~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 31 października 2006
163. Imaginacja

  

A oprócz tych wszystkich twarzy – tych, do których się przez lata przyzwyczajasz, tych znanych ci, lecz rozmywających się w pamięci, tych nieznanych, mijanych na ulicy, w których się zakochujesz, by je zaraz zapomnieć – oprócz tych twarzy są jeszcze inne, na które natykasz się ustawicznie i zdaje ci się, że znać je powinieneś, że znasz je na pewno, że oto staje przed tobą człowiek, który w twoim życiu gra jakąś rolę, że to jest przecież… no właśnie kto? Nie wiesz. Mijasz je bez słowa ze wzrokiem zagubionym gdzieś w przestrzeni przed tobą i pytasz samego siebie, czy to, co widziałeś istniało naprawdę, było tylko mglistym wspomnieniem czy też równie niejasnym wyobrażeniem. Imaginacją oczu, które nie mogą oderwać od ciebie wzroku.

Coraz więcej tych oczu wpatrujących się we mnie z każdego kąta. Osaczają mnie. Zdają się pytać – pamiętasz?...

  

piątek, 27 października 2006
162. Tożsamość

  

Od małego brano mnie z racji wyglądu, rysów twarzy, falujących włosów, delikatności i subtelności za dziewczynkę. Tak stałem się „Lalką”. Jako oferma z WF-u byłem też „Plastusiem”, „Plastrem”, „Cieniasem”. Potem zaczęły się szepty za moimi plecami – na tyle głośne, żebym je słyszał. „Pedał”. „Ciota”. „Pedzio”. Nie wiedziałem jeszcze, co znaczą te słowa, zwłaszcza że zawsze kochałem się w którejś z klasowych koleżanek i spędzałem czas tylko przy niej. Ale i bez tej wiedzy wyczuwałem dobrze pogardę. Chyba nigdy nie przeciwstawiałem się stanowczo tym „pogłoskom” – umiałem tylko ze łzami w oczach odwrócić się i uciec. W ten sposób potwierdzało się tylko to, co miało się ciągnąć przez lata. Aż w końcu uwierzyłem w to, co o mnie mówiono i na swój sposób zaakceptowałem, pogodziłem się z tym. Myśl o tym zaczęła nawet sprawiać przyjemność, wywoływać uśmiech na twarzy.

Powszechnie wyśmiewany musiałem prędzej czy później zgrzeszyć dumą, wyniosłością, pychą. Ale też umiałem się ostatecznie od tego uwolnić, choć trwało to bardzo długo. Doświadczenie permanentnego upokorzenia było nadzwyczaj cenne. Powinienem za tę lekcję dziękować.

Chciałbym tylko wiedzieć – jaki byłem naprawdę przed tym wszystkim? Skąd się wzięły te szepty za moimi plecami i wyzwiska rzucane prosto w oczy? Co było we mnie takiego? I kim jestem dziś? Tym, kim byłem od zawsze? Czy tym, jakim mnie uczyniono? Czy samodzielnie odkryłbym o sobie to, co wiem dzisiaj?

  

Tagi: homo
23:57, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (5) »
środa, 25 października 2006
161. Wyjątkowość

  

Mówią mi, że jestem wyjątkowy. Na pewno jestem w jakiś sposób „inny” – bo wyjątkowy jest każdy. Ale jakże często chciałbym być taki jak wszyscy, mieć takie jak „wszyscy” doświadczenia, móc powiedzieć o sobie, że jestem… – no właśnie, kim?

Normalnym mężczyzną? Dwudziestoparolatkiem?

Kim jestem?

Nie umiem określić swojej tożsamości i chyba nie chcę tego robić. Jakkolwiek by tego nie nazwać – i tak pozostanę sam ze sobą, sam wobec siebie, z nikłą nadzieją, że kiedyś spotkam siebie w innym człowieku…

Tylko to marzenie nie do spełnienia pozwala mi zasnąć…

  

poniedziałek, 23 października 2006
160. Pożądanie

  

Niewinność…

Nie pragnąłem nigdy miłości fizycznej, nie odczuwałem potrzeby seksu, uciekałem od tego. Uciekam nadal. Ale –

czasem, gdy tak chodzę ulicami, gdy mija mnie anonimowy tłum, gdy dostrzegam po raz pierwszy i po raz ostatni fascynujące twarze, gdy coś zwraca moją uwagę w telewizji – rodzi się dziwne pragnienie, dziwne myśli i obrazy atakują mnie zewsząd. Niewinne pocałunki, pragnienia – by dotknąć zagłębienia u nasady dziewczęcej szyi, by przesunąć rękę po chłopięcych plecach, by zetknąć się policzkami, by odgarniać włosy z jej czoła, z jego czoła – wszystko to, czego nigdy nie doświadczyłem, wchodzi we mnie i żyje we mnie. Zakochuję się w każdej pięknej twarzy, w snach jestem z moją cudowną kochanką, z moim cudownym kochankiem w snach jestem, muskam wargami ich rzęsy, zaciskam ich dłonie w swoich dłoniach, obejmuję ich całych w swoich ramionach, słyszę bicie ich serca, gdy kładę głowę na ich piersi. Nie chodzimy do łóżka – chodzimy na spacery. Innej miłości fizycznej nie znam, innego seksu nie chcę…

Pragnę poprzez wyrzeczenie się…

I nie mam złudzeń – nikomu innemu to by nie wystarczyło.

  

sobota, 21 października 2006
159. Trzecia i Czwarta

  

„By rząd Jarosława Kaczyńskiego mógł kontynuować strategię »nowego początku«, musi odciąć się raz na zawsze od przeszłości, a jeśli do niej sięgać, to wyłącznie po to, by odnaleźć kod, który biegnie gdzieś z daleka, ale prowadzi wprost do IV RP. (Podobny zabieg i z podobnych względów stosowano w PRL: cała logika polskiej historii – bunty chłopskie, Waryński, Marchlewski… – spełniała się w Polsce Ludowej). Dzieje IV RP biegną od dziewiętnastowiecznych powstań narodowych, przez II RP, Powstanie Warszawskie i powstanie z Czerwca’56 oraz Czerwca’76, przez Solidarność (z której trzeba właściwie uhonorować także tych, którzy byli wcześniej pomijani, jak choćby Anna Walentynowicz i Andrzej Gwiazda) i przez rząd Jana Olszewskiego.

Tylko ta ścieżka jest historycznie słuszna, moralnie właściwa i piękna. I tylko ludzie, którzy się na niej znaleźli, służyli dobrze Polsce. […]

III RP, jak wynika z rozwiniętych wywodów Jarosława Kaczyńskiego, a także z jego bon motów i okrzyków, podchwytywanych skwapliwie przez drugo- i trzeciorzędnych aktywistów PiS oraz dziennikarzy, którzy chętnie pełnią funkcje propagandzistów obozu rządzącego, była PRL-bis, była jego prostą kontynuacją i faktycznym beneficjentem. PRL rozciągnęła się jak guma od majtek i do jej dziejów trzeba koniecznie doliczyć ostatnie 17 lat.

III RP dała sobie narzucić język PiS. Jest interpretowana i na nowo definiowana, przy słabnącym sprzeciwie ogółu, jako fatalny okres w historii Polski. Do świadomości społecznej przenikało przekonanie, że dawni »oszołomi« mieli rację, że Kaczyńscy nie mylili się już na początku lat 90., że ich diagnoza była genialnie przenikliwa. W ten sposób, bez większej zresztą walki, język IV RP wyparł rzeczywistość III RP. Wielu z tych, którzy postrzegali poprzednie dekady jako zupełnie dobre czasy w ich życiu, ale też dla kraju (pamiętamy? jeszcze niedawno mówiło się, że to był od stuleci najlepszy czas dla Polski), dzisiaj coraz chętniej jest skłonnych przychylić się do opinii, że ich zadowolenie było wynikiem naiwności i braku tej porażającej wiedzy, jaka jest dzisiaj dostępna. Byli jak dzieci we mgle, którą rozwiał dopiero PiS.

A przecież nic takiego się nie wydarzyło, poza dojściem do władzy PiS, co uzasadniałoby takie postrzeganie kraju. To z tej dziwacznej, żabiej perspektywy sprawa Rywina niweluje wstąpienie do NATO, afera starachowicka przykrywa akces do Unii, a chora goleń Kwaśniewskiego staje się symbolem całej skomplikowanej polityki III RP. »Przypadki łamania prawa« i »nieprawidłowości« odwróciły hierarchię, zakwestionowały realne osiągnięcia III RP. Spiski i wszechogarniający układ, których nie widać i na które wciąż nie ma mocnych dowodów, zanegowały realia, które widać i które można bez trudu udowodnić.

Gdy w 1989 r. – przypomnijmy – inflacja sięgała 639 proc., to w momencie, gdy bracia Kaczyńscy przejmowali władzę, wynosiła 1 proc. I odpowiednio inne dane rozdzielone 17 latami: PKB na głowę mieszkańca na początku III RP – 1880 dol., na końcu – 12 tys. dol., PKB Polski – 68,3 mld dol. i 280 mld dol., a średnie zarobki zaczynały się od pułapu 34 dol., by osiągnąć wysokość 797 dol. I to mimo »afer, korupcji i działań służb specjalnych«. Czasami trudno sobie zdać sprawę, jak język i mentalność PiS wsiąka w społeczną glebę. Ludzie »mówią PiSem«, nie wiedząc nawet o tym. Pomstują na Kaczyńskich, często używając ich pojęć. Co więcej, w istocie zarzucają im, że są niekonsekwentni w wykonywaniu swojego programu: gdzie te afery, dlaczego jeszcze ten i ten nie siedzi, gdzie ta lustracja, gdzie silne państwo? To zaszczepienie własnego myślenia nawet swoim przeciwnikom to chyba największe zwycięstwo tej partii, które może przetrwać, nawet jeśli poniesie ona polityczną porażkę.

Jarosław Kaczyński odkrył, jaka jest siła odpowiedniej interpretacji, a właściwie reinterpretacji ex-post jakiegoś wycinka historii. Jak wiele zależy od słów, pojęć, sekwencji wynikania. III RP była okresem wielkiej transformacji, niewolnej od błędów i ułomności, która jednak odmieniła kraj, sprawiła, że żyje się po prostu lepiej. Polska stała się normalnym, choć jeszcze nie tak zamożnym jak inne unijne państwa krajem, z dobrze funkcjonującym rynkiem, z demokratycznymi instytucjami, samorządami, społeczeństwem obywatelskim, wolnymi mediami, które w rzeczywistości dopiero PiS zakwestionował i zaczął z nimi walczyć.

Słabości przemian można wytłumaczyć faktem, jak głęboka była i jak gwałtownie dokonała się transformacja. Jeśli o tym zapominamy, to nie tylko z powodu upływu czasu, również dlatego, że propaganda obozu rządzącego skupia się w przypadku PRL na sprawach opresji politycznych i działań SB, znika w tym gdzieś rzeczywistość ekonomiczna Polski Ludowej. Stąd maleje świadomość, jak wielki przełom się dokonał na początku lat 90. i jak później konsekwentnie był podtrzymywany. To nieprawda, że wszystko się należało, było naturalną konsekwencją odrzucenia komunistycznych absurdów; transformację też można było spartaczyć, utopić w konfliktach społecznych i politycznych, co wydatnie pokazuje historia innych krajów dawnego bloku socjalistycznego, które nie tak konsekwentnie jak Polska prywatyzowały czy walczyły z trzycyfrową inflacją. Łatwo się przyzwyczajamy do normalności, traktujemy ją jak oczywistość, a właśnie o to trzeba było stoczyć ciężką walkę z balastem przeszłości.

Ale III RP da się też przy złej woli pokazać jako prymitywną republikę bananową, gdzie komunistyczno-liberalna oligarchia kupiła sobie sługusów we wszystkich sferach, także w mediach, i ustawiała całe życie publiczne. Gdzie demokracja była teatrem kukieł, poruszanych przez esbeków i ich agenturę […], gdzie rozkradano państwo przy aplauzie »układu wiedeńskiego«. Prywatyzacja była złodziejstwem, dorabianie się – zawłaszczaniem i tuczeniem cudzym kosztem, sukcesy – porażkami. Już nie tylko życie w PRL było maligną, totalnym matriksem, ale też III RP okazuje się niemoralną propozycją, gdzie wszystko było nieprawdziwe. PiS – aby postawić się ponad zastanym systemem politycznym – neguje autentyczność transformacji po 1989 r., odbiera prawo do zmieniania się instytucji, gospodarki, ludzi.

W istocie zaś wszyscy Polacy, od dawnej opozycji po dawnych komunistów, odbyli daleką podróż, stali się innymi obywatelami innego kraju. 17 lat temu wychodziliśmy na puste pole, bez doświadczenia, bez potrzebnej wiedzy, ze starymi przyzwyczajeniami i lękami, wszystkiego musieliśmy się uczyć od nowa, zmienić sobie myślenie i świadomość. To może tylko bracia Kaczyńscy wszystko zawsze wiedzieli i nigdy nie mieli żadnych wątpliwości, reszta musiała przejść przez czyściec historii, przez bezprecedensowe eksperymenty ustrojowe i ekonomiczne, które dawały co prawda jakieś szanse i nadzieje, ale nie zawierały żadnej gwarancji, że się uda. I do tego trzeba było tę drogę przejść jakoś wspólnie, mimo różnic historycznych i tych różnic, które pojawiły się jako nowe. Dużym wysiłkiem i dzięki jakiemuś psychologicznemu cudowi III RP osiągnęła wiele imponujących celów i oddaliła się o lata świetlne od PRL.

Zamiast uznać przemiany w Polsce za pozytywne zbiorowe doświadczenie – pełne prób i potknięć, jak w każdym ćwiczeniu – PiS przybiera minę srogiego nauczyciela, niezadowolonego ze swoich podopiecznych, którzy już kilkanaście lat temu nie sprostali dzisiejszym ocenom i kryteriom.

Przykłady wielkiej korupcji, nepotyzmu, afer z handlem bronią, przestępstw służb specjalnych, brudnych partyjnych pieniędzy, łajdactw polityków można znaleźć w dowolnej niemal liczbie w najbardziej szacownych demokracjach zachodnich. Ale podobne, najczęściej zresztą na mniejszą skalę, wydarzenia w Polsce są przez Kaczyńskiego od razu łączone w całość, podciągane pod wspólny mianownik, nawzajem się wzmacniają i potwierdzają. Wszystko ma drugie dno, nie ma po prostu zwykłej korupcji, jest szara sieć, nie ma afery, jest afera układu; te klocki mają układać się w całość według dostarczonego przez PiS obrazka.

W Radiu Maryja powtarzane są specyficzne litanie, gdzie na jednym oddechu wymienia się sekwencję: noc teczek w 1992 r., FOZZ, Ałganow, kilka nazwisk biznesmenów, gangsterów i polityków SLD. Tyle pozostało z III RP w interpretacji PiS i jego satelitów. Nieważne, czy między tymi sprawami i osobami jest jakikolwiek związek, ten związek jest nadawany, utrwalany i w nieskończoność powtarzany. Kaczyński wie, że rzeczywistość nie jest tak jednoznaczna, dlatego interpretacja powinna ją udoskonalić, wyostrzyć kontury. Nawet w tak ukochanym przez lidera PiS rządzie Jana Olszewskiego zasiadało dwóch ministrów, których niedawno Antoni Macierewicz potraktował jak agentów obcego mocarstwa, a sami Kaczyńscy uczestniczyli w obradach Okrągłego Stołu. Na początku lat 90. Jarosław Kaczyński lansował Lecha Wałęsę na prezydenta z nie mniejszym zapałem, niż dzisiaj promuje IV RP, i trudno znaleźć argumenty, że tamto zaangażowanie było niesłuszne, a obecne jest chwalebne. Nie jest wciąż jasne, dlaczego Lech Kaczyński, z ulubionej przez naród partii, nawet nie ociera się o popularność Aleksandra Kwaśniewskiego? Dlaczego do tego przeżartego przez postkomunę i służby specjalne kraju nadeszło tylu zagranicznych inwestorów?

Dzisiaj premier nieustannie przypomina, jakie to duże i życiodajne fundusze z Unii Europejskiej są do wykorzystania, a przez lata PiS był wobec Unii – łagodnie mówiąc – niechętny. Gdyby to PiS negocjował wejście do Unii, zapewne bylibyśmy na etapie negocjacji w sprawie aborcji i eutanazji.

Dziś PiS chwali się, że nie ma w kraju dużych strajków, ale dzieje się tak, ponieważ po prywatyzacji w zeszłych latach nie ma już wielu państwowych molochów, które były zawsze najlepszą strajkową bazą. Silna złotówka, dzięki której można rozwijać zdrową gospodarkę, to w dużej mierze efekt żelaznej konsekwencji Leszka Balcerowicza, którego stanowisko szefa NBP teraz PiS musi pilnie »odzyskać«. Młodzi ludzie, nie czekając na »3-4 miliony mieszkań«, starają się kupić własne lokum dzięki powszechnym kredytom, dawanym przez banki, tak zaciekle atakowane przez posła Zawiszę.

Kaczyński łaskawie przyjmuje wszystkie zdobycze III RP. Przychodzi w jakimś sensie na gotowe. Bazę zapewniła mu właśnie III RP, teraz może zając się nadbudową, ideologią, przejmowaniem stanowisk. Paradoksalnie, to że dzisiaj »rząd zmieniający Polskę« (ta fraza jest powtarzana jak mantra, aż się wdrukuje w pamięć) może zajmować się swoimi ulubionymi zabawkami, zawdzięcza wcześniejszym gabinetom i parlamentom o różnych kompozycjach, które wspólnie z cierpliwym i dość przedsiębiorczym społeczeństwem wykonały czarną robotę, która musiała być zrobiona. Teraz PiS może krytykować wszystko, ponieważ niesprawdzalne są już inne warianty, nie da się cofnąć czasu transformacji. Dlatego łatwe jest gloryfikowanie rozwiązań, które nigdy już nie będą wprowadzone.

Teoretycznie III RP broni się sama, a rozpoczynanie historii Polski od chwili, gdy bracia Kaczyńscy przejęli władzę (IV RP), wydaje się bezwstydną uzurpacją. W obronie minionego 17-lecia stają otwarte granice, wolność podejmowania pracy, paszporty w szufladach, tłumy Polaków na zagranicznych wczasach, wzrost wykształcenia, wzmożona konsumpcja, coraz lepiej wyglądające miasta, wzrost gospodarczy, bezpieczne sojusze… Choć trudno to sobie wyobrazić, tego wszystkiego dokonano jeszcze przed braćmi Kaczyńskimi.

Jeśli teraz Polacy dadzą sobie ostatecznie wmówić, że i tak najważniejsze jest rozwiązanie WSI i założenie CBA, to znaczy, że III RP właśnie zostaje żywcem pogrzebana, choć jeszcze wierzga i się wije. Że pozwoliliśmy sobie ukraść przeszłość”.

[M. Janicki i W. Władyka, Czarna legenda III RP, „POLITYKA” 2006, nr 41]

  

12:33, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
piątek, 20 października 2006
158. Odmiana

  

Zrobiłem dość radykalny, jak na mnie, krok.

Kazałem się u fryzjera obciąć zupełnie na krótko – pierwszy raz w życiu.

Dziwnie podniecająca jest taka odmiana. Człowiek wciąż przypatruje się sobie w lustrze i widzi – kogo? siebie? sobowtóra? drugie ja? Kogoś zupełnie innego?

Trzeba będzie się z nim zaprzyjaźnić.

Ułożyć sobie życie od nowa…

  

środa, 18 października 2006
157. Wściekłość i duma

  

Skąd się to wszystko bierze?

Ten niebotyczny poziom zaciekłości, pogardy, krótkowzroczności, a przede wszystkim – bezgranicznej wprost głupoty. Te, pożal się Boże, zawirowania polityczne, te pomysły z ewolucją, rejestracją konkubinatów, stacjami w polu dla ekspresów – ale nie tylko o politykę idzie. Ta zawiść powszechna, narodowa, wieczna, owe urazy, fobie, obsesje…

Skąd się to wszystko bierze? Gdzie to w człowieku siedzi? Po co z człowieka wyłazi?

  

     *        *

  

I w kontrze:    

Wczoraj Adam Michnik skończył sześćdziesiąt lat, dziś w „POLITYCE” (nr 42) doskonały artykuł Andrzeja Romanowskiego o tej postaci. Trudno wyobrazić sobie piękniejszą laudację.

Trzymaj się, Adam – dużo zdrowia i wytrwałości na posterunku! Trzeba „dochować wierności sprawom przegranym”…

  

niedziela, 15 października 2006
156. Niedziela

  

          Budzą się, kiedy ranne wstają zorze.

          Sycą głód i pragnienie na uczcie paschalnej.

          Na spacerze wstępują do domu Ojca, gdy bije na Anioł Pański.

          Gdy zmierzcha – pod Twoją obronę uciekają się.

          Wśród nocnej ciszy kładą się spać.

          Niech spoczywają w pokoju.

  

23:53, alexanderson , Wierszo- / blogopisanie
Link
piątek, 13 października 2006
155. Szafa

  

Od kilku dni żyjemy znanymi od dawna i dawkowanymi wybiórczo „sensacjami” z szafy pułkownika Lesiaka.

„W spojrzeniu na tę sprawę trzeba uwzględnić dwa aspekty. Jeśli służby specjalne zajmowały się sprawdzaniem, czy ówczesne ruchy polityczne nie przedsięwzięły destrukcyjnych działań wobec państwa, to trudno tym działaniom nie odmówić racji. Instytucja, która to czyniła, nazywała się nie bez powodu Urzędem Ochrony Państwa i takie zadanie wykonywała. Można nawet powiedzieć, że były to działania prorocze, bowiem wywodzące się z tej tradycji ugrupowania mają obecnie na państwo destrukcyjny wpływ.

Do tego dochodzi jeszcze jeden aspekt. Służby badały również sprawy związane w konkretnymi zarzutami, czyli udziałem danych ugrupowań w aferach FOZZ i Art-B. To by dodatkowo uzasadniało ich ówczesne działania. […]

Gdyby rzeczywiście udało się dowieść, że ówczesne tajne służby nie tylko zbierały informacje, ale prowadziły działania aktywne wobec partii politycznych, to sprawa wygląda inaczej.

Mam tu na myśli: inwigilacje, próby skłócania, a wręcz, jak twierdzą niektórzy politycy, próby zastraszania. Takie działania są absolutnie sprzeczne z prawem i godne najwyższego potępienia. Wcześniej jednak należałoby udowodnić, że one rzeczywiście były planowane i faktycznie się odbyły”.

[Prof. Andrzej Zoll, były przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego i były rzecznik praw obywatelskich, „Gazeta Wyborcza” 10 X 2006].

  

Sprawa tzw. „inwigilacji prawicy” będzie się jeszcze długo ciągnąć, ale informacje zebrane przez Zespół Inspekcyjno-Operacyjny pułkownika Jana Lesiaka są rzeczywiście ciekawe:

  

„Działalność polityczno-społeczna niektórych polityków wykracza poza ogólnie przyjęte reguły walki politycznej. Dotyczy to Jarosława Kaczyńskiego i Adama Glapińskiego […]; Jana Olszewskiego i Romualda Szeremietiewa […]; Jana Parysa […] i Antoniego Macierewicza […] oraz kierownictwa KPN. Politycy ci nie potrafią, lub nie chcą, zachowywać się jak konstruktywna opozycja, a swoimi działaniami celowo dążą do rozbicia konstytucyjnych struktur państwa, aby w powstałym chaosie przejąć władzę, wyeliminować znaczących polityków innych partii i w konsekwencji ustanowić dyktaturę.

Wymienieni politycy lansują obecnie populistyczny pogląd, że przyczyną trudnych warunków życia części społeczeństwa jest to, że u władzy są ludzie związani z systemem komunistycznym. O sympatie prokomunistyczne posądzane są osoby, które najwięcej przyczyniły się do obalenia tamtego systemu i najwięcej ucierpiały wskutek represji, np. J. Kuroń, A. Michnik, L. Wałęsa […].

W przypadku osiągnięcia sukcesu politycznego przez radykalną opozycję uruchomiony zostanie mechanizm oczyszczania do samego dołu. W powstałym zamęcie politycznym łatwo będzie kierować społeczeństwem, rzucając coraz to nowe osoby »na pożarcie«. Cechą wspólną opozycyjnych polityków są przerośnięte ambicje, eliminujące samokrytycyzm. Cecha ta w przypadku ich politycznego zwycięstwa musi doprowadzić do waśni wewnętrznych”.

[Ocena działalności niektórych ugrupowań politycznych, Warszawa, 11 II 1993];

  

Wydaje się, że nieokreśloność pojęcia dekomunizacji jest na rękę tym, którzy kształtują politykę PC. »Dekomunizować« można bowiem wszystkich i wszystko, co staje na przeszkodzie liderom partii w dążeniu do władzy i wiążących się z nią przywilejów. […]

Przytoczone przez nas przykłady funkcjonowania przedstawicieli PC w obszarze polityki i gospodarki wskazują na to, że:

1. populistyczne hasło dekomunizacji wyznacza jedynie pragmatyczną drogę do objęcia władzy;

2. elita PC jako grupa ludzi cynicznych i skorumpowanych zagraża stabilizacji w kraju, a jako ewentualna siła rządząca w Polsce doprowadziłaby do dalszego rozkładu i tak słabych w dobie transformacji ustrojowej struktur państwa”.

[Informacja dot. idei dekomunizacji w rozumieniu liderów Porozumienia Centrum, Warszawa, 18 II 1993].

  

Mądry Polak po szkodzie…

     

17:13, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
środa, 11 października 2006
154. Odwaga

  

Zrobiłem dziś dobry uczynek.

Pewna kobieta w tramwaju dopytywała się głośno, gdzie znajduje się pewna instytucja. Nikt nie umiał jej powiedzieć, aż ja się odważyłem, przeszedłem cały wagon, wytłumaczyłem jej i jeszcze pokazałem przez okno, gdzie ma się udać (a najlepsze, że pewnie byłem jedynym niewrocławianinem w tramwaju).

Może to śmieszne, ale dla mnie – wielka rzecz: tak się przełamać i na oczach tylu ludzi coś zrobić, zwracając na siebie powszechną uwagę.

Wesoło mi się zrobiło i już cały dzień był bardzo udany.

Nie wiedziałem, że pomaganie może być tak przyjemne…

  

poniedziałek, 09 października 2006
153. Różewicz

  

Pan Tadeusz kończy dziś 85 lat.

Mój stosunek do tej postaci – nie da się chyba ująć tego inaczej niż podziw i uwielbienie. A zarazem jakaś intymna więź, sympatia niemal osobista, czułość do starszego malutkiego pana w kapelusiku.

Mam wrażenie, że ta poezja, dramaturgia, proza towarzyszą mi od zawsze. Wraz z Miłoszem i Herbertem tworzy Różewicz wielką triadę polskiej, co ja mówię – światowej poezji drugiej połowy XX wieku.

Jak długo jeszcze każesz Wrocławiowi czekać, Szwedzka Akademio?...

Przecież wiesz, że masowo kolekcjonujemy noblistów. 

   

                    Szczęśliwy naród który ma poetę

                    I w trudach swoich nie kroczy w milczeniu.

                                   [Czesław Miłosz, Do Tadeusza Różewicza, poety]

  

sobota, 07 października 2006
152. Zbrodnia

  

Dopiero teraz, tak późno, dowiedziałem się o zabójstwie Anny Politkowskiej.

Jestem wstrząśnięty, jestem przerażony…

  

piątek, 06 października 2006
151. Łzy

   

                    Ale Ty jesteś zimny jak lód, obojętny jak głaz.

                    Wolisz być sam, zupełnie sam…

  

Może to jest mój problem?

  

czwartek, 05 października 2006
150. O tym, co mi niezbędne do oddychania...

  

„Tu był środek ziemi, oś wszechświata, bo sam Bóg umieścił tutaj jądro stworzenia, położył palec wskazujący przed stuleciami i zakreślił nim krąg wszelkiego sensu ludzkich żywotów. Tu (…) płynęło niegdyś źródło, u którego najemny Tatar poił swoje konie, tędy biegł trakt, którym bojarzyn z postronkiem na karku szedł do lackiej niewoli, a po obu stronach tego traktu Żyd i Niemiec rozbijali swoje kupieckie stragany. Tutaj i nie gdzie indziej na całej ziemi szabaśne świeczki odbijały się mdłym, żółtawym blaskiem na pochwie rosyjskiej szabli, a polskie ręce przełamywały opłatek w cieniu pruskiego drzewka wigilijnego. Tu i nigdzie indziej we wszechświecie niemiecki poeta nadawał piękne imiona polskim ulicom, moskiewski książę zagrzewał do boju polskich żołnierzy, by celniej strzelali do gwardii Imperatora, a trawieni suchotniczą gorączką Żydzi, ożywieni duchem wolności rosyjscy oficerowie i polscy zesłańcy, skuci łańcuchami, razem spiskowali przeciwko tyranii. Tu był ten środek ziemi, oś wszechświata, gdzie się głupstwo splatało z wzniosłością, nikczemna zdrada z najczystszym poświęceniem. W tym miejscu jedynym dziki, smagły i przebiegły pysk Azji od niepamiętnych czasów patrzył z bliska w tłustą, butną i głupią gębę Europy, tu właśnie, a nie gdzie indziej zamyślone i wrażliwe oczy Azji spoglądały w rozumne oczy Europy. Tu był środek ziemi, oś wszechświata, gdzie zachód brał w ramiona wschód, a północ wyciągała rękę do południa. Na stepowych rozhukanych koniach, w jucznych tobołach na ich grzbietach, wędrowały tędy książki Erazma z Rotterdamu. Żydowskie wózki, łamiąc dyszle na wybojach, rozsypywały tutaj wolteriańskie ziarno. W pruskich furgonach jechał Hegel do Sankt Petersburga, by wracać potem rosyjską trojką, z Czernyszewskim, okrytym baranim tołubem. Tutaj był wschód i zachód, północ i południe. Na tej ulicy Tatar bił pokłon, twarzą zwrócony do Mekki, Żyd czytał Torę, Niemiec Lutra, Polak gromnice palił u stóp ołtarzy w Częstochowie i na Ostrej Bramie. Tutaj był środek ziemi, oś wszechświata, nagromadzenie braterstwa i nienawiści, bliskości i obcości, bo tu się spełniały wspólne losy najdalszych sobie ludów, w tych żarnach nadwiślańskich Bóg polską mąkę robił dla polskich głodnych, polską mąkę, mannę niebieską, mojżeszową i chrystusową, Starego i Nowego Przymierza dla wszystkich męczenników i łotrów, świętych i szubrawców tej ziemi”

                                 [Andrzej Szczypiorski, Początek].

   

wtorek, 03 października 2006
149. Hm...

  

Co by tu…? Nie mam zupełnie pomysłu.

  

23:12, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi