~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 31 maja 2017
1620. Z cyklu: Przeczytane (LXV) - Maj...

1. Zeruya Shalev, Ból. Przeł. M. Sommer, Warszawa 2016;

2. Edmund White, Hotel de Dream. Powieść nowojorska. Przeł. J. Dehnel i P. Tarczyński, Wrocław 2012;

3. Nadieżda Mandelsztam, Wspomnienia. Przeł. J. Czech, Warszawa 2015;

4. Alice Munro, Za kogo ty się uważasz? Przeł. E. Zychowicz, Warszawa 2012;

5. Nicholas d’Archimbaud (fotografie), Jean-François Solnon, Bruno de Cessole, Frédéric Valloire (tekst), Wersal. Przeł. S. I. Badowska, Warszawa 2004.

Tagi: książki
22:21, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 22 maja 2017
1619. Here and Now...

„(…) bez poczucia straty – raczej z doznaniem początków swoistej posuchy wewnętrznej – przestałem zamieszkiwać nie tylko w wielkim świecie, ale i w chwili obecnej. Impuls bycia w tym świecie i przynależności do tej chwili dawno już w sobie zabiłem”

[Philip Roth, Duch wychodzi. Przeł. J. Kozak].

22:25, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 15 maja 2017
1618. Apocrypha...

„Teraz prowadzę życie fałszywe, życie apokryficzne, podziemne i niewidoczne, chociaż prawdziwsze od prawdziwego”

[Javier Cercas, Prędkość światła. Przeł. E. Zaleska].

22:10, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 09 maja 2017
1617. The Place...

„Wszystko byłoby prostsze, gdyby nie wmówili ci tej historii, że trzeba dokądś dojść, gdyby raczej nauczyli cię tylko, jak być szczęśliwą, nie ruszając się z miejsca. Wszystkie te historie o twojej drodze. Znaleźć własną drogę. Pójść własną drogą. Może jesteśmy stworzeni, aby żyć na placu albo w parku, nie ruszając się stamtąd, patrząc, jak mija życie, może jesteśmy skrzyżowaniem, świat potrzebuje, abyśmy nie ruszali się z miejsca, to byłaby katastrofa, gdybyśmy poszli w pewnej chwili własną drogą, jaką drogą? Inni są drogami, ja jestem placem, nie prowadzę do żadnego miejsca, ja jestem miejscem”

[Alessandro Baricco, City. Przeł. J. Ugniewska].

21:41, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 30 kwietnia 2017
1616. Z cyklu: Przeczytane (LXIV) - Kwiecień...

1. Sławomir Leśniewski, Potop. Czas hańby i sławy 1655-1660, Kraków 2017;

2. Monika Milewska, Bogowie u władzy. Od Aleksandra Wielkiego do Kim Dzong Ila. Antropologiczne studium mitów boskiego władcy, Gdańsk 2012;

3. Eleanor Catton, Wszystko, co lśni. Przeł. M. Świerkocki, Kraków 2016;

4. Seneka, Fedra. Przeł. A. Świderkówna. Oprac. W. Strzelecki, Wrocław 2006;

5. Mary Beard, SPQR. Historia starożytnego Rzymu. Przeł. N. Radomski, Poznań 2017;

6. Philip Roth, Duch wychodzi. Przeł. J. Kozak, Warszawa 2010.

Tagi: książki
20:56, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 25 kwietnia 2017
1615. The look from the mirror...

„Wiele jest luster za nami, a z każdego macha w naszą stronę jednakowo wypaczone i znajome przeznaczenie… Czym jest pisanie? Czym jest życie? Co jest życiem na jawie, a co snem? Co jest światem, a co jest imaginacją? (…) Czy wierzysz, że nie tylko pisarz kształtuje życie powieści, ale też powieść kształtuje życie pisarza? Według Nietzschego, otchłań odwzajemnia spojrzenie temu, kto długo w nią spogląda…”

[Sándor Márai, Magia. Przeł. I. Makarewicz].

22:03, alexanderson , Wierszo- / blogopisanie
Link
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
1614. The look in the mirror...

„Spoglądał na mnie typ niepewny i społecznie obcy, chorobliwie seksualny i podejrzliwy, którego cierpienia niewarte były złamanego grosza. Zacząłem mu się uważnie przyglądać i nagle zrozumiałem, że niewiele brakuje, by zaczął krzyczeć, ledwo powstrzymuje się przed bezmyślnym, koszmarnym wyciem”

[Wasilij Aksionow, Oparzenie. Przeł. S. Kędzierski].

poniedziałek, 10 kwietnia 2017
1613. Therapy...

„Ostatnio muszę przyjmować to, co świat ma mi do zaoferowania, w małych i uważnie odmierzonych dawkach, to swego rodzaju homeopatyczna kuracja, którą przechodzę, choć nie jestem pewien, co miałaby wyleczyć. Być może uczę się znowu żyć pośród żywych. Ćwiczę się w tym. Ale nie, to nie to. To, że tu jestem, wynika po prostu z potrzeby, żeby nigdzie nie być”

[John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

23:09, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
piątek, 31 marca 2017
1612. Z cyklu: Przeczytane (LXIII) - Marzec...

1. Philip Roth, Upokorzenie. Przeł. J. Kozak, Warszawa 2011;

2. Zeruya Shalev, Co nam zostało. Przeł. A. Halbersztat i B. Kocejko, Warszawa 2013;

3. Władimir Sorokin, Zamieć. Przeł. A. L. Piotrowska, Wołowiec 2013;

4. Janusz Tazbir, Kultura szlachecka w Polsce. Rozkwit – upadek – relikty, Poznań 2013;

5. Andrzej G. Kruszewicz, Ptaki Polski. Tom 2, Warszawa 2016.

Tagi: książki
21:13, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 28 marca 2017
1611. Birdman...

Zaczyna się otwieranie okien w pracy i przeciągi. W ubiegły poniedziałek jednak straszne zimno – wieczorem katar, rozwijający się przez dni kolejne, w a piątek wieczór już gorączka, mocno zmieniony głos i kaszel. Weekend pod kocem, sennie, bez czytania. Wczoraj wyraźnie lepiej, ale też pierwszy raz urlop na żądanie, by jeszcze dojść do siebie. A dziś do pracy, gdzie oczywiście beze mnie zaraz zaległości. I z miejsca katar zatokowy, niemożność oddychania. Zwalniam się kilka godzin wcześniej, a jutro do lekarza…

Nie można było jeszcze się nacieszyć słońcem i niebem, białymi obłokami. W oko mi wpada każdy ptak, gdy idę, jadę, patrzę. Kos zadomawia się pośród najbliższych bloków, zaczyna dzień i kończy koncertami. Rudzik wygląda z krzaków pośród działek, w parku na tej samej gałęzi stukają cztery sójki, kowalik podlatuje z dróżki na pniak po ściętym drzewie, by zacząć śmiesznie śpiewać (pierwszy raz widzę go w tej pozycji – dotąd na pionie pnia, najczęściej głową w dół), w jednej z mijanych wsi wysoki komin, gniazdo, a w nim dziś pierwszy bocian, czapla na moście, wokół stadionu pliszki siwe, pod siatkę jego elewacji chętnie wlatują kopciuszki, a tam, gdzie pusty peron pośród pól, gdzie codziennością już żurawie, gęsi, myszołowy – dostrzegam kilka razy w dali parę czajek, akrobatyczny lot godowy samca (najbardziej sensacyjna z moich obserwacji ornitologicznych, duże zadowolenie z trafnego rozpoznania). Chciałoby się zatrzymać, podejść, zrobić zdjęcie – bo przecież żadna praca nie jest warta, by spiesząc do niej, marnować tak przyjemne okazje…

Tagi: praca
22:23, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 15 marca 2017
1610. Coraz wyżej, coraz dalej...

Firma się podzieliła, nowa zabrała część klientów, pracowników, kolejni rezygnują z pracy – już wszyscy z tych nielicznych, do których udało mi się zbliżyć. Ty też znajdź sobie coś, mówi mi koleżanka. Przy Twoim wykształceniu musisz mierzyć ambitniej. Sęk w tym, że aspiracje w życiu nie wiążą mi się z pracą, a jej fizyczna monotonia ma dla mnie większy powab niż kreatywność wyzwań. Zabawne, że tak pragnąc być w cieniu wciąż, wysuwam się na czoło. Kieruję nieformalnie pewną grupą, powierza mi się nadzór nad czymś, wiele sam chcę przypilnować. Brakuje rąk do pracy, nie starcza czasu mi na wszystkie obowiązki – a mimo to podwyżka dziś (do dwa czterysta brutto oraz premie – 15% standardowa i druga za wyniki), awans (starszy inspektor – brzmi cokolwiek wiekowo). I nawet jeśli co dzień mnie ogarnia zniechęcenie, i marzę, by to rzucić, powrócić do Warszawy – to muszę trzymać się za wszelką cenę tego miejsca. Najlepsza praca z tych żałosnych, jakie miałem, oddala mnie od marzeń i poczucia spełnienia. Zawsze coś za coś, bez polotu, przyjmując miast zdobywać, tracąc to, co najbliższe, najważniejsze…

Tagi: praca
23:02, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 28 lutego 2017
1609. Z cyklu: Przeczytane (LXII) - Luty...

1. Richard Flanagan, Ścieżki Północy. Przeł. M. Świerkocki, Kraków 2016;

2. Michel Faber, Księga Dziwnych Nowych Rzeczy. Przeł. T. Kłoszewski, Warszawa 2015;

3. Philip Parker, Furia ludzi Północy. Dzieje świata wikingów. Przeł. N. Radomski, Poznań 2016;

4. Andrzej G. Kruszewicz, Ptaki Polski. Tom 1, Warszawa 2016.

Tagi: książki
22:24, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 17 lutego 2017
1608. Spring is when you feel like whistling...

Czerwona kula słońca nad ciemną linią drzew – nad ranem, prosto w oczy, gdy spieszę się na stację i popołudniem, gdy wracam już pociągiem, poprzez szybę. Albo też mgła o świcie – samotne drzewo w polu, brzeg rzeki, krawędź lasu – gotowe, miękkie kadry. Liczenie saren, myszołów na gałęzi. I żurawie – dziesiątki, ich stałe zimowiska: posągi w dali i trzepot skrzydeł z bliska, klucze znaczące niebo. Gęsi. Śpiew parku – nie tylko już sikorek cykotanie. Świat jest ciekawy, życie nudne. Niedługo może wiosna…

23:04, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 07 lutego 2017
1607. Telefony w mojej głowie...

Ile by tego nie odkładać, w pracy czasem koniecznym wydaje się zadzwonić. I oto w dniach ostatnich słyszę – gdzieś pośród trzasków, odbić, szumów – siebie w słuchawce, jak gdyby z tamtej strony – nie ten głos mój wewnętrzny, to echo, kiedy mówię; ten, jaki ja odbieram (głos raczej niski, męski, przyjemny dość, przynajmniej neutralny; głos, jak u większości ludzi, zwykły) – ale ten głos zewnętrzny, oficjalny, ten, jaki słyszą inni – jakby skrzeczenie, elektronicznie przetworzone dźwięki, imitowanie mowy przez automat albo ptaka. I coś w rodzaju obrzydzenia, wstrętu, poczucia obnażenia, demaskacji – skończyć już, dobrnąć jak najszybciej, słuchawkę móc odłożyć, z tego uciec – jak gdyby nie dość krępujące same pytania, dociekanie, rozmowa, kontakt z drugim, formułowanie myśli w zdania. A jeszcze na dodatek później, już na żywo, jako reakcja na niezobowiązujący żart, odpowiedź moja – i jak zwykle, gdy spontanicznie (więc pewnie naturalnie i prawdziwie) – znów skrzek i znowu za wysoko, zbyt gwałtownie, wzbudzając śmiech – nie sensem, ale tonem. Przesadzam, zbyt przeżywam, rozpamiętuję niepotrzebnie – ale jednak. Wstydzę się gestów i przeszłości, wyglądu, trybu życia, najbardziej jednak lękam się odzywać. Jedynie sam z sobą w swojej głowie dialoguję – kolejny z substytutów tego, co mi się nie dostaje…

22:42, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 31 stycznia 2017
1606. Z cyklu: Przeczytane (LXI) - Styczeń...

1. Richard Flanagan, Księga ryb Williama Goulda. Przeł. M. Świerkocki, Kraków 2016;

2. Ernest Hemingway, Słońce też wschodzi. Przeł. B. Zieliński, Warszawa 2003;

3. Georges Perec, Człowiek, który śpi. Przeł. A. Wasilewska, Kraków 2011;

4. Grzegorz Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, Kraków 2016;

5. Jewgienij Wodołazkin, Laur. Przeł. E. Skórska, Poznań 2015;

6. Włodzimierz Odojewski, Zasypie wszystko, zawieje…, Warszawa 2006.

Tagi: książki
21:35, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 25 stycznia 2017
1605. …ta vie végétale, ta vie annulée…

„W takim samym dniu jak tamten, może trochę wcześniej czy trochę później, odkrywasz bez zdziwienia, że coś jest nie w porządku, że, mówiąc wprost, nie umiesz żyć, że nigdy się nie nauczysz. (…)

Coś pękało, coś pękło. Już nie czujesz – jakby to powiedzieć? – żadnego wsparcia: coś, co, jak się zdawało, jak się zdaje, krzepiło cię do tej pory, dodawało ci ducha, napełniało poczuciem własnego istnienia, niemal własnej wartości, wrażeniem, że należysz do świata, że jesteś w nim zanurzony, zaczyna cię zawodzić.

(…) Twoja przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zlewają się teraz w jedno: są bezwładem twoich członków, twoją podstępną migreną, zniechęceniem, upałem, goryczą i prawie wystygłą neską. (…)

Siedzisz w swoim pokoju bez jedzenia, bez czytania, niemal bez ruchu. (…)

To twoje życie. To wszystko jest twoje. Możesz sporządzić ścisły inwentarz swojej mizernej fortuny, szczegółowy bilans pierwszego ćwierćwiecza. Masz dwadzieścia pięć lat i dwadzieścia dziewięć zębów, trzy koszule i osiem skarpetek, trochę książek, których już nie czytasz, trochę płyt, których już nie słuchasz. Nie masz ochoty pamiętać o niczym więcej, ani o rodzinie, ani o studiach, ani o miłościach, ani o przyjaciołach, ani o wakacjach, ani o planach. Podróżowałeś i niczego z tych podróży nie wyniosłeś. Teraz siedzisz i chcesz tylko czekać, czekać, aż nie będzie już na co czekać: zegar niech dzwoni, noc niech nastaje, dni niech ulecą, wspomnienia przepadną.

Nie widujesz już przyjaciół. Nie otwierasz drzwi. Nie schodzisz po listy. Nie oddajesz książek, które wypożyczyłeś z Biblioteki Instytutu Pedagogiki. Nie pisujesz do rodziców.

Wychodzisz dopiero po zmroku, niczym szczury, koty i potwory. Snujesz się ulicami, wślizgujesz się do brudnych małych kin na Wielkich Bulwarach. Czasami wędrujesz całą noc; czasami przesypiasz cały dzień.

Jesteś próżniakiem, lunatykiem, ostrygą. Definicje zmieniają się zależnie od pory, zależnie od dnia, ale sens pozostaje mniej więcej taki sam: nie czujesz się stworzony do życia, do działania, do kształtowania; chcesz tylko trwać, chcesz tylko oczekiwania i zapomnienia.

Współczesność na ogół niezbyt poważa takie usposobienie: wokół siebie zawsze widziałeś, jak nagradzano działanie, wielkie plany, entuzjazm: w cenie jest człowiek zmierzający do przodu, człowiek ze wzrokiem utkwionym w horyzont, człowiek patrzący prosto przed siebie. Jasne spojrzenie, silny podbródek, stanowczy krok, wciągnięty brzuch. Upór, inicjatywa, przebojowość, triumf wytyczają nazbyt świetlisty szlak nazbyt modelowej egzystencji, kreślą uświęcone obrazy walki o przetrwanie. Pobożne kłamstwa, zwodnicze sny tych wszystkich, którzy drepczą i grzęzną, stracone złudzenia tysięcy ludzi pozostawionych własnemu losowi, tych, którzy przybyli za późno, tych, którzy postawili walizkę na chodniku i usiedli, aby obetrzeć z potu czoło. Ale ty nie potrzebujesz wymówek, nie masz czego żałować, za niczym nie tęsknisz. Niczego nie odrzucasz, niczego nie odmawiasz. Przestałeś zmierzać do przodu, ale ty już nie szedłeś do przodu, nie zaczynasz niczego od nowa, ty już doszedłeś, bo nie wiesz, co mógłbyś robić dalej: wystarczyło (…), aby pewnego (…) dnia (…) coś pękło, coś się zepsuło, coś się rozpadło i aby w pełnym świetle dnia (…) objawiła się ta prawda gorzka, smutna i śmieszna (…): ty nie masz ochoty ciągnąć tego dalej, nie chcesz się bronić ani atakować.

Przyjaciół zmęczyło już stukanie do twoich drzwi. Nie chodzisz ulicami, na których mógłbyś ich spotkać. Unikasz pytań, wzroku każdego, kogo przypadek stawia czasami na twojej drodze, odmawiasz wypicia piwa czy kawy, na które on cię zaprasza. Tylko noc, tylko pokój służą ci za schronienie (…); nocą, sam pośród tłumów na Wielkich Bulwarach czujesz się niemal uszczęśliwiony hałasem i światłami, ruchem i zapomnieniem. Nie odczuwasz potrzeby mówienia, nie masz żadnych pragnień. Podążasz za strumieniem, który płynie tam i z powrotem (…).

Jesteś zaledwie zmąconym cieniem, twardym jądrem obojętności, spojrzeniem bez wyrazu umykającym przed innymi spojrzeniami. Masz nieme wargi, zgaszone oczy – nauczysz się odtąd łowić odbicia swojej spowolnionej egzystencji w kałużach, w witrynach, w błyszczących karoseriach samochodów.

(…) Zapomnienie wsącza się w twoją pamięć. Nic się nie wydarzyło. Nic się już nie wydarzy. (…)

Nic jeszcze nie przeżyłeś, a wszystko zostało już powiedziane, zakończone. Masz dopiero dwadzieścia pięć lat, lecz twoja droga jest już wytyczona. Role i etykietki naszykowano: od nocnika z czasów wczesnego dzieciństwa po fotel na kółkach na stare lata, wszystkie siedziska są gotowe i czekają na swoją kolej. Twoje przygody tak dobrze już opisano, że najzacieklejszy bunt na nikim nie zrobi wrażenia. (…) łóżko w przytułku już czeka i czeka nakrycie przy stole dla poetów wyklętych. (…) Czemu miałbyś udawać, że żyjesz?

Czemu miałbyś ciągnąć to dalej? Czyżbyś jeszcze nie wiedział, co ci się przydarzy? (…)

Nie. Ty wolisz być brakującym elementem puzzli. Wycofujesz z gry swoje zabawki. Nie zostawiasz sobie żadnej szansy, rozdajesz karty do końca. Zaczynasz od dymu z komina, kładziesz na wszystkim krzyżyk, dzielisz skórę na niedźwiedziu, ścinasz zboże na pniu, przepijasz kapitał, wsuwasz klucz pod słomiankę, odchodzisz, nie patrząc za siebie. (…)

Twój pokój jest samym centrum świata. (…) Potrzebujesz tylko tego spokoju, tego snu, tej ciszy, tego odrętwienia. Niechaj dni zaczynają się i kończą, niechaj czas płynie, niechaj twoje usta pozostaną zamknięte, niechaj mięśnie karku, szczęki, podbródka całkiem ci się rozluźnią, niechaj poruszenia twojej klatki piersiowej, uderzenia serca świadczą jeszcze o tym, że cierpliwie utrzymujesz się przy życiu.

Niczego nie chcieć. Czekać, aby nie było już na co czekać. Włóczyć się, spać. Pozwalać, aby tłum cię unosił i aby unosiła cię ulica. Wędrować wzdłuż rynsztoków, ogrodzeń, kanałów. Iść nabrzeżem, skradać się pod ścianami. Tracić czas. Porzucić wszelkie plany, zawiesić wszelką niecierpliwość. Być bez pragnień, bez urazy, nie odczuwać buntu.

Przed tobą, w miarę jak upływa czas, otwiera się życie w bezruchu, bez kryzysów, bez nieładu: żadnych wybojów, żadnego zachwiania. Minuta za minutą, godzina za godziną, dzień po dniu, sezon po sezonie, rozpoczyna się coś, co nigdy nie zazna końca: twoje życie roślinne, twoje życie odwołane.

Wraz z upływem godzin, dni, tygodni, pór roku wyzbywasz się wszystkiego, od wszystkiego się odrywasz. Czasami, nawet w niejakim upojeniu uprzytamniasz sobie, że jesteś wolny, że nic ci nie ciąży, nic ci się nie podoba ani nic cię nie drażni. W tym życiu, które się nie zużywa i pozbawione jest innych dreszczy ponad owe chwile zawieszenia, jakich dostarczają ci (…) widowiska, które sam sobie fundujesz, odnajdujesz szczęście niemal idealne, fascynujące, czasem nabrzmiałe nowymi wzruszeniami. Zaznajesz całkowitego odprężenia, każda chwila cię chroni i oszczędza. Żyjesz w błogosławionym nawiasie, w pustce pełnej obietnic, wyzbytej oczekiwań. Jesteś niewidzialny, przejrzysty, kryształowy. Już nie istniejesz w owym ciągu godzin i dni, w przemijaniu pór roku, w upływie czasu, utrzymujesz się przy życiu bez radości czy smutku, bez przyszłości czy przeszłości, ot tak sobie, po prostu, zwyczajnie, niezawodnie (…).

Jesteś sam i dryfujesz. (…) Nie rozerwiesz zaklętego kręgu samotności. Jesteś sam i nie znasz nikogo; nie znasz nikogo i jesteś sam. Widzisz, jak inni gromadzą się, ściskają, osłaniają, obejmują. Ale ty ze swoim martwym spojrzeniem jesteś zaledwie przezroczystym duchem, trędowatym koloru ściany, zarysem postaci już startej na proch, zajętym miejscem, do którego nikt nie podchodzi. Rozbudzasz w sobie nadzieję na nieziszczalne spotkania. (…)

Nieszczęście na ciebie nie spadło, nieszczęście na ciebie nie runęło; wsączało się pomału, wślizgiwało niemal ze słodyczą. Dogłębnie przepoiło twoje życie, twoje gesty, twój czas, twój pokój, niczym długo skrywana prawda, niczym odrzucana oczywistość (…).

Przestałeś mówić i jedynie cisza ci odpowiedziała. Ale kiedy wreszcie odnajdziesz te słowa, te tysiące, miliony słów, które utknęły ci w gardle, słowa bez dalszego ciągu, okrzyki radości, słowa miłosne, głupie wybuchy śmiechu?

Żyjesz teraz w grozie milczenia. Ale czyż jest ktoś bardziej milczący od ciebie?”

[Georges Perec, Człowiek, który śpi. Przeł. A. Wasilewska].

22:14, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 31 grudnia 2016
1604. Z cyklu: Przeczytane (LX) - Grudzień...

1. Victor Serge, Sprawa Tułajewa. Przeł. K. Teodorowicz, Warszawa 2013;

2. Ksenofont, Wyprawa Cyrusa (Anabaza). Przeł. A. Rapaport, Wrocław 2006;

3. Richard Flanagan, Klaśnięcie jednej dłoni. Przeł. R. Sudół, Kraków 2016;

4. Wiktor Pielewin, Empire V. Opowieść o prawdziwym nadczłowieku. Przeł. E. Rojewska-Olejarczuk, Warszawa 2008;

5. Jáchym Topol, Strefa cyrkowa. Przeł. L. Engelking, Warszawa 2008;

6. Jani Virk, Śmiech za drewnianą przegrodą. Przeł. J. Pomorska, Wołowiec 2007;

7. Antoni Ziemba, Iluzja a realizm. Gra z widzem w sztuce holenderskiej 1580-1660, Warszawa 2016.

Ogółem w 2016 roku – 55 książek, 3 ponad założone minimum (52, statystycznie jedna tygodniowo), ale aż o 11 mniej, niż w 2015. Czytanie przegrywa z sennością i zmęczeniem – nie zapowiada się, by w 2017 miało być inaczej…

Tagi: książki
22:11, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 24 grudnia 2016
1603. Mein Herzenstäubchen...

Już przed paroma miesiącami postanowiłem sprawić sobie pod choinkę dwa tomy „Ptaków Polski” Andrzeja Kruszewicza. Jakieś kilkuzłotowe fluktuacje sprawiły, że sprawa się odwlekła. Cóż, muszę się obejść bez prezentu – przez czas jakiś. Zazdroszczę J. i M., że w urodziny, święta dostają tyle książek, i nie są to rzeczy błahe. A gdzieś w domyśle – że są znajomi, rodzina, przyjaciele, co mogą im je dawać…

Ogromna wierzba przed mym oknem, już kilka razy wcześniej przycinana – teraz pozostał tylko nagi pień, bez żadnych odgałęzień. Nie będzie gniazda srok, cykań sikorek, stadka gili – tu tylko zaobserwowanych. Zostają myszołowy, gęsi, gawrony, czaple z okien rannych pociągów; od stycznia hurtem znowu powinny być żurawie…

Śni się, że z tyłu głowy wyrywam sobie włos sterczący – ten okazuje wówczas ptasim piórem. W dodatku to nie puch, lecz lotka. Chęć, by odlecieć, w gnieździe utkwienie, brzydkie kaczątko oraz podcięte skrzydła – dramat wydaje się wyraźny i bez tych z Junga (?) w duchu w podświadomości analogii. Ten Papageno już nie odnajdzie gołąbeczki, nawet jeśli od pięciu i pół roku wciąż mu się marzy z nią gruchanie…

23:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 17 grudnia 2016
1602. Buried in books...

Sześć grubych tomów z Literackiego wydawnictwa mi przychodzi, w tym pięć powieści (trzech laureatów Booker Prize). W kolejce jeszcze tyle must have innych. Przy tak rozrośniętej bibliotece na ograniczonej, wykorzystanej do maksimum już powierzchni, kupno beletrystyki – lektury na jeden raz przeważnie (odmiennie w mych dziecinnych latach, kiedy po szkole, w domu babci, czekając na odebranie przez rodziców, wracałem wielokrotnie do fragmentów „Robinsona Crusoe”, „Hrabiego Monte Christo”. Potem jeszcze na studiach z zachwyceniem znowu sięgnąłem do „Wojny i pokoju” – pierwsze czytanie w ostatniej klasie podstawówki) wydaje się szaleństwem, zbytkiem. Są niby biblioteki i e-booki, ale nie lubię tak – nie swoje, bez dotyku. Rośnie od lat lawina (już ponad dwa tysiące sztuk), choć staram się oszczędzać – szukam promocji, śledzę wahania dzienne cen. Zapełniam coraz bardziej pokój, czytam zbyt wolno, niewiele też pamiętam z tego – czasu tak mało, a jeszcze marnotrawię pół soboty na zastanawianiu się, co czytać. Każdy nowy egzemplarz staram się ukryć przed domownikami – bo przecież nie ma miejsca, już starczy ci, tyle pieniędzy na to poszło. Jedna z niewielu przyjemności, a przecież odgradza mnie od życia, grzebie wśród fikcji i papieru; tyleż napawa dumą, co rodzi wyrzuty sumienia…

„(…) nieprzeczytane książki mają w sobie coś z nieboszczyków, podobnie jak księgarnie, w każdym razie w środku nocy, przypominają nisze grobowe”

[Juan José Millás, Porządek alfabetyczny. Przeł. A. Elbanowski].

23:16, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 07 grudnia 2016
1601. A weight of carrion flesh*...

Mija trzynasty miesiąc pracy. Wciąż sypiam w dni powszednie po pięć godzin. Przyzwyczajam się do swoich obowiązków, jakkolwiek wciąż nie widać w nich większego sensu – z pewnością trudno byłoby tak spędzić całe życie. Trud po nic, przyszłość żadna, chroniczne przemęczenie. Własne ograniczenia też nie pomagają, pogłębiają się niektóre złe nawyki – gdy wyjaśnienia z sądem odnośnie jakiejś sprawy wydają się wykraczać poza standard, zdarza mi się wychodzić z open space’u, szukać odosobnienia, korzystać z prywatnego telefonu. Wstyd przed rozmową wobec osób trzecich. Jakiś płaczliwy ton i drżenie w moim głosie, gdy trzeba o coś spytać czy zwrócić się o pomoc. Szczęśliwie, wiele też tu automatyzmu, godziny mechanicznego oklejania albo weryfikacji pism w systemie. I milczenie…

Prócz sądów, komorników piszą też zwykli ludzie. Kolejne takie moje doświadczenie wglądu. W warszawskim ministerstwie była to pomoc finansowa z Unii, szczegóły wniosków i projektów, inwestycji. Potem, w Krajowej Radzie Sądownictwa – skargi obywatelskie, skrzywdzeni i poniżeni, niepowtarzalny splot stylistyk, form i argumentacji, meandrów ich myślenia i pojmowania świata. Na kartkach krzywo wyrwanych z zeszytów, ścinkach papieru gdzieś w aresztach, hieroglifami lub komputerowo, czasami na dziesiątkach stron to samo; przypominało to niekiedy (kolory, miniaturyzacje, powiększenia, nakładające się na siebie wersy, zmiany kierunków tekstu) jakieś mentalne mapy, rodzące podejrzenia – już nawet bez wnikania w treść – odnośnie zaburzeń potencjalnych ich autorów, psychopatii. A teraz, tutaj nie wyzwiska już, nie spiski – raczej błagania, prośby. Ludzie na skraju, bez dochodów, w spirali długów, schorowani – ruina życia, nędza i opuszczenie. Umórzcie, rozłóżcie na raty lub darujcie. Kłuje coś wtedy w sercu i łza się w oku kręci. Nie ja naciskam, decyzje podejmuję – tylko otwieram listy. A jednak czuję się niczym element systemu represji, nóż wrzynający w ciało – bieda nie łączy mi się jakoś z wymogiem spłaty długów…

* William Shakespeare, The Merchant of Venice (Act IV, scene 1)

22:48, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 82
Archiwum
Tagi