~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
piątek, 31 października 2008
512. O czytaniu ze zrozumieniem i dociekaniu sensów...

  

Pisze mi Ł.: „nie jesteś kaleką − wmawiasz to sobie, tak jak to, że kochałeś Tamtego. Jesteś normalnym, przystojnym, zdrowym, inteligentnym, mądrym facetem!” Uwierzyć mu teraz i przekonać do tego innych…

W jednym ma rację − to był egoizm, nie miłość. Akt rozpaczy, w którym próbowałem przekonać samego siebie, że i w moim życiu może się zdarzyć coś tak pięknego. Że i mnie się należy. Niewiele mi po tej bolesnej lekcji pozostało otwartości na nowe doznania. Tak oto coś, czego nigdy nie było, zostawia po sobie ślad nie do zatarcia…

  

Internetowe profile. Najwyraźniej mężczyźni dzielą się tylko na brzydkich, zajętych i nastolatków (a wszyscy są już po paru związkach). Wchodząc tu, trzeba się żegnać z nadzieją. Zresztą, lepsi ode mnie też są sami. Taka już widać „homo karma”…

  

Wracają za to sny − a może to pamięć o nich utrzymuje się na dłużej po przebudzeniu. Wraz z nimi rodzą się też pytania o znaczenie − bo jak na przykład wytłumaczyć pogoń całą klasą po Karpaczu za Zakiem Efronem? Niedawno była też Diana i trzymanie się za ręce; ostatnio zaś ktoś bezczelnie mnie podrywający w New Yorkerze. W końcu daję mu się namówić na kawę, potem idziemy do niego… Nie pamiętam już, czy zdążyłem się obudzić przed utratą dziewictwa, ale długo leżę uśmiechnięty...

   

                    „Wszak nasycają się ludzie wszystkim: i snem, i miłością”…

                                        [Homer, Iliada. Przeł. K. Jeżewska].

  

środa, 29 października 2008
511. O tym, że najgorsza pogoda jest zawsze tu w środku...

   

                    „Samotność jest jak deszcz.

                    Z morza powstaje, aby spotkać zmierzch;

                    z równin niezmiernie szerokich, dalekich,

                    w rozległe niebo nieustannie wrasta. 

                    Dopiero z nieba opada na miasta. 

   

                    Mży nieuchwytnie w godzinach przedświtu,

                    kiedy ulice biegną witać ranek,

                    i kiedy ciała nie znalazłszy nic, 

                    od siebie odsuwają się rozczarowane;

                    i kiedy ludzie, co się nienawidzą,

                    spać muszą razem − bardziej jeszcze sami:

   

                    Samotność płynie całymi rzekami”

                                        [Rainer Maria Rilke. Przeł. J. Brzostowska].

  

poniedziałek, 27 października 2008
510. O tym, co z każdą lekturą tracę bezpowrotnie...

  

W przeciągu ostatniego tygodnia siedem książek − po Fortes i Ugrešić kolejno: Hańba, Austerlitz, Los utracony, Wszystko jest iluminacją i Travesti. Niewiele w tym wszystkim zachwytów i mocniejszych przeżyć, sporo zaś zawodów (taki Coetzee na przykład: pierwszorzędna kompozycja i narracja to trochę za mało na katharsis). Zaskakujące natomiast, że właśnie Foerowi, który podobno miał bawić, udało się przejmująco i w większym stopniu dotknąć tego, co traumą zalega nad prozą Sebalda i Kertésza...

Apartheid, Holocaust − to może już hurtowo jutro Odojewskiego (Wołyń)?

  

Wciąż uciekam, jak widać, wciąż zabijam czas, zagłębiając się w lektury, które zapominam wraz z kolejnym tytułem. Często mam ochotę drugi raz przeczytać coś sprzed lat − silniejsze to pragnienie, niż raz jeden doświadczyć niepowtarzalności własnego istnienia. A przecież żal mi wciąż czegoś i nic tego stłumić nie może…

  

„Książki są dla tych, co nie żyją naprawdę − myślał. I nędzna to namiastka” [Jonathan Safran Foer, Wszystko jest iluminacją. Przeł. M. Kłobukowski].

  

sobota, 25 października 2008
509. O tym, że w żaden sposób nie jestem w stanie zrozumieć, jak do tego doprowadziłem...

  

„U Pipa coś było nie w porządku z czasem. Z czasem w sensie ogólnym, z tym olbrzymim, wskazującym wiek zegarem, według którego ludzie nastawiają swoje życie. Jakby w pewnym momencie potknął się czy zagapił, i zgubił krok. Albo, powiedzmy, zapomniał się nakręcić i w porę nie zwrócił na to uwagi. Takich rzeczy zrazu się nie dostrzega. Nagle przejrzał i zrozumiał, że jego znajomi żyją innym życiem, że między nimi a nim powstała niewidzialna granica. Wszyscy poszli do pracy, pożenili się, spłodzili dzieci i rozwinęli system życia na kształt jakiejś mechanicznej gry społecznej. Mieli swoje miejsca, swoich lekarzy, swoich fryzjerów i krawców, umówione partie tenisa i kolacje, swoje weekendy i urlopy, swoje kredyty, spotkania, mieszkania i wille, swoje kochanki, trójkąty, rozchodzenia się i godzenia. W tej grze społecznej wszyscy się znali i rozpoznawali. Jedynie Pipo nie miał nic. Nie wiedział, jak i dlaczego to się stało. Pokpił sprawę, zawalił. I teraz tylko obserwuje cały ten moving, który jeszcze nabrał przyspieszenia. Ludzie przypominali mu czasem kulki we fliperze, które raz się odbiwszy, mkną po swoich orbitach. Jedynie Pipo był kulką ciężką, leniwą, czekającą w dołku, aż ktoś ją energicznie stuknie i wypchnie na tor zawrotnej jazdy. Bywały chwile, że czuł się na zawsze zapomniany w tym dołku, z którego zazdrośnie nasłuchiwał dźwięków tam w górze. Z upływem lat przepaść stawała się coraz głębsza. Gdy wstępował do znajomych, ucieszeni mówili: O, nasz Pipo! A Pipo wiedział, że znaczy to: nasz Pipo, który nie jest nasz. On jest czymś innym. Nie wiadomo czym.

(…) Pipa nikt nie zapraszał. Nikt nie był przeciwko niemu, lecz także nikt nie był za nim. Czasami Pipo czuł się jak ktoś, kto nie istnieje. (…) Te rysy powstawały w miejscach, gdzie zamiary zaczynały się rozchodzić z możliwościami ich urzeczywistnienia. A Pipo zamierzał, pragnął, nie wiedząc dokładnie − czego. Jakoś nie mógł dorosnąć, a znudziło mu się być niedorostkiem. I do tej pory względnie spokojnie krążył od jednego punktu wewnętrznego do drugiego”

  [Dubravka Ugrešić, Forsowanie powieści-rzeki. Przeł. D. Cirlić-Straszyńska].

  

czwartek, 23 października 2008
508. O tym, jak robi się coraz chłodniej - czyli: Że w swoim życiu ciągle nie jestem u siebie...

  

„Ismail towarzyszył upływającym porom roku z tą samą obojętnością, z jaką rozmyślał o swojej przyszłości, jak ktoś, kto po prostu bierze prezent albo coś, co niekoniecznie jest mu potrzebne i na co nie liczył. Nie przyszedł na świat z tą obojętnością, ale nabył jej wraz z kondycją wygnańca”

               [Susana Fortes, Albański kochanek. Przeł. W. Ignas-Madej].

  

Nie tylko poza czasem i miejscem − tułam się poza samym sobą. Dlatego już zawsze jest zimno...

  

23:00, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 21 października 2008
507. O tym, jak przyjechawszy z Wrocławia, przez park wracałem do domu, a deszcz złotych liści sypał mi się na głowę...

   

                    „Październik był przepiękny. Tak jak dziś pamiętam.

                    Niebo dziwnie przejrzyste i dziwnie głębokie

                    drżało w żarze południa, jak drży liść na wietrze,

                    próżne i niedosiężne. Dziwnie jestem smętny, 

                    kiedy ci o tym mówię, bo cóż znaczą słowa? 

                    Widziałem smugi dymu, które wiatr rysował

                    na niedosiężnym niebie, i czekałem chwili,

                    gdy niedosiężne niebo ku nim się pochyli,

                    by je w siebie pochłonąć. Potem nic już nie ma, 

                    tylko smutek poety i do wiersza temat”

                                        [Tadeusz Borowski, Niebo października].

  

W starym miejscu nowy fryzjer i tradycyjna w tej sytuacji porażka; z przeceny cztery książki (Oz, Bazdulj, Veličković, Virk) i wrażenia przy oglądaniu Skarbnicy ornamentów Dolmetscha; w domach towarowych bezowocne przymierzanie i wyjątkowo ani jednego ładnego chłopca; za to w alei podsłuchiwanie uroczego starszego małżeństwa, które przysiada się do mnie z braku miejsca; w domu list do D. z komplementami, które każdy mężczyzna powinien jej prawić…; i niepokój jakiś, od dni wielu maskowany, gdzieś ukryty, przygnębienie życiem moim, na chwilę zaledwie uśpione. Pewnie stąd ta dzisiejsza wycieczka, to ostatnie beztroskie słońce…

  

niedziela, 19 października 2008
506. O tym, jak "marznę bez Ciebie" - czyli: Że przyzwyczajam się do niezaspokojenia swoich pragnień...

  

„Jego noc była czarna, nieistniejąca − noc nieboszczyka. Pozwoliła odpocząć oczom i rozluźniła węzły zaciskające się na plecach. Ale nie pozwoliła skotłować pościeli ani dosłyszeć lotu nietoperzy. Ani zrozumieć, że człowiek rodzi się samotny i umiera samotny. I że życie jest ciężarem, który trzeba wlec wspólnie, rozdzielić na dwoje, by nie czuć, jak bezbrzeżna może być samotność

          [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

piątek, 17 października 2008
505. O zachwycających wertykaliach - czyli: Że nawet u mnie wszystko sprowadza się do jednego (= teorii i pobożnych życzeń)...

  

„Mężczyzna zaczyna się od porannej erekcji.

Erekcja przychodzi znikąd, na własne życzenie; erekcja nie wybiera. Miło jest wiedzieć, że sprowadza do wspólnego mianownika moich przyjaciół i wrogów, że rozbraja ich w łóżkach. Jest silniejsza od jakiejkolwiek ideologii, jest reakcyjna i interkontynentalna, budzą się z nią papież i wszelkie frakcje parlamentarne, gwiazdy Hollywood i naziści, Chińczycy i tandeciarze, dyplomaci i bandyci, wydawcy moich książek i brytyjscy książęta, i Międzynarodowy Czerwony Krzyż.

Jest zaprzeczeniem ordynarnej mechaniki.

Jest nirwaną ze wszelkimi cechami bezczelności i bojaźni Bożej, podniecenia poza podnieceniem.

Jest odprzedmiotowionym fantazmatem; prawdę mówiąc, nie jestem jej podmiotem ani przedmiotem, dokładniej rzecz ujmując: podejrzewam, że jestem podmiotem ewoluującym w przedmiot.

Ożywia mnie. A ja ożywiam ją. Ożywiamy się nawzajem.

Na pierwszy rzut oka składa się wyłącznie z patosu i egzaltacji, z anielskich włosów, z różowej prosięciny, z kląskania słowika i z braci Karamazow, krótko mówiąc, z najwybitniejszych osiągnięć cielesnego ducha, choć tak naprawdę nie ma w niej krzty patosu. Jak każde wybitne zjawisko jest skromna.

Jest przypadkiem i przygodą.

Jest szlachetnym smutkiem wyzwolenia z ram obowiązków.

Dzięki temu, że jest niezaprzeczalnie widoczna, stanowi zamknięte pole siłowe. W odróżnieniu od wszelkich innych form życiowej imitacji, w tym przypadku nie sposób zaprzeczyć, że rzecz w niej istnieje.

Spycha w niepamięć dwie instytucje: rodzinę i miłość.

Dostrzegam w niej całą gamę odcieni emocjonalnych (od dumy po zawstydzenie) i znaczeń − znaczenie materialne, które można by badać fizycznie, chemicznie i optycznie, i regionalne (związane z estetyką, historią, socjologią).

Gloryfikacja porannej erekcji jest kosztowna.

Najlepsza dewiza życiowa mężczyzny to pozostać jej wiernym.

Pora porannej erekcji to czysto męska pora − nie rozmienia się na drobne. Synonim pełni, mnoży się przez samą siebie, rozmywa wszelkie intelektualne granice między tym, co rzeczywiste, a tym, co idealne, obala platońskie konstrukcje. W tym znaczeniu poranna erekcja jest stanem przed- i postkulturowym, nie ma natomiast nic wspólnego z kulturą jako taką. Kultura omija ją szerokim łukiem.

Jednocześnie kultura w całej swojej złożoności ufundowana jest właśnie na porannej erekcji, stanowi jej kontynuację, dopełnienie, przesłanie i komentarz − o właśnie, komentarz.

(…) Poranna erekcja jest stanem czystej, niczym niezmąconej witalności. Dla każdego, kto trzyma ją w dłoni, jest testem jakości życia. Poranna erekcja to palec Boży.

(…) Tak naprawdę poranna erekcja to jedyne, co czyni mężczyznę tajemnicą natury.

(…) Skutecznym sposobem nadania sensu porannej erekcji jest uznanie jej za fakt banalny i uniwersalny, tak, żeby nie towarzyszył jej żaden inny obraz, w porównaniu z którym mogłaby demonstrować swoją skandaliczność, atrakcyjność i szaleństwo.

Mężczyzna zaczyna się od porannej erekcji. W większości przypadków na niej też się kończy” 

                    [Wiktor Jerofiejew, Cud o poranku. Przeł. M. Buchalik].

  

środa, 15 października 2008
504. O moim z nimi życiu na antypodach - czyli: Że "ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę"...

  

„− Z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, z dnia na dzień jestem coraz nieodwracalniej poza sobą. Ma się rozumieć, zajęty sobą, ale z zewnątrz. Z zewnątrz, mamo. Nie mogę przestać siebie obserwować. Z braku innych zajęć to wydaje mi się najbardziej… pouczające. Na przykład zdarza mi się być sobą zaskoczonym albo że siebie nie rozumiem. Bywam też sobą oczarowany lub z siebie dumny. Ale zawsze z zewnątrz. Dlatego moje sądy o sobie samym są kategoryczne i ostateczne. Więc kiedy mówię, że męczy, to męczy, kiedy mówię, że nudzi, to nudzi. Czy mama to zrozumiała?

− Co, Aleks?

− To, co powiedziałem.

− Nie.

− A starała się mama?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

− I Bogu dzięki. Byłoby mi przykro, gdybym naraził mamę na tak płonny wysiłek” [Eustachy Rylski, Człowiek w cieniu].

   

poniedziałek, 13 października 2008
503. "Szepty i krzyki" - czyli: Że wciąż nie pozwala mi się zrezygnować z narracji w pierwszej osobie...

  

Wczoraj słońce w Szklarskiej Porębie, dzisiaj burza w domu. „Widziano Cię z kimś w piątek. U nas nie ma pedałów, więc skąd przyjechali?...” „Chciałabym normalnego syna albo wcale go nie mieć”… „Zamierzasz całe życie zarabiać tysiąc złotych?...” „Już postanowiłeś, że TO jest Twoim celem?…” „Dlaczego ciągle kłamiesz?...”

Mówię, że pierwszym krokiem do porozumienia musi być język wyrzekający się agresji i napiętnowania, proponuję mediację psychoterapeuty, kolejny już raz staram się wytłumaczyć… Oboje płaczemy przez godzinę… Pewnie jutro znów do tego powrócimy, choć od prawie roku do niczego te kłótnie nie prowadzą… 

   

                    „Widzę

                    śmieszny posąg boleści

                    w przydeptanych pantoflach

                    przy kuchni

                    małą krzywą

                    figurkę

                    skamieniałej matki”

                                        [Tadeusz Różewicz, Dwa wyroki].

  

Byłoby jej łatwiej, gdyby mniej mnie kochała… I ja też nie powinienem przysłaniać swojego wygodnictwa frazesami o chęci uratowania rodziny. Ale jeśli stąd ucieknę, to już nie będę mógł wrócić…

  

sobota, 11 października 2008
502. O współczuciu i bezsilności - czyli: Jak wciąż zaskakuje nas, że "ona, będąc nieuchronną, musi przyjść kiedyś"...

  

Nie można tu w żaden sposób pomóc, nic zrobić, ani nawet nic powiedzieć. W obliczu śmierci można tylko myślami przy kimś drugim być…

  

Tagi: śmierć
16:47, alexanderson
Link
czwartek, 09 października 2008
501. Jesień "złotawa, krucha i miła" - czyli: "Nieśmiertelnik żółty - październik"...

  

Nie wiem, czy gorsza jest ta codzienna bezczynność − patrzenie w ścianę, biografie cezarów, z lektury których nic pożytecznego nie przychodzi, rozpływające się we mgle przyśnienia i urojenia − czy też bardziej się lękam, że prędzej czy później to się skończy i wrócić będzie trzeba do kołowrotu kilkunastogodzinnej harówki i przydługich dojazdów. Nie odpowiada mi wizja życia, w której wychodzi się o świcie i wraca o zmierzchu tylko po to, by położyć się spać − chciałoby się czegoś więcej, a nie za bardzo widać na to szanse. Wciąż brak mi pomysłów na zakorzenienie się w przyszłości, a żadna praca nie wydaje się dostatecznie interesująca. Na razie jednak w południe każdego dnia chodzę do sklepu okrężnymi drogami − jedyna okazja i powód do spacerów. Jedyne urozmaicenie…

  

…Kilkumetrowe nitki babiego lata zwisają nisko nad każdym chodnikiem i przecinają ulice. Przedzieram się przez małomiejską dżunglę, torując sobie rękoma drogę wśród tych białych lian. Na drzewach już cała paleta. Kolorowo, gorąco…

  

…Muszę chyba zrezygnować z i tak niewyczuwalnych wibracji i znów włączyć dźwięk w swoim telefonie. Niewiele brakowało, a nie spotkałbym się dziś ze swoją ulubioną męską parą. Raz jeszcze dziękuję, J. i P., za przypedałowanie i przedwieczorne wyciągnięcie mnie z domu. Nareszcie słoneczna ta jesień…

  

„Dociera do mnie, że zawsze chodziło o ludzi. O nich, o zdarzenia, o słowa. I że właśnie właściwy dobór ludzi, przy których nie trzeba się wysilać o właściwy dobór słów, to sedno wszystkiego. Każdego szczęścia i nieszczęścia, które, odpowiednio przyjęte, nie istnieje” [http://czarnemysli.blogspot.com].

  

wtorek, 07 października 2008
500. O "miłości jałowej, która jest potępiana" - czyli: Że nie mam już żadnych szans...

  

„(…) nie jestem ani dość młody, ani dość przystojny, ani dość cool. (…) im bardziej się starzeję, tym bardziej staję się nerwowy i wrażliwy, i tym większe cierpienie sprawiają mi przejawy odrzucenia i wzgardy, z jakimi się spotykam. Krótko mówiąc, nie jestem wystarczająco naturalny, czyli wystarczająco zwierzęcy, i jest to skaza nieodwracalna: cokolwiek bym powiedział, uczynił czy kupił, nigdy nie zdołam pokonać tej ułomności, ma ona bowiem w sobie całą tę gwałtowność charakterystyczną dla naturalnej ułomności”

   [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

I znowu te tysiące profili, sylwetek, pustych słów i twarzy przeglądane z determinacją człowieka zrozpaczonego, znowu napawanie się przesytem i doznawanie upokorzenia z każdą kolejną odsłoną. Bo i tak by się nie potrafiło w żaden sposób odpowiedzieć − nawet gdyby było komu…

Napawa mnie obrzydzeniem fakt, że muszę się uciekać do tego rodzaju środków, zaglądać w takie miejsca, a jednocześnie w żaden sposób nie mogę się od tego powstrzymać. Tak trudno stłumić wewnętrzny głos organizmu, domagającego się czegoś zaraz po przebudzeniu. Od tak niedawna się on przecież odzywa...

Zbyt wybredny jednak jestem − pierwsze uczucia ulokowałem na tak wysokim pułapie, że teraz już nikt nie może sprostać moim pragnieniom. A przecież nie wolno porównywać...

  

21:49, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 05 października 2008
499. "Piękny sabotaż egzystencji", jak mawiał René Dalize - czyli: Że od zawsze jedynie czytam zamiast doznawać...

  

„Przyzywałem miejsca niewidoczne i nazwane. Odkrywałem książki, w których można ugrzęznąć tak samo, jak pod triumfalnymi spódnicami nieba. Dowiadywałem się, że niebo i książki sprawiają ból i urzekają. Daleki będąc od chęci zabawiania się w zniewalające gry, odkrywałem, że można nie naśladować świata, nie podejmować tu żadnych interwencji, przyglądać się kątem oka, jak powstaje i się rozpada, i w bólu przeradzającym się w rozkosz wpadać w zachwyt, że się w tym nie bierze udziału: na skrzyżowaniu przestrzeni i książek rodziło się nieruchome ciało, które wciąż mną było i bez przerwy drżało w niemożebnym życzeniu dopasowania tego, co się czyta, do przyprawiającego o zawrót głowy świata widzialnego”

                    [Pierre Michon, Żywoty maluczkich. Przeł. W. Gilewski].

  

11:48, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 02 października 2008
498. O urodzinowym kontekście raz jeszcze...

  

„Wzrastająca moja wrażliwość na kalendarz. Daty. Rocznice. Okresy. Z jakąż pilnością oddaję się teraz tej buchalterii dat. Tak, tak… dlaczegóż nie zapisywałem każdego dnia mego od chwili, gdy nauczyłem się pisać? Miałbym dzisiaj wiele tomów, wypełnionych tymi zapiskami, i wiedziałbym co robiłem dwadzieścia siedem lat temu, o tej samej godzinie. Po co? Życie przecieka przez daty, jak woda przez palce. Ale przynajmniej pozostałoby coś… ślad jakiś…

Moja kończąca się historia zaczyna mi sprawiać rozkosz wprost zmysłową. Zanurzam się w niej, jak w rzece niesamowitej, która dąży do wyjaśnienia. Powoli wszystko się uzupełnia. Wszystko się zamyka. Zaczynam już odczytywać siebie, choć z trudem i jakby przez mętne okulary. Jakże dziwne: na koniec, na koniec zaczynam widzieć własną twarz wyłaniającą się z Czasu. Towarzyszy temu przedsmak nieodwołalnej ostateczności. Patos”

                              [Witold Gombrowicz, Dziennik, 1958].

  

Samotny dzień w wietrznym, „mostami zasnutym” mieście miał dzisiaj przypieczętować moje opuszczenie („Moje miasto przestrzeni rozbitek”, śpiewa Maria Peszek). A zamiast tego były aż trzy od dawna wytęsknione wiadomości, kilka kasztanów, nowa marynarka z pagonami („Bankomatowe moje miasto z wyobraźnią”) i nawet coś w kształcie uśmiechu na dodatek... Lubię Wrocław − na dobre i na złe...

  

„Miasto moje

W Tobie moje niepokoje”…

  

Archiwum
Tagi