatego właśnie jestem sam − nie każdy dzierży swój los we własnych jedynie rękach, a nikt nie chce pomagać w noszeniu czyjegoś krzyża. Ludzie mają swoje życie i bywają nawet tak szczęśliwi, że wolą zapomnieć o przygnębiających ich nieszczęśnikach…

Umrę tutaj − w tych czterech ścianach i na tych stronach. Umrę na długo przedtem, zanim wreszcie poderżnę sobie żyły…

  

„Pan ześle na ciebie przekleństwo, zamieszanie i przeszkodę we wszystkim, do czego wyciągniesz rękę, co będziesz czynił. (…) Niebiosa, które masz nad głową, będą z brązu, a ziemia pod tobą − żelazna. (…) Pan dotknie cię obłędem, ślepotą i niepokojem serca. W południe będziesz szedł po omacku, jak niewidomy idzie po omacku w ciemności, w zabiegach swoich nie będziesz miał powodzenia. Stale będziesz napastowany, ograbiany, a nikt cię nie będzie ratował. Zaręczysz się z kobietą, a kto inny ją posiądzie; zbudujesz dom, a nie będziesz w nim mieszkał; zasadzisz winnicę, a nie zbierzesz jej owoców. (…) Zawsze będziesz gnębiony i uciskany. Dostaniesz obłędu na widok, jaki się przedstawi twym oczom” [Księga powtórzonego prawa XXVIII].

  

poniedziałek, 01 września 2008
481. Bonjour Tristesse (I)...

  

„Sebastian, poważny jak starej daty prokurator o spojrzeniu młodego wdowca. (…) Był zasadniczy jak stary madziarski majordomus, nie pozwalał sobie na żarty i nie lubił, gdy mu je robiono. I chyba nie miał przyjaciół. (…) Na pewno nie miał dziewczyny, bo to od razu widać. Sebastian spoglądał bowiem smętnie, jak ktoś, kto tęskni za miłością lub żyje oczekiwaniem. (…) Claudii nie dawały spokoju jego matowe, potulne oczy − oczy mężczyzny pokonanego. U dwudziestopięciolatka. (…) W wolnych chwilach czytywał książki lub gazety, najczęściej czasopisma literackie. (…) Na to właśnie szło gros jego pensji, niezbyt zresztą wysokiej (…). O tak, Sebastian był dobrym chłopcem. Gdyby nie te oczy wdowca…”

          [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

Być może cała zagadka zamyka się właśnie w tym spojrzeniu − w wyrytym na mej twarzy dojmującym smutku, który wyziera nawet spoza przyciemnianych okularów, przebija się przez drżący ze zdenerwowania głos, uwidacznia w każdym, z góry naznaczonym rezygnacją geście. W smutku, stwarzającym przy tym pozory czegoś w rodzaju zaciętości, dumy albo gniewu, budującym zatem mury nie do przebicia, skrywającym myśli, odstraszającym bardziej niż skutecznie, skazującym na wieczną jednorazowość − mym jedynym i wiernym towarzyszu… 

   

                    „Dzień dobry smutku

                    Kochanku ciał powabnych

                    Dominanto miłości

                    Której urok urasta

                    Jak bezcielesny potwór

                    Głowo z nadziei wyzuta

                    Smutku o pięknej twarzy”

                                        [Paul Éluard, La vie immédiate].

  

Archiwum
Tagi