~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 30 września 2009
681. Ventinove...

  

Z każdym rokiem mniej życzeń. I tyleż w tym skargi co próby sprowokowania kolejnych, dokonania wymuszenia na cudzej pamięci. A przecież i tak nic się nie spełnia, prawie nikt nie pamięta. Ja też bym najchętniej zapomniał…

  

Te wszystkie oby, trzeba mieć nadzieję, może kiedyś… Za późno już będzie – kiedyś. Potrzebne jest teraz, jeśli mam się uratować…

  

22:22, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 28 września 2009
680. The Better...

  

Lekturę kolejnego Somozy, wcześniejsze chodzenie spać i wstawanie o zimnym poranku, spotkanie z wiewiórką w pustej alejce po drodze do pracy i podniesienie z ziemi kasztana podczas powrotu do domu, wełnianą marynarkę i szaliczek z wiskozy pod szyją, odkrycie, czym jest Skype i pierwszą, sześćdziesięciopięciominutową rozmowę za jego pośrednictwem, spacer wirtualny z Anią po Hamburgu i nudę roboty biurowej – wyraziłbyś dziesięć razy lepiej ode mnie, tak, że najmniejszy nawet drobiazg stałby się poezją światoodczuwania. Tego jednego właśnie nie można Ci ciągle przebaczyć – żeś pozbawił nas swego pisania. I że pisałeś tak boleśnie…

  

sobota, 26 września 2009
679. Soledad...

   

                              „I znów zaczyna się

                              przeszłość”

                                                  [Tadeusz Różewicz].

  

Jest tak, jak pomiędzy siódmym a dwudziestym siódmym rokiem życia, gdy wychodziło się z domu jedynie do szkoły, liceum, na studia, a poza tym nic więcej, żadnych znajomych, spotkań, rozmów, żadnych wrażeń, doświadczeń, podróży, rozrywek i przygód. Choć teraz to i tak mały postęp, bo raz na kilka miesięcy przecież, przez godzinę, przez trzy czyjaś twarz, uśmiech czyjś, czyjeś słowa. I praca tymczasowa, nareszcie, jakaś, po rocznej przerwie równo. A poza tym każdy dzień taki sam jak poprzedni, w tym samym przeklętym miejscu, bez widoków na swoje marzenia. I jutro znowu to samo. I zawsze – samo… 

  

„Juan bał się samotności, nie potrafił z nią żyć. Nie chciał spędzić samotnie choćby jednej nocy. Był kaleką, wiedział o tym, nie mógł jednak nic na to poradzić. Doktor Vallejo, który zdiagnozował mu tę fobię i próbował bez-skutecznie go z niej wyleczyć, przekonywał, żeby się z nią pogodził – tak jak chromy musi się pogodzić z kuśtykaniem – by nie przywiązywał do niej wagi, w przeciwnym razie przemieni się w neurotyka. Istniały leki, które mogły ulżyć jego udręce, ale by go z niej nie uleczyły, co najwyżej wpędziłyby niepotrzebnie w uzależnienie. No więc Juan pogodził się i z tym – tak jak godził się na wszystko, bo wcześniej czy później zawsze poddawał się losowi – wiedząc, że nigdy nie zrozumie faktu, iż przeznaczeniem człowieka jest nauczyć się przebywać sam na sam ze sobą i czuć się dzięki temu wolnym. Jego życie było ciągiem ustępstw, chodzeniem w jarzmie; na dodatek płacił za to wygórowaną cenę, jaką jest nieumiejętność stawienia czoła samotności. Cóż jednak było robić?

           [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

czwartek, 24 września 2009
678. A desert island - czyli "Nic o mnie nie wiecie"...

  

Postępujące oswajanie się z nowym otoczeniem i obowiązkami, przywykanie i rutynizowanie, choć wciąż wahań wiele i na każdym kroku niejasności, do tego przerażenie czarną magią informatycznego systemu i procedurami. I jeszcze dzwonić przy innych wstyd, do współpracowników nie ma o czym zagadać, rozmowom prywatnym tylko się przysłuchuje, na żarty jedynie uśmiechem odpowiada. Milczy się i nie ma z nikim nic wspólnego. Ale tu, w środku – dzieje się. Tylko kto to zrozumie…

   

                    „Tak jak po wodzie długonogi owad, 

                    Tak po ciszy sunie jego myśl”

                                        [William Butler Yeats. Przeł. S. Barańczak].

  

wtorek, 22 września 2009
677. O tym, że uśmiech na twarzy o niczym nie świadczy...

  

Przeniknęła we mnie jakaś próżnia. Nie zadowala mnie nic z tego, co się teraz dzieje. (…) Pewne sprawy są chyba bezpowrotnie stracone. Może to właśnie świadczy o realności czasu minionego.

(…) Nie jestem spokojna. Nie potrafię uwierzyć w to, co właśnie mi się przydarza. (…) Przestaję rozumieć konieczność ukrytą za tym, co robimy, co robi każde z nas. Jesteśmy zaledwie kaprysem, jednym kaprysem po drugim. Czemu nie możemy przystać na to, że nasze życie jest puste, tak puste jak zamieszkiwana przez nas pustynia, i nie możemy go spędzić, licząc owce albo zmywając filiżanki, z radością w sercu? Nie pojmuję, dlaczego historia naszego życia ma koniecznie być ciekawa. Namyślam się ponownie nad wszystkim.

(…) W czym leży moje własne zepsucie? Namyśliwszy się bowiem przez chwilę, z pewnością dalej będę robić swoje, jak dotąd. Może brak mi stanowczości, żeby stawić czoło nie tyle nudzie garnków, patelni i tej samej poduszki co noc, ile historii tak nudnej, kiedy ją opowiadać, że równie dobrze mogłaby to być historia milczenia. Brak mi odwagi, by przestać mówić, by na powrót rozpłynąć się w ciszy, skąd przyszłam

            [John Maxwell Coetzee, W sercu kraju. Przeł. M. Konikowska].

  

niedziela, 20 września 2009
676. Del amor y otros demonios...

  

Zaskakująca ta codzienna lekkość, z jaką idzie się do pracy i wraca z powrotem do domu, nie zważając wcale na zmęczenie, to błyskawiczne przywyknięcie i z biurem oswojenie. Łapię się wciąż ostatnio na maszerowaniu z uśmiechem. Mijam rano odprowadzane przez rodziców do przedszkoli maluchy, kurczowo ściskające pod pachą swoje pluszowe zwierzątka, i grupki gimnazjalistów bądź licealistów – niektórzy jeszcze w krótkich spodenkach i białych butach. Spoglądam na nich ukradkiem, bo strasznie mnie takie klimaty kręcą. Na więcej nie mogę sobie pozwolić, więcej mi się nie należy…

  

Dopiero w weekend gorsze chwile, trudne pojedyncze godziny. Myśl o znajo-mych i tych, których nigdy nie spotkasz. I kilkakrotnie to niedobre, egoistyczne, niesprawiedliwe oskarżenie: że to, co mają inni, należy się tobie, że bardziej na to zasługujesz, że ktoś ukradł ci twoje życie – to, jakie mogłoby być…

  

Już tylko w niedzielę czas jest coś poczytać. Najgorętsze lato Zsuzsy Bánk. Opowiadania o utracie. Przy kilku stają mi łzy w oczach i nie wiem – zasługa to samych tekstów czy dzisiejszy stan ducha…

  

Nie chcę iść jutro do pracy. Niczego już nie chcę, wciąż zbyt wiele pragnąc…

  

czwartek, 17 września 2009
675. "Tylko guziki nieugięte"...

  

Nad grobami polskich oficerów spór o wyższości ludobójstwa nad zbrodnią wojenną – podobno to w imię prawdy historycznej i pamięci o przeszłości. Licytowanie się na wielkie słowa i oskarżanie o zdradę. Kompletna ignorancja właściwa tak zwanym „prawdziwym patriotom”. Wstyd wreszcie i niesmak z powodu tego wszystkiego…

  

Kilka dni temu oglądam Katyń (Polska’2007) Andrzeja Wajdy. Film nie bez wad, a przecież wielki i ważny – wszystkie zresztą pretensje wobec niego bledną podczas seansu. Ta kobieca (nieoczywista przecież) perspektywa, złożoność postaw, obraz podwójnie mordowanego narodu w kleszczach dwóch totalitaryzmów – poddanego fizycznemu wyniszczeniu i upokorzonego kłamstwem… Nie można było tego inaczej nakręcić, nikt inny by się za to nie wziął…

  

wtorek, 15 września 2009
674. Stigmatic...

  

Te zdjęcia z soboty… Przymrużone oczy, dołeczki w policzkach, złoto-lniane włosy. I wzmagająca się w spojrzeniu melancholia, surowość, dystans, usilne zajmowanie czymś rąk, mniej lub bardziej świadome pozowanie, granie jakiejś roli – choćby przed sobą jedynie… Wszystko to już wtedy…

  

„Jakże podobni byliśmy jako dzieci do nas samych, gdy już dorośliśmy” [Julia Glass, Trzy czerwce. Przeł. E. Zychowicz].

  

21:36, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 13 września 2009
673. Celebration - czyli „She’s The One”...

  

Podwójnie urodzinowe spotkanie z Anią we Wrocławiu. Zbyt krótko, ale za to intensywnie: wyszukany obiad w naleśnikarni Pastelowej, przeglądanie zdjęć z dzieciństwa w herbaciarni K2, posiedzenie w Empiku w Renomie, śmianie się, gadanie, trzymanie za rękę na ulicach, obopólny pocałunek w policzek przy rozstaniu – moje kolejne pierwsze razy… Nasze pociągi odjeżdżają w ciągu kilku minut z tego samego peronu, lecz w przeciwnych kierunkach. Spotkają się jeszcze nieraz…

Tęsknię, czekam, uśmiecham się…

  

„Świadomość, że istnieje ktoś, kto nas bez względu na konieczne ofiary nie zostawi samych, czyni życie bardziej stabilnym i rozwija w człowieku poczucie solidarności”

          [Slobodan Selenić, Zabójstwo z premedytacją. Przeł. M. Petryńska].

  

czwartek, 10 września 2009
672. My shitty job - czyli "Kniha smíchu a zapomnění"...

  

Brakuje teraz czasu na cokolwiek. Wstaje się po szóstej, w drodze do pracy trzeba wstąpić do piekarni po precelka, po półgodzinnym szybkim marszu jest się o ósmej na miejscu. Po wszystkim wychodzi stamtąd o szesnastej, obiad je przed siedemnastą, siada do komputerowego kursu angielskiego, a tu już „Fakty” i kolacja, i myć się, i kłaść spać trzeba. Dojeżdżając przez dziewięć lat do Wrocławia można było przynajmniej poczytać coś sobie w pociągu… Nieustannie odliczam dni pozostałe do weekendu, a ten najbliższy będzie wyjątkowy…

  

Zdarza mi się wykonywać czyjeś polecenie, przeglądać coś, szukać, wypisywać, ale zazwyczaj nie wiem, co dokładnie robię. I wielce mnie to „zagubienie” bawi… Rysuję tabelki i wykresy, wysyłam faksy, wpinam kontrakty i zlecenia do segregatorów. Największym zaś plusem może okazać się dzwonienie z pytaniami i prośbami o potwierdzenie zamówień do dostawców – przestaję bać się telefonów, choć głos drży mi nadal…

  

Dziś jednak nudy zupełne. Przeglądam katalogi z etykietami, by zorientować się, cóż takiego my w ogóle produkujemy. My. Płyny i mleczka do czyszczenia szyb, mebli, podłóg, mycia naczyń, prania dywanów, koncentraty do płukania tkanin, odplamiacze, wybielacze, mydła w płynie, żele do WC i pod prysznic, płyny do chłodnic samochodowych… Ciekawsze nieco są nazwy kompozycji zapachowych, te wszystkie śmieszne „owocowe ogrody, konwaliowe bukiety, wiosenne kwiaty, letnie bryzy, alpejskie marzenia, oceany zmysłów, górskie orzeźwienia, zielone jabłuszka, błękitne laguny, lawendowe sny”… Taka poezja chemii gospodarczej…

  

We wtorek wieczorem wyciek chloru i niepokój w całym mieście. Tylekroć sprawdzany system alarmowy nie zdaje egzaminu. Wczoraj podkpiwamy z tego w pracy, a dziś – podczas naprawy – każą nam na wszelki wypadek wyciągnąć maski przeciwgazowe. To też jest przedmiotem żartów – cóż innego pozostaje. Żyjemy w cieniu bomby. Nie sposób wciąż o tym myśleć i nie sposób zapomnieć…

  

wtorek, 08 września 2009
671. O tym, że nie...

  

Warto żyć?

– Dla pierwszej młodości, na pewno.

Co w niej jest?

– Zdolność do przerabiania wszystkiego na przyjemność. Nie tylko tego, co jest przyjemne z natury czy w powszechnym rozumieniu tego słowa, ale nawet ciężkiej pracy, która na przykład w moim wieku może być udręką. Jest w niej zmysłowość, te wszystkie nic niekosztujące rozkosze młodej, niezawodnej biologii, sensualizm połączony z nadziejami na wszystko.

Jest w niej prawo do każdego wyobrażenia o sobie. Do oddawania się marzeniom, których spełnienie nie jest nawet prawdopodobne. W wieku 30 lat, jeśli się nie jest idiotą, to do pewnych marzeń nie ma się już prawa.

Wtedy zaczyna się druga młodość mężczyzny?

– I wbrew pozorom wcale nie jest dobrym okresem. To czas lęków, pierwszych porażek, nietrafionych uczuć, już pełnej odpowiedzialności za siebie i czasami za bliskich, której nie zawsze jesteśmy w stanie sprostać, decyzji, których już nie możemy odwlekać, bilansu wstępnego, w którym winien i ma najczęściej się nie równoważy. W pierwszej młodości mamy prawo żyć złudzeniami, w drugiej już nie.

Co było porażką?

– Strata czasu już nie do odrobienia. Mam to w genach. I życie na marginesie życia. Jakbym się nie starał, życie wymiatało mnie z centrum na peryferie. Nigdy nie byłem w ogniu wydarzeń, cokolwiek i gdziekolwiek by się działo. (…)

A wiek dojrzały?

– Owszem, rozświetlają go pasje, namiętności i czasami idee, ale nie w moim przypadku. Wpadłem wtedy w okres mizantropii, niespełnienia i – jakkolwiek by się przed tym słowem bronić – pustki. (...)

Dźwignęła mnie próba pisania. I przypadek. (…) W ogóle jak patrzę wstecz na swoje życie, to ono było nieudane tylko tam, gdzie zależało ode mnie; gdy zależało od okoliczności, miałem się dobrze.

Jest pan spełniony?

– W moim wieku?! Pani żartuje.

Dlaczego miałabym?

– Starość zaczyna się (...) po sześćdziesiątce i nie niesie sama w sobie żadnych lub prawie żadnych wartości. Irytuje mnie gadanie, że młodość ma swoje zalety, a starość swoje. Tak mówią ci, którzy jej jeszcze nie zakosztowali, lub tacy, którzy uważają, że każde ludzkie doświadczenie, nawet ostatnie stadium raka, nas uszlachetnia i wzbogaca. To nonsens biorący się czasami z najlepszych intencji. (...)

Nie, nie widzę żadnego sensu, piękna ani żadnej prawdy w starości, chorobie, przemijaniu, biedzie, jaka się do nich dołącza. Nie potrafię w niej dostrzec niczego poza nieodległym i przewidywalnym końcem, który jest zawsze katastrofą. W tym kontekście rozpatrywanie spełnienia czy niespełnienia jest ponurą ironią. (...)

Piękno jest tylko domeną młodości?

– Duchowe w żadnym wypadku, fizyczne złożone z miary, proporcji, kolorytu, wdzięku, blasku – chyba tak.

Nie wierzę, że naprawdę kres piękna młodości uważa pan za »apokaliptyczną tragedię«.

– Zgadzam się, to arogancki pogląd. (...) nazywanie tragedią pierwszej zmarszczki nawet na najpiękniejszej twarzy jest nieprzyzwoite. Dlatego pogląd ten skrywam głęboko, ale jak pani słyszy, czasami bez powodzenia.

Bo pan tak czuje.

– No, niestety. (...)

Jest pan mężczyzną czułym?

– Tak. Do przesady. Ale (...) w czułości nie ma nic optymistycznego i w istocie zdrowego. Element niepewności, smutku i bezsilności wobec bezprawia istnienia jest rdzeniem, samą naturą czułości. (…) Zdarza mi się obdarzać czułością, nie współczuciem, a czułością właśnie, kogoś, kogo przez chwilę widzę na tramwajowym przystanku, kiedy mijam go autem. W ułamku sekundy, bo przecież nie trwa to dłużej, wyczuwam w tym człowieku jakiś smutek, bezbronność, opresję, lub on mnie o tym zawiadamia. Fizyczny ból atakujący mnie, kiedy na światłach zatrzymuję się obok lory po krawędzie wypełnionej poranionymi końmi wiezionymi do włoskich rzeźni, jest czułością tym bezsilniejszą, im mniej mogę dla nich zrobić. Uważam, że czułość, uczucie wyższe i daleko głębsze niż współczucie, jest jednym z najważniejszych ludzkich doświadczeń, większości niedostępne. Może i dobrze.

Dlaczego?

– Po co się tak sublimować. Wspólne istnienie stałoby się nie do zniesienia, gdyby każdy miał wrażliwość mimozy, dni spędzał na rozmyślaniach o istocie bytu, a fakt, że żyje w kręgu niemożliwych do rozwikłania zagadek, doprowadzał go do białej gorączki. (...) jeśli głupotę rozumiemy nie jako naiwność, łatwowierność czy defensywność, ale brak wyobraźni i proste postrzeganie świata, »że dom, że koń, że Stasiek, że drzewo«, to życie staje się łatwe i w najelementarniejszym znaczeniu – udane. Jest robota, kobita, dzieciaki. W telewizji zobaczy się mecz, w niedzielę rozpali grilla… Wystarczy.

A jeśli nie wystarczy?

– To zostaje bunt. Czytała pani »Dżumę«?

To najważniejsza książka w pana życiu.

– Bo najdumniejsza.

Pierwszy raz, wiele lat temu, spotkałem się z pisarzem, który uwiarygodnił moje podejrzenia, że mam prawo nie akceptować tego świata. Nie godzić się na wojny, przemoc, obłędne ideologie, bezduszne religie, chaos, na cierpienie, choroby, przemijanie, śmierć i cały absurd istnienia. Bez względu na to, kim lub czym jest Stwórca, mamy prawo powiedzieć, że nie podoba nam się życie, które nam zaprojektował. I podobnie jak Albert Camus przyznaję sobie prawo sądzenia tego Absolutu, nawet jeżeli za nim kryje się tylko milcząca kosmiczna pustka. Upoważniam się do wywrzaskiwania swoich pretensji nawet wobec nicości.

Co ten wrzask zmienia?

– Niezgoda zmienia na tyle, na ile zmienia nas każdy bunt, czyli czyni nas dumniejszymi. To tylko tyle i aż tyle. W praktyce nic nie zmienia, ale mierzymy się z tym, który nas na taką opresję skazał. Mamy być wojownikami bez wiary i żołnierzami bez nadziei, ale mamy nimi być! To czyni nasz los i życie ponadludzkimi.

Szlag mnie trafia na te nasze wszystkie niby mądre, olimpijskie zgody; cóż, takie jest życie, co nam los niesie, to niesie, przemijanie jest nieuchronne, śmierci nie zawrócisz, taka jest wola Boga, nie wojujmy z opatrznością. Nie wojujmy? A to niby czemu? (...)

A dziś co oznacza pana niezgoda?

– W teorii konsekwentne nieprzejednanie, w praktyce (...) naprawianie świata w miarę własnych możliwości. Powiedziałem sobie, że powinienem pomagać istotom poszkodowanym przez życie na tyle, na ile jestem w stanie i w takiej przestrzeni, którą realnie mogę ogarnąć. (…)

Nie lubi pan świata?

– Świat doszedł do ściany. Mam wrażenie jego opresyjnego przepełnienia rzeczami, informacją, gadżetami, ludźmi. Jest za dużo, za głośno, za agresywnie. Boję się, że zabraknie powietrza, wody, miejsca. Widzę w nim wiele gorszącego braku, ale jeszcze więcej nadmiaru, tego cholernego rozpasania nierównowagi. (…)

A dostrzega pan coś pozytywnego?

– Tak. (…) od zawsze dostrzegam niebywałe, uwodzicielskie piękno świata. Bezużyteczne, ale chroniące przed nihilizmem.

Czy w życiu mężczyzny ważne jest ryzyko?

– Prawie niezbędne. Ja sam nigdy nie zanurzyłem się w życiu na całego. Taką mam, niestety, naturę. Ale z pewnością, żeby poczuć życie, trzeba mieć odwagę podejmowania ryzykownych decyzji, głównie wobec siebie. (…)

Bywa pan szczęśliwy?

– Pochlebiam sobie, że nigdy mi się to nie zdarzyło. Zadowolenie z życia bierze się z sumy przyjemności, jakich potrafimy doświadczyć, od tych najdosadniejszych, jak seks czy dobre jedzenie, do najsubtelniejszych, jak przeżywanie sztuki. Szczęście natomiast to poczucie spełnienia w życiu i niezmącona wiara w jego sens i celowość, jak również bezduszna odporność na cierpienia otaczającego nas świata. W moim przypadku nie wchodzi w rachubę. Pochlebiam sobie, że nie wchodzi w rachubę

[Wywiad Doroty Wodeckiej z Eustachym Rylskim, „Gazeta Wyborcza” 10 VII 2009].

  

sobota, 05 września 2009
670. Principles and Broken Rules...

  

Dziś dopiero zauważam, że zniknęły gdzieś kartki z notatkami z mych ostatnich lektur, leżące od miesięcy na książkach przy biurku. Macam kilka razy, jakby nie wierząc własnym oczom, szukam, wiedząc przecież, co się stać musiało, bo znam położenie każdej rzeczy, strony i woluminu w tym pokoju. I rzeczywiście – „coś leżało, to wyrzuciłam. To takie ważne było?”...

Niby drobiazg, ale też wkurwienie straszne. Bo choćbym się starał z całych sił, próbował rozmawiać, żartował, pomagał i nie denerwował, to i tak nie znam dnia ani godziny…

Wewnętrzny spokój, poczucie bezpieczeństwa, szacunek dla mnie i mojej własności – tylko tyle od życia oczekuję. Najwidoczniej, zbyt wiele…

  

Dziesięć (w tym parę dość grubych) książek mam teraz strona po stronie, zdanie po zdaniu do przejrzenia. Tak, to było bardzo ważne. I nie podlega niczyjemu osądowi…

  

Tagi: rodzina
22:10, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 02 września 2009
669. Elsewhere, something else...

  

Wczoraj szkolenia BHP i przeciwpożarowe, ogólne prezentacje firmy i systemu informatycznego. Teraz trzeba czekać na przybycie zamówionego dla mnie biurka i komputera. A do tego czasu wyrabianie stałej przepustki, porządkowanie papierów, adresowanie kopert, wpinanie potwierdzeń zamówień do segregatorów, krótka wizyta na dziale produkcji…

Skomplikowane to wszystko i trudne. Nie odnajduję się w tym świecie specyfikacji, faktur, plastikowych butelek, nakrętek, kartonów. Nie rozumiem tych wszystkich pojęć. Ale zawsze-to-coś, nawet jeśli jeszcze-nie-to i jeszcze-nie-tam. O ile jednak czegoś się tu nauczę, to może być przydatne w pracy takiej jak ta właśnie, a boję się ugrzęznąć w tym na dłużej. Tylko to jednak jest szansą na cokolwiek. O czymś więcej trudno już nawet marzyć…

  

Ogromnie dziś jestem zmęczony. Chyba nie będę miał ochoty, pomysłów i sił, by tak często pisać. Każda praca jest z założenia marnowaniem najlepszego czasu w ciągu dnia i całego życia w ogóle...

  

Tagi: praca
21:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (23) »
Archiwum
Tagi