~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
piątek, 30 października 2009
696. Lights and Shadows (I)...

  

„Minęło już wiele dni, zwiędłe godziny pokrywają podłogę, a za oknem wciąż ten sam październik – pogodny, ciepły i niezrozumiały”

                   [Renata Šerelytė, Imię w ciemności. Przeł. A. Rybałko].

  

Z tym ciepłem to może lekka przesada. Ale bardzo lubię takie bezwietrzne i chłodne poranki, oszronione źdźbła traw i gałęzie, deszcz kruchych liści szumiący niczym prawdziwa ulewa, rozświetlone słońcem złoto na drzewach i barwne dywany na parkowych ścieżkach. Ładne to wszystko ogromnie. A we mnie tyle czułości, której nie ma komu ofiarować…

  

czwartek, 29 października 2009
695. For sale...

  

Bardzo owocny sprzedażowo ten bieżący tydzień, książki idą niemal jak woda, część nawet znacznie powyżej ich rzeczywistej wartości – bonus za popularność a rzadkość. Mimo wszystko jednak żal się z nimi rozstawać – kartkuję uważnie każdą przed zapakowaniem, czule się z każdą żegnam. Te ilustrowane tomy La vie privée des hommes (moje pierwsze spotkanie z historią, i to od razu w jej wymiarze prywatnym, kształtujące wyobrażenia o duchowości i „scenografii” minionego czasu), żywe do dziś zainteresowanie stalinizmem dzięki Suworowowi, wszystkie te nieskrępowane niczym przygody wyobraźni i barwne emocje – wyzbywam się nie poszczególnych tytułów, a najcenniejszych wspomnień, najbliższych i wiernych przyjaciół...

  

wtorek, 27 października 2009
694. Breaking and Entering...

  

Kolekcja krawatów rozwieszona przez kogoś nad ranem na ogrodzeniu śmietnika i starszy pan, wyprowadzający na spacer psa z amputowaną nogą – spotkanie doprawdy poruszające; popołudniowa droga do domu w ostatnich promieniach krwawiącego słońca i marsz na pocztę ledwie godzinę później, w zupełnych już ciemnościach, w jednym tylko punkcie nieba rozjaśnionych przez zimną lampę zachmurzonego księżyca. Prowadzony za rękę mały chłopczyk płacze spazmatycznie i „Mamo, kochaj mnie!” krzyczy. Jak tu się z nim nie identyfikować…

  

Dzięki pracy większą część dnia spędzam poza domem, unikając w ten sposób wszelkich potencjalnych pytań, wyzwisk i oskarżeń. Stąd też obawa przed weekendami, urlopami, przed tym, co zdarzy się jutro…

 

Chciałbym kiedyś w życiu poczuć się bezpiecznie…

  

niedziela, 25 października 2009
693. "I hope some day you’ll join us"...

  

Wczoraj Wrocław – delikatna mżawka na ulicach – fryzjer – marynarka z pagonami – dwie pary cienkich rękawiczek – regał z poezją w Empiku – i coś jeszcze, czego nie zrobiłem, zdjęty w ostatniej chwili strachem przed konsekwencjami. A tak chciałem to poczuć i zobaczyć innych, przekonać się, że jest ich więcej niż kilku...

  

Przeogromny strach rodziców przed wytykaniem ich palcami z powodu ich syna. I gotowość, by za wszelką cenę do tego nie dopuścić… Pomyśleć tylko, że inni nawet z tej strony mogą liczyć na wsparcie, pomoc, akceptację (sam znam paru takich). I to takie oczywiste, że dziecko kocha się za to, jakie jest, a nie, jakie być powinno. I że ma być szczęśliwe. A to tutaj nie jest... Będzie się musiało jeszcze bardziej ukrywać…

   

piątek, 23 października 2009
692. Unsociable...

  

Wokół wciąż prywatne rozmowy współpracowników, ich partnerzy, żony, mężowie i dzieci, wspólne z kimś zakupy, wyjazdy, rozrywki, remonty mieszkań i kredyty. Tylko ja nie mam nic o sobie do powiedzenia i boję się podobnych pytań. Dlatego łatwiej było dołożyć się do prezentu ślubnego dla koleżanki, niż stawić na wieczornym spotkaniu integracyjnym przed dwoma tygodniami. Ale co to za odkupienie winy, skoro nie poczuwam się do jakiegokolwiek żalu?...

  

„Paul nie należy raczej do osób towarzyskich. Jak ognia boi się imprez charyta-tywnych i koktajli, wszelkich okazji, kiedy musi poświęcać czas ludziom, któ-rych nigdy już więcej nie spotka. Ale przebywanie wśród nieznajomych ma też swoje dobre strony. Można mówić im, co się tylko zechce – nawet nie kłamać, lecz po prostu omijać bolesną prawdę. Paul nie potrafi zręcznie zmyślać”

                       [Julia Glass, Trzy czerwce. Przeł. E. Zychowicz].

  

czwartek, 22 października 2009
691. Insatiable and permanently scarred...

  

„Udawał, że o niej zapomniał, ale stary ból wciąż powracał. Co jeszcze może zrobić? Opłakał ją już, wyrzekł się dla niej wszystkiego. Co jeszcze? Przeczuwał, że ból, dużo potężniejszy niż namiętność, wyzbyty jest orgazmu, szczytowania, ostatecznego apogeum, po którym mogłoby nastąpić odprężenie. Życie może się nasycić przyjemnością, lecz zawsze pozostanie spragnione bólu”

          [José Carlos Somoza, Trzynasta dama. Przeł. B. Wyrzykowska].

  

22:26, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
wtorek, 20 października 2009
690. "Confusion will be my epitaph"...

  

Coś na kształt żalu, poczucia głębokiej krzywdy, nietajonego nawet, a nadzwyczaj bolesnego zranienia kryje się za wszystkimi działaniami, emocjami, myślami. I do siebie jedynie słuszne za to wszystko pretensje. Bo od początku wszystko robi się nie tak, piętrzy trudności, psuje, uniemożliwia. I wciąż nie można się pozbierać...

Swoim onieśmieleniem, bezkrytycznym zachwytem, emocjonalnym niezrówno-ważeniem i zaborczością – naprawdę nie chciałem Cię przestraszyć…

  

„Największa miłość nie przynosiła drugiej osobie najmniejszego pocieszenia, przeciwnie, im była większa, tym bardziej ciążyła kochanemu i kochającemu”

                                 [Tadeusz Różewicz, Trucizna].

  

niedziela, 18 października 2009
689. To run on empty...

  

„Z mozołem posuwałem się do przodu, zmagając się z wewnętrzną pustką, z szalonym pragnieniem, aby zamknąć książkę i wybiec na ulicę, znaleźć się gdziekolwiek, byle poza moim pokojem”

                   [Julio Cortázar, Dalekie zwierciadło. Przeł. M. Jordan].

  

Tylko że jakkolwiek mocno bym tego chciał, wciąż nie potrafię sobie ulec...

  

22:23, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 15 października 2009
688. The Big Chill...

  

Tak słoneczny, ciepły i suchy – bez dnia deszczu nawet – był ten wrzesień, taki ponury, wietrzny i mokry zaś październik. I gdzieś tam, na wschodzie, w górach, na Pomorzu ponoć śniegiem nawet sypie, drzewa łamie i powodzią grozi. Brrr!...

Zimna pościel wywołuje przyjemne dreszcze o poranku, daje namiastkę drugiego ciała obok, zachęca, by w niej jeszcze zostać, poprzytulać się, powylegiwać. Ale nie ma czasu na pokusy. Do pracy, przez kałuże z niechęcią trzeba iść... Wiatr uszkadza mi nieco parasol, ten pół roku temu specjalnie na Warszawę kupiony. Zszywam go wieczorem nieporadnie i chyba nienajgorzej to wychodzi. A potem znów do łóżka, w chłód i pustkę, między cienie i urojenia…

  

poniedziałek, 12 października 2009
687. Prayer for forgiveness / understanding...

  

Ta przeogromna, nieodparta i ustawiczna, nigdy niezrealizowana potrzeba mocnego przytulenia się do kogoś, wypłakania, wykrzyczenia swoich lęków, upokorzeń, rozczarowań, tego, co ogranicza i nie pozwala, owego bezsensu tak odczuwanego i odczuwania ogólnej niemocy, całej ohydy i nędzy tych ostatnich dwudziestu lat – co najmniej tylu…

Nie jestem szczęśliwy. Nie jestem nawet w minimalnym stopniu zadowolony...

Wytrzymać to jakoś, przez czas pewien jeszcze wytrzymać…

  

„Wiedziała dokładnie, jak wyglądają dni, które prowadzą do takiego finału. Jak następują po sobie. Jak w dzień ból zamknięty wewnątrz. W nocy na zewnątrz. Jak decyzja od początku. Realizacja jeszcze absurdalna. Ale z każdym dniem i z każdą nocą decyzja i realizacja coraz bliżej siebie. Aż jest to możliwe. Jak pragnienie, żeby była miłość. I żeby wziąć się za ręce. I nie wypuścić. I jak pragnienie uchronienia dzieci przed życiem. Jak to pragnienie było zdolne przyćmić wszystko inne. I jak straszne było życie. Jak poszarpane. Jak brudne. Jak mizerne. I nikt o tym nie uprzedzał”

                   [Marlene Streeruwitz, Uwiedzenia. Przeł. A. Kowaluk].

  

sobota, 10 października 2009
686. Pasaże i parasole...

  

Wczoraj pierwsza od trzynastu miesięcy wypłata, a już dziś Wrocław po czterotygodniowej przerwie. Do dyspozycji trzy i pół godziny oraz siedemset złotych. A zatem budowa stadionu na Euro’2012 widziana z okna pociągu, odwiedziny w świątyniach konsumpcji, bezowocne przymierzanie płaszczyków i marynarek (choć po jedną chyba jednak trzeba będzie jeszcze wrócić), zakupy i okazje w nowym Centrum Taniej Książki, przeglądanie w Empiku zbiorczego tomu poezji Andrzeja Sosnowskiego (o którym, do tej pory, nic – podobnie jak wciąż o tegorocznym laureacie Nike), szybki marsz deszczowymi ścieżkami, i myśli smutne, płaczliwe, samotne: że się innych krzywdzi i rozczarowuje, że się na kpiny i niezrozumienie siebie samego wystawia…

  

czwartek, 08 października 2009
685. Calculations...

  

Nieustanne odliczanie czasu do zakończenia pracy, do powrotu do domu, do rozpoczęcia weekendu – jeszcze tylko dwa dni, trzy godziny, jeszcze czterdzieści minut…

A przecież nie tak wiele tu nawet tej roboty. Zapominają o mnie często i muszę sam zajęcia sobie wyszukiwać. Nie najgorzej więc chyba, zwłaszcza, że mają za to płacić: Urząd Pracy chyba jutro bądź też w poniedziałek, a i firma sama – ponoć zadowolona – coś mi obiecuje…

  

…I nadzieje jakieś daje na przyszłość. Trzeba się będzie zgodzić, gdy a nuż… Innej takiej szansy może nie być. Więc przynajmniej rok, rok maksymalnie. Oszczędzając ile się da. Na start w Warszawie, na pomieszkiwanie kątem gdzieś u obcych, na własnego laptopa. Na rozpoczęcie życia od początku – tym razem na moich warunkach. I za ogromną cenę…

  

Tagi: praca
22:45, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (3) »
wtorek, 06 października 2009
684. Isolated in his grief...

  

Wciąż ta sama, nudna już w swej przewidywalności i monotonii historia, wytrącająca innych z ich dobrego samopoczucia, w rezultacie zaś pomijana, lekceważona, przemilczana. Taka, co oddala miast przybliżać. No bo komu w końcu by się chciało?...

A i z mojej strony zniechęcenie: publiczne wołania o pomoc, a potem znudzone odpowiedzi, z założeniem, że już nic więcej, że i tak nie ma sensu – mszczenie się na zainteresowanych za obojętność innych… 

   

                    „Ja wiem nie trzeba tak

                    ja wiem ja wiem

                    ale

                    kiedy przyjaciel wyciągnie rękę

                    zasłaniam głowę jak przed ciosem

                    zasłaniam się przed ludzkim gestem

   

                    zasłaniam się przed odruchem czułości”

                                                            [Tadeusz Różewicz, Głosy].

  

niedziela, 04 października 2009
683. Seasonal affective disorder...

  

Trudno będzie to wytrzymać. Zimne poranki, ciemność za oknami, wiatry i deszcze, błota i śniegi. Kolejną jesień i zimę, kolejne odkładanie wszystkiego na później. Monotonię dni i myśli. Marzenia wieczne i tęsknoty. Ciszę i brak satysfakcji z czegokolwiek – brak nawet tego minimum, co niezbędne, by jakoś przetrwać chłód pościeli i milczenie dni, te kolejne lata...

 

„Razumow powiedział sobie: »Jestem młody. Wszystko można przetrzymać«. W owej chwili przechodził z wolna przez pokój, zamierzając usiąść na sofie i zebrać myśli. Ale zanim doszedł, uczuł, że opuszcza go wszystko: nadzieja, odwaga, wiara w siebie i w ludzi. W jego sercu jak gdyby powstała nagła próżnia. Na nic nie zdało się walczyć dalej. Spokój, praca, samotność, swobodne stosunki z ludźmi – wszystko to było dlań niedostępne. Wszystko przepadło. Życie jego stało się wielkim, zimnym pustkowiem, na podobieństwo olbrzymiej płaszczyzny całej Rosji, zasłanej śniegiem i pogrążającej się stopnio-wo w okolnym mroku i mgłach”

             [Joseph Conrad, W oczach Zachodu. Przeł. W. Tarnawski].

  

piątek, 02 października 2009
682. A Small Measure of Peace...

  

Wypatrywane na ziemi zawsze w tym samym punkcie trasy dom – praca – dom, pod drzewem, tuż przy chodniku, na drugim osiedlu. Śmiejące się do mnie w trawie, niektóre jeszcze w swych pękniętych, kolczasto-zielonych łupinkach. Podnoszone z czułością, chowane do kieszeni, przytykane do policzków, niemal całowane. Te świeże tak gładkie i głęboko ciemne, z indywidualnym deseniem, te duże i okrągłe tak przyjemne, zabawne, fajne. Wciąż po nie sięgam, trzymam w dłoni, przerzucam z ręki do ręki – zanim wyschną, pomarszczą się i zbledną, nim się zestarzeją. Na równi z jesienią wysysam z nich dotykiem całą witalność drzew. Są mi pociechą w smutnych dniach pourodzinowych i uśmiechem w deszczowe wieczory. Jedynym towarzystwem podczas tych wymuszonych obowiązkiem spacerów…

Kasztany – „małe rzeczy foremne” (K. I. Gałczyński)…

  

Archiwum
Tagi