~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
piątek, 30 września 2011
1005. Trente-et-un...

  

Telefon od mamy, SMS od ojca (życzą „satysfakcjonującej pracy”, jak gdyby istniało coś takiego) i list od Ani – takiego, jak przed rokiem (por. 848), już pewnie nigdy od nikogo nie dostanęTradycyjne błądzenie po ulicach, zdjęcia od Starówki do Sejmu i z powrotem; w prezencie dla siebie lody jagodowe i gofr z cukrem pudrem; na obiad bułka maślana i mleko… Zawsze dotąd w domu, z rodzicami, nawet jeśli od lat już bez przyjęć dla krewnych i zdmuchiwania świeczek. A teraz pierwsze w Warszawie, tak niepożądane trzydzieści i jeden – samotne jak jeszcze nigdy w tym pierdolonym moim tak zwanym życiu

 

wtorek, 27 września 2011
1004. Zamek Gnińskich-Ostrogskich (Muzeum Chopina)...

     

Po raz pierwszy mogę być zadowolony z nowego aparatu: ręcznie ustawiany balans bieli + popołudniowe niedzielne światło = właściwe kolory i ostrość jak brzytwa. Przynajmniej w porównaniu do tego, co dotychczas. Moje najlepsze, bez żadnych wątpliwości…

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

niedziela, 25 września 2011
1003. Kronika wypadków...

  

Zagubiony w tłumie, powoli pośród biegu dookoła, wyciszony w sobie, głuchy na roje ulicy, z zalęknieniem jakimś, z drżeniem; nieprzystawalny, samoistny… – i nagle, na Nowym Świecie, przez ulotną chwilę, zderzenie ze szklistym wzrokiem drepczącego z naprzeciwka Tadeusza Konwickiego. Powinowactwo jakieś, siebie w tym lustrze ujrzenie…

  

piątek, 23 września 2011
1002. Naj-droższa...

  

Obiad w restauracji włoskiej ze świetnym widokiem (i dla nadskakującego nam kelnera ogromny napiwek; za Anią rozpoznaję Ewę Telegę z dwiema przyjaciółkami), krótki spacer w ramach szukania naukowego kwartalnika, herbata we Wrzeniu Świata, asysta przy drobnych kosmetycznych zakupach, rozmowy, uśmiechy, chwila skrywanego wzruszenia – i może jeszcze nie całkiem zostałem spisany na straty. Ale powrót do tamtego już się pewnie nie zdarzy…

 

czwartek, 22 września 2011
1001. Uratować choć resztki nas...

 

Na kupionej ostatnio koszulce mam napisane po angielsku „Nie jestem facetem, któremu możesz zaufać” (pasek od torby uporczywie przesłania na piersi środkową literę w słowie „guy”, sugerując zupełnie coś innego – zastanawiam się ostatnio, ze swoją mizerną znajomością języka, czy mijający mnie z naprzeciwka nie odczytują tego czasem jako „Nie jestem gejem, wierz mi”). Mam ochotę włożyć ją na jutrzejsze spotkanie z Anią, tak żeby i zewnętrznie dać wyraz swojej skrusze. Już bardziej taki talizman nie zaszkodzi niż ja to zrobiłem trzy miesiące temu…

Starałem się pocieszać, wspierać, kiedy samotnie było, źle i trudno – a zawaliłem, gdy się zjawiło dobro wraz z kimś trzecim. To jeszcze gorzej – kolejny raz musiałem być zazdrosny, że przyjaciołom kochanym przeze mnie przynoszą większą radość inni ludzie. I nie umiałem cieszyć się wraz z nimi, zapomnieć o swoich pragnieniach (móc równie często jak tamten, równie blisko…) i nie płakać…

  

                      „Tylko nieszczęście budzi we mnie zrozumienie”

                               [Josif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

 

Zbyt wiele w moich miłościach jest czułości, zachłanności – nie muszę na wyłączność, ale nie mogę mniej niż inni. Egoizm zrodzony z samotności, rozpaczliwe wieszanie się na szyi każdego, kto wyciągnie wreszcie rękę…

  

poniedziałek, 19 września 2011
1000. Kaleidoscope...

  

Your Reality Machine – lustrzany pawilon Olafura Eliassona na skwerze przy rogu ulicy Karowej i Krakowskiego Przedmieścia, powstały z inicjatywy Narodowego Instytutu Audiowizualnego i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w ramach Krajowego Programu Kulturalnego Polskiej Prezydencji (w Radzie Unii Europejskiej) 2011.

  

      

  

      

  

      

  

      

  

sobota, 17 września 2011
999. Nowhere to run...

  

Nawet stąd, ze swojego mieszkania, w którym już nic mi nie grozi, muszę uciekać, by błądzić po ulicach, nie musieć myśleć, nie obcować jedynie sam ze sobą. Tu wszystko znane aż do bólu, szare – tam za to sporo niespodzianek i słonecznie…

U św. Antoniego Padewskiego przy Senatorskiej kościelny, przygotowujący uroczystość ślubną (rozwijanie czerwonego chodnika ze stelaża na bębnie, odkurzanie, ustawianie kwiatów), widząc, jak fotografuję przez kraty, zdejmuje kłódkę i wpuszcza mnie specjalnie do środka, żebym miał lepsze zdjęcia i wszystko mógł obejrzeć – na górze zaś przygrywa Angelo Castaldo, ćwiczący przed swoim jutrzejszym recitalem w ramach XII Warszawskiego Festiwalu Organowego „Organy Śródmieścia”. Przy Teatrze Wielkim natrafiam na bieg miejski z przeszkodami (skoki przez samochody, kontenery, opony) Reebok Zigtech Challenge – akurat startuje grupa VIP (później, w domu, odkryję, że złapałem aparatem Marysię Góralczyk i Bartłomieja Topę)...

  

      

  
Przy św. Annie tradycyjne już popisy freestyle’owców (czy jak to się tam nazywa) i ich zabawna gadka do publiki. Sporo ciekawych ujęć pstrykam w „czerwonym pająku”, lustrzanym pawilonie Olafura Eliassona przy Bristolu – odbicia, załamania i multiplikacje; na takie właśnie kadry poluję ostatnio szczególnie, a żem wystrojony dziś, nie mogłem nie spróbować się uwiecznić w szybie dziedzińca Metropolitanu na tle strumieni wody (zdecydowanie, potrzebuję profesjonalnej sesji). Na koniec zaś żydowskie twarze na zrujnowanej kamienicy na Próżnej, deski skate’owców na Placu Grzybowskim i młody sprzedawca w złoto-tarasowym Levi’sie, który, zazdrośnie patrząc na moje białe Supry, mówi, że mam fajowe buty. Rozanielony komplementem kupuję u nich swoje najwęższe spodnie...

Wczoraj, przez cały dzień, zwijanie się z płaczu na podłodze; dziś łapię oddech, na chwilę zapominam, że zawiodłem najbliższą mi osobę. Ale to wróci, zawsze będzie mnie męczyć…

  

piątek, 16 września 2011
998. Coś za coś...

  

Za tydzień miałem gościć u siebie najbliższą mi, kochaną dziewczynę – a zamiast tego za miesiąc przenocuję nieznanego jeszcze osobiście chłopca. Taka zamiana od dawna wytęsknionego na wcześniej nieoczekiwane. Bo ja zawsze muszę coś utracić, żeby inne zyskać…

  

wtorek, 13 września 2011
997. Schedule...

    

W trzecim miesiącu, zadomowionym już, ustala się precyzyjny harmonogram. „Cztery słoneczka” (gdy podaję w kasie sklepiku na rogu ilość bułek), „Nie” (gdy w Auchan zapytują, czy mam kartę Skarbonkę) i „»Politykę« (a w piątki: »Wyborczą«) proszę” (w kiosku). Siedem słów. Oszczędnie i wyczerpująco. Więcej w tygodniu nie muszę do nikogo wypowiadać…

  

„Michel od lat prowadził czysto intelektualną egzystencję. Uczucia, które składają się na życie ludzi,  nie stanowiły dla niego przedmiotu obserwacji; nie znał ich dobrze. W dzisiejszych czasach życie można zorganizować w doskonały sposób (…). Mimo że telewizja dostarczała mu czystej i ustawicznej radości, uważał, że należy wychodzić z domu. Zresztą musiał wychodzić po zakupy. Bez konkretnych punktów odniesienia człowiek się rozprasza, nic już nie da się z niego wycisnąć”

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

   

niedziela, 11 września 2011
996. Podpatrzone - czyli: Może i my tak tam, kiedyś...

  

      

  

piątek, 09 września 2011
995. Wykluczenie...

  

Nic równie mocno nie odstrasza gejów od drugiego człowieka jak jego „brak doświadczeń”, a im jest on starszy, tym bardziej wada ta dla niego kompromitująca. W efekcie z każdym rokiem szanse są coraz mniejsze – utrwalają się tylko Twoje lęki, nieprawidłowe reakcje, złe-siebie-oceny. I w końcu rzeczywiście: lepiej z Tobą nawet nie próbować. Kto by chciał niańczyć, uczyć, mieć cierpliwość, poświęcać się i czekać. Ostatnie, co masz do zaoferowania, to przyjemność. Można mieć wielkie serce, ale to nie ten organ się tu liczy. Nie pieprzysz się (już / jeszcze / nie możesz / nie potrafisz / nie chcesz) – nie będziesz dla nikogo nawet istniał…

  

„Wszelka energia jest seksualna nie przede wszystkim, ale wyłącznie, i kiedy zwierzę nie nadaje się do reprodukcji, nie nadaje się już absolutnie do niczego. To samo dotyczy ludzi (…). Po cholerę utrzymywać na chodzie ciało, którego nikt nie dotyka? I po co wybierać ładny pokój w hotelu, kiedy śpi się samemu?”

            [Michel Houellebecq, Możliwość wyspy. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

środa, 07 września 2011
994. Le Voyeur (I)...

  

Te dwa dni spacerów z rodzicami w Centrum – i przecudnej urody, świetnie ubrani chłopcy na ulicach. Aż tylu – żeby tak w życiu dotknąć choć jednego. Może tak rzadko się tam zjawiam, żeby oszczędzić sobie bólu? Lecz cóż mi pozostaje niż tak ukradkiem zerkać? Nie powinienem marnować tych okazji... A teraz przecież dziewięć miesięcy chłodu, wilgoci i ciemności – nie będzie widać już krótkich spodenek i T-shirtów, ciał rozebranych na trawnikach, opalonych. Jak wytrzymać ten depresyjny czas niepodglądania?... Oczy są najważniejszym organem nieśmiałych impotentów…

  

22:01, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 05 września 2011
993. Cohabitation...

  

Wyjechali przed czternastą, przed chwilą SMS, że dotarli. Zaskakujące, ale – mimo moich humorów i zmęczenia – nie było chyba najgorzej. I to nie tylko dzięki zapewnionemu przeze mnie atrakcyjnemu programowi – nasze stosunki układają się coraz lepiej, odkąd zdecydowaliśmy się rozstać. Ja nie czuję się już szpiegowany (por. 324, 736), a oni nie zadają zbyt szczegółowych pytań…

  

„Jako dziecko wyobrażałem sobie, że kiedy przyjdzie czas, gdy będę musiał ich opuścić, staną we dwoje jak pokorne kariatydy podtrzymujące portal mojej przyszłości, patrząc cierpliwie, bez słowa skargi, w zadziwieniu, jak odchodzę od nich, nie rzucając wstecz ani jednego spojrzenia, a z każdą milą nie staję się mniejszy, ale stopniowo ogromnieję, przerośnięty syn, którego nie potrafili zrozumieć”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

niedziela, 04 września 2011
992. Gość w dom - czyli: Doczekać poniedziałku...

  

Rodzice wprosili się na weekend – przyjechali w sobotę, wyjeżdżają jutro. Przywieźli dwa pudła z książkami i mnóstwo zapasów żywności. I akurat teraz musiała się trafić pogoda iście letnia; zły na niemożność opalania, na dni nie po swojemu, przeganiam ich pieszo przez pół Warszawy – chcą zwiedzać, to do upadłego: wczorajszym popołudniem widoki z PKiNu, Chmielna, Tamka, Wisła przy Koperniku, ogród na BUW-ie i Plac Piłsudskiego; dziś Marszałkowska, MDM, Plac Zbawiciela, Agrykola, Łazienki, całe Ujazdowskie, obiad na Nowym Świecie, Krakowskie Przedmieście, Plac Zamkowy, koktajle lodowe na Rynku Starego Miasta i Plac TeatralnyCykają mnóstwo fotek – poprzednio ziąb i deszcz (por. 963), tym razem bardzo się wszystko podoba. Ja znudzony nieco, z wielkim też bólem głowy. Odzwyczaiłem się od ich gadania, chrapania, jedzenia. Jeszcze tylko kilkanaście godzin… Trzeba to jakoś znosić, skoro prawie za wszystko – za mnie tutaj – płacą (por. 943), odkupując poniekąd swoje winy, których nazwania (wykrzyczenia) zawsze im oszczędzałem

  

„Nerwica i przemoc jako jedyna forma związku pomiędzy nami, dostosowanie się jako jedyna forma przetrwania, uległość jako norma, szaleństwo jako efekt”

      [Imre Kertész, Kadysz za nienarodzone dziecko. Przeł. E. Sobolewska ].

  

piątek, 02 września 2011
991. Na powierzchni poematu i w środku...

  

„Złota Palma w Cannes za metafizyczny poemat »Drzewo życia« stanowi ukoronowanie niezwykłej twórczości Terrence’a Malicka, amerykańskiego poety i filozofa, jednego z najbardziej oryginalnych filmowców naszych czasów.

Malick jest autorem zaledwie pięciu filmów. Skromny dorobek, jak na dojrzały wiek artysty (68 lat), obrósł legendą i przysporzył mu sławy wizjonera, zajmującego się tematami, do których nie tylko Hollywood podchodzi na ogół bardzo ostrożnie. Wiara, przemijanie, sens życia, dialog z przeznaczeniem, a wszystko to przy pozorach konwencjonalnej, niemal sensacyjnej opowieści, snutej z niejasnej perspektywy, jakby ponadziemskiej, ustawiającej widza nie w samym sercu gorącej historii, tylko gdzieś z boku, obok niej.

  

      

  

O narodzinach nieprzeciętnego talentu zaczęto mówić blisko cztery dekady temu, kiedy nikomu nieznany Amerykanin z Teksasu, były dziennikarz »Life«, »New Yorkera«, »Newsweeka«, napisał, wyprodukował i wyreżyserował szokujący dramat »Badlands« – fatalistyczne studium bezmyślnie brutalnej odysei pary młodocianych morderców. Rzecz niby podobna do kultowego »Bonnie i Clyde«, a jednak bardzo się od niej różniąca, wystudzona, inaczej rozkładająca akcenty. Malick nie wyjaśnia przyczyn popełnianych zbrodni, nie wdaje się w społeczne analizy ani krytykę kultury masowej, nie lituje się ani nie sympatyzuje z przestępcami. Przygląda się im z oddalenia, w mikro- i makroskali jednocześnie. Czyniąc niedostępną, dziką przyrodę niemym świadkiem ich upadku. A jedynym odautorskim komentarzem – zwierzenia czytane z pamiętnika nastolatki.

»Drzewo życia« (…) ma zbliżoną konstrukcję, ale tak się ma do głośnego debiutu jak skromna aria do chóru operowego, wykonującego requiem przez niezliczony zespół śpiewaków. Rozmach przytłacza. Obraz zdumiewa polifoniczną, wielowątkową kompozycją. Tematyka wydaje się nie do ogarnięcia. Rozpad rodziny, trauma wyniesiona z dzieciństwa, przemiana ojca w tyrana, do tego ewolucja przyrody, stworzenie świata, kosmiczna podróż przez miliardy lat świetlnych, opowiadana na przemian głosami różnych postaci w epickim wymiarze. Intymna modlitwa zostaje zestawiona z widowiskowymi obrazami formowania się z pyłu kosmicznego gwiazd i planet, narodzin pierwszego żywego organizmu, dziwnego zachowania dinozaurów, okazujących współczucie, co wywołuje szok, bo czegoś podobnego w kinie od czasu »2001: Odysei kosmicznej« nie było.

Konfrontując ludzkie cierpienie (z powodu utraty dziecka) z teorią Wielkiego Wybuchu Malick nie jest szaleńcem, choć pozornie wygląda na to, że nie panuje nad strumieniem barwnych obrazów, ilustrujących tajemnicze procesy zachodzące we Wszechświecie. Na tym jednak polega jego innowacyjny, eseistyczny styl, rozwijany i doskonalony z filmu na film. Ma przekraczać ramy zwykłej, realistycznej narracji, wprowadzać widza w trans i nakierowywać go w stronę abstrakcyjnych rozważań. W »Drzewie życia« są to pytania o kwestie fundamentalne: co nas łączy ze zwierzętami, jaki jest cel ewolucji, w czym się przejawia duchowość człowieka, skąd pochodzi zło?

Czy warto traktować serio filmowca porywającego się z motyką na słońce, czyli wykorzystującego narzędzia sztuki popularnej do poruszania się po terenie zarezerwowanym dla kosmologów, filozofów, teologów, badaczy nauki? Czy łącząc ze sobą tak odległe i nieprzystające sfery, nie wykazuje się ignorancją, nie ośmiesza, nie wystawia na próbę cierpliwości widzów? Można mu to wszystko zarzucić, machnąć ręką, ale jeszcze lepiej spróbować to zrozumieć.

Malick nie udziela wywiadów, nie promuje swoich filmów, nie odbiera nagród. O jego życiu prywatnym prawie nic nie wiadomo. W Internecie trudno nawet znaleźć aktualne zdjęcie reżysera, różniące się od kilku stale dostępnych, powielanych przy każdej okazji. Woli pozostawać w cieniu, co w czasach masowego dobijania się do sławy wydaje się niezrozumiałe, wręcz anachroniczne. Rodzi nawet podejrzenia, że kryje się za tym przemyślna strategia rozbudzania ciekawości poprzez celowe unikanie rozgłosu.

(…) Z sobie wiadomych przyczyn reżyser chce (…), by przemawiały za niego tylko dzieła. Podobnie jak ukrywający się przed mediami wielcy pisarze: Thomas Pynchon czy J.D. Salinger.

(…) Całkowicie obojętny na konwencje, tworzy kino wyraziście autorskie. Pracując w amerykańskim show-biznesie od 38 lat, odstaje od stylu i obyczajów panujących w Hollywood. Nigdy nie nakręcił typowego filmu komercyjnego, mimo że zatrudnia duże nazwiska i korzysta z wielkich budżetów. Na pierwszy rzut oka uderza dopracowana w najdrobniejszych szczegółach strona wizualna. Zamiast snuć atrakcyjną, szybką akcję, stara się wydobywać nastrój, kontemplować piękno, zwłaszcza dzikiej, obojętnej przyrody. Natura jest zawsze niemym świadkiem dramatycznych wydarzeń, o których opowiada. Jej potężna, mroczna siła kontrastuje lub dopełnia okrucieństwo działań człowieka, tworząc ramy, w jakich się porusza.

W obrazach bajecznych pejzaży, sunących obłoków, rozświetlanych przez słoneczne promienie, zieleni traw falujących na wietrze, dinozaurów i planet zawsze chodzi o uchwycenie magicznego momentu, w którym widz odniósłby wrażenie, że ogląda je pierwszy raz w życiu w stanie absolutnego zachwycenia. Jeszcze przed nazwaniem rzeczy po imieniu. Jest w tym próba dotknięcia jakiejś pierwotnej niewinności człowieka, dotarcia do źródeł ludzkiego poznania, obcowania z wielką tajemnicą.

Malick burzy linearną narrację, zmienia punkty widzenia, wprowadza wielu narratorów. Dodaje spowalniające fabułę natchnione komentarze, wygłaszane spoza kadru przez różne osoby (nawet jeśli mają za chwilę umrzeć), mówione jakby ex post, z perspektywy czasu dokonanego, odwołujące się do sumienia i prawdziwych intencji, które najczęściej będą się rozmijały z rzeczywistym przebiegiem sytuacji. (…) Słowa wygłaszane są szeptem, żarliwie, z głębi duszy, która doskonale wie, jak nie popełniać błędów, które muszą być popełnione.

W połączeniu z ekstatycznym pięknem obrazów buduje to w filmach Malicka wrażenie intymności jak na spowiedzi, a jednocześnie niezwykły dystans. Nie sposób zidentyfikować się emocjonalnie z bohaterami ani dokonać jednoznacznej oceny ich zachowań. Zwłaszcza gdy co innego się słyszy, a co innego widzi. To rodzi niepokój niemający nic wspólnego z ironią ani moralną wyższością. Zmusza do stawiania pytań tym bardziej zdumiewających, że wciąż mamy do czynienia z ambitnym kinem rozrywkowym: o różnicę pomiędzy wrażliwością, językiem a światem, o sens cierpienia i przemijania, o nieprzewidywalność i nieciągłość ludzkich zachowań, o korzenie samotności.

Jego filmy przypominają bardziej buddyjskie przypowieści niż zwyczajowe moralitety. Sprawiają wrażenie, jakby zostały wyrwane z objęć czasu. Ludzkie istnienie staje się w nich widoczne w perspektywie dłuższej niż odrębny, przelotny byt jednostkowy czy nawet fragment losu jednego pokolenia. Jawi się jako ogniwo łańcucha niekończącego się procesu odradzania form życia na Ziemi i w kosmosie. Zostaje wzięte pod lupę, zobaczone z zewnątrz, jakby zawieszone w wieczności. Dzieje się tak, nawet jeśli przedmiotem opowieści są historyczne wydarzenia. Takie jak operacja sił amerykańskich na wyspie Guadalcanal na Pacyfiku podczas II wojny światowej (»Cienka czerwona linia«), rozpoczynająca się w filmie ujęciem krokodyla wpatrzonego w dżunglę, kończąca zaś widokiem kiełkującego nasiona w lagunie. Czy słynny XVII-wieczny romans kapitana Johna Smitha z Pocahontas, który stał się mitem założycielskim współczesnej Ameryki (»Podróż do Nowej Ziemi«), gdzie wchłonięcie starej cywilizacji przez kolonizatorów ukazane jest w taki sposób, jakbyśmy nie należeli do żadnej.

Bohaterowie Malicka umierają młodo. Stwarzają wrażenie, jakby byli powiązani ze sobą etycznym rdzeniem, jakby posiadali wspólną duszę, której każdy jest tylko cząstką. Tym, co ich spina, jest wyczulenie na własne dobro, pragnienie szczęścia, marzenie o znalezieniu się w ogrodzie Eden, gdzie panuje odwieczna harmonia. Wbrew pozorom dotyczy to również seryjnych zabójców z »Badlands« i namiętnej pary kochanków, popełniającej zbrodnię w »Niebiańskich dniach«. Dla nich to marzenie spełnia się poprzez zabijanie, bo każdą przeszkodę na drodze do upragnionego celu usuwają naciskając spust rewolweru.

Z racji rozległego spojrzenia, starającego się oddać złożoność i komplikację wielu postaw naraz, filmy te nazywane są poetyckimi symfoniami, a sam Malick mistykiem, panteistą, poszukiwaczem transcendencji. I nie ma w tym przesady.

(…) Malick studiował filozofię na Uniwersytecie Harvarda i w Magdalen College w Oxfordzie. (…) Przygotowywał pracę doktorską z Heideggera, której nie skończył, bo nie zdołał się porozumieć z promotorem co do jej zawartości. Przetłumaczył na angielski esej »Vom Wesen des Grundes«. Gruntownej znajomości ontologii niemieckiego filozofa zawdzięcza to, że jego filmy zawierają niezbędną dawkę sceptycyzmu. Podważają powszechne mniemanie, że materia jest poznawalna i wygląda tak, jak ją odbieramy zmysłami. U Malicka doświadczenie zmysłowe jest tylko częścią szerszego doświadczenia, którego nie sposób nazwać, rozpoznać ani w ogóle dostrzec. Wyczuwamy jego obecność (poprzez piękno), ale dostęp do niego jest zamknięty. Prześwit prawdziwej rzeczywistości możliwy jest tylko dzięki etyce. Przebudzeniu sumienia.

  

      

  

We wszystkich filmach, ale najbardziej dobitnie w »Drzewie życia«, mówi o śmierci i Bogu. Tak naprawdę tylko te dwie rzeczy go interesują. Śmierć jako brama i przejście do następnego etapu ekspansji nieskończonego Wszechświata, którego kierunku nie można zrozumieć ani przewidzieć. Bóg – jako tęsknota do raju, do ekstazy przynoszącej radość i spokój. Oraz jako niemy świadek ludzkich zmagań z bólem i cierpieniem, tożsamy lub nie z przyrodą. Malick nie pyta, czy Bóg istnieje. Ani czym (kim) jest. Dla niego sam fakt ewolucji jest dowodem obecności sił potężniejszych od człowieka, które władają nie tylko nami, ale całą energią rozrzuconą w przestrzeni międzygwiezdnej. Spiralna galaktyka, przybierająca kształt kosmicznego oka, pojawiająca się na początku i na końcu filmu, stanowi tego poetycką ilustrację”

           [Janusz Wróblewski, Wielki Malick, „POLITYKA” 2011, nr 24].

  

Archiwum
Tagi