~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 19 stycznia 2016
1540. Szopka...

Mama wymusza na ojcu akcję przeciw poparciu Kościoła dla PiS-u – nie przyjmiemy księdza po kolędzie tego roku. Protest okazuje się dosłownie cichy – czekamy, udając, że nas nie ma (przez godzinę – w jedynej wolnej porze przeznaczonej na czytanie w dniu powszednim – muszę siedzieć przy niemal zgaszonym świetle, by nie widać było z zewnątrz – a mam pokój właśnie od strony podwórka oraz drzwi do klatki – że ktoś w domu). To ma niby dać im do myślenia. A za rok pozwoli w razie czego skłamać, że coś nam wypadło i jak gdyby nigdy nic, po katolicku przyjąć dobrodzieja, wcisnąć mu kopertę. Gdy mówię: tchórzostwo – słyszę zaprzeczenia, oburzenie. I wtedy dopiero chce się rzygać...

„Prawdziwy hipokryta nie dostrzega już kłamstwa, kłamie szczerze”

[André Gide, Dziennik „Fałszerzy”. Przeł. J. Rogoziński].

22:32, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 16 stycznia 2016
1539. Délires actifs de la passion...

W czwartek, pod pretekstem wyjścia po „POLITYKĘ”, odbiór przesyłki z paczkomatu – udaje się przemycić ją niepostrzeżenie do pokoju (każda kolejna książka to matki z troską głos, że nie ma miejsca już, że przecież tyle ich; jak gdyby książki – i pieniądze – mogły się zawrzeć w jakiejś skończonej, uznanej za wystarczającą liczbie). Przychodzą: Basiński o Tołstoju, Achmatowa Piwkowskiej, ostatni Houellebecq, gejowska trylogia Gardella, Bieńkowska o Florencji oraz Rzymie, Márai w podróży i Margolin wśród zeków. Wczoraj wielki remanent wśród szafek z ubraniami – składam na nowo każdą bluzkę, sweter, przenoszę tam bieliznę, zyskując miejsce pod segregatory (zeszyty historyczne), co idą do zamknięcia, zwalniając jednocześnie kawał półki. Dziś już przemeblowanie pełne pasji pośród tomów – tych kilka zyskanych centymetrów to nowe możliwości w rozstawie nieco logiczniejszym względem treści, zgrabniejszym wśród formatów. Przygotowana jednocześnie przestrzeń pod kolejne – w planach np. kilka opasłych opracowań o sztuce XV wieku…

Takie to moje rozrywki wieczorowe, gdy już powrócę z pracy; jedyne przejawy aktywności w mój czas wolny…

„Dni mijały mu pośród tej samej nudy i nabytych przyzwyczajeń”

[Gustave Flaubert, Szkoła uczuć. Przeł. A. Micińska].

23:08, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 08 stycznia 2016
1538. Consuetudo altera natura est...

„Samotność, w jakiej żył od lat, a nawykłszy, uodpornił się na nią i przestał ją odczuwać, zaatakowała go jak nieznany, całkiem nowy wróg i osaczała ze wszystkich stron. Czuł się bardziej niż kiedykolwiek odsunięty od rodziny (…).

Niekiedy dawało mu się we znaki nawet przykre, upokarzające uczucie nudy. (…) wiódł nienaturalny, ale konsekwentny żywot dobrowolnego pustelnika, którego życie przestało już interesować i który istnienie swoje raczej znosi, niż przeżywa”

[Hermann Hesse, Rosshalde. Przeł. M. Łukasiewicz].

22:00, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 04 stycznia 2016
1537. The Saddest Story...

I jeszcze jedno – tym razem wątpliwe – osiągnięcie w minionym roku: zero spotkań prywatnych, żadnej rozmowy w cztery oczy z kimś znajomym, lubianym, bliskim (jeden zaledwie, przypadkiem sprowokowany telefon – i zwyczajowe skrępowanie moje przy tym medium). Nikogo takiego w promieniu kilkuset kilometrów. Nikogo już w ogóle. Żal – i świadomość jednocześnie, że przecież do tego się dążyło: unikając, nie zacieśniając, nie umiejąc. Chciałoby się inaczej – lecz chyba tylko tam; tu lepiej tak jak teraz. Obrażony na warunki swego życia, na siebie za ich kształt, wykrawam własną rzeczywistość, w której ja tylko – jedyny świadek swoich niezręczności. Czytanie (izolacja) miast socjalizowania, przyglądanie się światu w miejsce uczestnictwa…

„(…) jakby książki rzeczywiście przedstawiały życie, jakby jakiekolwiek wymyślone życie można było porównać z jakimkolwiek życiem prawdziwym”

[David Albahari, Mamidło. D. J. Ćirlić].

„Czytanie z natury jest przyznaniem się do porażki i rytuałem samoupokorzenia – bo człowiek czytający pokazuje, że cudze historie są ciekawsze niż jego własne życie”

[Michel Faber, Jabłko. Przeł. M. Świerkocki].

czwartek, 31 grudnia 2015
1536. Z cyklu: Przeczytane (XLVIII) - Grudzień...

1. Warszawa lata 40. (Fotografie z Narodowego Archiwum Cyfrowego). Słowo wstępne Danuta Szaflarska, Olszanica 2014;

2. Warszawa lata 50. (Fotografie z Narodowego Archiwum Cyfrowego). Słowo wstępne Krystyna Sienkiewicz, Olszanica 2014;

3. Warszawa lata 60. (Fotografie z Narodowego Archiwum Cyfrowego). Słowo wstępne Beata Tyszkiewicz, Olszanica 2015;

4. Warszawa lata 70. (Fotografie z Narodowego Archiwum Cyfrowego). Słowo wstępne Anna Seniuk, Olszanica 2015;

5. Olga Tokarczuk, Księgi Jakubowe, Kraków 2015.

Plan minimum na 2015 zakładał 1 książkę tygodniowo, przynajmniej 52 w ciągu tego roku. Udało się przeczytać 66 tytułów (67 tomów) – najwięcej w czteroletniej historii moich tu comiesięcznych podsumowań lekturowych (choć w czasach licealnych i studenckich pochłaniało się z pewnością znaczniejsze ilości), aż o 37 więcej niż w 2014. Ponad połowę (38 pozycji) zajęła proza, choć wydawało się, że czytam głównie opracowania historyczne. Da się więc – teraz tylko utrzymać tę zwyżkującą formę….

Tagi: książki
21:39, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 26 grudnia 2015
1535. ...„my library / Was dukedom large enough”...

Najlepsze w tym całym obłudnym świętowaniu są dni wolne od pracy, smak kilku dań, prezenty. Każdemu z nas dostało się po kapciach oraz książce – mnie nawet cztery, z czego sam sobie kupiłem dwie (piąty tom „Sztuki polskiej” z Arkad i „Sztukę budowania” Jana Knothe) i zapakowane schowałem pod choinkę (odbieram z paczkomatu w dniu Wigilii), do tego niespodzianki na minus i plus – opasły tom, od wielu dni oczekujący w kącie, okazał się powieścią „Nowy Jork” Edwarda Rutherfurda (księgarz polecał mamie; ostatni raz dostałem od niej – i w ogóle – prozę przed bodaj dwudziestoma laty: „Hrabiego Monte Christo”, jeden z ważniejszych tytułów mego życia, który miał pecha stać na samej górze wśród książek dla dzieci i młodzieży, oddała później bez pytania, gdy mieszkałem w stolicy, jakiejś placówce opiekuńczej. Tak też straciłem pośród wielu innych „Alicję w Krainie Czarów”, przygody Tomka Wilmowskiego, „Chatkę Puchatka” i cudnie ilustrowanego „Konika Garbuska”), natomiast już kilka dni wcześniej ciocia, co mieszka parę kroków od nas i często wpada z ciastem, zupełnie nieoczekiwanie przyniosła mi „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk – 900 stron w dużym formacie; wczoraj zacząłem z fascynacją czytać, jutro zamierzam skończyć. Dla mamy album o polskich królewskich rezydencjach (black Friday w BOSZ-u za pół ceny, grzech było nie skorzystać, wzbogacając przy okazji kolekcję książek o Warszawie o cztery tomiki fotografii od lat 40-tych do 70-tych), dla ojca reportaże historyczne Magdaleny Grzebałkowskiej („1945. Wojna i pokój” – świetnie się będą uzupełniać z „Wielką Trwogą”). I jeszcze dziesięć innych tomów dla mnie (doszły w grudniu). Tym samym zostaje przekroczona masa krytyczna – nie ma już na nic miejsca, pięćdziesiąt półek w dwóch pokojach nie wystarcza. Dlatego nie chwalę się na ogół nowymi nabytkami, żeby nie drażnić mamy; układa się wymyślnie wszystko, żeby coś jeszcze zmieścić – bo przecież nie zrezygnuje się z jedynej swojej przyjemności, nawet gdy staje się obłędem, niczemu już nie służy…

„Nagle wpadł w zły humor, patrząc na tę niesamowitą i niezrozumiałą masę książek. Co dawały książki? Doświadczanie. Lecz żadne doświadczanie nie pomagało. Teraz, u schyłku ostatniego etapu swego życia, niemal wrogo przyglądał się książkom, które zawsze odpowiadały jedynie na szczegóły. Na całość nie umiał odpowiedzieć nikt”

[Sándor Márai, Książka. Przeł. I. Makarewicz].

wtorek, 22 grudnia 2015
1534. Człowiek w futerale...

„Wyglądało to tak, jakby żył zamknięty w hermetycznej stalowej kapsule, ale o dziwo (…) ta jego samotność i wyobcowanie zdawały się go wcale nie przygnębiać, uważał je raczej za fortunny obrót zdarzeń, pomocną okoliczność dla kogoś takiego jak on, kogoś, kto żywił bezgraniczną nieufność wobec innych i cierpiał na równie wielki brak wiary we własne siły”

[Javier Cercas, Prędkość światła. Przeł. E. Zaleska].

22:27, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 19 grudnia 2015
1533. L’Espace du dedans...

Przy wszystkich zastrzeżeniach, niechęci do samej jej istoty, obecna praca wydaje się niemalże idealna – konserwuje moje społeczne ułomności, nie zmusza do kreatywności i rozwoju, pozwala zamknąć się w rutynie mechanicznych działań, odzywać tylko, gdy trzeba konkretnej odpowiedzi: co, gdzie, kiedy. Przejście z peronu do stadionu zajmuje mi 5 minut, większym wysiłkiem jest siedzieć wciąż przy biurku. Nie było mnie na firmowej imprezie przedświątecznej oraz grze miejskiej w ramach integrowania grupy – to, że w dni robocze nie mam ochoty spędzać zimnych wieczorów we Wrocławiu nie było, chyba jasne, głównym powodem rezygnacji. Chociaż odbębnić swoje i wrócić do domu jak najszybciej, to rzeczywiście moje prymarne założenia… Była już pierwsza pensja, więc grudzień jest nadrabianiem zaległości: promocje i zamawianie mnóstwa książek – sam sobie sprawiam wielki prezent pod choinkę; rodzice z tym na ogół źle trafiają, nikt więcej mi go nie da. Skoro nie może być Warszawy, tych kilku osób, na których mi zależy, sensu w przymusie pracy, mieszkania i wolności, to niech me nędzne życie odbywa się chociaż jak najmniejszym kosztem dla psychiki, bez zbędnych kompromisów czy rezygnacji z dziwactw, maleńkich przyjemności, samo-dla-siebie-w-sobie

„Powie mi pan też: »Skoro tak pan nienawidzi biurowego czasu pracy, akt i polis, raportów i protokołów, skarg, zezwoleń i załączników, to czemu nie miał pan na tyle odwagi, żeby rzucić wszystko i żyć naprawdę zgodnie z własną fantazją i pragnieniami, nie tylko nocą, ale także rano, w południe i wieczorem? Dlaczego ponad połowę swego życia złożył pan w ofierze biurokratycznej bestii, która zniewala pana tak samo, jak pańskie anioły i demony?« Stosowne to pytanie – sam je sobie zadawałem po wielekroć – ale takaż jest i moja odpowiedź: »Ponieważ świat fantazji, rozkoszy, pragnień, świat wolny, moja jedyna i ukochana ojczyzna, nie przetrwałby nienaruszony w warunkach niedostatku, biedy, kłopotów finansowych, udręki zadłużenia, ubóstwa. Sny i pragnienia są niejadalne. Moja egzystencja podupadłaby, stając się własną karykaturą«. Nie jestem bohaterem, nie jestem wielkim artystą, brakuje mi geniuszu, nie mógłbym się zatem pocieszać nadzieją, że jakieś moje »dzieło« mnie przeżyje. Moje aspiracje i zdolności ograniczają się (…) do umiejętności odróżnienia w otaczającej mnie gmatwaninie możliwości tego, co kocham, od tego, czego nie znoszę, tego, co upiększa moje życie, od tego, co je szpeci i bruka głupotą, tego, co mnie wprawia w zachwyt, od tego, co mnie załamuje, tego, co napawa mnie rozkoszą, od tego, co zadaje mi cierpienie. Ażeby po prostu móc nieustannie korzystać z owej zdolności dostrzegania sprzeczności, potrzebuję zabezpieczenia ekonomicznego, a to zapewnia mi moje zawodowe zajęcie, skalane kulturą formalności, zabójczy miazmat, (…) który stał się powietrzem, jakim wszyscy oddychamy. By móc zaistnieć, fantazje i pragnienia – moje przynajmniej – wymagają minimum spokoju i pewności. W innym przypadku zwiędłyby i umarły. Jeżeli zamierza pan z tego wnioskować, że moi aniołowie i demony są zakutymi mieszczuchami, będzie pan miał absolutną rację. (…)

Jednak mimo że moje życie to Tantalowe męki, codzienne zmagania moralne pomiędzy biurokratycznym balastem mojej egzystencji a skrytymi w mym jestestwie aniołami i demonami – pan mnie nie pokonał. Nieodmiennie udaje mi się, na przekór temu, co robię od poniedziałku do piątku od ósmej do szóstej po południu, zachować ironię pozwalającą gardzić zajęciem, gardzić sobą za jego wykonywanie, dzięki czemu pozostałe godziny wynagradzają mi to, przynoszą zbawienie, rekompensują straty moralne i uczłowieczają (co w moim przypadku zawsze oznacza izolację od gromady, od stada). (…) Obecnie jestem sam (…) a więc czytam, kontempluję ryciny, przeglądam swoje zeszyty i uzupełniam listami (…), ale przede wszystkim fantazjuję, marzę, buduję lepszą rzeczywistość, oczyszczoną z odpadków i narośli (…) przez które ten świat jest tak mizerny, tak plugawy, że trudno, żebyśmy nie śnili o lepszym. (…)

Wszelako te szczęśliwe chwile nie byłyby możliwe bez ogromnej frustracji, jałowej nudy i gnębiącej mnie rutyny życia rzeczywistego

[Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

piątek, 11 grudnia 2015
1532. Not like this...

„Myślał o życiu, o tych trzydziestu pięciu latach, jakie spędził na ziemi i podczas których ciągle czuł, że każdy dzień jest jedynie przygotowaniem do czegoś… i wszystko, co się zdarzyło, było prologiem tylko, nieśmiałym i nieistotnym ćwiczeniem i eksperymentem… i tak pędził czas, i mijało życie, i tyle się zdarzyło! Lecz wszystko to nie było prawdziwe.

(…) Celem życia było szczęście. Wszystko, co robił, myślał, mówił, wołało i przyciągało szczęście; lecz poznał jedynie zachwyt, podniecenie, ból, wszystko, co poznał, było bardziej gorące lub bardziej lodowate, wszystko było inne, niż powinno było być, żeby mógł się czuć szczęśliwy”

[Sándor Márai, Wytłumaczenie. Przeł. I. Makarewicz].

21:33, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 08 grudnia 2015
1531. Choć goni nas czas...

Po całym tygodniu sobota też w pociągu, tym razem prywatnie jednak, tak dla siebie. 24. Wrocławskie Targi Dobrych Książek w Centrum Kongresowym Hali Stulecia – czwarta to już (po Galerii BWA Awangarda, Muzeum Architektury i Dworcu Głównym) z odwiedzanych przeze mnie lokalizacji tej imprezy, a zawsze tak samo tam ciasno. Tłum, który zniechęca, nawet wózków z małymi dziećmi było pełno – szybko obiegam wybrane stoiska (traf dziwny: znajduję wszystkie obok siebie – interesują mnie tylko Karakter, Marginesy, Arkady, Więź, Zeszyty Literackie, UJ-ot i Agora; że o PIW-ie zapomniałem, uświadomię sobie dopiero po fakcie), dostrzegam podpisy składających Ziemowita Szczerka, Magdalenę Grzebałkowską, Janusza Majewskiego, a że ceny książek z mojej listy okazały się nie tak atrakcyjne, jak na co dzień w sieci (to zresztą reguła tej imprezy), wychodzę z ledwie jedną, przeznaczoną na prezent dla ojca pod choinkę (album dla mamy przyszedł pocztą w piątek – zresztą, obydwie te pozycje kupiłem w istocie pod siebie). Powrót do centrum w tramwajowym ścisku, chwila w Empiku na Rynku bez przypatrywania się kramom na jarmarku, potem znów Empik w Renomie i cudowne niebo w płomieniach przez okno pociągu. Dom... W niedzielę jedno zbyteczne kliknięcie i nie ma już odwrotu – coś złego stało się z moim edytorem Bloxa – pisanie z zachowaniem układu jak dotychczas (zwłaszcza przy cytowaniu wierszy) mocno się komplikuje. W poniedziałek zaś i dzisiaj zapierdol w pracy przeogromny – nie korzystam nawet z tych pięciominutowych przerw, do których mamy prawo co godzinę. Kolejne pudła listów, dokumentów, zszywki, datownik, oklejanie, podpięcie do systemu; gonienie, żeby jak najwięcej do pory skanowania. A potem peron i zapchany pociąg, te same twarze, te same wsie mijane. Ot, wszystko, co się dzieje – niewiele, a przecież i tak upływają mi te dni jakoś tak niezauważenie, w pędzie, za którym nie ma smakowania życia, bez satysfakcji większej i radości, szybko...

22:01, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 04 grudnia 2015
1530. Państwo PiS-lamskie...

      

„Znam ja ich wszystkich: same łajdaki (…). Łajdak na łajdaku jedzie i łajdakiem pogania. Wszyscy judasze”

                      [Mikołaj Gogol, Martwe dusze. Przeł. W. Broniewski].

  

Nie miałem nigdy żadnych złudzeń co do PiS-uarowej sekto-mafii, jestem zawziętym przeciwnikiem komuny tej mentalnej od początku. Piszę na tyle długo (jakoś tak niezauważenie minęło ostatnio dziesięć lat), że z własnych moich słów, emocji (por. 33, 245, 263, 268, 776, 811, 1297, 1478, 1482, 1493) lub cytowanych artykułów i analiz (por. 68, 129, 137, 144, 159, 185, 252, 258, 276, 777, 806, 929, 1008, 1500, 1521) zebrała się – choć blog to monotematyczny, osobisty – dość spora lista apeli i ostrzeżeń politycznych. Ciągle to aktualne. Trudno jednak odczuwać satysfakcję z trafności swoich prognoz czy poglądów, kiedy koszmarna wizja się zmienia w rzeczywistość, kiedy w poczuciu bezsilności patrzy się na demontaż państwa prawa. Ja wiedziałem, że tak będzie, a jednak ich bezczelność, cynizm i pośpiech w tej demolce zaskakują. Od razu się wzięli za Trybunał i specsłużby, za chwilę ustawią media i kulturę, prokuraturę, edukację i samorząd. W dodatku wszystko to w wykonaniu istnych ćwoków, zakapiorów, kolesi spod celi, PZPR-owskich niedobitków, co jak te kurwy z anegdoty na starość leżą krzyżem (por. 198). I nawet ten pożal się Boże ich prezydent, nadęty i adoracją otaczany Maliniak prosto z „Czterdziestolatka”, to też towarzysz szmaciak

Swego czasu, po roku kaczystowskich rządów, sporządziłem w 8 częściach „Raport o IV RP” (por. 119, 120, 121, 122, 123, 124, 125, 126, 127) – tym razem można by go pisać już po trzech tygodniach. Wkurwienie wówczas doprowadziło mnie na skraj nerwicy – jak będzie teraz, kiedy się zapowiada jeszcze gorzej, gdy oni mają wszystko i za nic nie ustąpią? Za tę nienawiść i odrazę swoją do nich ja też ich nienawidzę (por. 135). Lecz większość obojętna, zaślepiona – wolą mieć w dupie lub dać dupy za 500 zł. Garstka, co mieni się całością, wystarczy do urządzenia piekła wszystkim, zaś „wola ludu” (co jakoś zawsze znajduje swoją emanację w konkretnej partii i jej wodzu) musi być ponad prawem, jak mówi Kornel Morawiecki – kończy się to populistycznym autorytaryzmem (por. 241), a w końcu jakobinami, faszystami, bolszewizmem (por. 1522)…

  

„Aby upowszechnić ideał wszechstronnych zmian, inteligencja musi (…) stworzyć abstrakcję zwaną »ludem«, któremu może przypisać własne pragnienia. (…) Uzasadnienie takiego postępowania znajdowano w sformułowanej przez Rousseau koncepcji »woli powszechnej«, według której wolą ludu jest to, co »opinia« za taką uznaje (…).

Tylko przez sprowadzenie ludzi z krwi i kości do czystej idei możliwe jest ignorowanie woli większości w imię demokracji i ustanowienie dyktatury w imię wolności”

                       [Richard Pipes, Rewolucja rosyjska. Przeł. T. Szafar].

  

23:40, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
poniedziałek, 30 listopada 2015
1529. Z cyklu: Przeczytane (XLVII) - Listopad...

  

1. Karlheinz Deschner, I znowu zapiał kur. Krytyczna historia Kościoła. T. 1-2. Przeł. N. Niewiadomski, Gdynia 1996-97;

2. Javier Cercas, Prędkość światła. Przeł. E. Zaleska, Warszawa 2010;

3. Gerbrand Bakker, Na górze cisza. Przeł. J. Jędryas, Warszawa 2013;

4. Krzysztof Stefański, Architektura XIX wieku na ziemiach polskich, Warszawa 2005.

  

Tagi: książki
21:37, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 28 listopada 2015
1528. Das Scheißleben...

  

Smród z fabryki – a może z oczyszczalni ścieków – daje się czuć w pociągu przy każdym wjeździe do miasteczka od strony Wrocławia, choć za wieczornym oknem niewiele znamionuje jeszcze, że gdzieś się dojechało. Tak wita dziura: gości pozbawia złudzeń, zaś tym, którzy się stąd wyrwali, uparcie przypomina, od czego nie sposób się uwolnić. To jest twój klimat, pasuje do ciebie bardziej niż Warszawa, scenerię twego dramatu stanowi Pierdziszewo

  

„Możesz nie znać. (…) Stamtąd pochodzę. Mieszka tam wielu pijaków i wszelkiej maści nieudaczników, którzy przegrali życie i siedzą po uszy w gównie. Wiedziałem, że powrót to przyznanie się, że jestem taki sam. Ale tam mimo wszystko był dach nad głową. Dom moich rodziców, sad ze starymi jabłoniami”

             [Jurij Andruchowycz, Perwersja. Przeł. O. Hnatiuk i R. Rusnak].

  

23:24, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 22 listopada 2015
1527. I can’t get no...

  

„Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku” [Julian Tuwim]. Jedzie się w świt pochmurny, wraca, gdy ciemno już, w biurze na oknach grube żaluzje – słońce widuje się tylko w weekendy, na co dzień mglisty księżyc. Długie czekanie na zimnym peronie wśród pustkowia, zapchany z Wrocławia pociąg – przypomina się studencki czas dojazdów, kiedy nie przesłaniało nic odmętów czarnych myśli. Praca niby wprost dla mnie (ćwierćinteligent, co woli być robolem), ale za dużo jej, nie daje się ogarnąć; listy nie mają końca, a tempo jest za szybkie. W dodatku popełniam błędy – ja, tak chorobliwie perfekcyjny. I ludzie wciąż mi obcy… Źle się z tym wszystkim czuję, jestem zmęczony, jest tylko sen i praca. Najgorsza zaś świadomość, że oby jak najdłużej – nie trafi się chyba nic lepszego, na żadnym polu nie daje mi życie satysfakcji…

     

„(…) pewność, jakiej nie da się zapomnieć, że nie ma nigdzie na świecie kobiety, przyjaciela, domu, książki, nawet nałogu, za których sprawą mógłbym poczuć się szczęśliwy”

                     [Juan Carlos Onetti, Krótkie życie. Przeł. T. Murzyńska]. 

   

piątek, 13 listopada 2015
1526. Mouth Wide Shut...

  

Pierwsze dni nie nastrajały zbyt optymistycznie (a i stan około chorobowy nie pomagał), ale może uda się to przeżyć. Umowa o pracę na próbne 3 miesiące, 1 900 zł brutto, wstawanie przed szóstą rano na pociąg do Wrocławia, powierzchnia biurowa na Stadionie, potem czekanie niemal godzinę na powrotny, obiad w domu przed szóstą. Na razie coś w rodzaju taśmy produkcyjnej: wyciąganie listów z kopert (tysiącami!), datowanie, naklejanie kodów, potem dojdzie odpowiednie kierowanie skanów w komputerze. Kancelaria zatrudnia ponad 200 osób – ta skala wciąż przytłacza, wir pracy angażuje w pełni, a moja mizantropia nie pozwala do nikogo się odezwać, zamyka w boksie biurka pośród ołpen spejsu

  

„Trzeba mnie było wyraźniej ostrzec, należało powiedzieć, że odeślą mnie z powrotem między ludzi”

     [John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska].

  

sobota, 07 listopada 2015
1525. Turning Point...

  

Niespodziewany kontakt z miejsca, gdzie byłem na rozmowie kwalifikacyjnej przed miesiącem, a potem napisali, że inny ktoś przyjęty – zastępstwa chyba teraz potrzebują lub może dwóch etatów, czy dalej jestem na to chętny w każdym razie, a jeśli tak, to zaraz wyślą na badania skierowanie. Jadę więc do Wrocławia w dzień następny (przez las dzik biegnie tuż przy torach – nowość, bo zawsze tylko sarny, myszołowy, bywały też żurawie i bażanty, czaple, lisy) do centrum medycyny pracy: krwi pobranie (i znów udało się NIE zemdleć), czekanie w tłumie na badanie okulisty (jak zawsze nie wiem, po kim jestem i biernie patrzę, jak większość wciska się przede mnie), opłata i faktura, trzy godziny. Nie mam już po tym na nic chęci, więc tylko kilka tomów w Dedalusie z serii „Don Kichot i Sancho Pansa” (w tym Zmeškal oraz Bakker, których wydanie odkryłem o dzień wcześniej, podobnie jak trylogię miłość-choroba-śmierć Gardella, która tam jednak niekompletna) i pizza z mamą (co przyjechała później na zakupy) w Sycylii, która zmieniła nieco w międzyczasie wystrój i stała się Włoszczyzną. Chodziłem w płaszczu, ale bez szalika, dzień później przysnąłem popołudniem bez przykrycia, wieczorem zaczęło mnie szczypać w gardle, teraz się zjawia katar – będę chory? A przecież w poniedziałek do pracy trzeba mi – po niemal roku bezrobocia (licząc od stażu, bo w ogóle to dłużej) zostanę inspektorem do spraw korespondencji w kancelarii…

  

„Powstała nowa sytuacja; życie charakteryzuje się długimi okresami nudy, najczęściej jest niezwykle ponure; potem nagle pojawia się jakiś zakręt i ten zakręt okazuje się ostateczny”

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

wtorek, 03 listopada 2015
1524. I w proch się obrócisz...

 

A ciebie nie będzie miał kto pochować – mówi żartem (i z podskórną troską) mama, gdy wracamy z cmentarza. Mniejsza już nawet o ten pogrzeb – kto w ogóle znajdzie gnijącego trupa w zamkniętym mieszkaniu, złapie się na myśli, że dawno mnie nie widział, dostrzeże, że dawno już umarłem…

  

„[W nocy – po 12 VII 1973] Odtrącony kochanek życia. Mam już dosyć tych frustracji. (…) Tęsknię do nicości, tęsknię do śmierci. Nie jest wykluczone, że popełniłbym samobójstwo, gdybym miał rewolwer albo cyjankali. Ale popełnić samobójstwo, technicznie, jest bardzo trudno. (…)

Czemu się tak przejmuję światem, z którego tak czy owak jestem wykluczony? Niech przejmują się inni, którzy biorą udział, siedzą przy stole życia. Mnie od urodzenia odstawili, nie dopuścili (odstawiano, nie dopuszczano). (…) Chciałem być jak inni, starałem się, Bóg mi świadkiem, nie wyszło. Skończę więc ze sobą, ze sobą biorącym udział. Przestańmy starać się »być«, być w świecie.

Zniknijmy. (…) Niech będzie wszystko, ale niech nie będzie mnie. (…)

Idź za swoim powołaniem, chłopcze. Stworzony jesteś do nicości, nie broń się więc. Nicuj się, nicuj. (…)

Bo ja już nie mogę. Nie mogę i tyle.

Szukasz zaklęcia, kamienia magicznego, masz go, możesz – użyj. Tym zaklęciem jest nic. Nic, które jest tobą.

Jako ty – twoja sytuacja jest doprawdy żałosna. Ale jako nic…”

                          [Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom II. 1970-1979].

  

sobota, 31 października 2015
1523. Z cyklu: Przeczytane (XLVI) - Październik...

  

1. Ernst H. Gombrich, O sztuce. Przeł. M. Dolińska, I. Kossowska, D. Stefańska-Szewczuk i A. Kuczyńska, Poznań 2009;

2. Milan Kundera, Księga śmiechu i zapomnienia. Przeł. P. Godlewski i A. Jagodziński, Warszawa 1993;

3. Władimir Sorokin, Lód. Przeł. A. L. Piotrowska, Warszawa 2004;

4. Władimir Sorokin, Bro. Przeł. A. L. Piotrowska, Warszawa 2006;

5. Władimir Sorokin, 23 000. Przeł. A. L. Piotrowska, Warszawa 2007.

  

Tagi: książki
11:05, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 25 października 2015
1522. A PiS ci mordę lizał, durny narodzie...

    

25 X (7 XI) 1917 (Rosja) – internacjonalistyczny bolszewizm-leninizm.

25 X 2015 (Polska) – narodowo-katolicki bolszewizm-kaczyzm.

  

         „Marzenie niewolników: targ, gdzie można by sobie kupować panów”

                                                [Stanisław Jerzy Lec].

  

22:57, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
piątek, 23 października 2015
1521. Warning!...

  

„Czuję się w prawie, a nawet obowiązku zabrać głos, zanim go w niedzielę oddam na ludzi przyzwoitych. Boję się o mój kraj, bo wśród partii przodującej w sondażach, a także wśród ugrupowań gotowych stworzyć z nią koalicję, przyzwoitych ludzi nie dostrzegam.

IV RP, do której chce wrócić PiS, była państwem dużych liter, semantycznego patosu, wartościujących hiperboli. Pojęcia zmieniało się wykrzyknikiem, podkreśleniem, wielką literą: oto więc prawo stało się Prawem, moralność Moralnością, prawda Prawdą. Nasi kaznodzieje politykowali, politycy moralizowali, zaś mroki cywilizacji rozpasania i zaniku wartości rozświetlało im jakoby dobro narodowe, o którym trąbili na wszystkie strony.
Jeśli najpiękniejsze nawet wyznania miłosne będzie się gardłowało wiecowym timbrem pod balkonami adorowanej ofiary, zrazi się ją nie tylko do siebie, ale w ogóle do miłosnych wyznań. Odtąd niedoszła Julia będzie reagowała alergicznie na słowa »kocham cię« niezależnie od tego, czy będą szczerze szeptane, czy wyrykiwane przez namolnych absztyfikantów. Gdybym był Polską, poprosiłbym prawicowych krzykaczy, żeby kochali mnie ciszej. Znienawidzony przez narodowców Władysław Bartoszewski mawiał, że ojczyzna jest matką, więc miłość do niej to coś naturalnego, a przecież nikt normalny nie chodzi po ulicach, krzycząc, że kocha matkę.

Prawo i Sprawiedliwość zamierza stać na straży patriotyzmu historycznego, czyli monopolizowania doboru i interpretacji narodowych mitów, ścisłej regulacji, a z czasem wręcz reglamentacji symboli. Nacjonalizm zawsze kiełkuje w przestrzeni symbolicznej, potem w niej się rozmnaża, zawłaszcza ją, z czasem prowadząc do totalnego usymbolicznienia rzeczywistości. Patrząc dziś na dokumentalne zapisy parteitagów w faszystowskich Niemczech, przyglądając się kodom gestycznym i słuchając głosów hitlerowskich notabli, trudno oprzeć się wrażeniu, że tylko naród poddany jakiejś niezwykle silnej zbiorowej hipnozie mógł zatracić poczucie teatralnej wprost sztuczności tego świata. Świata zdominowanego przez postawę retrospektywną. PiS chce nam na trwałe wprowadzić do polityki patriotyzm historyczny, a do języka retorykę wzniosłych archaizmów.
Kryteria demokratyczne nigdy nie będą realnym ograniczeniem dla ludzi opętanych żądzą naprawiania urojonych szkód. Jeśli czysta żądza władzy jest okresową zachcianką dużych chłopców, to blednie wobec poczucia misji, którą należy wypełnić.
Misjonarze prawicy są w gruncie rzeczy terrorystami ducha – nie spoczną, póki nie zunifikują potrzeb materialnych i duchowych wszystkich obywateli w każdej kategorii wiekowej – tu idzie o rząd dusz, ba, o nowy model człowieka
Bywają przaśni, bywają inteligentni, ale łączy ich wspólne oszołomienie misją
– oni naprawdę wierzą, że mają moc uzdrawiania, jeżdżą po miastach i uzdrawiają chromy kraj, przecinają wstęgi i kładą kamienie węgielne dłońmi, które leczą.
Któż może się przeciwstawić sile takiej sugestii? Wczytując się i wsłuchując w dyskurs publiczny PiS-u, zauważam model państwa resentymentu, tworzonego pod hasłami gruntownej przebudowy moralnej, jak również antyburżuazyjnej (ach te ośmiorniczki!) – odnoszę wrażenie, że
ten pokraczny konglomerat idei można by ochrzcić narodowym socjalizmem katolickim.
Nawet czujny biograf Jarosława Kaczyńskiego, autor książki o prezesie PiS-u, nie ma wątpliwości, że młodszy z braci zawsze był wielkim samotnikiem. Chciałbym wierzyć, że to samotność z wyboru. Bo niespełnione łaknienie Drugiego jest dotkliwym wykluczeniem, łatwo przeobrażającym się w soczystą nienawiść. Niedostępny Drugi staje się znienawidzonym Innym. »My« przestaje być naturalnym połączeniem »Mnie« i »Ciebie«, owo »My« staje się kategorią daną w wyniku różnicy, nie zaś sumy. »My« to już nie wynik dodania »Ja« i »Ty«, lecz efekt oddzielenia: »My« to nie »Oni«. My jesteśmy swoi. Oni są obcy. Przez obcych czujemy się nieswojo. Nacjonalizm jest polityką różnicy i resentymentu. Narodowi populiści są ludźmi różnicy i resentymentu.
Należy się czujnie wsłuchiwać w polityków nadużywających pierwszej osoby w liczbie mnogiej. Moment, w którym przestają w ogóle mówić o sobie w liczbie pojedynczej, jest chwilą krytycznego przesilenia. Jeśli wtedy nie odsunie się ich od władzy, nie uda się już tego zrobić nigdy. Miłość do narodu jako miłość własna jest najwyższym wcieleniem nacjonalistycznej paranoi; jeśli starcza charyzmy, by przekonać naród do tego utożsamienia, urojenie staje się rzeczywistością, reprezentacja zmienia się w przywództwo. Wódz mówi ustami Narodu; już nie rządzi, ale panuje.
Prezes boi się nieznanych wirusów, tymczasem ja lękam się swojskiego wirusa ksenofobii, którego jednym z objawów jest neurotyczne natręctwo czystości. Zarażeni nim szefowie rządów przeobrażają się w wodzów i przewodników, zamiast dyplomacją zajmują się nadzorowaniem czystości etnicznej, wyznaniowej, a nawet moralnej.
PiS, zapowiadając swoje czystki, jawi mi się jako Narodowe Przedsiębiorstwo Oczyszczania.
Mamy teraz w Polsce dwa katolicyzmy – jeden jest religią, drugi wyłącznie agresywną ideologią.
Krucjatowy katolicyzm rodzi się z lęku przed powszechną sekularyzacją Europy Zachodniej; katolicki »beton« wierzy, że tylko dogmatyczność może powstrzymać masowe odejście ludzi od Kościoła, jednocześnie Kościół ma być bastionem broniącym Europę przed utratą tożsamości spowodowaną napływem ludności islamskiej. (…)
Widok głowy państwa, która z gorliwością ministranta uczęszcza na msze i pozwala się fotografować podczas żarliwych modłów, jest dla mnie przykry, ale wierzę, że to kwestia smaku, a nie »obrazy uczuć ateistycznych«. Uważam modlitwę za czynność intymną, podobnie jak miłość fizyczną – a zatem publiczne fotografowanie się w czasie modlitwy jest afiszowaniem się ze swoją intymnością, by nie rzec: uprawianiem religijnej obsceny.
Widok krzyży w miejscach publicznych może być dla ludzi innych wyznań, jak i dla agnostyków równie niemiły jak dla obrońców krzyża »świerszczyki« w witrynach kiosków. Ja jakoś znoszę jedne i drugie. Nie znoszę tylko
hipokryzji, która każe katolickim patriotom, obwieszającym wszystko, co się da, wizerunkiem Jezusa – wszakże urodzonego uchodźcy, miłować bliźniego poprzez zamykanie mu drzwi przed nosem. Tradycją chrześcijańską jest miejsce przy stole wigilijnym dla niespodzianego gościa, wedle polskiej tradycji najwyraźniej to miejsce musi pozostać puste.
Niegdyś walka (zbrojna) o pokój przestała być postrzegana jako oksymoron, teraz katoliccy nacjonaliści nienawidzą w imię miłości. Hejt – obrzydliwy anglicyzm, który w rzeczy samej jest jedyną zarazą obcego pochodzenia zatruwającą Polskę, a przede wszystkim polszczyznę, funkcjonuje jako eufemizm – listek figowy zakrywający słowo jednoznacznie pejoratywne – nienawiść.
Skoro profesjonalnym hejtingiem teraz wygrywa się wybory, skoro tłumne marsze i demonstracje rozwrzeszczanej ciżby są najskuteczniejszą metodą perswazji, skoro politycy czynią z kampanii wyborczej mizdrzostwa Polski (mizdrzą się do tych, którzy najgłośniej krzyczą) – to szykuje nam się w Polsce ochlokracja zamiast demokracji. Nie lud (demos) będzie rządził, ale motłoch (ochlos).
Etos dziennikarski w takim państwie będą wyznaczać dotychczasowi kanapowi frustraci wojujący na Twitterze, którym wyrosły już długie do ziemi sarmackie wąsy mentalne.
»Niepokornymi« bowiem nazywają się zwyczajni chuligani legalizujący dziennikarski bandytyzm i chamstwo pod szyldem aktywnej postawy opozycyjnej. Ziemniakiewicze i Schaboszczaki będą święcili tryumfy w swojej Kartoflandii jako dostojni publicyści.
Boję się o mój kraj, zwłaszcza że wciąż widzę wokół siebie wielu młodych ludzi, którzy gotowi są na nieodpowiedzialny ruch, kierując się chęcią ożywienia sceny politycznej. Jednych porwał wiosną rockman, w iście punkowej wściekłości chcący obalić system, inni dają się omamić trefnisiowi z muchą, wujciowi-wariatuńciowi, który nie chce brać udziału w drętwej kolacji rodzinnej – i, jak w Bergmanowskim arcydziele »Fanny i Aleksander«, uwodzi dziatwę sztuką pierdzenia.
Poniekąd rozumiem tę chęć wykonania politycznego performance’u (…).
Ale czas żartów, moi mili, żwawi rodacy, dobiegnie końca w niedzielę. Oddajmy głosy ważne i poważne. Wybierzmy rząd, nie Wodza. W przeciwnym razie dziarscy naprawiacze świata pod opieką Prezesa urządzą nam wreszcie tę swoją Polskę w ruinie”.

          [Wojciech Kuczok, Przeciw misjonarzom, wyborcza.pl, 23 X 2015].

  

13:32, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
Archiwum
Tagi