~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 30 września 2014
1430. Z cyklu: Przeczytane (XXXIII) - Wrzesień...

  

1. Eduard Limonow, To ja, Ediczka. Przeł. J. Czech, Warszawa 2005;

2. Jack Kerouac, W drodze. Przeł. A. Kołyszko, Warszawa 2007.

  

Tagi: książki
21:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 28 września 2014
1429. Ruinenwert...

  

Wycieczka z rodzicami do niewidzianego jeszcze Kłodzka. W kierunku południowym od Wrocławia Śląsk robi się niezwykle malowniczy – przypominają się wczasowe wyjazdy do Karpacza i Szklarskiej Poręby w odległym dzieciństwie, choć teraz inny rejon. W Leśnicy mijamy ładny zamek, ponad polami majaczy imponujący masyw Ślęży; na wzgórzu w dali neogotycki pałac w Kamieńcu Ząbkowickim, w Bardzie ciekawy most i bryła bazyliki nad domami. A samo Kłodzko z potencjałem – ogromny neorenesansowy ratusz (i znowu retrospekcja: Hamburg, moje wakacje z Anią), barok w gotyckim kościele Wniebowzięcia NMP, most z figurami na cuchnącej Młynówce, świątynia franciszkanów, kilka kamienic, strome uliczki i górująca ponad wszystkim twierdza (artylerzysta, co nas oprowadza, daje pokaz wystrzału armatniego wewnątrz bastionu – ogromny huk pod tak niskim sklepieniem daje nam mnóstwo śmiechu. Na wstępie zaś żenada – pytanie przewodnika do zebranych, przy jednej z opowieści, na ile lat Polska straciła niepodległość. Padają różne liczby, a ja się powstrzymuję, licząc, że wśród kilkudziesięciu osób ktoś jednak będzie wiedział; w końcu ratuję sytuację, mówiąc „na 123” – dostaję nagrodę przewidzianą we fryderycjańskiej armii, czyli brak kary. Pytanie o nazwę następcy Prus w okresie II wojny wolałem zignorować, kompletnie załamany analfabetyzmem grupy i nie chcąc się wybijać). Ale to wszystko w ogólnym rozpierdzielu: szpetocie, szyldach, syfie, blokach, budach – „Po rozkurwionym do szczętu mieście łazili starzy Niemcy i oczy mieli wielkie jak jajka na twardo”, pisał Ziemowit Szczerek. Po wojnie się dostało Polsce złote jajo, to musiała ona poczekać, żeby zgniło, rozbić je i rozsmarować na kamieniach, by śmierdziało – tak tylko mogła strawić. Kraina „Która kiedyś była klimatyczna, nastrojowa i w ogóle, dopóki Naród Polski, który w imię sprawiedliwości historycznej zajął te rdzennie polskie ziemie, nie zaszczał jej i nie zasrał od bruku po dachy. I teraz nie jest już klimatyczna, tylko jebie w niej jak w niewietrzonym sklepie zoologicznym”

Wracamy pod niebem jak z Turnera – chylące się ku zachodowi słońce, dziesiątki smug z szarości i fioletów, złota, przymglenia, różu. To był najlepszy dzisiaj punkt programu – w tym bez zachwytów dniu, który i tak odskocznią od męki pseudo-pracy, co w nadchodzących pięciu…

  

22:51, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 27 września 2014
1428. Il miserabile...

  

Codzienność tak staje kością w gardle, że coraz trudniej pisać. Prawie cztery miesiące po wyjeździe z Warszawy wciąż dopadają mnie koszta życia tamże. Spłacone teraz wszystko, chyba że właścicielka lokum jednak upomni się o rachunek za wodę. Na koncie mam 35 złociszy (jakby powiedział fryzjer z ulicy Młynarskiej), w portfelu 25 – to cały mój majątek. Po kilku dniach do pracy po nieoszlifowanym bruku odpadają mi podeszwy w czarnych butach (by móc wrócić do domu, ratuję się biurowym klejem do papieru); nie mam w czym teraz chodzić w niepogodę. Co tydzień tych samych pięć koszulek z pożółkłymi pachami; za jakiś czas nie wiem już która zima w jesiennej kurtce; przetarcia bieliźniane aż wstyd wspomnieć…

Złośliwość losu (nie! – mizeria na własne życzenie), że przykładając taką wagę do wyglądu, snobując się, wynosząc, muszę się czuć obecnie niemalże jak łachmaniarz…

  

„To prawda, to prawda. Nie wystarczy żyć, tworzyć. Trzeba też mieć z czego żyć” [Sándor Márai, Zadanie. Przeł. I. Makarewicz].

  

23:01, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
piątek, 19 września 2014
1427. The Question...

  

Internetowy test Which Shakespeare Character Are You? W moim przypadku z góry było wiadome rozwiązanie:

   

To be Hamlet or not to be Hamlet, that is the question. As the tragic prince of Denmark, you are smart, thoughtful and sensitive but also indecisive, hesitant and stubborn. The combination between your characteristics may bring you to very extreme situations in your life, mostly emotional. To be, that is the answer…

  

22:22, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 15 września 2014
1426. „Złe numery, złe adresy”...

      

Po ośmiu latach (!) mam nowy telefon – przy okazji zmieniono mi taryfę: płaciłem, jak się okazuje, astronomiczne stawki z połowy minionej dekady, choć i tak wykorzystując ledwie nikły procent większości 3-miesięcznych doładowań. Teraz poznaję, co to jest ekran dotykowy, mobilny Internet i różne aplikacje (typowe dla mnie odkrywanie oczywistości po latach ignorancji, zapóźnienia). Można bez stresu podglądania zająć się czymś w nudnej pracy, można i poza nią się bawić – bo przecież nie z kimś gadać…

  

                    „nikt nie dzwoni nikt nie dzwoni

                    to tylko ja tylko ja”

                              [Republika, Telefony. Słowa: Grzegorz Ciechowski].

  

21:53, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 12 września 2014
1425. Come A Little Bit Closer...

  

Przed paroma tygodniami powrót – po równo półrocznej przerwie – na Kumpello. Nie wytrzymałem jednak, nie daje się zadusić w sobie pewnych rzeczy. Stare o sobie treści, lecz za to nowe zdjęcia; od dwóch miesięcy w każdy wieczór dość intensywnie (jak na tak wątłe możliwości) ćwiczę, a że efekty są widoczne, wyczuwalne – wystawiam się na pokaz, szukam uznania i pozorów sympatii. Nie zbywam już tak szybko rozmów, zagadywań, każdemu staram się odpowiedzieć (co czasem wymaga zaparcia, dobrej woli przy ich problemach ze składnią, ortografią), polubiam i zostawiam ślady, czasem także komentarz lub prywatną wiadomość. Jałowe to w istocie – znam już to rozmijanie się afektów, oczekiwań, ten przykry brak rewanżu. A jednak gra się dalej – tym dłużej pewnie, że coś bardziej tak teraz niemożliwe. Po raz pierwszy chyba byłbym gotów się spotykać (i więcej nawet – wciąż wypytuję M. o kwestie seksualne, dopełniam swoją wyobraźnię, narasta chęć, by pójść do sauny Heaven) – a wszak warszawskie szanse i okazje już stracone. Znów tu, gdzie trzeba kryć się z każdym pragnieniem, gestem, można zaś tylko – w pustce i bez nadziei na cokolwiek – biernie czekać…

   

„W noce, kiedy najbardziej doskwiera mi samotność, kiedy mówię do siebie i do wyimaginowanych ludzi, muszę czasami tłumić potężną chęć, by podejść do domofonu i zawołać o pomoc. (…) Dlatego idę do łazienki, zamykam za sobą drzwi, nachylam się do lustra, w którym widać moją ściągniętą twarz, i wykrzykuję:

– Chcę kogoś! Chcę kogoś! Chcę kogoś!

Czasami potrafię się tak drzeć przez wiele minut, próbując wywołać atak płaczu, po którym opadnę bez sił i przynajmniej na chwilę wyprany z tęsknoty za ludźmi. Naturalnie nie odbiło mi na tyle, żebym uwierzył, że takie wrzaski sprowadzą tego, kogo pragnę. Zresztą kto to miałby być? Gdybym wiedział, nie musiałbym drzeć się do lustra – mógłbym napisać lub zadzwonić.

– Chcę kogoś! – krzyczę, a zjawiają się rodzice”

                    [Philip Roth, Nauczyciel pożądania. Przeł. J. Spólny].

  

niedziela, 07 września 2014
1424. Bezdroża - czyli: Pożegnanie lata...

  

      

  

      

  

      

  

Tagi: fotografie
21:07, alexanderson , Zdjęcia: Spacery / Podróże
Link
czwartek, 04 września 2014
1423. Inactivité...

  

W poniedziałkowy ranek kontynuacja badań (nie wiem, jakie wyniki wyszły z krwi i moczu, dokumentacja medyczna jest w Polsce tajemnicą dla pacjenta, dostaję tylko zdjęcie z prześwietlenia płuc, na które w piątek czekałem kilkadziesiąt minut, bo nikt mi nie powiedział, że najpierw trafią do lekarza – ten je odebrał przy mnie i nawet nie obejrzał), potem do pracy – stawiam się w Kadrach, zastaję drzwi zamknięte. Czekam na pustym korytarzu, aż wreszcie wiceburmistrz przechodząc pyta „Pan do kogo?” – ożywiam nieco senny jeszcze Urząd, coś trzeba przecież zrobić z tym stażystą. Wreszcie Sekretarz Gminy zabiera mnie do drugiego budynku (z przydworskiej oficyny do byłego pałacu), tam każą usiąść naprzeciw gabinetu burmistrza i przez kolejne dwie godziny z nudów studiuję Regulamin Organizacyjny, Instrukcję Kancelaryjną i mapy. W końcu kadrowa zjawia się u siebie, ale podbija mi jedynie listę obecności za 5 minut w sierpniu i każe przyjść nazajutrz na 9.00. Taki to pierwszy dzień nowej pracy – w południe jestem w domu…

Wykorzystuję czas, by wreszcie pójść, po dwóch miesiącach przerwy, do fryzjera. Ulica ta sama, co poprzednio, lecz inny lokal, tym razem czysto męski. Przede mną dwóch chłopaczków – jeden z ładnie opadającymi blond włosami – strzyże się na irokeza. Fryzjer – wiek średni, głos z emfazą, te same do każdego teksty („Panie kolego”) – budzi we mnie podejrzenia (koszula w kratę z połami związanymi na brzuchu). Na ścianie, wśród zdjęć fryzur, Chrystus w cierniowej koronie; w dodatku zjawia się ksiądz Zbigniew – w szortach, sandałach (na dworze szaro, zaledwie kilkanaście stopni). Gaworzą jak starzy znajomi o wczasach, wyjazdach zagranicznych – fryzjer ma synalka w przedszkolu, a zatem się myliłem. Obcinam się jak zawsze, więc bez pomysłu, kiepsko. Czesze mnie jeszcze gorzej – więc tradycyjnie, wracając ze wstydem do domu, muszę założyć czapkę…

We wtorek rano z Kadr wiodą mnie do pokoju, gdzie moje miejsce pracy. To Biuro Bezpieczeństwa, zarazem Gminne Centrum Zarządzania Kryzysowego i kierownictwo Ochotniczej Straży Pożarnej – wszystko na głowie jednej przygłuchej pani. Biurko dla archiwisty jest nieco na doczepkę, samo archiwum zaś na strychu, dwa piętra wyżej – nikt się tym nie zajmuje, a pracownicy też korzystają sami – ja mogę im najwyżej wydać klucz. Nie ma nikogo, komu bym miał pomagać, brak jakichkolwiek dokumentów, żeby je porządkować, baz danych w komputerze – sześć godzin siedziałem przy biurku, patrząc na mapy gminy. Za oknem ciągle padało, zimno – do domu wracam wściekły, z poczuciem, że znów trafiła mi się przechowalnia (jak studia i doktorat), gdzie będę trawił czas przeznaczony na życie…

Od środy już w pełnym wymiarze godzinowym, na 7.30, wstawać więc trzeba mi po szóstej – dla zdjęć Warszawy o świtaniu i całodziennych spacerów po tym mieście gotowy byłem nawet znacznie wcześniej, lecz teraz, siedząc 8 godzin w jednym miejscu, przeżywam torturę, ziewam. Od Sekretarza Gminy próbuję się dowiedzieć, po co mnie zatrudniono, co mam w ogóle robić. Może się trafi jakieś doraźne komuś pomaganie – słyszę, – a staż jest po to, by bezrobotny nie musiał siedzieć w domu (!). W efekcie, jedyne me zajęcie wczoraj to zaniesienie faktur do podpisu przez wiceburmistrza piętro wyżej. Współlokatorka w gabinecie daje mi do przejrzenia 7 segregatorów, dotyczących Obrony Cywilnej, dziś – 10 kolejnych, związanych ze sprawami obrony. Jutro jej nie ma, bo jedzie zbierać grzyby i będę sam w pokoju – a jeszcze 12 tygodni, więc wkrótce wreszcie umrę, ale z nudów…

  

Tagi: praca
21:33, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi