~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
poniedziałek, 30 września 2013
1303. Z cyklu: Przeczytane (XXI) - Wrzesień...

  

1. Juli Zeh, Ciemna materia. Przeł. S. Lisiecka, Warszawa 2009;

2. Zeruya Shalev, Po rozstaniu. Przeł. M. Sommer, Warszawa 2008;

3. Mariusz Karpowicz, Co nam mają do powiedzenia fasady Wilanowa, Warszawa 2011;

4. Barbara Milewska-Waźbińska, Słońce na tarczy, czyli tajemnice pałacowej fasady, Warszawa 2008;

5. Wojciech Fijałkowski, Vademecum Wilanowa, Warszawa 2011.

    

niedziela, 29 września 2013
1302. Wyższe sfery...

  

Po ponad 15 miesiącach spotkanie z T. – przez nieporozumienie komunikacyjne (on nie wie, że zgodziłem się je odbyć) omal do niego nie dochodzi. Obiad w nieznanym mi dotąd Prasowym, gdzie rozmowa o zawodowych porażkach i sukcesach. Zamiast na planowany wcześniej spacer po Łazienkach jedziemy do Hotelu Marriott, gdzie firma opłaca mu mieszkanie na 32. piętrze. Robi to na mnie wrażenie większe niż śmiem zdradzić. Już zwierciadlana winda dość sporo obiecuje. W menu w pokoju śniadanie za 98 zł, zupa na obiad 32, w lodówce zestaw buteleczek z alkoholem, a podczas mojej wizyty donoszą jeszcze kolejne (prezent VIP package). Najbardziej jednak oszałamia widok na Plac Defilad, czy raczej: pół Warszawy. Oxford Tower nie może się z tym równać (por. 1202). Mimo refleksów na szybie próbuję strzelić fotkę – udaje się tylko z PKiN-em, choć lepsze byłoby słońce od południa. Pomyśleć tylko, że można się tym cieszyć każdego dnia, przy różnych stanach nieba. Choć ja już dawno wymarzyłem sobie mieszkanko po przeciwnej stronie – Cosmopolitan, narożnik południowo-wschodni, 40. piętro, 5 pokoi plus garderoba, 2 łazienki. Wiem, jak urządzić, czym obwiesić ściany, jakie chcę meble, gdzie bym w co się bawił. I panorama z okien – Nowe i Stare Miasto, Zamek i Ogród Saski, Krakowskie, Nowy Świat i Wisła, Stadion i Ściana Wschodnia, Pałac i reszta wież. Nikogo tutaj tak to nie zachwyca – nikt więc nie zasługuje bardziej, by w tego Totka wygrać…

  

sobota, 28 września 2013
1301. „Słońce rzuca blask z ukosa, / I dzień krótszy, chłodna rosa”...

  

Wędrówki od rana, byle wykorzystać słońce, chmury, jesień. Pożółkłe liście, lustrzane odbicia w stawach i wiewiórki. Zimny jednak ten wrzesień – drętwieją, tracą czucie palce, kurczowo ściskające korpus aparatu. Pod Królikarnią zagaduje samowolny opiekun tamtejszej ptaszarni – pokazuje zdjęcia kolejnych lęgów łabędzi i zimowego stada mandarynek, mówi o dokarmianiu, małej w tym roku liczbie kurek wodnych. Autentyczna pasja i radość w jego oczach, rozrywka na emeryturze, sens istnienia. W Skaryszewskim zaś inny starszy pan kilkakroć przechodzi obok, gdy dość długo kadruję Kąpiącą się – być może szukał okazji na pikiecie. Kasztany pod nogami na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim, przebiegające ścieżki myszy polne w Ogrodzie Botanicznym. W pustawym w dzień powszedni Wilanowie kolejny już raz szeroka panorama i detale – podbudowany lekturami z łatwością odczytuję z płaskorzeźb i posągów ów kilkuplanowy ideowy program, w jaki ubrano pałac. Nie mam zbytnio przed kim się tym chwalić. Byłbym jednak gotów płacić samotnością, byle zyskać gwarancję, że Warszawa nigdy się nie skończy…

  

środa, 25 września 2013
1300. Furia...

  

Nigdy nie mogłem się na Ciebie gniewać. Nie było o co: zbyt dobra byłaś, mądra, opiekuńcza, najlepsza Ania na świecie, kochAneczka. A jednak każda myśl o Tobie – po wszystkich tych uśmiechach, rozczuleniach, które od razu wywołuje – kończy się gniewem. Nie wybaczyłem losowi tej formującej mnie przeszłości, co była nam przeszkodą, a sobie słów i gestów, których zabrakło – żyję w poczuciu klęski. Miast karmić się przyjaźnią czy miłością, oddaję się uczuciu, które stopniowo niszczy…

  

I know the rage that drives you. That impossible anger strangling the grief, until the memory of your loved one is just... poison in your veins. And one day, you catch yourself wishing the person you loved had never existed, so you would be spared your pain [z filmu Batman – Początek” (USA / Wielka Brytania’2005; reż. Christopher Nolan)].

  

Tagi: kobiety
23:58, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
poniedziałek, 23 września 2013
1299. Never ever...

  

Dwa lata od naszego ostatniego spotkania. I nie wiem, czy jeszcze będzie jakieś. A gdyby nawet, gdyby kiedyś, to byłoby tak samo sporadycznie, jednostkowo, jak poprzednio. Rozczarowujące jak cała ta historia. Każdy dzień naznaczony był piętnem rozstania; przez te lata spędziliśmy z sobą w sumie dwa tygodnie. Za mało dla takiego, co uczy się słów i gestów, oswaja z drugim kimś, jest jak dorosłe dziecko. Zmęczyła się ślimaczym tempem i odpuściła, pojawił się ktoś trzeci...

W tym wieku (nie: z taką osobowością, bagażem niedoświadczeń) już się podobnie wielkiej szansy nie dostaje. I – nie dopuszczając do siebie innych ludzi – nie zapomni...

  

„Miałem po prostu uporczywe i przenikliwe wrażenie, że spotkałem ją dużo za późno i że zmarnowałem całe życie; wrażenie, które, byłem o tym przekonany, miało już mnie nie opuścić po prostu dlatego, że było słuszne”

            [Michel Houellebecq, Możliwość wyspy. Przeł. E. Wieleżyńska].

      

sobota, 21 września 2013
1298. My Happy Ending...

  

Godziny i dnie na kanapie. Zaległe gazety, wyobrażone uściski i studiowanie sufitu. Laptop do drugiej w nocy, śniadania przed południem. Zimno przenika przez mury i mrozi krew w żyłach – ta nigdy nie była zbyt gorąca. Żadnego ruchu, poczucia sensu czegokolwiek, troski o coraz mroczniejszą przyszłość. Jedynie lato daje mi chęć życia – będę je sobie marnował kolejnych sześć miesięcy…

  

Do mieszkania nie docierał uliczny rejwach ani wycie karetek pogotowia czy dzwonki telefonów komórkowych. Wymarzone miejsce, by się skryć przed światem. Tu właśnie Juan wymościł sobie – wieczór za wieczorem, lęk za lękiem – kryjówkę i tu czekał na strzał, którym życie da mu znak do startu lub go dobije; było mu chyba wszystko jedno”

             [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

czwartek, 19 września 2013
1297. Kuchnia polityczna...

  

Nigdy nie czułem potrzeby picia kawy dla podniesienia sobie ciśnienia. Wystarczy, że w domu jest telewizor, a w nim – odkąd pamiętam – Jarosław Kaczyński lub też Antoni Macierewicz. PiS-opodobni, człekokształtni, w tym swoim warcholstwie aż do wyrzygania arcypolscy…

  

                    „Są bo na świecie ludzie tak wymyci

                    Że gdy przechodzą

                    Nawet pies nie warknie

                    Choć ani święci

                    Ani są też cisi”

                                        [Stanisław Grochowiak, Czyści].

  

poniedziałek, 16 września 2013
1296. Orchidaceae - Dni storczyków w Ogrodzie Botanicznym (14-15 IX 2013)...

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

sobota, 14 września 2013
1295. Ostatni krzyk (mody tego) lata...

   

Przygnębienie, otępienie – ochłodzenie. Po dłuższej przerwie wyprawa do miasta. Krążenie wokół Ronda Jazdy Polskiej, szukanie podziemnego pasażu, gdzie upatrzona czapeczka (element ten garderoby rozwiązuje ostatnio wszystkie problemy z fryzurą, pozwalając niekiedy w ogóle wyjść z domu) – mijanie uczestników Walkathonu (pokonuję po wielekroć dłuższe trasy kilka razy w tygodniu, nie strojąc w reklamowe loga – nie będę zatem dla szpanu się przyłączać). Na nogach z powrotem też do Centrum – sklepy i marki, kolejne marynarki. Potrzebuję jasnej letniej i czarnej oficjalnej (na ewentualną rozmowę kwalifikacyjną – jak gdybym gdziekolwiek aplikował – nie miałbym się nawet w czym zjawić). Niestety, Zara wyglądała prześwietnie jedynie w Internecie – poduszki, których nie toleruję, w ramionach, fatalne proporcje i zszycie. Panowie Hennes oraz Mauritz ratują sytuację odnośnie wersji summer. W międzyczasie przedarcie się przez marsz związkowców na Nowym Świecie – jedni podają: było sto tysięcy, inni, że dwieście, to ja „bez kozery powiem pińcet”. Gwizdy i wuwuzele – skończyło się lato i krótkie spodenki, pozostał mi tylko ból głowy...

  

wtorek, 10 września 2013
1294. To be or not to be...
  
Wracam. Jadę z Obornik Śląskich, bo do Wrocławia pociągiem dostać się nie sposób. Baranki kłębiaste na niebie i krowy w polu, wiatraki w Wielkopolsce – nie te drewniane, młyńskie, lecz smukłe białe, produkujące prąd. Na korytarzu ożywiona rozmowa przez telefon o błędnych rysunkach ruchu planet do artykułu, co poszedł do „Uranii”. Chłopak z przedziału śmieje się, że wysiadając w Poznaniu i tak wcześniej doleci do Norwegii, niż ja będę w Warszawie. W domu odgrzewam gołąbki i podlewam roślinki – w swej interesowności one niemal jedyne dostrzegły, że mnie nie ma...
   
niedziela, 08 września 2013
1293. Un giorno da cicerone...

  

Pogoda dopisuje, lato wciąż trwa, krótkie spodenki cieszą, a Wrocław – tak przecież ubogi w zestawieniu z Warszawą – wciąż przyciąga. Namawiam rodziców na całodniową wycieczkę, służąc za przewodnika, pokazując nieznane. Najpierw ogród Ossolineum (tam kiedyś pierwsze chwile z Anią), następnie uniwersyteckie to-co-w-piątek. Obiad jemy w studenckiej Bazylii, potem Wyspa Słodowa (na kładce mama niemal skręca nogę, kolejne dni będzie utykać) i bulwar Włostowica – patrzymy na statek z napędem łopatkowym. Ogród Papieskiego Wydziału Teologicznego, uliczka Kanonia i Ogród Botaniczny. Wróbelki przysiadają na oparciach foteli, gdy zatrzymujemy się, by ojciec wypił kawę; w płyciznach oczek wodnych wygrzewają się żaby. Przez kręcących się ludzi znów nie udaje mi się zrobić zdjęcia statuy von Eichendorffa. W lodziarni Amorino obok Rynku pijemy truskawkowe musy, potem jeszcze na chwilę do Sephory (mama chce wykorzystać jakiś rabat – wydaje prawie 500 zł, a młody człowiek, co z nią tak grzecznie czeka dostaje próbki najnowszych zapachów męskich od Burberry, Chanel i Hermèsa), no i powrót…

Oprowadzać kogoś, wodzić, opowiadać; pokazywać miejsca swoje, obce zaś drugiej stronie. Jedna z naprawdę niewielu sytuacji, gdy czuję przewagę…

  

21:23, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 06 września 2013
1292. Appetites & Escapades...
    

Podobnie jak za poprzedniego pobytu w rodzinnym domu, wykradam sobie dwa dni pod rząd na Wrocław (por. 1260). Czwartek w Pałacu Królewskim (Muzeum Historyczne ) – ekspozycja 1000 lat Wrocławia (cieszy wielki model ratusza, przykuwa uwagę skarb z Bremy, zachwycają ogromne epitafia patrycjuszy) i międzynarodowa wystawa Rodzina Brueghlów. Arcydzieła malarstwa flamandzkiego (z kolekcji prywatnych). Synowie, wnuki i prawnuki wielkiego Pietera Starszego, choć najbardziej błyszczy Siedem grzechów głównych (1500-1515) Hieronymusa Boscha. Kopie poprzedników i kolejne wersje tych samych scen, pułapki na ptaki i pejzaże górskie, wesela chłopskie i alegorie zmysłów, studia motyli (Jan van Kessel Starszy) i kwiatowe girlandy (Jan Brueghel Młodszy). Precyzja detalu, „dokumentalność” stylu, oszałamiająca żywość barw. Obrazy raczej niewybitne, a przecież ujmujące. Do zapamiętania osobno Martwa natura z owocami, kwiatami i czerwoną papugą (1663) Abrahama Brueghela i Chłopi w tawernie (1655-1660) Davida Teniersa Młodszego.

W piątek kolejny już raz zdjęcia w Auli Leopoldina (napływające kolejne fale cudzoziemskich wycieczek) i pierwszy raz widoki z Wieży Matematycznej – z kustoszem wymieniam uwagi o nowym akcencie w panoramie miasta, przywróconym dwa dni wcześniej hełmie u urszulanek. Nisko zabudowany Wrocław strzela w górę pojedynczymi akcentami gotyku, renesansu i baroku; w ogólnym tym landszafcie zgrzyta jedynie Sky Tower – falliczna pretensja Leszka Czarneckiego do zaznaczenia się w przestrzeni i historii…

  

      

  

      

  

Wzdłuż Odry, bulwarem Dunikowskiego, zerkając z lewej na rysujący się ponad przepływającymi statkami Ostrów Tumski, spieszę na kolejne wystawy do Muzeum Narodowego. Oręż europejski mocno rozczarowuje – eksponaty ciekawe (dwuręczne miecze XVI-wiecznych lancknechtów, misterne toporki-pistolety skałkowe z XVIII w., sztucer z powozu Napoleona zdobyty pod Waterloo), lecz nieliczne, jak na tak wiele sal; historia wojskowości dla początkujących. Już Sztuka w służbie samurajów, choć w jednym zaledwie pomieszczeniu, wypada lepiej, wydaje się bogatsza (misterne zbroje, miecze, wachlarze, tarczowe jelce i rękojeści noży). Zaglądam też na stałą ekspozycję Śląskiej rzeźby kamiennej XII-XVI w. – w pełnofigurowe przedstawienia śpiących książąt na płytach nagrobnych Henryka II Pobożnego i Bolesława III legnicko-brzeskiego oraz w sarkofag Henryka IV Probusa wpatruję się w nieskończoność. Ale najwięcej frajdy sprawia nareszcie pusty, kryty dziedziniec muzeum, przypominający nieco Politechnikę warszawską…

Wracam słonecznym spacerem przez Wzgórze Partyzantów – długie godziny spędzane tam w studenckich latach, samotne ławki, z których podpatrywałem innych, łzawe spojrzenia ponad korony drzew…

Pociąg przystaje stację przed domem, w Księginicach. Okazuje się, że pęka tor (choć mówią: przęsło) na moście kolejowym, co w stanie agonalnym odkąd go pamiętam. Przez następne dwie i pół godziny słucham przekleństw i dylematów pasażerów; konduktor w końcu ogłasza cofanie do Wrocławia. Akurat przyjeżdża mój ojciec: nasz nowy samochód ma zbyt niskie zawieszenie, by wjechać na prom, most w Brzegu Dolnym wciąż w budowie – trzeba jechać przez Lubiąż. Z około 8 kilometrów w linii prostej robi się prawie 50. Słońce o 19.00 bardzo nisko, świeci nam w przednią szybę – chwilami nie widzimy drogi. W Chomiąży czterech chłopców gra w piłkę na podwórku, jeden niedbałym gestem strzepuje sobie pył z nagiego torsu; w Malczycach ruiny ogromnej cegielni – ponoć szedł stamtąd budulec pod warszawski Zamek. Do domu docieram przed 20.00, nie jadłem i nie piłem od 12 godzin – wrażeń jednakże mam przesyt…

   

wtorek, 03 września 2013
1291. Roads and Destinations...
  
Na tydzień do rodziców, wczoraj. Ekspresem pierwszy raz, przez Poznań (zaskakuje mnie, jak blisko katedry się przejeżdża – pamiętam miasto jak przez mgłę z wycieczki szkolnej: w dzień jeden podcienia w Rynku, ratusza Wielka Sień, przepiękne wnętrze fary, Złota Kaplica, Kórnik). Nowa więc trasa, lecz krajobraz niezmienny: pola i lasy, rudery, magazyny, hale; wieczne budowy, szaro-smutnawe wsie i chaos na przedmieściach. Przepiękny przyrodniczo kraj na zawsze oszpecony przez mieszkańców…

W domu, jak zwykle, coś nowego – tym razem telewizor 48 cali z bajerami: Internet, opcja 3D, kosmiczne okulary (nareszcie mam okazję zobaczyć efekt trójwymiarowości). A jednak nie lubię tych podróży. Bo strach być blisko tych, od których tak daleko. Bo pakowanie się do drugiej w nocy (wszystko w ostatniej chwili), panika rano (na pewno nie zdążę!), zimny wagon. Strach zostawiać mieszkanie (okradną, wybuchnie gaz, rośliny zwiędną). Bo kiedy raz następny już może się nie wracać...
   
Tagi: rodzina
22:40, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi