~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 29 września 2010
847. "Les sanglots longs des violons de l’automne blessent mon coeur d’une langueur monotone"...

  

Skrzyczany wobec wszystkich rano w pracy, poniżony kpiącym śmiechem na ulicy. Dreszcze nerwów, palpitacje przejętego serca…

  

Znowu deszczowo dziś, wiatru porywy i chłody; zamokłe buty, wilgotne spodnie, parasol. Drzewa wciąż jeszcze zielone podczas gdy wodą skąpane chodniki ścielą się w brązy, żółcienie, w pomarańcz. Gdzieniegdzie też plamy czerwieni jak krople świeżej krwi na dywanie. Słońce na chwilę jedynie; poza tym szarość, chmur zwisy, zmrok wczesny. Trzeszczy coś, szura, szeleści – jesień się przejawia w barwach, w dźwiękach...

Kończy się i zaczyna, się przesila kalendarzowo, sezonowo, metrykalnie…

     

                „Soczyste i chłodne kolory września, ich ukryte żądło”

                [Renata Šerelytė, Imię w ciemności. Przeł. A. Rybałko].

  

Jutro trzydziesty – i trzydzieści. Ja nie obchodzę, a inni zapomną. Wolałbym też – nie pamiętać...

  

poniedziałek, 27 września 2010
846. "Musisz być teraz bardzo dzielny"...

  

I oto właśnie tam, w Krakowie, w warunkach najbardziej komfortowych, minęła cała przywieziona z niemieckich wakacji beztroska – ta pewność siebie, radość, gotowość, by zaszaleć. I tyle dodatkowych, od lat niszczących lęków, kompleksów, zahamowań musiało się ujawnić, zatruwać dnie i noce, wylewać łzy, nie pozwalając się przełamać – wykazać, zadowolić, sprawdzić, pokazać z innej strony…

A teraz znów – osamotnienie, pustka, cisza; krąg zwątpień, samooskarżeń, pytań. Wszystko nie tak, bez możliwości spełnień: w szalonym tempie wciąż – półsłowa, półuśmiechy, pół-(na odległość)-związki. Wieczne namiastki i tęsknoty; miłość, co krwawi i nierozgrzane ciała. Nachalna pamięć, tworzenie równoległych światów. Upokorzenie, jakie przynosi myśl o sobie samym – i przywiązanie, co nie wypuszcza z błogich ramion, co zbyt wielkie…

Można by się nie przejmować, przejść do porządku, starać uporać, ale… 

   

                         „To się nie zdarza ot tak –

                         To się zdarza tobie”

                                        [Kenneth Koch. Przeł. P. Sommer].

  

sobota, 25 września 2010
845. Ein Zerfall (II)...

  

Ledwie zdążyłem wrócić, mama burzy mi spokój – jakieś dziwne pretensje, że nie mówię wszystkiego, nie dopuszczam jej do najgłębszych, intymnych pokładów; moja orientacja jako nurtujący ją problem, zwłaszcza w świetle ostatnich zachowań – pyta mnie (ta nadzieja w podtekście!), czy się coś odwróciło, czy dziewczyny zajmą teraz miejsce chłopców. Nie wiem, czy odpowiedź – fakt, nieco dwuznaczna – w pełni ją pozbawi owych złudzeń…

A w istocie chodzi o naszą nieumiejętność prowadzenia elementarnej rozmowy, przebywania ze sobą, o jakąś zapiekłą niechęć z mojej strony, która coraz bardziej musi być widoczna – odczytywana jest jako nienawiść, wstręt, pragnienie, by wreszcie, na zawsze stąd odejść… Aż tak bardzo nie możesz wytrzymać?...

  

„Matka obawia się, że Erika się zastanawia, i daje tym obawom wyraz. Kto nie mówi, może sobie coś myśleć. Matka domaga się otwartego wypowiadania myśli, a nie gryzienia się w środku. Trzeba mówić matce, o czym się myśli, żeby była poinformowana. Matka obawia się ciszy. Czy córka jest żądna zemsty? Czy odważy się na jakieś bezwstydne słowa?”

                       [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

 

Przyglądamy się od lat, jak postępuje rozpad tej rodziny – żadne z nas nie ma ochoty, sił ani zdolności, żeby to powstrzymać…

           „Rodzice i dzieci nie są stworzeni do tego, żeby mieszkać razem” 

                 [John Maxwell Coetzee, Hańba. Przeł. M. Kłobukowski].

  

środa, 22 września 2010
844. Les Passages...

  

                  

  

Zbaczanie z reprezentacyjnych deptaków, spacery zapomnianymi zaułkami, zaglądanie w półmroczne podwórka, patrzenie przez bramy, przez kraty; otwierające się za rogiem perspektywy, wnętrza, które kuszą, kawiarenki – pachną; wystawione na słońce podcienia, gdzieś wykusze, łuki, pilastry, lukarny i szczyty; przysiadanie, obchodzenie wkoło, zdjęć robienie; na tarasach, ławkach, schodach, wieżach oraz mostach – chęć, by zostać, zgubić się, dać wchłonąć; zamknąć pośród ulic, parków, zapomnieć o domu-więzieniu, nie wracać…

  

      

  

poniedziałek, 20 września 2010
843. Splendeurs et misères...

 

Kraków u schyłku lata robi jeszcze lepsze wrażenie niż za pierwszym razem, wiosną tego roku – zielono wciąż i słonecznie, z nowymi też atrakcjami.

  

      

  

      

  

      

  

Jeszcze w noc piątkową wyjątkowy pokaz filmu „Shortbus” (USA’2006; reż. John Cameron Mitchell) w Kinie Pod Baranami – kontrowersyjny ponoć, a w istocie zabawny i życiowy obraz (a seksu nawet za mało, jaka tam pornografia!). Sobota do podziwiania – na początek barwne bogactwo Kościoła Mariackiego. Zadzieram głowę do góry, na zasadzie porównania przypomina się Lubeka...

  

                  

  

                  

  

                  

  

Potem targ staroci na Rynku Głównym, malarstwo polskie w otwartych właśnie po remoncie Sukiennicach, czyjeś śluby w kolejno odwiedzanych świątyniach, „Bóg Ojciec – Stań się!” Wyspiańskiego u franciszkanów, katedra na Wawelu i dziedziniec zamku, gdzie zacząłem bawić się w modela – dawno upragniona sesja przynosi świetne portrety; dzień kończy się na wieczornym Kazimierzu…

  

      

  

                  

  

      

  

A gdzieś w tym wszystkim dziwne roztrzęsienie, napięcie, stres, płaczliwość, żal do siebie. Bo tego, co ogromnie pożądane, osobie, co najlepsza i najbliższa – dać się nie potrafi. Chce, ale nie może…

  

piątek, 17 września 2010
842. A three-day jaunt...

  

Zamówiona przez Internet torba na krótkie wypady przychodzi na czas – wybierałem do ostatniej chwili, nie mogąc się w żaden sposób zdecydować (upatrzyłem sobie jeszcze jedną, idealną, jeśli kiedyś sam – marzenie – pojadę nad morze). Wczoraj wiadomość, że zarezerwowanego przez nas apartamentu przez jakąś pomyłkę systemu nie możemy jednak wziąć – zaoferowano więc inne mieszkania; dopiero na miejscu się przekonam, co A. wybrała. Ja z kolei załatwiam bilety na specyficzny, jednorazowy pokaz. W planach jeszcze na nowo otwarta stara galeria i katedra... Zmuszam się do wstania przed piątą, iść muszę długo w chłodzie, spędzić kilka godzin w pociągu. A potem noce i dnie, i całe miasto nasze…

  

Tagi: kobiety
05:19, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 15 września 2010
841. Nuestra pequeña estabilización…

 

Coraz więcej mnie ta praca kosztuje, coraz trudniej wstawać z łóżka, ubierać się, iść tam i siedzieć (może i lepiej, że nie na etacie – nikt nie rozlicza przynajmniej z codziennego spóźnienia). A potem nerwy, zmęczenie i nuda, poczucie jałowości, bezsensu. Odliczam godziny (osiem to ponad siły), a i tak często wychodzę ostatni – gaszę światła, uruchamiam alarm. Nie spieszy mi się jak innym do domu, nie bardzo jest po co doń wracać. Tam tylko odgrzewany obiad, parę zdań z angielskiego, kilka stron w Internecie, kolacja, kilka pompek i brzuszków, szybkie mycie i zaraz do łóżka. Każdy dzień według podobnego więziennego rytmu, równie beznadziejny co katorga. Czy już zawsze tylko tak, nieodwołalnie?...

Muszę zaczerpnąć powietrza, urwać takiemu życiu choć dwie doby – na piątek zdobywam przepustkę poza swoje kraty…

  

Tagi: praca
20:14, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 12 września 2010
840. "Release Me"...

  

Jakiś rodzaj we mnie zawziętego egoizmu, planowanie nierealnych scenariuszy wciąż rzutuje na stosunek do przyjaciół, każe żalić się niesłusznie, mieć pretensje, nie pozwala cieszyć tym, co wszak powinno. Że kochają – nie mnie przecież, z kimś mieszkają; że zarabiać mogą (dużo!), robiąc to, co lubią; że się szansa gdzieś otwiera dla nich – za granicą. Że kolejni, których chciałbym mieć na co dzień, wyjeżdżają, „opuszczają”, mają swoje życie…

Uczę się „oddzielać”, dawać wolność, akceptować, ale cóż – gdy przywiązuję się zbyt mocno, wesprzeć chcę się, patrzeć i dotykać, żyć bez nich nie mogę…

  

„Byłaby to lekka psychopatia, gdyby nie ciężka neurastenia. Byłaby całkiem niezależna osobowość, gdyby nie jakieś nieokreślone uzależnienie...”

                  [Renata Šerelytė, Imię w ciemności. Przeł. A. Rybałko].

    

czwartek, 09 września 2010
839. "Miło szaleć, kiedy czas po temu"...
  
Jeszcze we wtorek, po napisaniu tamtego, wrażenie: nie tyle pójście z kimś do łóżka, lecz na niewinną
imprezę właśnie mogłoby stanowić jakiś przełom, pozwoliłoby się odkryć nieco, uczyniło – na swój specyficzny sposób – mężczyzną. Za wcześnie na to jednak – to pierwsze wymagało mniej odwagi. Przyszło niedawno, późno; pora najwyższa: zaraz wszak nowy etap – za trzy tygodnie trzydzieste urodziny… 
  
„(…) starałam się przeniknąć tajemnice miłości i jej uciech; ale (…) nie mając bliskiej przyjaciółki i strzeżona przez czujną matkę, miałam jedynie pojęcia mgliste i niepewne; natura nawet (…) nie dawała mi żadnej w tym względzie wskazówki. (…) Głowa jedynie kipiała; nie pragnęłam używać, ale chciałam wiedzieć; żądza uświadomienia się podsunęła mi środki”

        [Choderlos de Laclos, Niebezpieczne związki. Przeł. T. Żeleński-Boy].
  
wtorek, 07 września 2010
838. Rejection...

  

Źle się czuję w grupie większej niż dwuosobowa, nie lubię połowy z tych, co tam będą, nie podzielam ich poczucia humoru, nie chcę ryzykować pytań na temat swojej prywatności, składać się na wspólny prezent ani zazdrościć młodszej od siebie jej nowego, większego niż nasze mieszkania. Właśnie dlatego nie wybieram się do koleżanki z pracy na parapetówkę. Tylko którym z przedstawionych argumentów można się usprawiedliwić poza własnymi myślami? I dlaczego w ogóle mam tłumaczyć się, czuć z jakiegoś powodu winnym?…

Robię się w dniach ostatnich bardzo niemiły dla innych…

  

„(…) nie umie rozmawiać lekko i na błahe tematy; nie wie, co zrobić, żeby ludzie czuli się swobodnie w jego obecności; świadom jest, że niektórzy uważają jego sposób bycia za dziwaczny”

                 [Julian Barnes, Arthur & George. Przeł. J. Puchalska].

  

niedziela, 05 września 2010
837. Portret podwójny we wnętrzu...

  

Późno w nocy „Parę osób, mały czas” (Polska’2005; reż. Andrzej Barański). Hipnotyzująca niemal szczerość, intymność, prozaiczna codzienność tego obrazu o wyjątkowej przyjaźni niewidomej depresantki z nieżyciowym poetą. A zaraz potem jakieś dziwne, nagłe, chwytające za gardło wzruszenie – i w poduszkę płacz, spazmatyczny, jak kiedyś. Że nikogo przy sobie, że się nowych poznawać nie umie, że nikt wcale nie zwraca uwagi; że tu męczy, tam znowu zaś lękiem napawa; że nie starcza i nie daje radości, że marnuje się to, kim być by mogło; że od lat, w każdy dzień, kilkakrotnie, w głowie się pojawia jedno imię – nieodstępne i przesłaniające wszystko, wciąż to samo…

  

czwartek, 02 września 2010
836. Motivation system...

  

Wczoraj upłynął mój pierwszy rok w tej firmie. Drugiego już – pełnego – być nie może. Dostaję skromną premię za poprzedni kwartał, umowę przedłużam do końca lutego – i nie zamierzam zostać dłużej, niż do czerwca. Oby szaleństwo przeprowadzki do Warszawy wypaliło – oby się tylko nie skończyło na ciągłym jeno mówieniu o ucieczce…

  

Kolejny raz poczucie wypalenia: tematu brak, ożywczych myśli, impulsu, chęci, bodźca do pisania. A przecież się zdarzyło w ostatnich miesiącach – więcej, niż w dotychczasowym całym życiu. I dzieje wciąż, nawet nie macie pojęcia... Może niedługo opowiem…

  

Archiwum
Tagi