~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
niedziela, 30 września 2012
1174. Z cyklu: Przeczytane (IX) - Wrzesień...

  

1. Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Warszawa 2010.

  

Nie ma kiedy; brakuje czasu, sił, chwilami też ochoty. Zasypiam nad książkami, jak tylko ułożę się wraz z nimi na kanapie. W pierwszym kwartale po dziewięć pozycji na miesiąc (łącznie dwadzieścia siedem) – bilans trzeciego zaś to sześć za cały okres. A z jego końcem zamyka i otwiera się coś jeszcze: kolejne odliczanie, którego wynik w coraz to większym stopniu jest in minus

  

sobota, 29 września 2012
1173. Chodzony (alla polacca)...

  

W drodze do Łazienek długo przeciskam się na Placu Trzech Krzyży przez wzbierający tłum uczestników wielkiego marszu obudzonych pod sztandarami PiS-u, Telewizji Trwam i „Solidarności”. Plakietki z kotwicą Polski Walczącej w klapach, „Nasz Dziennik” i „Gazeta Polska” w rękach. Zalęknieni, zaczadzeni, zawsze pod czyjąś okupacją, potrzebujący mężów opatrznościowych towiańczycy… Pod Sejmem przemawia akurat Tadeusz Cymański – błazeński kandydat na premiera partyjki z operetki. Ale nie zatrzymuję się, bo bardziej mnie interesuje ostatni tego roku pokaz konnego kadryla w wykonaniu Akademii Sztuki Jeździeckiej Karoliny Wajdy – skromny substytut jutrzejszej Wielkiej Warszawskiej na Służewcu.

  

      

  

Po wszystkim jeszcze smutny biały ogier przy Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa, długie spacery po parkowych alejach, wiewiórki i sarenka, a wieczorem tradycyjne zakupy żywnościowe w świętującej dziesięciolecie galerii Wola Park. Imprezę prowadzi Krzysztof Ibisz – akurat licytuje gadżety jakichś gwiazdek. Wracam po zmroku – na niebie poświata księżycowa, trzej chłopcy kopią piłkę na ulicy, z otwartych drzwi kościoła św. Józefa Oblubieńca NMP odgłosy mszy. Spokój i bezruch – po dniu pełnym wydarzeń i przemieszczeń…

  

23:58, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 28 września 2012
1172. „De la musique avant toute chose”...

  

Dźwięki wieczorne; pasaże, takty i motywy, pojedyncze śpiewogry, ściągane całe płyty. Smyczki, klawisze, głosy – co rozdzierają, koją, ostatnim już są lekarstwem, towarzyszem. Bronią przed myślą – demonem kuszącym do obłędu, gdzie zamilknięcie uczuć…

  

                    „którego wzywam tak rzadko Panie bolesny

                    skryty w firmamentu konchach

                    nim przyjdzie noc ostatnia

                    od żywota pustego bez muzyki bez pieśni

                    chroń nas”

                                        [Józef Czechowicz, Modlitwa żałobna].

  

środa, 26 września 2012
1171. Na Wspólnej (II) - odc. 34-36...

  

Niezwykłe, że znów udało mi się trafić na grupę takich sympatycznych osób. I oto przez całe dnie śmiejemy się, żartujemy – z siebie nawzajem, z pracy, jej warunków. Nie potrafiąc nawiązać ani utrzymać na gruncie prywatnym żadnej znajomości, zadręczając swoim milczeniem wszystkich, którzy próbowali skruszyć tę skorupę, w kolejnej już firmie rozkręcam się, a chwilami staję duszą towarzystwa. Umiałem się też ustawić – zamiast przeglądać papiery i pisać flamastrem po teczkach (od czego nie da się zupełnie uciec, bo ponoć kaligrafuję najrówniej i najładniej), pracuję nad ich spisami przy laptopie. Dziewczyny przybiegają do mnie, by powtarzać żarty i zrelacjonować codzienne menu na stołówce. Jakoś tak naturalnie i z oczywistych względów zostałem Panem Kierownikiem

Poza tym cyrk i burdel. Złe czyjeś opisy, nieprawidłowe teczki (o czym wiadomo z góry), powtarzanie od nowa tego, co zrobione. Na horyzoncie kary finansowe z Ministerstwa za przestoje. Jeden chłopak już odszedł (młodszy ode mnie o 12 lat, już dzieciaty – dobrze się z nim przedrzeźniało koleżanki); dwójka archiwistów, nie mogąc doczekać wypłaty, też zabrała cichcem swoje rzeczy pod nieobecność innych (a na jeden dzień, po kryjomu, zarekwirowali firmowy komputer). Tydzień przed rozpoczęciem października w końcu zapłacono nam za sierpień – 1 137,45 zł netto, we wrześniu powinno być z 200 więcej, bo będzie to pierwszy pełen miesiąc. Jak obliczam, stawka wynosi 7,48 za godzinę – konsekwentnie zarabiam w życiu coraz mniej pieniędzy…

Praca się przeciąga i na popołudnia. Piwnica nie ma okien, słońce widuję więc ostatnio jedynie podczas wschodów i zachodów przez szyby tramwajów. Podobno ciepło, jeszcze letnio – ale poranki i przedwieczorne pory bardzo mroźne. Jak wreszcie mam kartę miejską, to teraz dnie zajęte: chciałoby się pospacerować, zrobić zdjęcia, nadgonić lektury, ale kiedy? W weekendy jak nie deszcz albo mgła, to choroba. Głupio jest ten świat urządzony, smutne życie…

  

„Ja nie cierpię na depresję, ja cierpię na rozpacz, bo nie mogę robić tego, co chcę, bo muszę w idiotyczny sposób zarabiać pieniądze (w dodatku śmiesznie małe). Czy muszę? Muszę, bo…

I czuję, że czas umyka, że nie mogę czytać, podróżować, słuchać muzyki, patrzeć na obrazy. Bo na nic nie ma czasu. Bo jest tylko czas na zarabianie pieniędzy i klepanie biedy”

                   [Jan Tomkowski, Ciemne skrzydła Ikara. O rozpaczy].

  

Tagi: praca
23:13, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 września 2012
1170. Symphony № 1 „The Autumn”…

  

Dzisiejsze niebo: obłoki nanizane na przeciągłe mleczne smugi – zupełnie niczym nuty na jakiejś kosmicznej pięciolinii. Poziome pasy trwają, a chmury przebiegają po nich szybko razem z wiatrem – kolejne takty zmieniającej się melodii barw i dźwięków: szum powietrza, szelest liści, z nagła się wyłaniające słońce i płożące po trawnikach drzewa cieni. Koncert na inaugurację sezonu jesiennegoZatrzymuję się, przyglądam i wsłuchuję…

  

                    „Memento piękna: że jest i bywa nagłe”

                                        [Julia Hartwig, Tyle razy widziane].

  

22:54, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 22 września 2012
1169. Can’t Take My Eyes Off You...

  

„Czas leczy wszelkie rany, powiadają, we mnie jednak coś się widać uodporniło na ten czas. Nie widziałem jej już prawie od roku, ale nie ma żadnej poprawy. Nie, nie chodzę nieszczęśliwy cały boży dzień i nie płaczę po nocach, bijąc pięściami w poduszkę, nawet na samym początku tak nie było, ale odczuwam to niby jakiś węzeł gdzieś na wysokości mostka. Moje problemy, jak się to mówi, są nierozwiązywalne”

                          [Harry Mulisch, Procedura. Przeł. J. Koch].

   

A jednak płaczę i biję; myślę nieustannie i uciekam w przeszłość (jutro rocznica ostatnich wspólnych godzin – nie mam nadziei, że będą jeszcze jakieś); przytulam zjawę i rozmawiam z cieniem. Trzeba zadawać sobie to cierpienie (por. 691), bo jest pamięcią o jedynych w życiu chwilach, gdy się uśmiechało…

  

„Nie można żyć bez marzeń. Jeśli straci Beatriz, straci coś więcej niż życie, które mu jeszcze pozostało: straci również to, które zdążył już przeżyć. Żadna ludzka istota nie byłaby w stanie temu podołać. Nikt nie jest zdolny pogodzić się z unicestwieniem minionego szczęścia, zwłaszcza jeśli istnieje możliwość, żeby je zachować”

            [José Carlos Somoza, Trzynasta dama. Przeł. B. Wyrzykowska].

   

czwartek, 20 września 2012
1168. Przedrostki i etykietki...

  

Przyklejam sobie na skórzaną torbę tęczowe serduszko. Ma sugerować coś, choć nie wiem, cóż takiego. Nie „czuję” żadnego z tych hetero-, a-, bi-, homo-, nie umiem z nimi utożsamić – to wyraz podstawowy „seksualność” jest bowiem problemem, a nie one. Nie dowiem się już. Niewidoczne kalectwo, którego się wstydzi wobec ludzi. O którym na każdym kroku trzeba sobie przypominać. Nie jestem „jakiś”, nie mam już drogowskazu (por. 757), to będę przynajmniej kolorowy. I tak nikt nie jest w stanie zrozumieć tej historii, być jej częścią…

  

„(…) ludzie w niewiarygodnym stopniu potrzebują seksualnego optymizmu”

               [Michel Houellebecq, Mapa i terytorium. Przeł. B. Geppert].

  

23:22, alexanderson
Link
poniedziałek, 17 września 2012
1167. Pałac i park w Natolinie...

  

Galeria z niedzielnej wycieczki do mało dostępnego zakątka – siedziby elitarnego Kolegium Europejskiego. Długo wybierałem termin i godzinę, chcąc mieć gwarancję dobrej pogody i odpowiedniego oświetlenia z góry zaplanowanych szerokich ujęć; niestety, wbrew prognozom, słońce nie dopisało, stąd tak znienawidzony efekt białego nieba. Warto jednak było się tam wybrać (zwłaszcza, że większości warszawiaków miejsce zupełnie nie jest znane), i już za rok chciałoby się wrócić (więcej zdjęć tutaj):

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

sobota, 15 września 2012
1166. Unforgiven...

  

Żeby aż tak się bez namiętności zakochiwać. Tak bez podniecenia pragnąć. Głuchym na własne być odczucia. Nie umieć postępować, mówić. I dopiero gdy za późno już – rozumieć. Nigdy sobie tego nie wybaczyć…

  

„Kocha się tylko raz. O tym razie się nie wie, ponieważ odkrywa się go wraz”

                  [Pascal Quignard, Życie sekretne. Przeł. K. Rutkowski].

  

środa, 12 września 2012
1165. Sentimenti d’inferiorità...

  

Tak długo wczoraj płakałeś. Spróbuj się dzisiaj uśmiechnąć – tyle tylko w życiu będziesz mieć radości, ile jej sobie wmówisz, poudajesz…

 

W pracy podpuszczają koleżankę do przyznania, że „jeszcze tego nie robiła”, czeka na właściwego chłopca. I nieco kpiąco dziwią, jak w wieku dwudziestu trzech lat „mogła się taka uchować”. Podsłuchuję z korytarza i nie zdradzam z własną historią. Ta dopiero byłaby zabawnym i niezrozumiałym science-fiction. A że nie ma czym się chwalić, nie opowiadam tam o swoim życiu ani słowa. Wszystko w nim zbyt różni się od wszystkich…

  

„Poniżenie, jakiego się doznaje, ukrywając swoją tajemnicę, jest tak dotkliwe, tak żałosne i dogłębne, że pociąga za sobą falę innych powodów do wstydu. Wydaje się, że jest nieograniczona ilość pobudek, które skłaniają człowieka do wstydu”

               [John Maxwell Coetzee, Wiek żelaza. Przeł. A. Mysłowska].

  

niedziela, 09 września 2012
1164. Don’t. Doesn’t. No…

  

Niebo błękitne nakrapiane setkami białych chmurek – prosi się o taką scenerię zdjęciową miesiącami, czeka na nią z balonem widokowym. Ale nie poleciałem dziś; i panny w ślubnej sukni, pozującej uroczo przy Baszcie Prochowej, też nie sfotografowałem; ani parkourowców, wysoko włażących na mury (przy Barbakanie także Dariusz Jabłoński na rowerze, a Janusz Michałowski przemykał Rynku Stroną Barssa) – zdarza mi się jeszcze wstydzić wyciągać przy ludziach aparat. Łachy piaszczyste na wysychającej Wiśle, przypadkowo zwiedzony dziś Pałac Prezydencki. Ulubioną lodziarnię z powodu kolejki ominąłem, zadowalając się Zieloną Budką – i żałując. Do Rosjanki, która poprosiła o fotkę pod Zamkiem Królewskim, wyświadczając tę przysługę słowem nie byłem w stanie się odezwać. Krótsze siedzenie na murku i zejście do tramwaju… Że miało mnie tu już we wrześniu nie być, zapomnieć wciąż nie mogłem. Że ciągle mi to grozi. Bez Ciebie – żyć mi po co…

  

23:58, alexanderson
Link
czwartek, 06 września 2012
1163. Faces in the Crowd...

  

Chłopiec, który wsiada co rano na tym samym przystanku do tramwaju; jego okulary, sposób, w jaki zerka na ludzi, wyraz sympatycznej twarzy, jak gdyby zaraz miała się uśmiechnąć. Jacek Dehnel w słomkowym kapeluszu na Nowym Świecie rozmawiający z ładnym kimś o jeszcze idealniejszej fryzurze. Sławomir Sierakowski z reklamówką przy bramie Uniwersytetu na Krakowskim – raczej coś do jedzenia w niej, nie książki. Młodzi i modni w tłumie, aktywni, rozgadani; całujące się głęboko pary na murach Starówki przy Podwalu. Przypatruję się, rozglądam, zauważam… Wystarczy kolor czyichś włosów, kształt nosa, element garderoby, by mieć wrażenie, że to Ty – tu jesteś – że jeszcze Cię pamiętam. Zostały mi tylko te migawki…

  

          „Wiedziałem, że tak będzie: przebiegałaś drewnianym mostkiem

          na drugi peron, aby mi pomachać,

          ale właśnie wtedy pociąg do Leeds przemknął obok

          i pochwycił cię jakby w kolejne kadry filmu”

                         [Simon Armitage, Gdzieś po drodze. Przeł. J. Gutorow].

  

poniedziałek, 03 września 2012
1162. A nasz premier piłkę kopie...

  

Niedziela też upłynęła pod znakiem sportowo-stadionowym, tym razem jednak z futbolem w europejskim rozumieniu i na obiekcie Legii (Pepsi Arena), dotąd mi nieznanym. Charytatywny mecz „Politycy kontra Gwiazdy TVN” na rzecz fundacji „Nie jesteś sam” okazał się równie udanym widowiskiem. Na promenadzie wystąpili najlepsi uczestnicy drugiej edycji „X-Factora”, a że śledziłem ten program, sympatycznie było znowu ich (Soul City, Dawida Podsiadło, The Chance i Marcina Spennera – Ewelinę Lisowską przegapiłem) zobaczyć i posłuchać. Na boisku jeszcze słynniejsze nazwiska – sejmowe, dziennikarskie i aktorskie (m.in. Jan Krzysztof Bielecki, Grzegorz Schetyna, Wojciech Olejniczak, Adam Hofman, Ireneusz Raś, Roman Kosecki, Marcin Żebrowski, Paweł Łukasik, Tomasz Zubilewicz, Tomasz Jachimek, Paweł Małaszyński, Rafał Maserak) pod wodzą z jednej strony Kamila Durczoka, z drugiej zaś Donalda Tuska. Oceana zaśpiewała hymn Euro’2012 „Endless Summer” i rozpoczęła się emocjonująca, dosyć zacięta walka (znacznie dynamiczniejsza, niż występy krajowej reprezentacji). Pan Premier (w przeciwieństwie do większości zawodników grający niemal pełne dwie połowy) strzelił (przy wielkim aplauzie publiczności) dwie pierwsze bramki (nieuznane) i był dwukrotnie ostro faulowany. Największą jednak sympatię widzów bezapelacyjnie wzbudzał Ryszard Kalisz. Wygrała 2:1 drużyna TVN-u, na koniec wystąpiła Tatiana Okupnik z Dawidem Podsiadło. Widoczność była świetna, komentator marny, atmosfera rodzinno-piknikowa, popołudnie znowu przeudane…

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

sobota, 01 września 2012
1161. Euro-American Challenge...

 

Kolejny rozrywkowy weekend – właściwie zaś ledwie jego połowa, bo na jutro też naszykowaną mam atrakcję. Mecz futbolu amerykańskiego USA – Europa na Stadionie Narodowym (moja już trzecia tam wizyta, pierwsza jednak na imprezie sportowej). Trudna do ogarnięcia (te wszystkie jardy do zdobycia i przesunięcia linii, przyłożenia, ciągłe zmiany defensywy z ofensywą), ale widowiskowa dyscyplina – wysokie podania, zatrzymywanie przeciwników, szybkie uniki, biegi przez długość boiska, opięte ciasno pośladki. Nowe to, ciekawe, do tej pory znane tylko z filmów. Turniej uświetnia owacyjnie przywitany Lech Wałęsa, losujący strony poprzez rzut monetą. Tańczą cheerleaderki z Grupy Tanecznej Bell Arto, śpiewa Patrycja Kazadi, w finale tryskają confetti… Doskonałe i beztroskie popołudnie…

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

Archiwum
Tagi