~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Wrocław

sobota, 23 kwietnia 2016
1561. Black and White...

Wczoraj nareszcie Wrocław, zakupowo. Książka w Empiku (darmowa, bo z karty 50 zł za ankiety w sieci), cztery T-shirty (dwa najładniejsze, z karczkiem w kwiaty, dzień wcześniej wypatrzone w Internecie, w sklepach już niedostępne – uroki wybierania się do miasta raz na kilka tygodni; będąc z prowincji, wciąż jesteś opóźniony, w każdym względzie), blazer à la kurtka motocyklowa, bielizna, dżinsy. Prócz bieli i błękitów coraz więcej w moim ubieraniu się szarości, czerni. Noszę żałobę – po Ani i Warszawie, uzewnętrzniam monochromatyzmy egzystencji…

Tagi: Wrocław
23:54, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 27 lutego 2016
1549. Kronika wypadków bynajmniej nie miłosnych...

Powrót na Fellow, nie wiem po co. Ostatnia rzecz, na jaką teraz jestem gotów, to spotkanie (jak gdybym kiedykolwiek zresztą był na randce). W pracy, na wejściu, bukiet żonkili; wiosna. W środę mój pierwszy urlop (pracuję 3,5 miesiąca); dziś pociąg do Wrocławia, jak codziennie, ale nie Stadion – Centrum. Na polach żurawi coraz więcej (zimą po kilka, ostatnio naliczyłem aż trzydzieści), na niebie klucze dzikich gęsi; saren dziesiątki, w tym samym miejscu regularnie para lisów. Próbuję kupić dżinsy – z tym zawsze jest najtrudniej; wszystko zbyt wąskie teraz. Przeglądam kilka książek (mam kartę, wartą 50 zł, za wypełnianie ankiet w Internecie, lecz wszystko, co by mogło mnie interesować, nieco droższe), na Placu Solnym już rozchodzi się manifestacja KOD-u. Odnotowuję nowe przejście w ciągu Świdnickiej i bielejące OVO. Wczoraj powrotny pociąg utknął wraz ze mną stację wcześniej (ojciec musiał przyjechać samochodem; od kiedy most jest, to nie problem. Ile jednakże było takich przygód dojazdowych od lat studiów – urok mieszkania w Pierdziszewie), dziś już bez przeszkód, nie licząc zatłoczenia. Nic więcej się nie wydarzyło, kolejne coś – nieprędko…

22:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 03 lutego 2016
1544. Rozdroża i koleiny...

Czasem zbyt duże tempo, nieraz migreny wieczorami (jak dziś, po ośmiu godzinach przed ekranem), zmęczenie dojazdami (bywa się co dzień we Wrocławiu, choć się nie widzi miasta – wokół stadionu brak nawet kiosku z gazetami; dzień jeszcze krótki, idzie się wprost na pociąg – nie to, co czas w stolicy, kiedy po pracy było jeszcze Śródmieście, parki, Wilanów czy Ogród Botaniczny), a jednak można to – jeśli nie lubić, to choć jakoś oswoić. Gdybyż to jeszcze mogło być w Warszawie, czułbym się wręcz spełniony. Lepszej pracy nie znajdę, tym bardziej należy to doceniać. Pięć dni przed końcem mej umowy brak jakichś wyraźnych deklaracji. Są tylko pewne sygnały – dwa razy premia (200 i 250 zł, choć się stażowo nie kwalifikuję) z „oby tak dalej” w mailu; sesja zdjęciowa; żądanie, bym wskazał letni urlop (na szybko wybieram przełom czerwca-lipca). Zarazem zaś przypuszczam, że kogoś zastępuję (chyba jakieś zwolnienie od lekarza, wypadek czy choroba), tak więc zamiast umowy na dwa lata, być może mi zaproponują coś krótszego. Zgodzę się, co mam robić – wreszcie trochę zarabiam (jest jeszcze kilka książek do kupienia, zepsuł mi się aparat z dużym zoomem), mniej jest okazji do irytacji w domu. Innego życia nie ma…

„Ile to lat temu uchyliłem się przed najwyższym posłannictwem? (…) Co odtąd robiłem? Właściwie nic.

A przynajmniej – nic istotnego. Można by powiedzieć, że, w bardzo przyziemnym i ekonomicznym sensie, byłem zajęty przetrwaniem”

[Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

sobota, 19 grudnia 2015
1533. L’Espace du dedans...

Przy wszystkich zastrzeżeniach, niechęci do samej jej istoty, obecna praca wydaje się niemalże idealna – konserwuje moje społeczne ułomności, nie zmusza do kreatywności i rozwoju, pozwala zamknąć się w rutynie mechanicznych działań, odzywać tylko, gdy trzeba konkretnej odpowiedzi: co, gdzie, kiedy. Przejście z peronu do stadionu zajmuje mi 5 minut, większym wysiłkiem jest siedzieć wciąż przy biurku. Nie było mnie na firmowej imprezie przedświątecznej oraz grze miejskiej w ramach integrowania grupy – to, że w dni robocze nie mam ochoty spędzać zimnych wieczorów we Wrocławiu nie było, chyba jasne, głównym powodem rezygnacji. Chociaż odbębnić swoje i wrócić do domu jak najszybciej, to rzeczywiście moje prymarne założenia… Była już pierwsza pensja, więc grudzień jest nadrabianiem zaległości: promocje i zamawianie mnóstwa książek – sam sobie sprawiam wielki prezent pod choinkę; rodzice z tym na ogół źle trafiają, nikt więcej mi go nie da. Skoro nie może być Warszawy, tych kilku osób, na których mi zależy, sensu w przymusie pracy, mieszkania i wolności, to niech me nędzne życie odbywa się chociaż jak najmniejszym kosztem dla psychiki, bez zbędnych kompromisów czy rezygnacji z dziwactw, maleńkich przyjemności, samo-dla-siebie-w-sobie

„Powie mi pan też: »Skoro tak pan nienawidzi biurowego czasu pracy, akt i polis, raportów i protokołów, skarg, zezwoleń i załączników, to czemu nie miał pan na tyle odwagi, żeby rzucić wszystko i żyć naprawdę zgodnie z własną fantazją i pragnieniami, nie tylko nocą, ale także rano, w południe i wieczorem? Dlaczego ponad połowę swego życia złożył pan w ofierze biurokratycznej bestii, która zniewala pana tak samo, jak pańskie anioły i demony?« Stosowne to pytanie – sam je sobie zadawałem po wielekroć – ale takaż jest i moja odpowiedź: »Ponieważ świat fantazji, rozkoszy, pragnień, świat wolny, moja jedyna i ukochana ojczyzna, nie przetrwałby nienaruszony w warunkach niedostatku, biedy, kłopotów finansowych, udręki zadłużenia, ubóstwa. Sny i pragnienia są niejadalne. Moja egzystencja podupadłaby, stając się własną karykaturą«. Nie jestem bohaterem, nie jestem wielkim artystą, brakuje mi geniuszu, nie mógłbym się zatem pocieszać nadzieją, że jakieś moje »dzieło« mnie przeżyje. Moje aspiracje i zdolności ograniczają się (…) do umiejętności odróżnienia w otaczającej mnie gmatwaninie możliwości tego, co kocham, od tego, czego nie znoszę, tego, co upiększa moje życie, od tego, co je szpeci i bruka głupotą, tego, co mnie wprawia w zachwyt, od tego, co mnie załamuje, tego, co napawa mnie rozkoszą, od tego, co zadaje mi cierpienie. Ażeby po prostu móc nieustannie korzystać z owej zdolności dostrzegania sprzeczności, potrzebuję zabezpieczenia ekonomicznego, a to zapewnia mi moje zawodowe zajęcie, skalane kulturą formalności, zabójczy miazmat, (…) który stał się powietrzem, jakim wszyscy oddychamy. By móc zaistnieć, fantazje i pragnienia – moje przynajmniej – wymagają minimum spokoju i pewności. W innym przypadku zwiędłyby i umarły. Jeżeli zamierza pan z tego wnioskować, że moi aniołowie i demony są zakutymi mieszczuchami, będzie pan miał absolutną rację. (…)

Jednak mimo że moje życie to Tantalowe męki, codzienne zmagania moralne pomiędzy biurokratycznym balastem mojej egzystencji a skrytymi w mym jestestwie aniołami i demonami – pan mnie nie pokonał. Nieodmiennie udaje mi się, na przekór temu, co robię od poniedziałku do piątku od ósmej do szóstej po południu, zachować ironię pozwalającą gardzić zajęciem, gardzić sobą za jego wykonywanie, dzięki czemu pozostałe godziny wynagradzają mi to, przynoszą zbawienie, rekompensują straty moralne i uczłowieczają (co w moim przypadku zawsze oznacza izolację od gromady, od stada). (…) Obecnie jestem sam (…) a więc czytam, kontempluję ryciny, przeglądam swoje zeszyty i uzupełniam listami (…), ale przede wszystkim fantazjuję, marzę, buduję lepszą rzeczywistość, oczyszczoną z odpadków i narośli (…) przez które ten świat jest tak mizerny, tak plugawy, że trudno, żebyśmy nie śnili o lepszym. (…)

Wszelako te szczęśliwe chwile nie byłyby możliwe bez ogromnej frustracji, jałowej nudy i gnębiącej mnie rutyny życia rzeczywistego

[Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

wtorek, 08 grudnia 2015
1531. Choć goni nas czas...

Po całym tygodniu sobota też w pociągu, tym razem prywatnie jednak, tak dla siebie. 24. Wrocławskie Targi Dobrych Książek w Centrum Kongresowym Hali Stulecia – czwarta to już (po Galerii BWA Awangarda, Muzeum Architektury i Dworcu Głównym) z odwiedzanych przeze mnie lokalizacji tej imprezy, a zawsze tak samo tam ciasno. Tłum, który zniechęca, nawet wózków z małymi dziećmi było pełno – szybko obiegam wybrane stoiska (traf dziwny: znajduję wszystkie obok siebie – interesują mnie tylko Karakter, Marginesy, Arkady, Więź, Zeszyty Literackie, UJ-ot i Agora; że o PIW-ie zapomniałem, uświadomię sobie dopiero po fakcie), dostrzegam podpisy składających Ziemowita Szczerka, Magdalenę Grzebałkowską, Janusza Majewskiego, a że ceny książek z mojej listy okazały się nie tak atrakcyjne, jak na co dzień w sieci (to zresztą reguła tej imprezy), wychodzę z ledwie jedną, przeznaczoną na prezent dla ojca pod choinkę (album dla mamy przyszedł pocztą w piątek – zresztą, obydwie te pozycje kupiłem w istocie pod siebie). Powrót do centrum w tramwajowym ścisku, chwila w Empiku na Rynku bez przypatrywania się kramom na jarmarku, potem znów Empik w Renomie i cudowne niebo w płomieniach przez okno pociągu. Dom... W niedzielę jedno zbyteczne kliknięcie i nie ma już odwrotu – coś złego stało się z moim edytorem Bloxa – pisanie z zachowaniem układu jak dotychczas (zwłaszcza przy cytowaniu wierszy) mocno się komplikuje. W poniedziałek zaś i dzisiaj zapierdol w pracy przeogromny – nie korzystam nawet z tych pięciominutowych przerw, do których mamy prawo co godzinę. Kolejne pudła listów, dokumentów, zszywki, datownik, oklejanie, podpięcie do systemu; gonienie, żeby jak najwięcej do pory skanowania. A potem peron i zapchany pociąg, te same twarze, te same wsie mijane. Ot, wszystko, co się dzieje – niewiele, a przecież i tak upływają mi te dni jakoś tak niezauważenie, w pędzie, za którym nie ma smakowania życia, bez satysfakcji większej i radości, szybko...

22:01, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 22 listopada 2015
1527. I can’t get no...

  

„Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku” [Julian Tuwim]. Jedzie się w świt pochmurny, wraca, gdy ciemno już, w biurze na oknach grube żaluzje – słońce widuje się tylko w weekendy, na co dzień mglisty księżyc. Długie czekanie na zimnym peronie wśród pustkowia, zapchany z Wrocławia pociąg – przypomina się studencki czas dojazdów, kiedy nie przesłaniało nic odmętów czarnych myśli. Praca niby wprost dla mnie (ćwierćinteligent, co woli być robolem), ale za dużo jej, nie daje się ogarnąć; listy nie mają końca, a tempo jest za szybkie. W dodatku popełniam błędy – ja, tak chorobliwie perfekcyjny. I ludzie wciąż mi obcy… Źle się z tym wszystkim czuję, jestem zmęczony, jest tylko sen i praca. Najgorsza zaś świadomość, że oby jak najdłużej – nie trafi się chyba nic lepszego, na żadnym polu nie daje mi życie satysfakcji…

     

„(…) pewność, jakiej nie da się zapomnieć, że nie ma nigdzie na świecie kobiety, przyjaciela, domu, książki, nawet nałogu, za których sprawą mógłbym poczuć się szczęśliwy”

                     [Juan Carlos Onetti, Krótkie życie. Przeł. T. Murzyńska]. 

   

piątek, 13 listopada 2015
1526. Mouth Wide Shut...

  

Pierwsze dni nie nastrajały zbyt optymistycznie (a i stan około chorobowy nie pomagał), ale może uda się to przeżyć. Umowa o pracę na próbne 3 miesiące, 1 900 zł brutto, wstawanie przed szóstą rano na pociąg do Wrocławia, powierzchnia biurowa na Stadionie, potem czekanie niemal godzinę na powrotny, obiad w domu przed szóstą. Na razie coś w rodzaju taśmy produkcyjnej: wyciąganie listów z kopert (tysiącami!), datowanie, naklejanie kodów, potem dojdzie odpowiednie kierowanie skanów w komputerze. Kancelaria zatrudnia ponad 200 osób – ta skala wciąż przytłacza, wir pracy angażuje w pełni, a moja mizantropia nie pozwala do nikogo się odezwać, zamyka w boksie biurka pośród ołpen spejsu

  

„Trzeba mnie było wyraźniej ostrzec, należało powiedzieć, że odeślą mnie z powrotem między ludzi”

     [John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska].

  

sobota, 07 listopada 2015
1525. Turning Point...

  

Niespodziewany kontakt z miejsca, gdzie byłem na rozmowie kwalifikacyjnej przed miesiącem, a potem napisali, że inny ktoś przyjęty – zastępstwa chyba teraz potrzebują lub może dwóch etatów, czy dalej jestem na to chętny w każdym razie, a jeśli tak, to zaraz wyślą na badania skierowanie. Jadę więc do Wrocławia w dzień następny (przez las dzik biegnie tuż przy torach – nowość, bo zawsze tylko sarny, myszołowy, bywały też żurawie i bażanty, czaple, lisy) do centrum medycyny pracy: krwi pobranie (i znów udało się NIE zemdleć), czekanie w tłumie na badanie okulisty (jak zawsze nie wiem, po kim jestem i biernie patrzę, jak większość wciska się przede mnie), opłata i faktura, trzy godziny. Nie mam już po tym na nic chęci, więc tylko kilka tomów w Dedalusie z serii „Don Kichot i Sancho Pansa” (w tym Zmeškal oraz Bakker, których wydanie odkryłem o dzień wcześniej, podobnie jak trylogię miłość-choroba-śmierć Gardella, która tam jednak niekompletna) i pizza z mamą (co przyjechała później na zakupy) w Sycylii, która zmieniła nieco w międzyczasie wystrój i stała się Włoszczyzną. Chodziłem w płaszczu, ale bez szalika, dzień później przysnąłem popołudniem bez przykrycia, wieczorem zaczęło mnie szczypać w gardle, teraz się zjawia katar – będę chory? A przecież w poniedziałek do pracy trzeba mi – po niemal roku bezrobocia (licząc od stażu, bo w ogóle to dłużej) zostanę inspektorem do spraw korespondencji w kancelarii…

  

„Powstała nowa sytuacja; życie charakteryzuje się długimi okresami nudy, najczęściej jest niezwykle ponure; potem nagle pojawia się jakiś zakręt i ten zakręt okazuje się ostateczny”

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

środa, 07 października 2015
1517. Pergola...

  

      

  

      

  

      

  

czwartek, 17 września 2015
1512. Looking for waiting...

  

Ponownie (por. 1506) wyprawa do Wrocławia w sprawie pracy (znów w upał – ja znowu w czarnej bluzce, długich spodniach. Czemu nie urodziłem się na Malcie, w Hiszpanii, Kalifornii? I jak można zmuszać do roboty między początkiem maja a końcówką września?). Lokalizacja za Dworcem Świebodzkim, musiałem się trochę naszukać w gąszczu baraków, garażyków, na pół rozwalonych hal. Zaproszono mnie jedynie po to, bym zobaczył, jak to wygląda – choć wcześniej już mail z 8 złotymi za godzinę i przepisywaniem danych z kart pacjentów mówił wszystko. Do mnie znów żadnych pytań. Zadzwonią w poniedziałek. Wciąż trzeba tylko czekać…

  

22:52, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 25 sierpnia 2015
1506. Unmasking...

  

W piątek nareszcie jakiś odzew, zapraszają na rozmowę w poniedziałkowe popołudnie. Kancelaria (komornika sądowego, jak później się okaże) w budynku Starej Giełdy przy placu Solnym (we wnętrzu zaskoczy mnie kareta w hallu i bryczka na półpiętrze). Uroki dojeżdżania do Wrocławia z pipidówy – dziesięć minut spotkania oznacza konieczność przebywania sześć godzin poza domem, czekania po przyjeździe i na powrotny pociąg. Oferta krótka: pół etatu, obsługa korespondencji i 800 złotych. Mieli poinformować o decyzji dzisiaj, odzewu jednak brak. CV się spodobało (bo doświadczenie w tym, co wymagane, inicjatywa w tworzeniu bazy danych, państwowe instytucje), ja chyba nie. Pewnie to ten pedalski tembr – wszak nawet mnie odrzuca. Albo przeciwnie – za duże wycofanie, milkliwość i nieśmiałość w każdym geście. Nie dość, że izoluję się od ludzi, to inni też nie chcą mieć ze mną na dłużej do czynienia. Można próbować się kreować na papierze, jednak nadchodzi w końcu ten bolesny moment demaskacji…

  

                    „Natura twoja jest zła Z tym się pogódź

                    Woła przez ciebie głosem który cię przeraża

                    Słowami których zdawało ci się – nie miałeś w sobie

                    Wytryska z ciebie inna niźli o niej mniemasz

                    jak wrzące źródło o zapachu siarki

                    pod którym omdlewają zielone łąki pozoru”

                                                            [Julia Hartwig, Natura twoja].

   

23:15, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
1474. Ogród Japoński...

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

czwartek, 23 kwietnia 2015
1472. Zielono mi...

  

Trzy dni kolejne we Wrocławiu. We wtorek z rodzicami do Magnolii – w ramach imienin funduje mi się elegancką wełnianą marynarkę; szukałem od jakiegoś czasu czarnej, bez połysku, a że przytyłem, od kiedy wróciłem z Warszawy, radykalnie (przez długie lata około 57 kilogramów, zaś teraz 65!, a przecież co dzień ćwiczę), przymierzać trzeba było często bezowocnie. Mama zjada wieczorem za dużo ciasta z makiem i noc oraz poranek ma potem nieco narkotyczne… Wczoraj już samodzielnie, z chętką na zdjęcia w Ogrodzie Botanicznym, choć zieleń w intensywnym słońcu to nie moje standardy. Jacyś dwaj chłopcy nieco egzotycznej urody i z takim też akcentem chcieli mi wręczyć na Świdnickiej róże. Dziś za to do Ogrodu Japońskiego, znów całą naszą trójką, ja pierwszy raz – uroczo, choć wciąż to światło, ludzie… Wrocław i życie mają swoje plusy, rozchodzi się jednak o to, żeby nie przysłoniły nam minusów… ;-)

  

23:08, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 26 marca 2015
1465. There and Back (II)...

 

I znowu do Wrocławia na doczepkę. I tak jak przed trzema tygodniami (por. 1461) – trasy te same (Rynek, Ostrów), wstyd przed wyciąganiem aparatu, sklep jeden i bezowocne przymierzanie: żałosne, jak skromna jest moja garderoba – nie mam ni jednej koszuli, garnituru, wyjściowych spodni, butów czy marynarki; ubieram się casualowo (?), półsportowo z przetartych szmat – do miejsc, gdzie chociażby na rozmowie kwalifikacyjnej obowiązuje jakiś dress code, lękam się nawet zgłaszać. Z zazdrością patrzę na młodych ludzi, jak w prosty (wyrafinowany?) sposób zyskują modny look, podczas gdy ja od wielu lat nie umiem kupić dżinsów, obciąć się u fryzjera…

Remontujący przejście podziemne na Świdnickiej krzyczą mi za plecami „Homo niewiadomo!” – widocznie barwa cytryny na nogawkach to nazbyt wiele jak na otwartość „miasta spotkań”. A może błędnie, nie pierwszy raz już tłumaczenia szukam w ubraniu – podczas gdy to mimika, gest, sposób chodzenia mnie zdradzają (musi być w środku coś, czego sam nie znam; lęk i nieśmiałość paradoksalnie owocują prowokacją). Pizza w „Sycylii”, zwiędłe krokusy i tanie książki z wydawnictwa Czarne. Z pociągu marsz do domu przez zmierzchający park, wskazuję mamie kosa na gałęzi, w ruinach mauzoleum Hoymów śmieje się (pije?) młodzież; przed snem „Zabójca” (Włochy / Francja’1961; reż. Elio Petri) z Mastroiannim. I tyle – może kiedyś, znów, po coś i na chwilę, uda się wyrwać tam, lecz trzeba tutaj wrócić…

  

23:15, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 07 marca 2015
1461. La condition humaine...

   

Wczorajszy wypad mamy do Wrocławia; dołączam się, żeby uniknąć kosztu samodzielnej wycieczki – dopiero tam osobno, innymi drogami, z odmiennym nastawieniem. Przyzwyczajanie się do ludzi na ulicach, przylegających do siebie budynków – miejsca, gdzie mieszkam, nie można nazwać miastem. Wiosna w powietrzu, setki krokusów na trawnikach, chwilami rozpięty płaszcz, młodzież już nie w zimowych butach. Zdjęć kilka, parę śledzonych dotąd w Internecie remontów i nowych inwestycji. Pięćdziesiąt złotych za pięć tomów w Taniej Książce (szaleństwo przy moim braku dochodów, skąpieniu nawet na pociągowy bilet). I wspólna pyszna pizza w „Sycylii” na górze RenomyCoś na kształt przyjemności i beztroski – tych ledwie kilka godzin, po których wraca się do beznadziei swej kondycji

   

Tagi: Wrocław
22:19, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 13 listopada 2014
1441. Nielot...

   

Formuła tego-tu-pisania wyczerpuje się po raz kolejny – choć „raz kolejny”, skoro znów wspomniany, dowodzić mógłby blogowej (wy)trwałości. Brak inspiracji od wyjazdu z Warszawy. Wykorzystuję należne mi dni wolne na chwile we Wrocławiu – ciuchy w galeriach (wełniany płaszcz, nie ciepły i zbyt wąski, lecz po dziesięciu dniach namysłu decyzja, by nie zwracać – taki ładny), detale z aparatem (Rynek i Ostrów, baroki i gotyki, świeczka palona pod ikoną w katedrze greko-katolickiej, gdzie zrekonstruowana kaplica Hochberga). Na co dzień koszmar pseudopracy – siedzę bezczynnie, czasami ksero, podpisy na fakturze, sporządzanie dyplomów, zestawienia w Excelu, ale to wszystko góra kilkadziesiąt minut; farsa, a tak czy owak te osiem godzin męczy. Popołudniami znów nie-do-zwalczenia słabość, „utraty przytomności” (niskie ciśnienie, niedobór jakiegoś hormonu czy cukrzyca?), a mimo to już czwarty miesiąc ćwiczę każdego dnia, chudość uatletyczniam. Komplementują na Kumpello, mnie w głowie tylko Bambi (prześliczny chłopiec, z którym się nie ma już jak spotkać). Tak chciałoby się Poezji i Miłości – a tu samotność, proza życia. Jak Amor na Pegazie – bez łuku, którym by można razić, z sobą wiązać, wraz z koniem na zbyt małych skrzydłach, by wzbić się i ulecieć…

   

      

  

„Co jednostkę twórczą dnia dzisiejszego wyróżnia, to poczucie wyższości nad ludźmi, poczucie, że stoi poza interesami doczesnymi gromady, i przede wszystkim poczucie, że jego instynkty idą na marne, że źródło jego sił stopniowo wysycha – dzieje jednostki twórczej stają się smutną historią zahamowanej woli i źle skierowanych popędów. Stają się dziejami powolnego obsuwania się góry, gdzie woda, nie znajdując innego ujścia, wsiąka w zwały skalne, rozkłada je i rozsadza, rozprzęgając ich wewnętrzną spoistość.

Stąd tęsknota za wyzwoleniem i wybawieniem, tęsknota niebezpieczna, trzepocząca skrzydłami, aby wzlecieć wzwyż i w dal.

Lecz tęsknota owa nosi wyraźną cechę: świadomość beznadziejności, pełną świadomość, że upragniony cel jest urojeniem”

[Stanisław Przybyszewski, Z psychologii jednostki twórczej. Chopin i Nietzsche].

  

sobota, 18 października 2014
1435. Rzeczy nienasycone...

   

Pierwsza od powrotu z Warszawy wizyta (nie liczę wyprawy z rodzicami do ZOO) we Wrocławiu. Pierwsza od 15 miesięcy wypłata (997,40 zł) – pierwsze od bodaj roku więc plany zakupowe; konieczność uzupełnienia garderoby, nadzieje na kurtkę zimową, bez której obywam się już ileś lat. Jak zwykle moje oszołomienie natłokiem towaru, niezdolność wybrania czegokolwiek, niepodobanie się – bo skoro każdy wydatek wyrzeczeniem, to trzeba wybrać dobrze, mam dość bylejakości, kompromisów. W efekcie nic, jedynie wstępne rozeznanie, przypominanie sobie, czym są świątynie konsumpcji. W Empiku realizuję kupon za wielomiesięczne wypełnianie w Internecie ankiet – przybywa mi nowa książka. A wcześniej nadzieja na maleńką rewolucję we fryzjerskim 4 M.E.N. – wrażenie mam, że golą mi boki do skóry, a wyszła ledwie kiepska wersja tego, co od 15 lat. Nie umiem sam się ubrać, nie da się nic zrobić z włosami – trzeba się godzić ze swoją przeciętnością, po paru godzinach opuścić wielki świat, w rodzinny grajdoł wrócić…

  

Tagi: Wrocław
22:35, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 08 września 2013
1293. Un giorno da cicerone...

  

Pogoda dopisuje, lato wciąż trwa, krótkie spodenki cieszą, a Wrocław – tak przecież ubogi w zestawieniu z Warszawą – wciąż przyciąga. Namawiam rodziców na całodniową wycieczkę, służąc za przewodnika, pokazując nieznane. Najpierw ogród Ossolineum (tam kiedyś pierwsze chwile z Anią), następnie uniwersyteckie to-co-w-piątek. Obiad jemy w studenckiej Bazylii, potem Wyspa Słodowa (na kładce mama niemal skręca nogę, kolejne dni będzie utykać) i bulwar Włostowica – patrzymy na statek z napędem łopatkowym. Ogród Papieskiego Wydziału Teologicznego, uliczka Kanonia i Ogród Botaniczny. Wróbelki przysiadają na oparciach foteli, gdy zatrzymujemy się, by ojciec wypił kawę; w płyciznach oczek wodnych wygrzewają się żaby. Przez kręcących się ludzi znów nie udaje mi się zrobić zdjęcia statuy von Eichendorffa. W lodziarni Amorino obok Rynku pijemy truskawkowe musy, potem jeszcze na chwilę do Sephory (mama chce wykorzystać jakiś rabat – wydaje prawie 500 zł, a młody człowiek, co z nią tak grzecznie czeka dostaje próbki najnowszych zapachów męskich od Burberry, Chanel i Hermèsa), no i powrót…

Oprowadzać kogoś, wodzić, opowiadać; pokazywać miejsca swoje, obce zaś drugiej stronie. Jedna z naprawdę niewielu sytuacji, gdy czuję przewagę…

  

21:23, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 06 września 2013
1292. Appetites & Escapades...
    

Podobnie jak za poprzedniego pobytu w rodzinnym domu, wykradam sobie dwa dni pod rząd na Wrocław (por. 1260). Czwartek w Pałacu Królewskim (Muzeum Historyczne ) – ekspozycja 1000 lat Wrocławia (cieszy wielki model ratusza, przykuwa uwagę skarb z Bremy, zachwycają ogromne epitafia patrycjuszy) i międzynarodowa wystawa Rodzina Brueghlów. Arcydzieła malarstwa flamandzkiego (z kolekcji prywatnych). Synowie, wnuki i prawnuki wielkiego Pietera Starszego, choć najbardziej błyszczy Siedem grzechów głównych (1500-1515) Hieronymusa Boscha. Kopie poprzedników i kolejne wersje tych samych scen, pułapki na ptaki i pejzaże górskie, wesela chłopskie i alegorie zmysłów, studia motyli (Jan van Kessel Starszy) i kwiatowe girlandy (Jan Brueghel Młodszy). Precyzja detalu, „dokumentalność” stylu, oszałamiająca żywość barw. Obrazy raczej niewybitne, a przecież ujmujące. Do zapamiętania osobno Martwa natura z owocami, kwiatami i czerwoną papugą (1663) Abrahama Brueghela i Chłopi w tawernie (1655-1660) Davida Teniersa Młodszego.

W piątek kolejny już raz zdjęcia w Auli Leopoldina (napływające kolejne fale cudzoziemskich wycieczek) i pierwszy raz widoki z Wieży Matematycznej – z kustoszem wymieniam uwagi o nowym akcencie w panoramie miasta, przywróconym dwa dni wcześniej hełmie u urszulanek. Nisko zabudowany Wrocław strzela w górę pojedynczymi akcentami gotyku, renesansu i baroku; w ogólnym tym landszafcie zgrzyta jedynie Sky Tower – falliczna pretensja Leszka Czarneckiego do zaznaczenia się w przestrzeni i historii…

  

      

  

      

  

Wzdłuż Odry, bulwarem Dunikowskiego, zerkając z lewej na rysujący się ponad przepływającymi statkami Ostrów Tumski, spieszę na kolejne wystawy do Muzeum Narodowego. Oręż europejski mocno rozczarowuje – eksponaty ciekawe (dwuręczne miecze XVI-wiecznych lancknechtów, misterne toporki-pistolety skałkowe z XVIII w., sztucer z powozu Napoleona zdobyty pod Waterloo), lecz nieliczne, jak na tak wiele sal; historia wojskowości dla początkujących. Już Sztuka w służbie samurajów, choć w jednym zaledwie pomieszczeniu, wypada lepiej, wydaje się bogatsza (misterne zbroje, miecze, wachlarze, tarczowe jelce i rękojeści noży). Zaglądam też na stałą ekspozycję Śląskiej rzeźby kamiennej XII-XVI w. – w pełnofigurowe przedstawienia śpiących książąt na płytach nagrobnych Henryka II Pobożnego i Bolesława III legnicko-brzeskiego oraz w sarkofag Henryka IV Probusa wpatruję się w nieskończoność. Ale najwięcej frajdy sprawia nareszcie pusty, kryty dziedziniec muzeum, przypominający nieco Politechnikę warszawską…

Wracam słonecznym spacerem przez Wzgórze Partyzantów – długie godziny spędzane tam w studenckich latach, samotne ławki, z których podpatrywałem innych, łzawe spojrzenia ponad korony drzew…

Pociąg przystaje stację przed domem, w Księginicach. Okazuje się, że pęka tor (choć mówią: przęsło) na moście kolejowym, co w stanie agonalnym odkąd go pamiętam. Przez następne dwie i pół godziny słucham przekleństw i dylematów pasażerów; konduktor w końcu ogłasza cofanie do Wrocławia. Akurat przyjeżdża mój ojciec: nasz nowy samochód ma zbyt niskie zawieszenie, by wjechać na prom, most w Brzegu Dolnym wciąż w budowie – trzeba jechać przez Lubiąż. Z około 8 kilometrów w linii prostej robi się prawie 50. Słońce o 19.00 bardzo nisko, świeci nam w przednią szybę – chwilami nie widzimy drogi. W Chomiąży czterech chłopców gra w piłkę na podwórku, jeden niedbałym gestem strzepuje sobie pył z nagiego torsu; w Malczycach ruiny ogromnej cegielni – ponoć szedł stamtąd budulec pod warszawski Zamek. Do domu docieram przed 20.00, nie jadłem i nie piłem od 12 godzin – wrażeń jednakże mam przesyt…

   

niedziela, 02 czerwca 2013
1260. D’autres mondes...

   

W wydłużony Bożym Ciałem weekend wycieczka do rodziców, choć głównym celem Wrocław, nadzieja na zdjęcia i spacery (wyrwanie się z katorgi pracowania, oddanie jedynemu, co jeszcze sprawia radość). Wykorzystać to, skoro tak rzadkie i odległe teraz, znów odkryć stare światy. W piątek Aula Leopoldina i Oratorium Marianum, a że zimny i deszczowy ranek ustępuje nagle gorącemu słonecznemu popołudniu, rezygnuję z innych muzealnych planów, byle nie stracić aury i łazić ile wlezie, wzrokiem chłonąć. Cumulusy nad miastem, statki na Odrze, mostek, fontanna, żółw, irysy w rozległym Ogrodzie Botanicznym (gdziem raz od dzieciństwa pierwszy), istna bajka…

  

      

  

                  

  

      

  

Sobota już ponura, mokra, cała w Muzeum Narodowym. Ekspozycja Od Cranacha do Picassa. Kolekcja Santander – ostatnie dni, tłumy szturmują, w hallu przy wejściu chaos: kolejka na wystawę brana za tę do kasy (Do you know how it works? – pyta mnie zagubiony cudzoziemiec). Wspaniały El Greco (Chrystus ukrzyżowany z widokiem Toledo w tle), dwóch świetnych van Dycków, typowy Tintoretto i nieco inny, jednak uroczy Zurbarán (Najświętsza Maria Panna jako śpiąca dziewczynka), bardzo dobry Siedzący rudobrody mężczyzna Pourbusa i dwa portrety Sorolli, zwiewne plażowo-dziecięce obrazki Navarro Llorensa, widoki z zewnątrz i od środka katedry w Sewilli Villaamila, migotliwe Barki na Sekwanie i symbolistyczna Platanowa aleja Rusiñola, błahy Miró i hurtowy Picasso (Popiersie rycerza III) na ostatek… Do tego sala z Dawną modą dziecięcą XVII-XX w. i kilka godzin w galerii sztuki śląskiej XII-XVI w. (obiekty sakralne tego czasu ruszają mnie najbardziej)…

Pociąg w niedzielę nową trasą, z Obornik Śląskich via Poznań – IR pozwala zaoszczędzić dwie godziny w stosunku do TLK, jednak wygoda mniejsza. Na zatłoczonym korytarzu chłopak wciąga do nosa jakiś brązowy proszek zwiniętą w rulon dwudziestozłotówką, w przedziale obok mnie siada szeroka pani, naprzeciw chłopak w Suprach i krótkich spodenkach. W powietrzu zapach potu. O siedemnastej jestem już na miejscu. W Warszawie, znów sam, w domu, wśród moich aniołów i demonów. Już było dobrze, z posmakiem wolności. Trudno uwierzyć, po wszystkich tych rozrywkach, że właśnie stolica oznacza powrót do kieratu…

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi