~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
piątek, 29 października 2010
859. The Sound of Silence...

  

Kilka zdjęć w parku, po drodze do domu – dzięki przemyconemu rano do fabryki aparatowi (strefa zamknięta, chroniona; rewizje toreb przy bramie: a ja już przecież znacznie większe rzeczy – zamówione sobie do firmy książki – niezauważenie wynosiłem). Nie widać prawie ścieżek – dokoła złociste kobierce. Niektóre kolory na drzewach aż nierzeczywiste, nieomalże kiczowate. Szuranie pod nogami, popiskiwanie ptaków wśród obnażonych koron – dźwięki ciszy zasypiającego jesiennego lasu. Wytchnienie, którego tak potrzebowałem…

  

      

  

      

  

      

  

Tagi: fotografie
20:30, alexanderson , Zdjęcia: Spacery / Podróże
Link
środa, 27 października 2010
858. Kolory i mgły...

  

Mroźne poranki, oszronione źdźbła traw, płomienista kula słońca wisząca ponad linią drzew. Charakterystyczny szelest obrywających się liści, zahaczających kilkakrotnie o niższe partie gałęzi. Dzięcioł zielony przelatujący nad głową, wiercące się na pniach, zapraszające do zabawy kowaliki; wczoraj sójka z żołędziem w dziobie, a dziś lis przecinający mi drogę. W weekend powrót po miesiącach do czytania (tegoroczny noblista w wersji pop), sprzedane dwie monety i O Państwie Bożym św. Augustyna… Dni jałowe, całkiem nawet znośne. Dopiero gdy zmierzcha „Duch jego ciężki jak ciemności nocne, / A myśli jego tak jak Ereb czarne”*. Wątpliwości, lęki i kompleksy. Łzy i nerwy. Zapominanie, przyzwyczajanie się i wyrzekanie…

  

* [William Shakespeare, Kupiec wenecki. Przeł. Leon Urlich].

  

sobota, 23 października 2010
857. Płomienie...

   

Ciągłe ataki szału, kolejne błędy popełniane w pracy, coraz dziwniejsze moje zachowania. I jeszcze ona – dyrygująca wszystkim, rozstawiająca po kątach jak przedmiot… Wychodzę, wracam, bo zapomniałem aparatu i nie mam odwagi wziąć go na jej oczach. Lęki, paraliżujące zawstydzenie, narastający obłęd… Spędzam najdłuższy dzień wrocławski na zakupach, do upadłego, do wieczora krążę po sklepach, po ulicach (i nawet do Magnolii na piechotę) – byle nie wracać tylko, byle ten jeden dzień – nie w domu. Który niech diabli, niech ognie piekielne…

 

Niesamowity jest ten efekt, kiedy pożółkłą połać drzew rozświetla słońce – brzozy jak na rosyjskich filmach. Wrzosy porastające nasyp kolejowy, wiszące nad polami myszołowy. Czerwone liście bluszczu liżą ściany niczym języki ognia… W ten moment tuż przed śmiercią, snem zimowym, natura eksploduje pełną krasą…

  

Nareszcie mam pseudoskórzaną czarną kurtkę. Za to kolejny rok, próbując kupić buty, muszę przekonać się, że mam niemęski rozmiar. Fizyczność skazuje na samotność i na marznące stopy. Choć nie – sprawiono mi dziś bez pytania dwa obrzydliwe trepy. Już ona dopilnuje, bym je nosił...

  

22:03, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 20 października 2010
856. The Winner Takes It All...

  

Wykonane przeze mnie miesiąc temu zdjęcie z krakowskiego Mariackiego (p. 843) drugi dzień widnieje na głównej stronie portalu gazeta.pl jako ilustracja do linka z cotygodniowym konkursem na temat historii sztuki, w której to zabawie inna moja fotografia, z Mariackiego w Lubece (p. 823) – wczoraj zwyciężyła! Co prawda przekręcono mój nick w ogłoszeniu wyników i wbrew regulaminowi wciąż nie poinformowano oficjalnie o wygranej, ale nie ma co przejmować się drobiazgami. Książka mi się należy…

  

poniedziałek, 18 października 2010
855. Greet...

  

Widziałem go już z daleka, jak stoi na krawędzi chodnika (zdążyłem nawet ocenić jego tani, sportowy ubiór i zadać sobie pytanie: kto też się dzisiaj tak nosi?), ale dopiero minąwszy go, zawołany po imieniu, poznałem – odwracając się niezbyt ochoczo na pięcie – chłopaka z podwórka, z sąsiedniego bloku: najwcześniejszego z kolegów, przez lata sąsiada w szkolnej ławce. Jakiś rodzaj lęku i fascynacji zawsze mi w stosunku wobec niego towarzyszył – to on mi o zmroku wciskał śnieg w twarz swego czasu. Pyta, czym się teraz zajmuję i kilkakrotnie dziwi, że pracuję w fabryce – ja, co miałem zajść najdalej ze wszystkich. Jeszcze większy szok przeżywam ja, dostrzegając jego zaniedbaną cerę, zmarszczki, niechlujny zarost, te zmęczone oczy, ewidentną starość mego rówieśnika. Najwidoczniej wychowawca więzienny musi dostosowywać się fizycznie do swoich podopiecznych. A był to kiedyś ładny, smagły chłopiec z czarnymi lśniącymi włosami. Dziś on wygląda na czterdzieści – poczułem się przy nim na dwadzieścia… Podajemy sobie dłoń na pożegnanie, by przez kolejne lata pewnie nie zobaczyć. Mógłbym ze swego pokoju trafić piłeczką w jego szybę…

  

20:01, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 14 października 2010
854. Into the Wild...

  

Oglądam „Wszystko za życie” (USA’2007; reż. Sean Penn). Współczesny Walden, przejmująco straceńczy, na domiar złego prawdziwy… Wyrzec się wszystkiego, odejść jak najdalej, włóczyć bez celu, porzucać innych za sobą, poczuć istnienie za cenę unicestwienia. I ukarać ich wszystkich za dotychczasowe – milczeniem, obojętnością, zapiekłą pogardą. Rather than love, than money, than faith, than fame, than fairness… give me truth…

 

Kiedy po raz pierwszy pomyślałem o ucieczce z domu? Kiedy rodzice po raz pierwszy chcieli mnie wyrzucić? I kiedy zrodziła się pokusa, by ta warszawska wyprawa – już nie białego człowieka do natury, ale dzikusa do cywilizacji – te mające starczyć na rok, odkładane obecnie pieniądze – posłużyły tylko na smakowanie codzienności bez konieczności szukania nowej pracy, na przyjemności i kontemplację, a potem, jak się już poczuje cokolwiek i zazna: uśmiechnie, dotknie, zobaczy, powącha te namiastki – przerwać to gwałtownie jednym gestem, ostatnim aktem poetów. Wrażenie całkiem sensownego zakończenia po takim właśnie, nareszcie szczęśliwym etapie…

Some people feel like they don’t deserve love. They walk away quietly into empty spaces, trying to close the gaps of the past…

  

wtorek, 12 października 2010
853. Wiek męski, wiek klęski...

  

Czytasz takich od lat i widzisz, jak dostają listy, seks-oferty, matrymonialne propozycje; jak chodzą na randki albo przypadkiem spotykają kogoś na nartach i spędzają upojną noc przy kominku i Chopinie. Wreszcie udaje im się trafić na Niego – wybucha romans, rodzi się uczucie, miłość aż krzyczy pod niebiosa. Niekiedy czar pryska już po kilku dniach, na ogół po miesiącach wspólnego mieszkania albo regularnych, wzajemnych wizytach przy związku na odległość. Potem jest rozpacz, ból i łzy, czasem od razu nowe, kolejne randki – tak dla zapomnienia, lub by nie tracić okazji. I w zadziwiający dla Ciebie sposób stosunkowo szybko znowu pojawia się Ktoś, zaczyna się wszystko od nowa – i za każdym razem, przynajmniej w tych znanych Ci, podglądanych wirtualnie przypadkach, to jest prawdziwe! Zakochanie, współbycie, seks, coś, co zostaje w pamięci…

A Ty wchodzisz w czwarty rok swoich bezowocnych poszukiwań, z listami bez odpowiedzi, z profilami, których nikt tygodniami nie odwiedza, bez komentarzy jakichkolwiek czy zaproszeń. Wydaje Ci się, że coraz bardziej się boisz, coraz mniej możesz zaoferować. Nieważne, co o sobie napiszesz, jakie zdjęcia umieścisz – na ogół nikt nawet nie zajrzy, by ocenić (nie przejmuj się więc szczupłością czy okularami, i nie dręcz fizyczną niemocą). Tym bardziej nie zrazi go Twój blogowy ekshibicjonizm, bo i tak tu na niego nie trafi. Nie masz więc wpływu żadnego. Jakby Twoje imię (o jakże skromnym dotychczas rozgłosie) już samo w sobie odstraszało, było piętnem, skazywało Cię na innych obojętność. Wiesz co prawda, że teraz i tak nie miałbyś gdzie i jak, ale chciałbyś przynajmniej czuć, że to możliwe. Przecież podobno nigdy nie było tak łatwo – nie dziwi, że nikt Ci nie wierzy…

Dziesiątki tysięcy gejów w sieci, kilkaset tysięcy w kraju – i z żadnym się nawet nie mijasz. Nie masz najmniejszych podstaw, by w siebie uwierzyć…

Czego się boisz – to że wreszcie kiedyś – byle kto – okaże łaskę. A Ty rzucisz się na niego zrozpaczony, robiąc te same błędy co za pierwszym i jedynym razem, tak samo jak wtedy to pieprząc

  

Niczego i nikomu tak nie zazdrościsz, jak owym nieznającym świata bez Internetu nastolatkom, bawiącym się wieczorami po klubach i zaliczającym beztrosko wszystko, co się rusza i ładnie wygląda. Oni dopiero są wolni…

  

„(…) żył w świecie melodramatycznym złożonym z superlasek i z ciepłych kluch, z ekstrafacetów i starych capów”. 

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

niedziela, 10 października 2010
852. Il buono, il brutto, il cattivo...

  

Idiotyczna zabawa w chwili samotności – kompensacja braku, akt rozpaczy dziki: samodzielne portety zdjęciowe, sesja w łóżku, w i bez pościeli mini akty. Potem zaskoczenie podczas oglądania – to inne spojrzenie na siebie, nie jak w lustrze, niczym kogoś z boku. Dziwna twarz – nie moja, obca, sztuczna; chude ciało – przy patrzeniu z góry lepiej to wygląda. I zażenowanie…

Trudno się samemu karmić własnej urody nadzieją – nikt nie podziwia, bo, widać, nie ma na co i patrzeć…

  

„Jak brzydniemy, kiedy nie potrafimy dobrze o sobie myśleć. (...) Brzydota. Czym jest, jeśli nie duszą wyrażającą się przez ciało?”

                [John Maxwell Coetzee, Wiek żelaza. Przeł. A. Mysłowska].

   

czwartek, 07 października 2010
851. Examination of conscience...

  

Jeśli zakochanie umarło, a wciąż pogłębia się zazdrość – to chyba nie jest za dobrze? Rowerowe pozdrowienia z Florencji…

  

Wyraźnie dostrzegam, jak coraz bardziej ją to boli, jak każde moje odezwanie się do niej przesycone jest gniewem, wściekłością, irytacją. Ja z mamą nie rozmawiam – ja warczę i krzyczę, opędzam się od niej albo przed nią zasłaniam… Jest coraz gorzej i już nie potrafię nad tym zapanować – ton głosu podnosi mi się w miarę narastania poczucia winy…

  

Trzeba wreszcie przestać się ośmieszać w komentarzach na internetowych forach, blogach, branżowych portalach – próbami wyjaśnienia własnej historii, opowiedzenia o tym wszystkim, co mnie doprowadziło do obecnego stanu; tym żałosnym żebraniem o litość, szukaniem kogoś, kto wysłucha, pomoże, przytuli… To nie obchodzi nikogo, nie mężczyzn przynajmniej, do kpin ich jedynie pobudza. Zbyt odmienne było to życie, by liczyć na zrozumienie, zwłaszcza zaś tego, że można obnażać się – z paraliżującego wstydu…

  

„Wyrzuty sumienia stanowiły dla Ismaila gęstą, mocną materię, kanwę, na której tkał inne namiętności, pożądanie i miłość. Były wszechobecne jak powietrze, elektryzujące, często nie przybierały konkretnego kształtu, pozbawione zapachu i faktury, splatały się z treścią wspomnień”

              [Susana Fortes, Albański kochanek. Przeł. W. Ignas-Madej].

  

21:20, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 05 października 2010
850. On the skids...

  

Ciągnące się od kilku już tygodni potworne zmęczenie zaraz po przebudzeniu, brak sił i woli, by się podnieść, wielokrotne spoglądanie na zegarek – obojętna konstatacja powiększającego się do pół godziny opóźnienia; niechęć, senność, niewyspanie, przedziwna jakaś słabość; już nawet mi rano nie staje – z tym zresztą od zawsze był problem. Niedługo pewnie zaczną siwieć włosy (ten wiek to podobno granica), niemal na pewno za to jesienią powróci depresja. Wszystko złe, co mnie spotyka, przyjmuję jako oczywistość…

 

           „Dziwi mnie, że mam tylko trzydzieści lat; czuję się dużo starzej”

        [Michel Houellebecq, Poszerzenie pola walki. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

niedziela, 03 października 2010
849. Filary...

 

Poranna mgła spowija lasy, łąki. Słońce próbuje przebić się przez chmury, z mlecznej białości wyłaniają pojedyncze drzewa – fundament wzruszający krajobrazu Polski. Pociąg nadaje myślom rytm; gdzieś z tyłu szum w przedziałach, ludzie śpiący; wąski korytarz – cisza na nim, jasność, ta jego (pomiędzy oknami a szklanymi drzwiami) przezroczystość. Lata spędzone w taki sposób – już nie tu, a jeszcze nie u celu, i w owych latach te właśnie momenty – ulubione…

Zakupy szykujące mnie do zimy nie wychodzą – niewymiarowy jestem, mały i chorobliwie chudy, zbyt wybredny. Szczęśliwie mam aparat; robi się z zaplanowanej tej wyprawy luźny spacer. Mijane pary i wystrojeni, dopieszczeni w każdym calu ładni chłopcy – wzruszenie, złość na siebie, zazdrość; gasnące pożądanie. Dopiero potęga gotyku i splendor baroku dają oparcie łzom, przynoszą ukojenie…

  

      

  

      

    

                  

   

      

  

      

  

piątek, 01 października 2010
848. Pierwszy dzień reszty Twojego życia...

  

„Trzydziestka zawsze wydawała mi się nieprzekraczalną granicą, za którą nie sposób naprawdę żarliwie rozkoszować się namiętnościami”

                        [George Gordon Byron. Przeł. M. Kłobukowski].

  

Nowe przestrzenie, miasta inne, odległe horyzonty; / balast zrzucony: pocałunki, dreszcze, dłonie / wodzące po ciele – / niemoc i wstyd, nienasycenie, czułość, miłość; / pieniądze odkładane – wyrzeczenia; / wojny domowe, męczące nudą obowiązki; / cele obrane, plany wstępne – lęki i wątpliwości, / i marzenia… Zaznawszy, pozbywszy się i zamierzywszy – będziesz Ty wreszcie się uśmiechał, miał nadzieję?...

  

Pragnę bardzo, abyś odnalazł dla siebie szczęście, abyś miał poczucie spełnienia i satysfakcji, tę pewność, że „wszystko jest tak jak powinno, na swoim miejscu i nic więcej nie potrzeba”. Życzę (choć wiem, że to się wydarzy, że się już dzieje), abyś stanął wreszcie na własnych nogach, odciął tę pępowinę, jaka Cię łączy z domem i niezależnie zapanował nad swoim życiem, codziennością, czasem i miejscem. Życzę Warszawy – ale takiej, która nie rozczaruje, nie przerośnie, nie zmusi do poddania, a wręcz przeciwnie: przyniesie spokój, stabilizację, radość i wiarę. Życzę, aby mniej smutków było, a więcej panowania nad sobą, beztroski, lekkości bytu, szaleństwa. Życzę sukcesu w walce o własny wewnętrzny spokój, pokonania obaw, wad, słabości, przełamania barier. Życzę, abyś nie przejmował się za dużo, nie analizował i nie rozpamiętywał po tysiąckroć drobnych wpadek, porażek, potknięć, nawet małych osobistych upokorzeń – są częścią życia, uczą, rozwijają (nawet jeżeli poprzez ból i cierpienie), wszyscy ich doświadczamy, większość z nas po prostu odpuszcza, macha ręką, zapomina albo zmiata pod dywan, w przeciwnym razie życie przerosłoby wszystkich, a Ziemia dawno przestałaby się kręcić. Życzę odwzajemnionej, uczuciowo, intelektualnie, emocjonalnie i fizycznie spełnionej wielkiej miłości – pełnej pasji, czułości, oddania. Życzę ekscytujących nowych doświadczeń, podróży, dobrych zmian, przyjaźni. Życzę należytego szacunku i uznania rodziny, otoczenia, znajomych, obcych. Życzę też (bo i to bywa dość ważne), abyś osiągnął prędko taką sytuację, w której nie będziesz musiał zbytnio martwić się o finanse i zmuszać ogromnym wysiłkiem do nielubianej pracy tylko po to, aby zapewnić sobie środki do bardzo przeciętnego życia. Na sam koniec, kochany B., bardzo życzę, abyś nie miał poczucia, że coś straciłeś bezpowrotnie, że przekraczasz jakiś symboliczny, fatalny próg tymi trzydziestymi urodzinami, że zamykają się pewne drzwi, możliwości. Wszystko przed Tobą – tak samo jak wczoraj, rok temu, tak samo jak za kolejny rok. Niemal wszystko zależy od Twojej determinacji. Pamiętaj, że jest przecież całkiem dobrze, coraz lepiej – jeżeli będziesz dzielny, sprawy też będą się pomyślnie układać... [A.].

  

Archiwum
Tagi