~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
poniedziałek, 31 października 2011
1018. Proses moroses...

 

I znów – jak latem – najpierw prognozy pogody na kolejne dni pozwalają snuć dalekosiężne plany zdjęciowych sesji, kolejnych tras, wypraw nawigowanych spacerownikami, a potem rzeczywistość rozwiewa te marzenia o odpowiednim świetle i kolorze nieba – a zamiast tego mgły i chmury, wiszące wciąż ciężko ponad ziemią. Szarość i przygnębienie. „Wspomnienie słońca w sercu półmartwe, / Płowieje trawa”… Kotki kurzu przebiegające od tygodni po podłodze, zimne palce wystukujące w klawiaturę, na stole zaległe gazety, kupony Lotto, zbędne paragony. Totalna pustka – bo i wyrzeczenie się już czegokolwiek. Spokój, trwanie bez jakiejkolwiek aktywności – masz wreszcie, czego chciałeś…

„Znikły z kanałów blask, falowanie / Wody wystygłej. / Tutaj już nigdy nic się nie stanie – / O, więcej nigdy!” [Anna Achmatowa. Przeł. J. Pollakówna].

  

piątek, 28 października 2011
1017. Marches funèbres...

 

Całe dnie na historycznych cmentarzach, co wokoło (prawosławny, ewangelicko-augsburski, ewangelicko-reformowany, żydowski, Stare Powązki, Powązki Wojskowe), póki jeszcze słońce, póki kolory na drzewach – ze spacerownikiem w ręce, wśród wielkich, nazwisko po nazwisku, a potem już luźne błądzenie. Płyty, pomniki, rodzinne mauzolea pod kobiercami złotymi, przysypane, do snu utulone; chodniki liściaste, chrupiące, refleksy słońca i cienie. Tysiące zdjęć, już nawet nie sposób wybierać. Bajkowo aż do oniemienia, spokojnie i pusto, przytulnie – bo tylko wśród trupów mi dobrze (por. 860)…

      

                    „Tak więc – to los mój na grobowcach siadać

                         I szukać smutków błahych, wiotkich, kruchych.

                    To los mój senne królestwa posiadać,

                         Nieme mieć harfy i słuchaczów głuchych

                    Albo umarłych”

                                        [Juliusz Słowacki, Grób Agamemnona].

  

wtorek, 25 października 2011
1016. Domus aurea...

  

      

  

niedziela, 23 października 2011
1015. Discours de la méthode...

  

„Wiedział, że uważają go za szaleńca i uśmiechał się. Dużo czytał, już tylko poprzez kapilary liter i duszy stykał się ze światem, od którego pragnął się uwolnić. »Nie mam siły – myślał – aby zostawić życie. Jest silniejsze ode mnie. Ale świat wykluczyłem«. (…) Znał ranę, która rozpoczęła ten proces w jego duszy, chorobliwy proces głodu samotności. Wiedział także o tym, że wola i rozum nie mogą zaradzić tym objawom, nie mogą przyśpieszyć procesu powracania do zdrowia. »Zdarzył się wypadek« – myślał rzeczowo. »Zraniono mnie i nie potrafię pogodzić się ze światem«. (…) Zrozumiał, że nie ma już żadnej roli w świecie, nie ma już więcej rzeczywistego związku z ludźmi. Tęsknił za samotnością tak, jakby ta szczególna niewola była pewną odmianą wolności.

Ze swym dawnym otoczeniem już się nigdy nie spotkał. Nowych znajomości nie zawierał. Mijały tygodnie, a on z nikim nie zamienił ani słowa. (…) Jego uczucia powoli stygły, jak stygnie wyciekła krew. Jedynie jego rozum jeszcze świecił i palił, jak płomień, którego zamiar ludzki nie może ugasić. Rozum oświecił mu jego sytuację na ziemi. Jean-Louis wiedział, że ta sytuacja jest beznadziejna i że musi ją znieść, wiedział i o tym, że bez odpowiedniego systemu nie istnieje samotność ani pustka dla człowieka na ziemi. Dlatego zbudował taki system, w którym mógł być sam, całkowicie, w pełni i bez przeszkód samotny, jak mógł być samotny pierwszy człowiek, gdy nie było jeszcze miasta, nie było ludzi ani zniewag. (…) Świat huczał wokół niego, a on coraz głębiej, coraz bardziej muliście pogrążał się w sztucznej samotności, która otaczała go głucho, jak cienie i gęstość morskiego podziemia otaczają tonącego”

                     [Sándor Márai, Samotność. Przeł. I. Makarewicz].

  

23:48, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
piątek, 21 października 2011
1014. Przesilenie jesienne...

  

Zmiany nastrojów dziesiątki razy dziennie, ale znów słońce, sucho, więc można wyjść, fotografować, chodzić, nie myśleć tyle o tym, czego nie…; mijać ich wszystkich z tym zdziwieniem, tym swoim zaskoczeniem, że tak naturalni, zwykli; uważnie podpatrywać, chłonąć, odkładać gdzieś w pamięci – rekompensować nimi siebie, odnaleźć w rezygnacji spokój, szansę, żeby to jakoś przetrwać…

  

„(…) widział samego siebie i widział świat, zrozumiał brak proporcjonalności uczuć, beznadziejność każdego ludzkiego oczekiwania i namiętności, zrozumiał w tym momencie swój los, i uśmiechał się”

                        [Sándor Márai, Zadanie. Przeł. I. Makarewicz].

  

wtorek, 18 października 2011
1013. Zgroza, zgroza...

 

Oszukuję wszystkich już cztery miesiące, kłamię nawet sam przed sobą, tak rzadko pisząc o tym, co najczęstsze – że histeryczne łzy, ataki bicia się po głowie, bezsenność i apatia, głodzenie się, depresja; że nie ma z kim rozmawiać, z kim spotykać – zresztą, chciałoby się tylko Jego słyszeć, do Niej tulić; jedynych dwojga ludzi, do których mnie ciągnęło, przy których cokolwiek czułem, nigdy nie będę mieć przy sobie tak, jak chciałbym, a i widywać ledwie raz, dwa razy w roku – lub w ogóle. Że jak milczałem – głupi! – przy nich, tym bardziej milczeć będę wobec innych, że nie da się nawiązać żadnej nowej znajomości. Że do martwego i nieposłusznego ciała obrzydzenie – i że emocji, myśli też już coraz mniej, zwykłe patrzenie w ścianę. Że pracy żadnej, celu żadnego, chęci, wiary; godziny w Internecie, bezładne błądzenie po ulicach, wciąż tych samych…

Nie miejsce temu wszystkiemu winne, a tylko ja – zdziczały, z bagażem małomiasteczkowej mentalności (już się śmieją), traumą przeszłości, niedorozwinięty. Ogromny strach, że z tej Warszawy żadne nowe życie (tym nigdy się specjalnie nie łudziłem), tylko sceneria końca…

  

„Minęło około dwóch minut, po czym z pokoju doszedł dźwięk podobny do miauczenia czy wycia. (…) Michel leżał zwinięty w kłębek u stóp łóżka. Miał lekko wytrzeszczone oczy. Na jego twarzy nie malowało się nic, co przypominałoby smutek ani jakiekolwiek inne ludzkie uczucie. Jego twarz była pełna potwornego zwierzęcego przerażenia

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

niedziela, 16 października 2011
1012. Z cyklu: Moje okolice (III) - Cmentarz Tatarski...

  

      

  

piątek, 14 października 2011
1011. Untalkative Bunny...

  

Do zapowiedzianego miesiąc temu (por. 998) przenoclegowania chłopca niestety nie dochodzi – udaje nam się jednak zapoznać przy obiedzie. Dewirtualizuję sobie M. po latach przecinania się naszych życiowych ścieżek (bo to i wspólny znajomy, i niedoszłe spotkanie w Łodzi, i drobne wzajemne przysługi). Odbieram go z Centralnego (gdzie w tłumie też Janusz Majewski) i idziemy do Złotych Tarasów. Sympatycznie, miło – gdyby nie moja konfuzja z powodu dziwnie zatkanego ucha, fryzury zniszczonej chwilę wcześniej przez minutową ulewę i, przede wszystkim, tradycyjnej już, zupełnej pustki w głowie…

Te spotkania z ludźmi są tak sporadyczne, że zamiast się wprawiać w rozmowach, każda z nich jest dla mnie coraz to trudniejsza. Zaczynam wątpić, że kiedyś się nauczę, będę czarował, bawił i uwodził…

 

„(…) przebywanie z Mylesem można było porównać do przebywania w pokoju, z którego właśnie ktoś z hukiem wyszedł. Niemota otaczała go wszechobecną, mdłą aurą. Nic nie mówił, ale nigdy nie był cichy. Zawsze bawił się nerwowo wszystkim, co miał pod ręką, chwytał, co popadnie, po czym natychmiast odrzucał z hałasem. (…) Słychać było, jak oddycha”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

 

środa, 12 października 2011
1010. Lights and Shadows (II)...

  

Sobotnie niebo, gdy jechałem pociągiem do rodziców – te błękity, granaty i biele, mięsiste kłęby chmur, półtony, przejaśnienia, cienie… Czeka się na takie tło zdjęciowe tygodniami i właśnie wtedy zdarza się, kiedy nie można go uwiecznić, stać na ulicy i czekać na rozbłysk, na idealny kolor (dziś drobna tego namiastka, gdym na Powązkach i w Arkadii – trzy razy jednak łapią mnie krótkie ulewy). Przez parę godzin okno jest moim jedynym obiektywem; kadry wciąż uciekają – taśma filmowa, prywatny pokaz slajdów. Świat staje się malarski w październiku, przytulny i bardzo płaczliwy (por. 507, 696)…

  

Głosuję na ziomala, piątego na liście, zasłużonego w staraniach o strategiczną dla miasteczka inwestycję. Zdobywa mandat, podobnie jak mój kandydat do Senatu. Tusk będzie dalej premierem, SLD pozbędzie się Napieralskiego, Palikot ożywi spory światopoglądowe, a Sejm nabrał barw z lekka tęczowych. Rzadko kiedy byłem po wyborach równie zadowolony jak obecnie…

  

Myślałem, że przywiozę z domu płaszcz zimowy i kilka tytułów – wróciłem z ciężką walizką pełną rzeczy, lecz innych niż te planowane ubrania, książki, płyty… Całe to urządzanie było (i wciąż jest) nieco na pokaz – chciałem zaimponować Jej, tym, którzy będą u mnie gościć. Teraz dociera do mnie, że przecież brak w Warszawie osób, które bym chciał tu zaprosić – lub które takie zaproszenie by cieszyło, które by nań czekały… Zresztą: nie mam czym karmić ani upić, chłód ciągnie od okna, rozmówca ze mnie żaden – po co ma ktoś mnie odwiedzać?…

 

Tydzień temu Janusz Michałowski na ulicy Piwnej; w czwartek minister Rostowski z ulotkami na Placu Zamkowym; na Centralnym stoję w kolejce do kasy za Maciejem Stuhrem; zjeżdżając na perony mijam Mariana Opanię; wczoraj, zaledwie przyjechałem, widzę Agnieszkę Maciąg… Jak na człowieka, co nikogo nie zna i nigdzie nie bywa, mam szczęście ocierać się o znane z telewizji twarze. I tylko to pozwala nie czuć się tu tak samotnym, tak zupełnie obcym…

  

niedziela, 09 października 2011
1009. Pan Tadeusz...

  

Dziewięćdziesiąte urodziny Różewicza. I znów (por. 153) bez literackiego Nobla. A któż inny zasłużył bardziej – tak odmienił język, zrewolucjonizował formę, przenikliwiej zdiagnozował śmietnik nadmiaru i bylejakości, który współtworzymy, pełniej opisał fragmentaryczność rzeczywistości, płynność i niepokój czasów, „metafizyczną” przestrzeń zaprzeczenia, tajemnicę, ukrytą w ogólnym NIC?…

Wciąż na nowo, szuka i przetwarza. Wciąż mam nadzieję, że doczeka…

  

piątek, 07 października 2011
1008. Czekając na barbarzyńców...

      

W niedzielę wybory parlamentarne, głosować będę w rodzinnej miejscowości (wyjeżdżam jutro), a piszę dziś, bo nie chcę, by 9 października umknęło mojej i czytelników uwadze coś jeszcze, nie mniej istotnego…

Kolejny raz w walce dwóch głównych sił politycznych blisko do remisu, co nie pozwala spokojnie czekać na jej rozstrzygnięcie (zwłaszcza wobec możliwej niskiej frekwencji, która raczej sprzyja „ciemnej stronie Mocy”). Nie interesuje mnie urozmaicanie parlamentu kwiatkami od Janusza Palikota, podczas gdy do urn idą bandyci-kibole i zapatrzeni w swojego „męża opatrznościowego” krzyżowcy z Krakowskiego Przedmieścia, zamierzający odbić Polskę z rąk „zdrajców” i „morderców” ich prezydenta. Już światowy kryzys gospodarczy przysporzy dość kłopotów. Trzeba tę PiS-opodobną, człekokształtną hołotę powstrzymać…

 

      

  

„Na naszych oczach rozpada się znany porządek świata; wolny rynek, w który wierzyliśmy z gorączką neofitów, pokazuje swoje wykrzywione agresywne oblicze; nie są pewne ani nasze emerytury, ani miejsca pracy dla naszych dzieci, rozchwiały się tradycyjne wzorce karier i konsumenckiego szczęścia; technologia rozbija znane nam formy komunikacji społecznej, tworząc jakieś nowe, nieoswojone przestrzenie. Nie mamy dawnej pewności, jaką politykę stosować wobec własnego życia ani jakiego państwa potrzebujemy.

A Unia Europejska, która tak wiele nam dała w ostatnich latach? Co my jej możemy dać i czego od niej chcemy, poza wyciąganiem ręki po kolejne miliardy euro? (…)

Prezes Kaczyński ma odpowiedź: uwierzcie we mnie. Nie ma programu PiS poza osobą prezesa. On może mówić rzeczy sprzeczne, nieoczekiwane nawet dla najbliższych współpracowników, nieodpowiedzialne, ale oferuje to, co najważniejsze: ucieczkę od ciężkiej wolności wyboru, wizję paternalistycznego, w istocie postkomunistycznego ładu, z oficjalną państwową ideologią i jej jedynym, najwyższym kapłanem, gdzie bezpieczeństwo musi być opłacone konformizmem; proponuje zamknięcie się przed przeciągami dzisiejszego świata w ciepłej wspólnocie narodowo-katolickiej, a za wszystkie przeszłe i przyszłe przegrane daje bezcenną rekompensatę: wyższość moralną, dumę ofiary zdradzonej o świcie.

Taka wizja państwa słabo mieści się w modelu zachodnich demokracji liberalnych, ale odpowiada wielu Polakom, zwłaszcza tym bardziej skłonnym do myślenia religijnego, wspólnotowego, postrzegającym współczesność głównie jako zagrożenie. Kaczyński stał się wyrazicielem Polski, która z różnych powodów nie chce lub nie potrafi gonić Zachodu. Powodzenie prozachodniej modernizacji cywilizacyjnej i społecznej oznaczałoby naturalne topnienie tego elektoratu, któremu Jarosław Kaczyński razem z Tadeuszem Rydzykiem mówią »Trwaj«. (…)

Lansowany swego czasu przez PO obraz Polski otwartej, pogodnej, dorabiającej się, przełamującej trudności, w sumie zadowolonej z siebie (skądinąd prawdziwy, co potwierdziła niedawna »Diagnoza społeczna«), został przykryty przez poruszające historie ludzkiej biedy, nieporadności i brutalne wyzwiska kibiców. Oryginalny i ryzykowny pomysł na kampanię.

Ale gorsze jest to, że sztab PO (inaczej niż PiS), uganiając się po kraju za głosami ludzi rozczarowanych, w jakimś stopniu zlekceważył swój stały elektorat, nie budował jego dumy z minionych czterech lat, nie przekazał mu zbyt wiele pozytywnej emocji, nowej energii, optymizmu, sensu. To może mieć wpływ przede wszystkim na frekwencję wyborczą.

Platforma, uspokojona sondażowymi sukcesami, przestała opowiadać nam »swoją Polskę«. A przecież ten zapomniany przekaz był prosty, wciąż jeszcze nieźle odpowiadający na pytanie »jak żyć?«. Tusk dość czytelnie nawiązywał do słynnego zdania z konstytucji Stanów Zjednoczonych, że »każdy ma prawo dążyć do szczęścia«, tak jak sobie je wyobraża. Państwo jest od tego, żeby tworzyć warunki dla ekspresji indywidualnej wolności, ale jednocześnie dbać o to, co jest mu przypisane: poziom usług publicznych, infrastrukturę gospodarczą, wymiar sprawiedliwości, edukację, kulturę, bezpieczeństwo – zewnętrzne i wewnętrzne – solidarność społeczną. W każdym z tych obszarów w ostatnich czterech latach – mimo bardzo niesprzyjających warunków – sporo zmieniło się na lepsze, a przynajmniej nie pogorszyło. Nie było się czego wstydzić, naprawdę. I dziś, jeśli wyobrazić sobie, jaką ekipę do władzy może wystawić Platforma, a jaką jej główny rywal – też nie ma się czego wstydzić”

        [Jerzy Baczyński, Jak żyć po wyborach?, „POLITYKA” 2011, nr 41].

  

środa, 05 października 2011
1007. Arbeitsauffassung...

  

Bez najmniejszego pomysłu i chęci, z odrazą jakąś, zmęczeniem i zirytowaniem, nie widząc najmniejszego sensu w tej konieczności, do jakiej zmusza życie (por. 796, 909); bez planów, tego „gdzie Pan się widzi za lat dziesięć?”, emerytalnych składek, kredytów, ubezpieczeń; gdyby tak można w domu, gdy się chce, przepisać komuś coś, powstawiać do tabeli dane, gdzieś poukładać książki – i Boże broń garnitur, stałe godziny, kreatywność, obce języki, awans, inni ludzie… Gdyby móc dzień po dniu, ot tak, i jeszcze czas dla siebie – nadrobić te zmarnowane lata tym, czego i tak nie zarobisz

  

„(…) rozpoczął bezskuteczne poszukiwania miejsca, w którym mógłby uczciwie pracować. Takiego miejsca nie było, a raczej Michał nie miał niezbędnego wykształcenia, określonych upodobań ani doświadczenia, słowem nic, co by pomogło mu wybrać odpowiednią instytucję”

                            [Ilja Erenburg, Rwacz. Przeł. J. Maliniak].

  

niedziela, 02 października 2011
1006. Koloseum (I)...

  

Dzień otwarty na Stadionie Narodowym, 140 tysięcy widzów – spędziłem tam dość godzin, by otrzeć się o połowę z nich. Pierwsze publiczne zasuwanie i otwieranie dachu – pokazy do muzyki Hansa Zimmera z „Gladiatora” (USA / Wielka Brytania’2000). Jeden z bohaterów w tym filmie, stając po raz pierwszy w życiu przed Amfiteatrem Flawiuszów w Rzymie, mówi: „Nie wiedziałem, że ludzie potrafią tak budować”. I to jest właśnie to wrażenie, gdy patrzymy na wiszącą na linach 70-metrową iglicę wraz z gigantyczną, rozkładającą się niczym parasol membraną. Zachwycające, oszałamiające i niewiarygodne. 250 zdjęć i cieszę się każdym jak dziecko…

  

      

  

      

  

      

 

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

Archiwum
Tagi