~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
poniedziałek, 30 listopada 2015
1529. Z cyklu: Przeczytane (XLVII) - Listopad...

  

1. Karlheinz Deschner, I znowu zapiał kur. Krytyczna historia Kościoła. T. 1-2. Przeł. N. Niewiadomski, Gdynia 1996-97;

2. Javier Cercas, Prędkość światła. Przeł. E. Zaleska, Warszawa 2010;

3. Gerbrand Bakker, Na górze cisza. Przeł. J. Jędryas, Warszawa 2013;

4. Krzysztof Stefański, Architektura XIX wieku na ziemiach polskich, Warszawa 2005.

  

Tagi: książki
21:37, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 28 listopada 2015
1528. Das Scheißleben...

  

Smród z fabryki – a może z oczyszczalni ścieków – daje się czuć w pociągu przy każdym wjeździe do miasteczka od strony Wrocławia, choć za wieczornym oknem niewiele znamionuje jeszcze, że gdzieś się dojechało. Tak wita dziura: gości pozbawia złudzeń, zaś tym, którzy się stąd wyrwali, uparcie przypomina, od czego nie sposób się uwolnić. To jest twój klimat, pasuje do ciebie bardziej niż Warszawa, scenerię twego dramatu stanowi Pierdziszewo

  

„Możesz nie znać. (…) Stamtąd pochodzę. Mieszka tam wielu pijaków i wszelkiej maści nieudaczników, którzy przegrali życie i siedzą po uszy w gównie. Wiedziałem, że powrót to przyznanie się, że jestem taki sam. Ale tam mimo wszystko był dach nad głową. Dom moich rodziców, sad ze starymi jabłoniami”

             [Jurij Andruchowycz, Perwersja. Przeł. O. Hnatiuk i R. Rusnak].

  

23:24, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 22 listopada 2015
1527. I can’t get no...

  

„Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku” [Julian Tuwim]. Jedzie się w świt pochmurny, wraca, gdy ciemno już, w biurze na oknach grube żaluzje – słońce widuje się tylko w weekendy, na co dzień mglisty księżyc. Długie czekanie na zimnym peronie wśród pustkowia, zapchany z Wrocławia pociąg – przypomina się studencki czas dojazdów, kiedy nie przesłaniało nic odmętów czarnych myśli. Praca niby wprost dla mnie (ćwierćinteligent, co woli być robolem), ale za dużo jej, nie daje się ogarnąć; listy nie mają końca, a tempo jest za szybkie. W dodatku popełniam błędy – ja, tak chorobliwie perfekcyjny. I ludzie wciąż mi obcy… Źle się z tym wszystkim czuję, jestem zmęczony, jest tylko sen i praca. Najgorsza zaś świadomość, że oby jak najdłużej – nie trafi się chyba nic lepszego, na żadnym polu nie daje mi życie satysfakcji…

     

„(…) pewność, jakiej nie da się zapomnieć, że nie ma nigdzie na świecie kobiety, przyjaciela, domu, książki, nawet nałogu, za których sprawą mógłbym poczuć się szczęśliwy”

                     [Juan Carlos Onetti, Krótkie życie. Przeł. T. Murzyńska]. 

   

piątek, 13 listopada 2015
1526. Mouth Wide Shut...

  

Pierwsze dni nie nastrajały zbyt optymistycznie (a i stan około chorobowy nie pomagał), ale może uda się to przeżyć. Umowa o pracę na próbne 3 miesiące, 1 900 zł brutto, wstawanie przed szóstą rano na pociąg do Wrocławia, powierzchnia biurowa na Stadionie, potem czekanie niemal godzinę na powrotny, obiad w domu przed szóstą. Na razie coś w rodzaju taśmy produkcyjnej: wyciąganie listów z kopert (tysiącami!), datowanie, naklejanie kodów, potem dojdzie odpowiednie kierowanie skanów w komputerze. Kancelaria zatrudnia ponad 200 osób – ta skala wciąż przytłacza, wir pracy angażuje w pełni, a moja mizantropia nie pozwala do nikogo się odezwać, zamyka w boksie biurka pośród ołpen spejsu

  

„Trzeba mnie było wyraźniej ostrzec, należało powiedzieć, że odeślą mnie z powrotem między ludzi”

     [John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska].

  

sobota, 07 listopada 2015
1525. Turning Point...

  

Niespodziewany kontakt z miejsca, gdzie byłem na rozmowie kwalifikacyjnej przed miesiącem, a potem napisali, że inny ktoś przyjęty – zastępstwa chyba teraz potrzebują lub może dwóch etatów, czy dalej jestem na to chętny w każdym razie, a jeśli tak, to zaraz wyślą na badania skierowanie. Jadę więc do Wrocławia w dzień następny (przez las dzik biegnie tuż przy torach – nowość, bo zawsze tylko sarny, myszołowy, bywały też żurawie i bażanty, czaple, lisy) do centrum medycyny pracy: krwi pobranie (i znów udało się NIE zemdleć), czekanie w tłumie na badanie okulisty (jak zawsze nie wiem, po kim jestem i biernie patrzę, jak większość wciska się przede mnie), opłata i faktura, trzy godziny. Nie mam już po tym na nic chęci, więc tylko kilka tomów w Dedalusie z serii „Don Kichot i Sancho Pansa” (w tym Zmeškal oraz Bakker, których wydanie odkryłem o dzień wcześniej, podobnie jak trylogię miłość-choroba-śmierć Gardella, która tam jednak niekompletna) i pizza z mamą (co przyjechała później na zakupy) w Sycylii, która zmieniła nieco w międzyczasie wystrój i stała się Włoszczyzną. Chodziłem w płaszczu, ale bez szalika, dzień później przysnąłem popołudniem bez przykrycia, wieczorem zaczęło mnie szczypać w gardle, teraz się zjawia katar – będę chory? A przecież w poniedziałek do pracy trzeba mi – po niemal roku bezrobocia (licząc od stażu, bo w ogóle to dłużej) zostanę inspektorem do spraw korespondencji w kancelarii…

  

„Powstała nowa sytuacja; życie charakteryzuje się długimi okresami nudy, najczęściej jest niezwykle ponure; potem nagle pojawia się jakiś zakręt i ten zakręt okazuje się ostateczny”

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

wtorek, 03 listopada 2015
1524. I w proch się obrócisz...

 

A ciebie nie będzie miał kto pochować – mówi żartem (i z podskórną troską) mama, gdy wracamy z cmentarza. Mniejsza już nawet o ten pogrzeb – kto w ogóle znajdzie gnijącego trupa w zamkniętym mieszkaniu, złapie się na myśli, że dawno mnie nie widział, dostrzeże, że dawno już umarłem…

  

„[W nocy – po 12 VII 1973] Odtrącony kochanek życia. Mam już dosyć tych frustracji. (…) Tęsknię do nicości, tęsknię do śmierci. Nie jest wykluczone, że popełniłbym samobójstwo, gdybym miał rewolwer albo cyjankali. Ale popełnić samobójstwo, technicznie, jest bardzo trudno. (…)

Czemu się tak przejmuję światem, z którego tak czy owak jestem wykluczony? Niech przejmują się inni, którzy biorą udział, siedzą przy stole życia. Mnie od urodzenia odstawili, nie dopuścili (odstawiano, nie dopuszczano). (…) Chciałem być jak inni, starałem się, Bóg mi świadkiem, nie wyszło. Skończę więc ze sobą, ze sobą biorącym udział. Przestańmy starać się »być«, być w świecie.

Zniknijmy. (…) Niech będzie wszystko, ale niech nie będzie mnie. (…)

Idź za swoim powołaniem, chłopcze. Stworzony jesteś do nicości, nie broń się więc. Nicuj się, nicuj. (…)

Bo ja już nie mogę. Nie mogę i tyle.

Szukasz zaklęcia, kamienia magicznego, masz go, możesz – użyj. Tym zaklęciem jest nic. Nic, które jest tobą.

Jako ty – twoja sytuacja jest doprawdy żałosna. Ale jako nic…”

                          [Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom II. 1970-1979].

  

sobota, 31 października 2015
1523. Z cyklu: Przeczytane (XLVI) - Październik...

  

1. Ernst H. Gombrich, O sztuce. Przeł. M. Dolińska, I. Kossowska, D. Stefańska-Szewczuk i A. Kuczyńska, Poznań 2009;

2. Milan Kundera, Księga śmiechu i zapomnienia. Przeł. P. Godlewski i A. Jagodziński, Warszawa 1993;

3. Władimir Sorokin, Lód. Przeł. A. L. Piotrowska, Warszawa 2004;

4. Władimir Sorokin, Bro. Przeł. A. L. Piotrowska, Warszawa 2006;

5. Władimir Sorokin, 23 000. Przeł. A. L. Piotrowska, Warszawa 2007.

  

Tagi: książki
11:05, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 25 października 2015
1522. A PiS ci mordę lizał, durny narodzie...

    

25 X (7 XI) 1917 (Rosja) – internacjonalistyczny bolszewizm-leninizm.

25 X 2015 (Polska) – narodowo-katolicki bolszewizm-kaczyzm.

  

         „Marzenie niewolników: targ, gdzie można by sobie kupować panów”

                                                [Stanisław Jerzy Lec].

  

22:57, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
piątek, 23 października 2015
1521. Warning!...

  

„Czuję się w prawie, a nawet obowiązku zabrać głos, zanim go w niedzielę oddam na ludzi przyzwoitych. Boję się o mój kraj, bo wśród partii przodującej w sondażach, a także wśród ugrupowań gotowych stworzyć z nią koalicję, przyzwoitych ludzi nie dostrzegam.

IV RP, do której chce wrócić PiS, była państwem dużych liter, semantycznego patosu, wartościujących hiperboli. Pojęcia zmieniało się wykrzyknikiem, podkreśleniem, wielką literą: oto więc prawo stało się Prawem, moralność Moralnością, prawda Prawdą. Nasi kaznodzieje politykowali, politycy moralizowali, zaś mroki cywilizacji rozpasania i zaniku wartości rozświetlało im jakoby dobro narodowe, o którym trąbili na wszystkie strony.
Jeśli najpiękniejsze nawet wyznania miłosne będzie się gardłowało wiecowym timbrem pod balkonami adorowanej ofiary, zrazi się ją nie tylko do siebie, ale w ogóle do miłosnych wyznań. Odtąd niedoszła Julia będzie reagowała alergicznie na słowa »kocham cię« niezależnie od tego, czy będą szczerze szeptane, czy wyrykiwane przez namolnych absztyfikantów. Gdybym był Polską, poprosiłbym prawicowych krzykaczy, żeby kochali mnie ciszej. Znienawidzony przez narodowców Władysław Bartoszewski mawiał, że ojczyzna jest matką, więc miłość do niej to coś naturalnego, a przecież nikt normalny nie chodzi po ulicach, krzycząc, że kocha matkę.

Prawo i Sprawiedliwość zamierza stać na straży patriotyzmu historycznego, czyli monopolizowania doboru i interpretacji narodowych mitów, ścisłej regulacji, a z czasem wręcz reglamentacji symboli. Nacjonalizm zawsze kiełkuje w przestrzeni symbolicznej, potem w niej się rozmnaża, zawłaszcza ją, z czasem prowadząc do totalnego usymbolicznienia rzeczywistości. Patrząc dziś na dokumentalne zapisy parteitagów w faszystowskich Niemczech, przyglądając się kodom gestycznym i słuchając głosów hitlerowskich notabli, trudno oprzeć się wrażeniu, że tylko naród poddany jakiejś niezwykle silnej zbiorowej hipnozie mógł zatracić poczucie teatralnej wprost sztuczności tego świata. Świata zdominowanego przez postawę retrospektywną. PiS chce nam na trwałe wprowadzić do polityki patriotyzm historyczny, a do języka retorykę wzniosłych archaizmów.
Kryteria demokratyczne nigdy nie będą realnym ograniczeniem dla ludzi opętanych żądzą naprawiania urojonych szkód. Jeśli czysta żądza władzy jest okresową zachcianką dużych chłopców, to blednie wobec poczucia misji, którą należy wypełnić.
Misjonarze prawicy są w gruncie rzeczy terrorystami ducha – nie spoczną, póki nie zunifikują potrzeb materialnych i duchowych wszystkich obywateli w każdej kategorii wiekowej – tu idzie o rząd dusz, ba, o nowy model człowieka
Bywają przaśni, bywają inteligentni, ale łączy ich wspólne oszołomienie misją
– oni naprawdę wierzą, że mają moc uzdrawiania, jeżdżą po miastach i uzdrawiają chromy kraj, przecinają wstęgi i kładą kamienie węgielne dłońmi, które leczą.
Któż może się przeciwstawić sile takiej sugestii? Wczytując się i wsłuchując w dyskurs publiczny PiS-u, zauważam model państwa resentymentu, tworzonego pod hasłami gruntownej przebudowy moralnej, jak również antyburżuazyjnej (ach te ośmiorniczki!) – odnoszę wrażenie, że
ten pokraczny konglomerat idei można by ochrzcić narodowym socjalizmem katolickim.
Nawet czujny biograf Jarosława Kaczyńskiego, autor książki o prezesie PiS-u, nie ma wątpliwości, że młodszy z braci zawsze był wielkim samotnikiem. Chciałbym wierzyć, że to samotność z wyboru. Bo niespełnione łaknienie Drugiego jest dotkliwym wykluczeniem, łatwo przeobrażającym się w soczystą nienawiść. Niedostępny Drugi staje się znienawidzonym Innym. »My« przestaje być naturalnym połączeniem »Mnie« i »Ciebie«, owo »My« staje się kategorią daną w wyniku różnicy, nie zaś sumy. »My« to już nie wynik dodania »Ja« i »Ty«, lecz efekt oddzielenia: »My« to nie »Oni«. My jesteśmy swoi. Oni są obcy. Przez obcych czujemy się nieswojo. Nacjonalizm jest polityką różnicy i resentymentu. Narodowi populiści są ludźmi różnicy i resentymentu.
Należy się czujnie wsłuchiwać w polityków nadużywających pierwszej osoby w liczbie mnogiej. Moment, w którym przestają w ogóle mówić o sobie w liczbie pojedynczej, jest chwilą krytycznego przesilenia. Jeśli wtedy nie odsunie się ich od władzy, nie uda się już tego zrobić nigdy. Miłość do narodu jako miłość własna jest najwyższym wcieleniem nacjonalistycznej paranoi; jeśli starcza charyzmy, by przekonać naród do tego utożsamienia, urojenie staje się rzeczywistością, reprezentacja zmienia się w przywództwo. Wódz mówi ustami Narodu; już nie rządzi, ale panuje.
Prezes boi się nieznanych wirusów, tymczasem ja lękam się swojskiego wirusa ksenofobii, którego jednym z objawów jest neurotyczne natręctwo czystości. Zarażeni nim szefowie rządów przeobrażają się w wodzów i przewodników, zamiast dyplomacją zajmują się nadzorowaniem czystości etnicznej, wyznaniowej, a nawet moralnej.
PiS, zapowiadając swoje czystki, jawi mi się jako Narodowe Przedsiębiorstwo Oczyszczania.
Mamy teraz w Polsce dwa katolicyzmy – jeden jest religią, drugi wyłącznie agresywną ideologią.
Krucjatowy katolicyzm rodzi się z lęku przed powszechną sekularyzacją Europy Zachodniej; katolicki »beton« wierzy, że tylko dogmatyczność może powstrzymać masowe odejście ludzi od Kościoła, jednocześnie Kościół ma być bastionem broniącym Europę przed utratą tożsamości spowodowaną napływem ludności islamskiej. (…)
Widok głowy państwa, która z gorliwością ministranta uczęszcza na msze i pozwala się fotografować podczas żarliwych modłów, jest dla mnie przykry, ale wierzę, że to kwestia smaku, a nie »obrazy uczuć ateistycznych«. Uważam modlitwę za czynność intymną, podobnie jak miłość fizyczną – a zatem publiczne fotografowanie się w czasie modlitwy jest afiszowaniem się ze swoją intymnością, by nie rzec: uprawianiem religijnej obsceny.
Widok krzyży w miejscach publicznych może być dla ludzi innych wyznań, jak i dla agnostyków równie niemiły jak dla obrońców krzyża »świerszczyki« w witrynach kiosków. Ja jakoś znoszę jedne i drugie. Nie znoszę tylko
hipokryzji, która każe katolickim patriotom, obwieszającym wszystko, co się da, wizerunkiem Jezusa – wszakże urodzonego uchodźcy, miłować bliźniego poprzez zamykanie mu drzwi przed nosem. Tradycją chrześcijańską jest miejsce przy stole wigilijnym dla niespodzianego gościa, wedle polskiej tradycji najwyraźniej to miejsce musi pozostać puste.
Niegdyś walka (zbrojna) o pokój przestała być postrzegana jako oksymoron, teraz katoliccy nacjonaliści nienawidzą w imię miłości. Hejt – obrzydliwy anglicyzm, który w rzeczy samej jest jedyną zarazą obcego pochodzenia zatruwającą Polskę, a przede wszystkim polszczyznę, funkcjonuje jako eufemizm – listek figowy zakrywający słowo jednoznacznie pejoratywne – nienawiść.
Skoro profesjonalnym hejtingiem teraz wygrywa się wybory, skoro tłumne marsze i demonstracje rozwrzeszczanej ciżby są najskuteczniejszą metodą perswazji, skoro politycy czynią z kampanii wyborczej mizdrzostwa Polski (mizdrzą się do tych, którzy najgłośniej krzyczą) – to szykuje nam się w Polsce ochlokracja zamiast demokracji. Nie lud (demos) będzie rządził, ale motłoch (ochlos).
Etos dziennikarski w takim państwie będą wyznaczać dotychczasowi kanapowi frustraci wojujący na Twitterze, którym wyrosły już długie do ziemi sarmackie wąsy mentalne.
»Niepokornymi« bowiem nazywają się zwyczajni chuligani legalizujący dziennikarski bandytyzm i chamstwo pod szyldem aktywnej postawy opozycyjnej. Ziemniakiewicze i Schaboszczaki będą święcili tryumfy w swojej Kartoflandii jako dostojni publicyści.
Boję się o mój kraj, zwłaszcza że wciąż widzę wokół siebie wielu młodych ludzi, którzy gotowi są na nieodpowiedzialny ruch, kierując się chęcią ożywienia sceny politycznej. Jednych porwał wiosną rockman, w iście punkowej wściekłości chcący obalić system, inni dają się omamić trefnisiowi z muchą, wujciowi-wariatuńciowi, który nie chce brać udziału w drętwej kolacji rodzinnej – i, jak w Bergmanowskim arcydziele »Fanny i Aleksander«, uwodzi dziatwę sztuką pierdzenia.
Poniekąd rozumiem tę chęć wykonania politycznego performance’u (…).
Ale czas żartów, moi mili, żwawi rodacy, dobiegnie końca w niedzielę. Oddajmy głosy ważne i poważne. Wybierzmy rząd, nie Wodza. W przeciwnym razie dziarscy naprawiacze świata pod opieką Prezesa urządzą nam wreszcie tę swoją Polskę w ruinie”.

          [Wojciech Kuczok, Przeciw misjonarzom, wyborcza.pl, 23 X 2015].

  

13:32, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
środa, 21 października 2015
1520. Virtuoso...

  

Tytuł poprzedniej notki był nie tylko odniesieniem do stylu koncertów młodego Chopina (finałowy etap konkursu), ale i zawoalowanym wskazaniem głównego faworyta. Brillant okazało się kluczowe – Seong-Jin Cho najdoskonalej połączył techniczną perfekcję z lekkością i radością gry. Dobór programu zaś – wykonanie już w drugim etapie sonaty, obowiązkowej (z zamianą tam ewentualnie na pełny cykl preludiów, które też zaprezentował) w trzecim – i zgranie z orkiestrą w koncercie, świadczą o samoświadomości, dojrzałości pianisty. Przeciętny słuchacz ma pewnie zrozumiałą skłonność do burz rodem z Etiudy Rewolucyjnej i charyzmy bardziej w graniu ciałem niż na klawiaturze, każdy też niemal z finalistów miał prawo się podobać, to jednak Koreańczyk bezsprzecznie był dla mnie najlepszy (a i jako człowiek ujmował mnie bez reszty). A jeśli dodać, że wszyscy czworo moi ulubieńcy znaleźli się wśród nagrodzonej szóstki, i to nawet w kolejności (nieprzypadkowej), z jaką ich w niedzielę wymieniałem, zaś już po finałach a przed ogłoszeniem wyników liczyłem się z nagrodą dla Charlesa Richarda-Hamelina, to moja trafność przewidywania i zgodność w ocenach z jury zdumiała mnie samego. Miałem więc nosa – czy raczej: uszy – i bodaj pierwszy raz bezsenną noc ze szczęścia…

  

      

  

Laureaci XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina:

  

I. nagroda i złoty medal – Seong-Jin Cho (Korea Południowa)

+ nagroda za najlepsze wykonanie poloneza

II. nagroda i srebrny medal – Charles Richard-Hamelin (Kanada)

+ nagroda za najlepsze wykonanie sonaty

III. nagroda i brązowy medal – Kate Liu (Stany Zjednoczone)

+ nagroda za najlepsze wykonanie mazurków

IV. nagroda – Eric Lu (Stany Zjednoczone)

V. nagroda – Yike (Tony) Yang (Kanada)

VI. nagroda – Dmitrij Szyszkin (Rosja)

Wyróżnienia:

– Aljosza Jurinić (Chorwacja)

– Aimi Kobayashi (Japonia)

– Szymon Nehring (Polska)

– Georgijs Osokins (Łotwa)

  

Internet rozbudził niebywałe zainteresowanie konkursem i dobrą wokół niego atmosferę. Oby nie była to chwilowa moda, bo najważniejsze przecież ostatecznie, żeby wygrywał Chopin…

  

                    

  

      

  

12:55, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 18 października 2015
1519. Brillant...

   

Ostatnia dziesiątka XVII Konkursu Chopinowskiego, pierwszy dzień koncertów na fortepian i orkiestrę (szkoda, że tylko raz zabrzmi f-moll op. 21, aż dziewięcioro wybrało e-moll op. 11). Po trzecim etapie (zaczynam czuć sonaty) w pamięci najbardziej pozostaje błyskotliwa lekkość Seong-Jin Cho’a (przesłodki chłopiec), uduchowiony lunatyzm Kate Liu – anioła, dwa wstrząsające uderzenia pięścią w klawiaturę przez eterycznego Erica Lu na zakończenie cyklu Preludiów op. 28, rachmaninowowska wręcz zmysłowość Dmitrija Szyszkina. I tylko Łukasz Krupiński z piątki mych faworytów nie przeszedł do finału (jutro więc trzeba będzie tym uważniej wysłuchać Szymona Nehringa). Wymieniam tych jedynie, po amatorsku i skrajnie subiektywnie – ktoś z pierwszej tu wskazanej dwójki powinien jednak wygrać…

  

      

  

23:11, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 12 października 2015
1518. Ci lepsi w wyścigu o kasę...

  

„Nadpodaż szczeniactwa z dyplomami uczelni zagranicznych. Młodzi interesujący, równozębni, wyposażeni w swoje certyfikaty rasowości i medale z wystaw; zaliczone warsztaty lepszej samoobsługi osobowościowej. Kurwa w kurwę jednakowi”

             [Marcin Kołodziejczyk, Dysforia. Przypadki mieszczan polskich].

  

Tagi: praca
22:13, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 07 października 2015
1517. Pergola...

  

      

  

      

  

      

  

piątek, 02 października 2015
1516. Numerologia stosowana...

  

W urodzinową środę (trzydzieści pięć – ja nawet jeszcze nie zacząłem żyć, a już niemal półmetek. Wyglądam na dwadzieścia pięć, emocje mam piętnastolatka, zgorzknienie sześćdziesięciopięciolatka – średnia z tych czterech metryk daje właśnie obecne moje lata, co tylko potwierdza trafność owych diagnoz) znów Wrocław, rozmowa kwalifikacyjna (trzecie spotkanie tego września, więcej niż w ciągu dwóch ostatnich lat), najbardziej atrakcyjna jak dotąd oferta. Kancelaria z siedzibą na stadionie, obowiązki jakby stworzone właśnie dla mnie. Jednak o ile zawsze byłem dobrej myśli po (wrażenie złudne, ale dające mi przynajmniej cień nadziei), tak teraz mam wrażenie, że wszystko zawaliłem. Moje zdenerwowanie, niepewne, improwizowane odpowiedzi, przygotowania brak, ogólne złe wrażenie przez ten pedalski głos. Werdykt ma zapaść w przeciągu dwóch tygodni. Może znów będzie inaczej niż sądziłem i tym razem się uda – a może jednak trochę siebie znam już, wiem, czym to się musi skończyć…

  

Tagi: praca
23:19, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
środa, 30 września 2015
1515. Z cyklu: Przeczytane (XLV) - Wrzesień...

  

1. Beata Chomątowska, Pałac. Biografia intymna, Kraków 2015;

2. Jan Baszkiewicz, Richelieu, Warszawa 1995;

3. Milan Kundera, Nieznośna lekkość bytu. Przeł. A. Holland, Warszawa 1996;

4. Gabriel García Márquez, Dwanaście opowiadań tułaczych. Przeł. C. Marrodán Casas, Warszawa 2004.

  

Tagi: książki
23:01, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 25 września 2015
1514. Gröditzberg...

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

Tagi: fotografie
23:01, alexanderson , Zdjęcia: Spacery / Podróże
Link
wtorek, 22 września 2015
1513. Flopped...

 

Dwa dni czekania na telefon – miał wczoraj być (specjalnie proszono mnie o numer), a ja byłem pewien przyjęcia, myślałem nawet, że będzie to jedynie podanie terminu rozpoczęcia. Lecz cisza, znowu nic, znów pewnie złe wrażenie (i to bez standardowej rozmowy kwalifikacyjnej). Czy działa się czy tylko czeka – zawsze klapa…

 

„Zaczął drobiazgowo, z mnóstwem pedantycznych powtórzeń opowiadać jakiś nudny, żałosny epizod i czuło się, że właśnie z takich epizodów od dawna składa się jego życie, a w dziedzinie upokorzeń i porażek, ciężkich cykli haniebnego nieróbstwa i równie haniebnej harówki, wieńczonych nieuniknionymi awanturami, dawno już stał się zawodowcem”

                          [Vladimir Nabokov, Lik. Przeł. M. Kłobukowski].

  

22:39, alexanderson
Link
czwartek, 17 września 2015
1512. Looking for waiting...

  

Ponownie (por. 1506) wyprawa do Wrocławia w sprawie pracy (znów w upał – ja znowu w czarnej bluzce, długich spodniach. Czemu nie urodziłem się na Malcie, w Hiszpanii, Kalifornii? I jak można zmuszać do roboty między początkiem maja a końcówką września?). Lokalizacja za Dworcem Świebodzkim, musiałem się trochę naszukać w gąszczu baraków, garażyków, na pół rozwalonych hal. Zaproszono mnie jedynie po to, bym zobaczył, jak to wygląda – choć wcześniej już mail z 8 złotymi za godzinę i przepisywaniem danych z kart pacjentów mówił wszystko. Do mnie znów żadnych pytań. Zadzwonią w poniedziałek. Wciąż trzeba tylko czekać…

  

22:52, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 13 września 2015
1511. Keine Grenzen...

  

Ja, Polak pod szwedzkim kryptonimem, z Irlandczykiem o nicku pożyczonym od jednego z bohaterów powieści „Petersburg” Rosjanina A. Biełego, o Francuzie M. Houellebecqu, Afrykanerze J. M. Coetzee’m oraz Węgrze L. Krasznahorkaiu. Po angielsku, na stronie, gdzie prędzej seks niż książki… Nawet mizantrop może się teraz kontaktować w wymiarze planetarnym…

  

Tagi: książki
22:26, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 09 września 2015
1510. Erudyta w burdelu...

 

Nad portalami randkowymi unosi się duch Horacego – rozwijają jego słynną maksymę w carpe noctem! Kult ciała, ekspresja wszelkich ludzkich potrzeb, brak im granic – swoisty to humanizm epoki seksualnego wyzwolenia…

  

„To uczucie wyłącznego oddania, jakie nosiłem w sobie, które będzie mnie coraz bardziej dręczyć, aż zniszczy mnie całkowicie, dla niej nie korespondowało absolutnie z niczym, nie miało żadnego uzasadnienia, żadnej racji bytu: nasze ciała były oddzielne, nie mogliśmy odczuwać ani tych samych cierpień, ani tych samych radości, byliśmy z całą pewnością odrębnymi bytami. (…) nie lubiła miłości, nie chciała być zakochana, odmawiała tego uczucia zastrzegającego sobie prawo do wyłączności i uzależnienia, zresztą całe pokolenie odmawiało tego razem z nią. Błąkałem się wśród nich jak prehistoryczne monstrum, z moją romantyczną dziecinadą, moimi więzami i kajdanami. Dla Esther, jak dla wszystkich młodych dziewczyn z jej pokolenia, seks był tylko przyjemną rozrywką, grą uwodzenia i erotyzmu, która nie niosła za sobą żadnego zaangażowania emocjonalnego, bez wątpienia miłość, podobnie jak litość u Nietschego, była jedynie fikcją wymyśloną przez słabych, by obwiniać silnych i wytyczyć granice ich naturalnej wolności i okrucieństwu. Kobiety były słabe, szczególnie w okresie połogu, u swoich początków potrzebowały więc opieki mocnego protektora i w tym celu wymyśliły miłość, ale teraz urosły w siłę, były niezależne i wolne, toteż odmawiały zarówno wzbudzania, jak doświadczania uczucia, które nie miało już żadnego konkretnego uzasadnienia. Istniejący od wieków męski projekt, doskonale wyrażony w naszych czasach przez filmy pornograficzne, polegający na odarciu seksualności z jakichkolwiek uczuciowych skojarzeń, by sprowadzić ją do płaszczyzny czystej rozrywki, w końcu, w tym pokoleniu, został zrealizowany. To właśnie poczułem, ci młodzi ludzie nie mogli ani tego odczuć, ani tego pojąć, a gdyby nawet mogli, doświadczyliby swego rodzaju zażenowania, niczym wobec czegoś śmiesznego i wstydliwego, niczym wobec stygmatu przeszłości. Udało im się, po dziesięcioleciach uzależnienia i wysiłków, w końcu im się udało, wygnać z serc jedno z najstarszych ludzkich uczuć, i teraz było to faktem; co raz zostaje zniszczone, nie może się na nowo uformować, podobnie jak kawałki stłuczonej filiżanki nie złożą się same z siebie, osiągnęli swój cel: w żadnym momencie życia nie poznają miłości. Byli wolni”

              [Michel Houellebecq, Możliwość wyspy. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

Obserwuję to z ogromną ciekawością – poczuciem egzotyki i zazdrością, z podziwem, rosnącym zafascynowaniem…

  

„Frustracja seksualna powoduje u mężczyzny niepokój (…). Seks, ostatni mit Zachodu, to coś, co należało uprawiać; to rzecz możliwa, rzecz, którą należało uprawiać. (…) Od lat stale nosił przy sobie prezerwatywy, nigdy do niczego mu się to nie przydało; dziwki i tak je miały”

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

Archiwum
Tagi