~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
sobota, 31 października 2015
1523. Z cyklu: Przeczytane (XLVI) - Październik...

  

1. Ernst H. Gombrich, O sztuce. Przeł. M. Dolińska, I. Kossowska, D. Stefańska-Szewczuk i A. Kuczyńska, Poznań 2009;

2. Milan Kundera, Księga śmiechu i zapomnienia. Przeł. P. Godlewski i A. Jagodziński, Warszawa 1993;

3. Władimir Sorokin, Lód. Przeł. A. L. Piotrowska, Warszawa 2004;

4. Władimir Sorokin, Bro. Przeł. A. L. Piotrowska, Warszawa 2006;

5. Władimir Sorokin, 23 000. Przeł. A. L. Piotrowska, Warszawa 2007.

  

Tagi: książki
11:05, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 25 października 2015
1522. A PiS ci mordę lizał, durny narodzie...

    

25 X (7 XI) 1917 (Rosja) – internacjonalistyczny bolszewizm-leninizm.

25 X 2015 (Polska) – narodowo-katolicki bolszewizm-kaczyzm.

  

         „Marzenie niewolników: targ, gdzie można by sobie kupować panów”

                                                [Stanisław Jerzy Lec].

  

22:57, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
piątek, 23 października 2015
1521. Warning!...

  

„Czuję się w prawie, a nawet obowiązku zabrać głos, zanim go w niedzielę oddam na ludzi przyzwoitych. Boję się o mój kraj, bo wśród partii przodującej w sondażach, a także wśród ugrupowań gotowych stworzyć z nią koalicję, przyzwoitych ludzi nie dostrzegam.

IV RP, do której chce wrócić PiS, była państwem dużych liter, semantycznego patosu, wartościujących hiperboli. Pojęcia zmieniało się wykrzyknikiem, podkreśleniem, wielką literą: oto więc prawo stało się Prawem, moralność Moralnością, prawda Prawdą. Nasi kaznodzieje politykowali, politycy moralizowali, zaś mroki cywilizacji rozpasania i zaniku wartości rozświetlało im jakoby dobro narodowe, o którym trąbili na wszystkie strony.
Jeśli najpiękniejsze nawet wyznania miłosne będzie się gardłowało wiecowym timbrem pod balkonami adorowanej ofiary, zrazi się ją nie tylko do siebie, ale w ogóle do miłosnych wyznań. Odtąd niedoszła Julia będzie reagowała alergicznie na słowa »kocham cię« niezależnie od tego, czy będą szczerze szeptane, czy wyrykiwane przez namolnych absztyfikantów. Gdybym był Polską, poprosiłbym prawicowych krzykaczy, żeby kochali mnie ciszej. Znienawidzony przez narodowców Władysław Bartoszewski mawiał, że ojczyzna jest matką, więc miłość do niej to coś naturalnego, a przecież nikt normalny nie chodzi po ulicach, krzycząc, że kocha matkę.

Prawo i Sprawiedliwość zamierza stać na straży patriotyzmu historycznego, czyli monopolizowania doboru i interpretacji narodowych mitów, ścisłej regulacji, a z czasem wręcz reglamentacji symboli. Nacjonalizm zawsze kiełkuje w przestrzeni symbolicznej, potem w niej się rozmnaża, zawłaszcza ją, z czasem prowadząc do totalnego usymbolicznienia rzeczywistości. Patrząc dziś na dokumentalne zapisy parteitagów w faszystowskich Niemczech, przyglądając się kodom gestycznym i słuchając głosów hitlerowskich notabli, trudno oprzeć się wrażeniu, że tylko naród poddany jakiejś niezwykle silnej zbiorowej hipnozie mógł zatracić poczucie teatralnej wprost sztuczności tego świata. Świata zdominowanego przez postawę retrospektywną. PiS chce nam na trwałe wprowadzić do polityki patriotyzm historyczny, a do języka retorykę wzniosłych archaizmów.
Kryteria demokratyczne nigdy nie będą realnym ograniczeniem dla ludzi opętanych żądzą naprawiania urojonych szkód. Jeśli czysta żądza władzy jest okresową zachcianką dużych chłopców, to blednie wobec poczucia misji, którą należy wypełnić.
Misjonarze prawicy są w gruncie rzeczy terrorystami ducha – nie spoczną, póki nie zunifikują potrzeb materialnych i duchowych wszystkich obywateli w każdej kategorii wiekowej – tu idzie o rząd dusz, ba, o nowy model człowieka
Bywają przaśni, bywają inteligentni, ale łączy ich wspólne oszołomienie misją
– oni naprawdę wierzą, że mają moc uzdrawiania, jeżdżą po miastach i uzdrawiają chromy kraj, przecinają wstęgi i kładą kamienie węgielne dłońmi, które leczą.
Któż może się przeciwstawić sile takiej sugestii? Wczytując się i wsłuchując w dyskurs publiczny PiS-u, zauważam model państwa resentymentu, tworzonego pod hasłami gruntownej przebudowy moralnej, jak również antyburżuazyjnej (ach te ośmiorniczki!) – odnoszę wrażenie, że
ten pokraczny konglomerat idei można by ochrzcić narodowym socjalizmem katolickim.
Nawet czujny biograf Jarosława Kaczyńskiego, autor książki o prezesie PiS-u, nie ma wątpliwości, że młodszy z braci zawsze był wielkim samotnikiem. Chciałbym wierzyć, że to samotność z wyboru. Bo niespełnione łaknienie Drugiego jest dotkliwym wykluczeniem, łatwo przeobrażającym się w soczystą nienawiść. Niedostępny Drugi staje się znienawidzonym Innym. »My« przestaje być naturalnym połączeniem »Mnie« i »Ciebie«, owo »My« staje się kategorią daną w wyniku różnicy, nie zaś sumy. »My« to już nie wynik dodania »Ja« i »Ty«, lecz efekt oddzielenia: »My« to nie »Oni«. My jesteśmy swoi. Oni są obcy. Przez obcych czujemy się nieswojo. Nacjonalizm jest polityką różnicy i resentymentu. Narodowi populiści są ludźmi różnicy i resentymentu.
Należy się czujnie wsłuchiwać w polityków nadużywających pierwszej osoby w liczbie mnogiej. Moment, w którym przestają w ogóle mówić o sobie w liczbie pojedynczej, jest chwilą krytycznego przesilenia. Jeśli wtedy nie odsunie się ich od władzy, nie uda się już tego zrobić nigdy. Miłość do narodu jako miłość własna jest najwyższym wcieleniem nacjonalistycznej paranoi; jeśli starcza charyzmy, by przekonać naród do tego utożsamienia, urojenie staje się rzeczywistością, reprezentacja zmienia się w przywództwo. Wódz mówi ustami Narodu; już nie rządzi, ale panuje.
Prezes boi się nieznanych wirusów, tymczasem ja lękam się swojskiego wirusa ksenofobii, którego jednym z objawów jest neurotyczne natręctwo czystości. Zarażeni nim szefowie rządów przeobrażają się w wodzów i przewodników, zamiast dyplomacją zajmują się nadzorowaniem czystości etnicznej, wyznaniowej, a nawet moralnej.
PiS, zapowiadając swoje czystki, jawi mi się jako Narodowe Przedsiębiorstwo Oczyszczania.
Mamy teraz w Polsce dwa katolicyzmy – jeden jest religią, drugi wyłącznie agresywną ideologią.
Krucjatowy katolicyzm rodzi się z lęku przed powszechną sekularyzacją Europy Zachodniej; katolicki »beton« wierzy, że tylko dogmatyczność może powstrzymać masowe odejście ludzi od Kościoła, jednocześnie Kościół ma być bastionem broniącym Europę przed utratą tożsamości spowodowaną napływem ludności islamskiej. (…)
Widok głowy państwa, która z gorliwością ministranta uczęszcza na msze i pozwala się fotografować podczas żarliwych modłów, jest dla mnie przykry, ale wierzę, że to kwestia smaku, a nie »obrazy uczuć ateistycznych«. Uważam modlitwę za czynność intymną, podobnie jak miłość fizyczną – a zatem publiczne fotografowanie się w czasie modlitwy jest afiszowaniem się ze swoją intymnością, by nie rzec: uprawianiem religijnej obsceny.
Widok krzyży w miejscach publicznych może być dla ludzi innych wyznań, jak i dla agnostyków równie niemiły jak dla obrońców krzyża »świerszczyki« w witrynach kiosków. Ja jakoś znoszę jedne i drugie. Nie znoszę tylko
hipokryzji, która każe katolickim patriotom, obwieszającym wszystko, co się da, wizerunkiem Jezusa – wszakże urodzonego uchodźcy, miłować bliźniego poprzez zamykanie mu drzwi przed nosem. Tradycją chrześcijańską jest miejsce przy stole wigilijnym dla niespodzianego gościa, wedle polskiej tradycji najwyraźniej to miejsce musi pozostać puste.
Niegdyś walka (zbrojna) o pokój przestała być postrzegana jako oksymoron, teraz katoliccy nacjonaliści nienawidzą w imię miłości. Hejt – obrzydliwy anglicyzm, który w rzeczy samej jest jedyną zarazą obcego pochodzenia zatruwającą Polskę, a przede wszystkim polszczyznę, funkcjonuje jako eufemizm – listek figowy zakrywający słowo jednoznacznie pejoratywne – nienawiść.
Skoro profesjonalnym hejtingiem teraz wygrywa się wybory, skoro tłumne marsze i demonstracje rozwrzeszczanej ciżby są najskuteczniejszą metodą perswazji, skoro politycy czynią z kampanii wyborczej mizdrzostwa Polski (mizdrzą się do tych, którzy najgłośniej krzyczą) – to szykuje nam się w Polsce ochlokracja zamiast demokracji. Nie lud (demos) będzie rządził, ale motłoch (ochlos).
Etos dziennikarski w takim państwie będą wyznaczać dotychczasowi kanapowi frustraci wojujący na Twitterze, którym wyrosły już długie do ziemi sarmackie wąsy mentalne.
»Niepokornymi« bowiem nazywają się zwyczajni chuligani legalizujący dziennikarski bandytyzm i chamstwo pod szyldem aktywnej postawy opozycyjnej. Ziemniakiewicze i Schaboszczaki będą święcili tryumfy w swojej Kartoflandii jako dostojni publicyści.
Boję się o mój kraj, zwłaszcza że wciąż widzę wokół siebie wielu młodych ludzi, którzy gotowi są na nieodpowiedzialny ruch, kierując się chęcią ożywienia sceny politycznej. Jednych porwał wiosną rockman, w iście punkowej wściekłości chcący obalić system, inni dają się omamić trefnisiowi z muchą, wujciowi-wariatuńciowi, który nie chce brać udziału w drętwej kolacji rodzinnej – i, jak w Bergmanowskim arcydziele »Fanny i Aleksander«, uwodzi dziatwę sztuką pierdzenia.
Poniekąd rozumiem tę chęć wykonania politycznego performance’u (…).
Ale czas żartów, moi mili, żwawi rodacy, dobiegnie końca w niedzielę. Oddajmy głosy ważne i poważne. Wybierzmy rząd, nie Wodza. W przeciwnym razie dziarscy naprawiacze świata pod opieką Prezesa urządzą nam wreszcie tę swoją Polskę w ruinie”.

          [Wojciech Kuczok, Przeciw misjonarzom, wyborcza.pl, 23 X 2015].

  

13:32, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
środa, 21 października 2015
1520. Virtuoso...

  

Tytuł poprzedniej notki był nie tylko odniesieniem do stylu koncertów młodego Chopina (finałowy etap konkursu), ale i zawoalowanym wskazaniem głównego faworyta. Brillant okazało się kluczowe – Seong-Jin Cho najdoskonalej połączył techniczną perfekcję z lekkością i radością gry. Dobór programu zaś – wykonanie już w drugim etapie sonaty, obowiązkowej (z zamianą tam ewentualnie na pełny cykl preludiów, które też zaprezentował) w trzecim – i zgranie z orkiestrą w koncercie, świadczą o samoświadomości, dojrzałości pianisty. Przeciętny słuchacz ma pewnie zrozumiałą skłonność do burz rodem z Etiudy Rewolucyjnej i charyzmy bardziej w graniu ciałem niż na klawiaturze, każdy też niemal z finalistów miał prawo się podobać, to jednak Koreańczyk bezsprzecznie był dla mnie najlepszy (a i jako człowiek ujmował mnie bez reszty). A jeśli dodać, że wszyscy czworo moi ulubieńcy znaleźli się wśród nagrodzonej szóstki, i to nawet w kolejności (nieprzypadkowej), z jaką ich w niedzielę wymieniałem, zaś już po finałach a przed ogłoszeniem wyników liczyłem się z nagrodą dla Charlesa Richarda-Hamelina, to moja trafność przewidywania i zgodność w ocenach z jury zdumiała mnie samego. Miałem więc nosa – czy raczej: uszy – i bodaj pierwszy raz bezsenną noc ze szczęścia…

  

      

  

Laureaci XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina:

  

I. nagroda i złoty medal – Seong-Jin Cho (Korea Południowa)

+ nagroda za najlepsze wykonanie poloneza

II. nagroda i srebrny medal – Charles Richard-Hamelin (Kanada)

+ nagroda za najlepsze wykonanie sonaty

III. nagroda i brązowy medal – Kate Liu (Stany Zjednoczone)

+ nagroda za najlepsze wykonanie mazurków

IV. nagroda – Eric Lu (Stany Zjednoczone)

V. nagroda – Yike (Tony) Yang (Kanada)

VI. nagroda – Dmitrij Szyszkin (Rosja)

Wyróżnienia:

– Aljosza Jurinić (Chorwacja)

– Aimi Kobayashi (Japonia)

– Szymon Nehring (Polska)

– Georgijs Osokins (Łotwa)

  

Internet rozbudził niebywałe zainteresowanie konkursem i dobrą wokół niego atmosferę. Oby nie była to chwilowa moda, bo najważniejsze przecież ostatecznie, żeby wygrywał Chopin…

  

                    

  

      

  

12:55, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 18 października 2015
1519. Brillant...

   

Ostatnia dziesiątka XVII Konkursu Chopinowskiego, pierwszy dzień koncertów na fortepian i orkiestrę (szkoda, że tylko raz zabrzmi f-moll op. 21, aż dziewięcioro wybrało e-moll op. 11). Po trzecim etapie (zaczynam czuć sonaty) w pamięci najbardziej pozostaje błyskotliwa lekkość Seong-Jin Cho’a (przesłodki chłopiec), uduchowiony lunatyzm Kate Liu – anioła, dwa wstrząsające uderzenia pięścią w klawiaturę przez eterycznego Erica Lu na zakończenie cyklu Preludiów op. 28, rachmaninowowska wręcz zmysłowość Dmitrija Szyszkina. I tylko Łukasz Krupiński z piątki mych faworytów nie przeszedł do finału (jutro więc trzeba będzie tym uważniej wysłuchać Szymona Nehringa). Wymieniam tych jedynie, po amatorsku i skrajnie subiektywnie – ktoś z pierwszej tu wskazanej dwójki powinien jednak wygrać…

  

      

  

23:11, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 12 października 2015
1518. Ci lepsi w wyścigu o kasę...

  

„Nadpodaż szczeniactwa z dyplomami uczelni zagranicznych. Młodzi interesujący, równozębni, wyposażeni w swoje certyfikaty rasowości i medale z wystaw; zaliczone warsztaty lepszej samoobsługi osobowościowej. Kurwa w kurwę jednakowi”

             [Marcin Kołodziejczyk, Dysforia. Przypadki mieszczan polskich].

  

Tagi: praca
22:13, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 07 października 2015
1517. Pergola...

  

      

  

      

  

      

  

piątek, 02 października 2015
1516. Numerologia stosowana...

  

W urodzinową środę (trzydzieści pięć – ja nawet jeszcze nie zacząłem żyć, a już niemal półmetek. Wyglądam na dwadzieścia pięć, emocje mam piętnastolatka, zgorzknienie sześćdziesięciopięciolatka – średnia z tych czterech metryk daje właśnie obecne moje lata, co tylko potwierdza trafność owych diagnoz) znów Wrocław, rozmowa kwalifikacyjna (trzecie spotkanie tego września, więcej niż w ciągu dwóch ostatnich lat), najbardziej atrakcyjna jak dotąd oferta. Kancelaria z siedzibą na stadionie, obowiązki jakby stworzone właśnie dla mnie. Jednak o ile zawsze byłem dobrej myśli po (wrażenie złudne, ale dające mi przynajmniej cień nadziei), tak teraz mam wrażenie, że wszystko zawaliłem. Moje zdenerwowanie, niepewne, improwizowane odpowiedzi, przygotowania brak, ogólne złe wrażenie przez ten pedalski głos. Werdykt ma zapaść w przeciągu dwóch tygodni. Może znów będzie inaczej niż sądziłem i tym razem się uda – a może jednak trochę siebie znam już, wiem, czym to się musi skończyć…

  

Tagi: praca
23:19, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
Archiwum
Tagi