~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Wrocław

piątek, 06 września 2013
1292. Appetites & Escapades...
    

Podobnie jak za poprzedniego pobytu w rodzinnym domu, wykradam sobie dwa dni pod rząd na Wrocław (por. 1260). Czwartek w Pałacu Królewskim (Muzeum Historyczne ) – ekspozycja 1000 lat Wrocławia (cieszy wielki model ratusza, przykuwa uwagę skarb z Bremy, zachwycają ogromne epitafia patrycjuszy) i międzynarodowa wystawa Rodzina Brueghlów. Arcydzieła malarstwa flamandzkiego (z kolekcji prywatnych). Synowie, wnuki i prawnuki wielkiego Pietera Starszego, choć najbardziej błyszczy Siedem grzechów głównych (1500-1515) Hieronymusa Boscha. Kopie poprzedników i kolejne wersje tych samych scen, pułapki na ptaki i pejzaże górskie, wesela chłopskie i alegorie zmysłów, studia motyli (Jan van Kessel Starszy) i kwiatowe girlandy (Jan Brueghel Młodszy). Precyzja detalu, „dokumentalność” stylu, oszałamiająca żywość barw. Obrazy raczej niewybitne, a przecież ujmujące. Do zapamiętania osobno Martwa natura z owocami, kwiatami i czerwoną papugą (1663) Abrahama Brueghela i Chłopi w tawernie (1655-1660) Davida Teniersa Młodszego.

W piątek kolejny już raz zdjęcia w Auli Leopoldina (napływające kolejne fale cudzoziemskich wycieczek) i pierwszy raz widoki z Wieży Matematycznej – z kustoszem wymieniam uwagi o nowym akcencie w panoramie miasta, przywróconym dwa dni wcześniej hełmie u urszulanek. Nisko zabudowany Wrocław strzela w górę pojedynczymi akcentami gotyku, renesansu i baroku; w ogólnym tym landszafcie zgrzyta jedynie Sky Tower – falliczna pretensja Leszka Czarneckiego do zaznaczenia się w przestrzeni i historii…

  

      

  

      

  

Wzdłuż Odry, bulwarem Dunikowskiego, zerkając z lewej na rysujący się ponad przepływającymi statkami Ostrów Tumski, spieszę na kolejne wystawy do Muzeum Narodowego. Oręż europejski mocno rozczarowuje – eksponaty ciekawe (dwuręczne miecze XVI-wiecznych lancknechtów, misterne toporki-pistolety skałkowe z XVIII w., sztucer z powozu Napoleona zdobyty pod Waterloo), lecz nieliczne, jak na tak wiele sal; historia wojskowości dla początkujących. Już Sztuka w służbie samurajów, choć w jednym zaledwie pomieszczeniu, wypada lepiej, wydaje się bogatsza (misterne zbroje, miecze, wachlarze, tarczowe jelce i rękojeści noży). Zaglądam też na stałą ekspozycję Śląskiej rzeźby kamiennej XII-XVI w. – w pełnofigurowe przedstawienia śpiących książąt na płytach nagrobnych Henryka II Pobożnego i Bolesława III legnicko-brzeskiego oraz w sarkofag Henryka IV Probusa wpatruję się w nieskończoność. Ale najwięcej frajdy sprawia nareszcie pusty, kryty dziedziniec muzeum, przypominający nieco Politechnikę warszawską…

Wracam słonecznym spacerem przez Wzgórze Partyzantów – długie godziny spędzane tam w studenckich latach, samotne ławki, z których podpatrywałem innych, łzawe spojrzenia ponad korony drzew…

Pociąg przystaje stację przed domem, w Księginicach. Okazuje się, że pęka tor (choć mówią: przęsło) na moście kolejowym, co w stanie agonalnym odkąd go pamiętam. Przez następne dwie i pół godziny słucham przekleństw i dylematów pasażerów; konduktor w końcu ogłasza cofanie do Wrocławia. Akurat przyjeżdża mój ojciec: nasz nowy samochód ma zbyt niskie zawieszenie, by wjechać na prom, most w Brzegu Dolnym wciąż w budowie – trzeba jechać przez Lubiąż. Z około 8 kilometrów w linii prostej robi się prawie 50. Słońce o 19.00 bardzo nisko, świeci nam w przednią szybę – chwilami nie widzimy drogi. W Chomiąży czterech chłopców gra w piłkę na podwórku, jeden niedbałym gestem strzepuje sobie pył z nagiego torsu; w Malczycach ruiny ogromnej cegielni – ponoć szedł stamtąd budulec pod warszawski Zamek. Do domu docieram przed 20.00, nie jadłem i nie piłem od 12 godzin – wrażeń jednakże mam przesyt…

   

niedziela, 02 czerwca 2013
1260. D’autres mondes...

   

W wydłużony Bożym Ciałem weekend wycieczka do rodziców, choć głównym celem Wrocław, nadzieja na zdjęcia i spacery (wyrwanie się z katorgi pracowania, oddanie jedynemu, co jeszcze sprawia radość). Wykorzystać to, skoro tak rzadkie i odległe teraz, znów odkryć stare światy. W piątek Aula Leopoldina i Oratorium Marianum, a że zimny i deszczowy ranek ustępuje nagle gorącemu słonecznemu popołudniu, rezygnuję z innych muzealnych planów, byle nie stracić aury i łazić ile wlezie, wzrokiem chłonąć. Cumulusy nad miastem, statki na Odrze, mostek, fontanna, żółw, irysy w rozległym Ogrodzie Botanicznym (gdziem raz od dzieciństwa pierwszy), istna bajka…

  

      

  

                  

  

      

  

Sobota już ponura, mokra, cała w Muzeum Narodowym. Ekspozycja Od Cranacha do Picassa. Kolekcja Santander – ostatnie dni, tłumy szturmują, w hallu przy wejściu chaos: kolejka na wystawę brana za tę do kasy (Do you know how it works? – pyta mnie zagubiony cudzoziemiec). Wspaniały El Greco (Chrystus ukrzyżowany z widokiem Toledo w tle), dwóch świetnych van Dycków, typowy Tintoretto i nieco inny, jednak uroczy Zurbarán (Najświętsza Maria Panna jako śpiąca dziewczynka), bardzo dobry Siedzący rudobrody mężczyzna Pourbusa i dwa portrety Sorolli, zwiewne plażowo-dziecięce obrazki Navarro Llorensa, widoki z zewnątrz i od środka katedry w Sewilli Villaamila, migotliwe Barki na Sekwanie i symbolistyczna Platanowa aleja Rusiñola, błahy Miró i hurtowy Picasso (Popiersie rycerza III) na ostatek… Do tego sala z Dawną modą dziecięcą XVII-XX w. i kilka godzin w galerii sztuki śląskiej XII-XVI w. (obiekty sakralne tego czasu ruszają mnie najbardziej)…

Pociąg w niedzielę nową trasą, z Obornik Śląskich via Poznań – IR pozwala zaoszczędzić dwie godziny w stosunku do TLK, jednak wygoda mniejsza. Na zatłoczonym korytarzu chłopak wciąga do nosa jakiś brązowy proszek zwiniętą w rulon dwudziestozłotówką, w przedziale obok mnie siada szeroka pani, naprzeciw chłopak w Suprach i krótkich spodenkach. W powietrzu zapach potu. O siedemnastej jestem już na miejscu. W Warszawie, znów sam, w domu, wśród moich aniołów i demonów. Już było dobrze, z posmakiem wolności. Trudno uwierzyć, po wszystkich tych rozrywkach, że właśnie stolica oznacza powrót do kieratu…

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 04 listopada 2012
1185. Szkice z podróży na zachód...

  

Dwa pełne dni u rodziców – i dwa w podróży there and back. Nie chciałem, lecz wypadało – nie byłem wszak przed rokiem i na pogrzebie babci. Długie kolejki staczy na Centralnym w środę (choć można bilet szybciej, w Punkcie Obsługi Klienta Intercity – siedząc), a jednak pustki przedziałowe w czwartek – pociąg-widmo. Pan naprzeciwko, obgryzający tłuste kości z mięsa; ja z zapasami „Polityk” sprzed miesięcy – dwa typy w pierwszej klasie.

  

                 „[1952] Snobs i plebs. Pięć liter. I takie samo znaczenie”

                       [Sándor Márai, Dziennik. Przeł. T. Worowska].

 

Dorosły chłopak, ojca całusem witający w Piotrkowie Trybunalskim. Lekka szarówka, spowijająca wciąż niedoszlifowany klejnot – Wrocław Główny; opóźniam nieco dalszą jazdę, żeby się przyjrzeć zmianom tego, co tak znane. A po przyjeździe szybko obiad, błotne brnięcie na cmentarz, śliczny tam modny chłopiec, chłód i ciemność…

W domu, jak zwykle, coś nowego, odkąd pieniądze przestały być problemem. Szafa na wymiar w przedpokoju, gustowny czajnik, lustrzanka ojca – trzeci już raz dziedziczę jego poprzedni sprzęt (Nikon P500); trochę siedzimy razem – niech mama się nacieszy. Piątek, sobota – odpoczynek: tort i książka. Męczy noblista tegoroczny: pierwszy z wydanych dotąd w Polsce dwóch tytułów – bez wartości. Podobnie „Ogród Luizy” (Polska’2007; reż. Maciej Wojtyszko) jeszcze w świąteczny wieczór – dobre intencje, same klisze i zero reżyserii… Spacer na stację, prom przez Odrę, z kontuzji wyleczone kopie wersalskich figur. I łabędzie. Przygnębiający obraz ruder, bloków, kiepskich trzydziestu lat, straconych szans i lęków. Pamiętaj, skąd uciekłeś, od czego nie uwolnisz…

  

         Nigdy nie przychodźcie do miejsca, w którym niegdyś umieraliście”

             [Jurij Andruchowycz, Dwanaście kręgów. Przeł. K. Kotyńska].

 

Dzisiaj już tłumniej na kolei, więcej patrzenia w okno (trudno się skupić na lekturze – sąsiedzi od Lublińca ględzą). Kot w sadzie, bażant w polu i plafon z chmur na niebie. Na jakimś murze „Kocham Cię, Kuleczko” – też Ciebie w myślach tak nazywam. Bezbiletowe Romki (?) w Brzegu na Opolszczyźnie – przekleństwa, wyszarpywany z wagonu wózek z dzieckiem, plucie… W torbie zapas bigosu, więc kilka dni bez głodu. Jutro do pracy… Jestem.

  

sobota, 13 sierpnia 2011
982. Hardcore...

  

To miała być szybka akcja, jednodniowy wypad do tamtego domu po parę rzeczy, dopóki rodzice wciąż jeszcze nad morzem. Nastawiałem się na to przez dwa tygodnie; w środę nareszcie decyzja, w czwartek pobudka o piątej, a i tak spóźnienie na pociąg – bo w podziemiach Centralnego płatności za bilety jedynie gotówką; na stanie w kolejce na górze było już za późno – choć gdybym wiedział, że pociąg odjedzie pięć minut po czasie, zdążyłbym na pewno. W efekcie dwie godziny czekania na dworcu. W domu, po przesiadce we Wrocławiu, byłem dopiero o 18.00. Przez kolejne godziny pakowanie i selekcja książek – co wziąć ze sobą, co przywieźć mają rodzice podczas kolejnej wizyty. Wkładanie, przekładanie i rezygnowanie, nerwy i dylematy, kolejne próby podniesienia bagażu. Pójście spać dopiero o drugiej w nocy…

W piątek przed południem jeszcze fryzjer (starszy pan, obcina wszystkich za 12 zł – najlepszy fachowiec w tym fachu, jakiego spotkałem), potem umycie głowy, ułożenie nowej fryzury i zaraz wyjście z walizką oraz z niemal równie wielką torbą. W nich, poza paroma sweterkami i bluzkami, 22 woluminy (niekoniecznie małego formatu i w miękkich okładkach). Zlany potem docieram resztką sił na lokalną stację, we Wrocławiu (dwa razy kilometrami obchodząc remontowany Dworzec Główny i jego zamknięte tunele, ciągnąc za sobą swój bagaż, klnąc głośno na rozklekotane chodniki) jem obiad i wsiadam w pociąg do Warszawy – przez Częstochowę (na ogół jeżdżę przez Kalisz). I to był dopiero początek…

Naprzeciwko mnie siedzi para licealistów, zatopiona w laptopie, telefonach, iPodzie. Co chwila się całują (przypomina mi się podróż z Anią z Krakowa, gdy chciałem być tak blisko i trzymać ją ciągle za rękę); chłopiec ma grzywę loczków na głowie i bardzo zmysłowy zarys kości twarzy. Po prawej dwie blondynki – w każdym tego słowa znaczeniu; pod oknem chyba Białorusin. Wagon, jak na warunki polskie, luksusowy – trzy (zamiast czterech) miejsca w rzędzie, małe stoliki przy podłokietnikach, ładnie wygięte lustro, nawet rolety w oknach; na korytarzu elektroniczne wyświetlacze podają prędkość jazdy. Za Lublińcem kierownik pociągu informuje nas, że na naszej trasie doszło do katastrofy kolejowej pod Piotrkowem Trybunalskim (jeden zabity i dziesiątki rannych) i możemy mieć ogromne opóźnienie. Półtorej godziny wleczemy się objazdem na wschód, w słynnej Włoszczowej wjeżdżamy na Centralną Magistralę Kolejową, przyspieszamy – po czym stajemy w polu na kilkadziesiąt minut, bo… ekspres przed nami śmiertelnie potrącił człowieka. Zwłoki zajmują oba tory. Na dodatek w naszym pociągu wysiada zasilanie i siedzimy po ciemku. Za oknami też kompletny mrok. Zrezygnowani konduktorzy pozwalają ludziom palić papierosy i zajmować miejsca w pierwszej klasie. Blondynki przenoszą się parę przedziałów dalej do jakichś swawolnych chłopaków, licealiści na wprost mnie wyciągają na fotelach i jeszcze bardziej do siebie przytulają. Do Warszawy Centralnej wjeżdżamy o 23.00 – sto minut po czasie rozkładowym. U siebie w mieszkaniu jestem pół godziny przed północą. Po trupach, ale nareszcie u celu…

  

środa, 25 maja 2011
948. VPC-EB4S1E/WI...

   

Był jeszcze bank (zwiększenie limitów wypłat z bankomatu i przelewów) i misja od mamy w Sephorze (kupić konkretny kosmetyk i uzyskać rabat dla stałej klientki), ale główne zadanie czekało w Sony Center. Najpierw przez pomyłkę pokazywali mi nie to, czego chciałem, potem okazało się, że – wbrew informacji w systemie – to, po co się zjawiłem, jest tylko w wersji czarnej, więc muszą sprowadzić towar z magazynu, co zajęło długie kilkadziesiąt minut. W międzyczasie wybrałem futerał i myszkę, zadałem parę pytań technicznych dwóm spośród czterech chłopców, a w finale jeszcze poprosiłem (skutecznie!) o upust. I wreszcie jest! – bialutki i błyszczący. Dziś instalacja większości programów i załatwienie u dostawcy Internetu łączności ze światem, dzielonej wymiennie przez dwa komputery. Mimo mojego początkowego przerażenia (ratunku! ja nie wiem, jak to ugryźć!) wszystko przebiega już dobrze…

Tak więc do tej Warszawy nie sam będę się przenosił, lecz w towarzystwie zaprzyjaźnionego VAIO…

  

Tagi: Wrocław
20:02, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 16 kwietnia 2011
932. Consummatum est...

   

Powiększająca się dziura w spodniach pod prawym pośladkiem, kolejny raz urwany pasek przy torbie na ramię, pęknięta podeszwa, przez którą stopa chłonie deszczowe kałuże – ktoś jeszcze ma złudzenia co do mojej rzekomej elegancji i schludności?…

Wyprawa na zakupy zatem – cały dzień w czterech galeriach handlowych, przed lustrami, w przymierzalniach, na kolejnych piętrach; tracenie orientacji – skąd się przyszło, gdzie już weszło, co mierzyło. Szukanie, porównywanie, odrzucanie. Wszystko za duże, za brzydkie, za drogie. Przyglądanie się innym – skąd ludzie biorą te ubrania, w których sklepach można takie dostać? Pięty zdarte do krwi, zagłodzony żołądek, kupione jakieś tanie czarne buty zamiast białych. Dżinsów żadnych, obejrzanych dość pobieżnie parę komputerów, apetyt na jeden kapelusz. Numer telefonu i oferta „zrobię laskę” wydrapane na drzwiach toalety w Arkadach. Hasło „pedał” usłyszane za plecami na schodach ruchomych, gdy ja w górę, grupa zaś młodych chłopców na dół. Mnóstwo krótkich spodenek na słonecznych ulicach, męskich nóżek...

Nikt mi dzisiaj wieczorem nie wmówi, że dzień się nie udał…

   

„(…) smakowałem czasami przyjemności konsumpcji, którymi nasza epoka przewyższa wszystkie poprzednie. Można w nieskończoność sprzeczać się, czy ludzie byli, czy też nie byli bardziej szczęśliwi w ubiegłych stuleciach; można komentować zanik praktyk religijnych i uczuć miłosnych, dyskutować wady i zalety tej sytuacji; przywołać narodziny demokracji, utratę poczucia sacrum, rozpad więzi społecznych. (…) Można nawet podać w wątpliwość postęp technologiczny i naukowy, odnosić na przykład wrażenie, że ceną za udoskonalenie technik medycznych był wzrost kontroli społecznej i całkowity spadek radości życia. Tyle tylko, że jeśli chodzi o konsumpcję, wyższość XX stulecia była nie do podważenia: nic, w żadnej innej cywilizacji, w żadnej innej epoce, nie mogło się równać z jaskrawą doskonałością współczesnego centrum handlowego funkcjonującego pełną parą”

            [Michel Houellebecq, Możliwość wyspy. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

sobota, 12 lutego 2011
905. A Painting by Spring...

  

Grupka pięciu, sześciu gili baraszkuje na przydrożnych drzewach. Widzę je na żywo bodajże pierwszy raz w życiu – ilustracje sprzed lat, zdjęcia w książkach zatarły się w mej pamięci już na tyle, że nazwa Pyrrhula zdążyła zrodzić jakieś inne, większe nieco, bardziej toporne wyobrażenia. Ale że ja lubię wszelkie wróblowate, bardzo miło było się przekonać, że są właśnie takie. Przelatują mi szybko nad głową, wiercą się, po kolei skaczą po gałęziach. Czerwone koraliki nanizane na jesienny las u zmierzchu zimy. Zaś dziesiątki, setki srok przy torach jak kadry z Hitchcocka…

A we Wrocławiu całkowita bezradność w sklepie, gdy chcę wstępnie przyjrzeć się laptopom (jak tu wybrać coś, o czym pojęcie żadne?), bezowocne szukanie jakiejś torby na ramię, bo w obecnej, ośmioletniej właśnie po raz trzeci pasek się oderwał; zapominam też zajrzeć do Banku, bo wciąż mają stary numer poprzedniego, jeszcze książeczkowego dowodu. Ale za to słońce, lekko podbite fioletem paski chmur u linii horyzontu, błękit nieba – prawdziwie już dzisiaj wiosenne (choć powietrze lute, mroźno niemożebnie). Po raz pierwszy na Malarskiej i na Jatkach; strzelam zdjęcia i zadzieram głowę – nie wracam z pustymi rękoma…

  

      

  

      

  

      

  

sobota, 29 stycznia 2011
899. Lifesleeper...

  

Jeszcze wczoraj planowałem na dziś do Wrocławia. Po tym, jak nie udało się umówić do fryzjera, liczyłem przynajmniej na prognozowane słońce i zdjęcia kamienic. A tymczasem mgła, szarość, mlekowate niebo, kiepskie światło. Piętnaście złotych (na pociąg) za niesatysfakcjonujący spacer to zbyt drogo (im więcej odkładam w imię tegorocznej przeprowadzki, tym mniej mam na bieżące drobne sprawy). Ale to post factum są wymówki. Rezygnuję już przed świtem po kolejnej z przemęczonych nocy – nie mam siły działać, podnieść się i ruszać. I już co dzień tak – godziny leżenia, ignorowanie biegnącego czasu, uparte spóźnianie, świadomość, że to donikąd, że można by (i chciało się) tak w nieskończoność

  

„Z przerażającą regularnością budzę się o szóstej i niekiedy mogę jeszcze zobaczyć, jak sekundnik mojego zegarka dobiega dwunastki i tworzy prostą, którą czasami określam jako jedyną prawdziwą prostą w moim życiu”

                   [Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

  

środa, 22 grudnia 2010
882. This Is A Man’s World (I)...

  

O tym, że następnego dnia zamierzam wziąć wolne, informuję kierownika zawsze mailem tuż przed wyjściem z pracy. Nie czekam też na jego odpowiedź z akceptacją – nie pytam przecież, a on się nie może nie zgodzić…

Wczoraj około południa śnieg zaczyna sypać gęstymi, wielkimi płatami, a Wrocław wygląda wręcz nieziemsko. Widoczne tylko drzewa przy chodnikach, niejasne zarysy kamienic, zniknęły blokowiska, ludzie na biało oblepieni – niczym chodzące bałwany. A ja pod parasolem, szeroko roześmiany – nie ma przebacz!

W księgarni album Art déco 1910-1939 – nadzwyczaj ładna rzecz, lecz cena niczym Chrysler Building. W Empiku obsługuje taki fajny jeden – ucieka, jak się dopcham już do obsługiwanej przezeń kasy…

Fryzjer coś zamiast kwadransa grzebie się kilkadziesiąt minut. Pewnie coś spieprzył – zaczynam się bać – i nieporadnie naprawia (bez okularów na nosie za każdym razem zdawać się muszę na końcowy efekt). A jednak tradycyjnie chwyta mnie na fotelu dziwna błogość, senność i ukojenie, niemal rozkosz. Palce we włosach, dłonie na karku, obroty głowy – jedyne mi dostępne z męskich pieszczot. I pewnie też dlatego żadnych innych, że żadnych dotychczas – jaki byś nie był, Twój brak doświadczeń Cię dyskwalifikuje…

  

                              He’s lost in the wilderness

                              He’s lost in the bitterness

                              He’s lost...

                                                   [James Brown].

  

20:23, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 28 listopada 2010
872. "Less is more" (Ludwig Mies van der Rohe)...

  

Być może ostatni taki suchy, w miarę słoneczny dzień – wykorzystuję okazję, uciekam tam, gdzie zawsze. Plan napięty, trasa obmyślona, obiektyw kierowany wyłącznie na z góry wybrane obiekty. Wędrówka śladami modernizmu i ekspresjonizmu drugiej połowy lat dwudziestych: geniusz Ericha Mendelsohna, Hansa Poelziga, Maxa Berga – cegła i żelazobeton, akcent na horyzontalizm, cofnięte górne piętra, obłe naroża, ciągi okien… Jakie to w swej prostocie maksymalnej doskonałe…

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

   

      

   

niedziela, 21 listopada 2010
869. Photo addict...

  

Jesienny Wrocław, wyprawa przede wszystkim zdjęciowa – nabrzeża (Tamka) do tej pory nieschodzone, kanały, śluzy i mostki, nowe widoki, nieznane ujęcia, długie krążenie nawami Marii Magdaleny, mozolne wspinanie się na wieżę i panorama z Mostku Pokutnic. Hobby, które zamienia się w nałóg, lekarstwo na tygodnie powszedniości…

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

sobota, 23 października 2010
857. Płomienie...

   

Ciągłe ataki szału, kolejne błędy popełniane w pracy, coraz dziwniejsze moje zachowania. I jeszcze ona – dyrygująca wszystkim, rozstawiająca po kątach jak przedmiot… Wychodzę, wracam, bo zapomniałem aparatu i nie mam odwagi wziąć go na jej oczach. Lęki, paraliżujące zawstydzenie, narastający obłęd… Spędzam najdłuższy dzień wrocławski na zakupach, do upadłego, do wieczora krążę po sklepach, po ulicach (i nawet do Magnolii na piechotę) – byle nie wracać tylko, byle ten jeden dzień – nie w domu. Który niech diabli, niech ognie piekielne…

 

Niesamowity jest ten efekt, kiedy pożółkłą połać drzew rozświetla słońce – brzozy jak na rosyjskich filmach. Wrzosy porastające nasyp kolejowy, wiszące nad polami myszołowy. Czerwone liście bluszczu liżą ściany niczym języki ognia… W ten moment tuż przed śmiercią, snem zimowym, natura eksploduje pełną krasą…

  

Nareszcie mam pseudoskórzaną czarną kurtkę. Za to kolejny rok, próbując kupić buty, muszę przekonać się, że mam niemęski rozmiar. Fizyczność skazuje na samotność i na marznące stopy. Choć nie – sprawiono mi dziś bez pytania dwa obrzydliwe trepy. Już ona dopilnuje, bym je nosił...

  

22:03, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 03 października 2010
849. Filary...

 

Poranna mgła spowija lasy, łąki. Słońce próbuje przebić się przez chmury, z mlecznej białości wyłaniają pojedyncze drzewa – fundament wzruszający krajobrazu Polski. Pociąg nadaje myślom rytm; gdzieś z tyłu szum w przedziałach, ludzie śpiący; wąski korytarz – cisza na nim, jasność, ta jego (pomiędzy oknami a szklanymi drzwiami) przezroczystość. Lata spędzone w taki sposób – już nie tu, a jeszcze nie u celu, i w owych latach te właśnie momenty – ulubione…

Zakupy szykujące mnie do zimy nie wychodzą – niewymiarowy jestem, mały i chorobliwie chudy, zbyt wybredny. Szczęśliwie mam aparat; robi się z zaplanowanej tej wyprawy luźny spacer. Mijane pary i wystrojeni, dopieszczeni w każdym calu ładni chłopcy – wzruszenie, złość na siebie, zazdrość; gasnące pożądanie. Dopiero potęga gotyku i splendor baroku dają oparcie łzom, przynoszą ukojenie…

  

      

  

      

    

                  

   

      

  

      

  

sobota, 21 sierpnia 2010
831. A Moment’s Liberty...

 

Nowa fryzjerka głośno się zachwyca grubością i gęstością moich włosów – mówi, że powinienem być modelem. Ach, gdyby mi zrobił ktoś porządne zdjęcia i je rozesłał gdzieś – piętnaście lub dziesięć lat temu…

A potem chodzę w słońcu rozpalonymi ulicami – może ostatnia taka rozkosz tego roku. Nic nie kupuję, nawet zaplanowanej książki o architekturze i sztuce Wenecji. W Empiku strona po stronie przeglądam „Art Pride. Gay Art From Poland”, ale poza rysunkiem „Pedały” Karola Radziszewskiego i obrazem „For Such Thing As Love” Adama Adacha nic nie przykuwa na dłużej mej uwagi, nic się w zasadzie nie podoba; nadzwyczaj ciekawy i pouczający wydaje się natomiast wstęp Pawła Leszkowicza – chciałbym go kiedyś na spokojnie przestudiować. A jeszcze bardziej obejrzeć katalog z wystawy „Ars Homo Erotica” w warszawskim Narodowym, co jednak poza stolicą trudniejsze…

Na dachu Renomy wysypano małą plażę i ustawiono leżaki – naprawdę kusi mnie, by zdjąć koszulkę i się wyciągnąć na jakieś pół godziny, przed odjazdem. Ale rozbieram się dopiero – okrężną drogą, poprzez działki – wracając z pociągu. I nic, że wchodząc w zakręt, natykam się na mamę – skoro mam odważniejszy, bardziej swobodny teraz być, rodzicom zwłaszcza muszę się nauczyć stawiać czoła…

 

Czasami się wydaje to żałosne – ten comiesięczny wypad do Wrocławia, te same miejsca ciągle: fryzjer, cztery sklepiki z ubraniami, trzy księgarnie. Ale po chwili zaraz myśl, że to potrzebne bardzo, dużo daje, mocno cieszy. Że nie zamierzam, ba! – nie mogę z tego rezygnować…

  

sobota, 17 lipca 2010
812. Body Heat...

  

Może nienajlepszy był to pomysł – w taki upał, po raz drugi w tym miesiącu jechać do Wrocławia. Choć nie o pogodę poszło – z nieba żar rozpala mnie do tego stopnia, że dziś nawet rozebrany mógłbym paradować w tłumie po Warszawie. Ale byłem tu i teraz, a tu nie szło, nic nie wychodziło…

Nadwerężam rękę, pomagając jakiejś babci jej walizkę wtaszczyć do pociągu. Fryzjer mnie kasuje za obcięcie, lecz że krócej – na głowie nie widać. Potem Rynek, Empik, przewodniki po Niemczech kartkuję, lecz za drogie, zbyt ogólne przy tym i dla paru stron z miastami, które nawiedzić zamierzam – nie kupię. A. prosiła mnie o azjatyckim kinie nowość, lecz tej książki także nigdzie nie ma. Buty męskie (wymarzyłem sobie letnie białe tenisówki, pantofelki) zaczynają się o numer wyżej od mojego. W MediaMarkt za duża oferta słuchawek – konsultanci obok ze mnie śmieją się, coś o EuroPride wzmiankują, szybko zatem się oddalam stamtąd (może to te nogi moje odsłonięte, dwa tygodnie temu ogolone, wciąż ledwie drobnymi włoskami pokryte?). Parę ślicznych twarzy chłopców w sklepach, na ulicach – z dziewczynami wszyscy albo też nieletni; jeden taki mnie w H&M-ie obsługiwał – słodki, fajny, z piegami na nosie! Wzrok mój zatrzymuje się na każdej męskiej łydce – bardziej męczy dziś pragnienie czy też żądza? W pociągu jak w saunie, parówka – chłonę każdy powiew, stojąc między siedzeniami. Droga zaś do domu – ucieczka przed burzą; deszcz zaczyna padać zaraz po mym przyjściu…

Wykończony, mokry i rozczarowany – lepsze to niż siedzieć z nimi kolejną sobotę…

  

sobota, 03 lipca 2010
805. Something about the sunshine...

  

Przywitanie pod Fredrą i posiedzenie w Graciarni – urocza grzywka wyrosła T. w tej Warszawie. Miło jak zawsze i wreszcie jest z kim pogadać – nawet o piłce: wszak poświęcamy dla spotkania mecz Argentyna-Niemcy. Potem, w pociągu siedzi naprzeciwko mały kotek; pod oknem na lewo panowie rozlewają wódkę. Gorąco wciąż, drzwi między wagonami rozsunięte – ulokowany na końcu widzę przejścia wszystkie między siedzeniami, buty, klapki i łydki obnażone mnóstwa chłopców. Żałuję wielce, że się nie wybrałem w krótkich spodniach – druga ledwie taka dla mnie szansa w tym rozpalonym, bezwakacyjnym roku…

  

Tagi: homo Wrocław
22:02, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 02 lipca 2010
804. Charging batteries...

  

W pracy stażysta-kretyn, co go przerasta nawet adresowanie kopert; kiedy do domu wrócę, też szlag musi mnie trafiać już na progu. Czy jestem tu czy tam, nie czyni mi różnicy – gniew, wściekłość, płacz, wkurwienie, irytacja idą za mną. Żeby tak gdzieś wychodząc, móc symbolicznie drzwi zamykać, zostawiać gdzieś te wszystkie niepokoje, wiedzieć, że odtąd czas relaksu, odpocznienia. Lecz nie, tylko ulica, rozpalona żarem, daje – o paradoksie! – wytchnąć. Na domiar przed niedzielną drugą turą wielki strach, migrena wraca, konto prawie puste… Trzeba mi wyrwać się na chwilę, ukoić i zapomnieć. Dlatego jutro Wrocław, spotkanie z rok niewidzianym T. – dawka energii, radości, witamin…

  

piątek, 28 maja 2010
788. Obwoźne sado-maso...

  

W każdym miesiącu liczy się wyłącznie ten jeden wyjazdowy dzień. Na nic innego nie czekam…

Wielkie wrażenie robi tym razem przejazd naszym mostem kolejowym – widok oglądany dotąd setki razy zdumiewa dziś ogromnie, zaskakuje: rzeka rozpościera się od wału do wału, szeroko jak nigdy jeszcze nie widziałem. A przecież było ponoć jeszcze gorzej, bardziej, więcej… Żurawie brodzą na podmokłych łąkach; uśmiecham się, wychylam i wyglądam…

Jakaś słabość chwyta mnie na fotelu u fryzjera, z trudem nie daję nic po sobie poznać. Kupuję ostatnio wydanego Coetzee’go (mój dwunasty już) i grubą, choć małą książeczkę o sztuce ukochanej Florencji. Przeglądam album o Boschu i Kino nieme – pierwszy z czterech tomów świetnie zapowiadającej się historii kinematografii. Natrafiam też nareszcie, po kilkunastu miesiącach, na TEN, tragikomiksowy tytuł – kartkuję długo, wracając wciąż do redakcyjnej stopki, gdzie te trzy, ICH, znane osobiście mi nazwiska. I ta myśl okropna, że ja przecież też bym chciał, że pewnie zrobiłbym to równie dobrze (z tą swoją cholerną precyzją, cyzelowaniem wszystkiego, sprawdzaniem, szukaniem po słownikach, znajomością tytułów i cytatów), że to powinno być moje, kurwa, życie!...

Młodzi ludzie na ulicach. To też się robi coraz boleśniejsze. Trudno jednak z tego zrezygnować. Do zobaczenia, Wrocławiu, za miesiąc!...

  

piątek, 23 kwietnia 2010
773. Gifts and Benefits...

  

Pierwszy raz od końca stycznia urlopowo – jak co miesiąc, tradycyjnie, we Wrocławiu, u fryzjera i w księgarniach, spacerowo. Chłodny wiatr, chustka na szyi, tubylcy plażowo. Dzień Światowy Książki dzisiaj, 3 za 2 w Empikach: spędzam godzin kilka w dwóch (każdy dwukrotnie) zwiedzonych, z listą wcześniej sporządzoną, przemyślaną. Szykowałem się na trzy Beevora (Stalingrad, Berlin, Hiszpania), znów nie mogłem Chwina Samobójstwa… i Boguckiej Kultury… namierzyć, zaczytałem się w Gombrichu, szukałem Tazbira, a wyszedłem z Shalev, Sebaldem, Jelinek. W międzyczasie jeszcze szary T-shirt z białym wzorem i najwęższe w życiu, pełne wątpliwości spodnie. Po dziesięciu godzinach na nogach wreszcie w domu, patrzę na sprawione sobie dwa dni po imieninach prezenty…

  

Chyba jednak coś zamówię jeszcze przez Internet – to ostatni (oby!) rok, gdy mi fiskus zwraca wszystkie pobrane zaliczki. Tak to, zarabiając poniżej minimum, od trzech lat w ogóle nie płacę podatków…

  

poniedziałek, 22 marca 2010
760. List-less...

  

Inaczej jakoś, więcej coś niż o jałowych dniach i jałowymi słowy – potrafić, chcieć, zrealizować umieć. Bo cóż, że znów w sobotę dwa pociągi, i Wrocław, fryzjer, pierwszy mój różowy T-shirt. Że rabat znów wysoki, gdzie ostatnio – więc Iwaszkiewicz drugi, więc Nabokov, Roth najnowszy, Grossman. Że rozśpiewane Cienie zapomnianych przodków w telewizji. Że czyjeś oczy, buty, kurtka, torba, uczesanie… Ta comiesięczna wyliczanka, to od do sobie ciągłe wyznaczanie. Czekanie wciąż, rosnące wciąż zmęczenie. I do pisania niechęć, koszmaru codzienności słowem nie-obejmowalność...

  

1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi