~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Wrocław

sobota, 20 lutego 2010
747. Keep smiling...

  

Z najmniejszą obserwacją, powstałą pod jej wpływem emocją, przychodzi gotowe już zdanie – gromadzące się przez cały dzień słowa, które wystarczy tylko zebrać i zapisać. Wystarczy patrzeć i przeżywać…

  

Niezmierzona biel za oknami pociągu i z determinacją kopiące w śniegu sarenki; brzydota tonącego w czarnych roztopach Wrocławia; przyjemne, senne ciepło na fryzjerskim fotelu; ogromne stada kaczuszek na brzegach staromiejskiej fosy (jak mogłem nie wziąć aparatu?); 25% rabatu na wszystko (!) w ulubionej księgarni dzieciństwa (gdzie trudny wybór z pożądanych tytułów i jeden nabytek: Tragedia narodu Figesa), niezaspokojona chęć przejrzenia w Empiku ostatniego (Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni) Chwina, za to pierwsze spotkanie z HomoWarszawą i nawet niebo o zachodzie też fioletowo-różowe…

 

Udany dzień, ciągły uśmiech. I tak już trzeci tydzień. Może to jakaś nerwowa reakcja na dramat sprzed miesiąca, może skutek uboczny niedającego się wyleczyć przeziębienia, ale podoba mi się i chcę jeszcze…

     

poniedziałek, 18 stycznia 2010
732. In-ex-ternal...

  

Wczoraj na niedzielny obiad lekka zupa, potem przez godzin trzydzieści już nic, bo dziś we Wrocławiu to badanie, które – dla większego melodramatyzmu – sam przed sobą nazywać zacząłem zabiegiem. Na dworze wilgotno, śniegowo; dużo wody piję, by oszukać głód. Bałem się słabości, ale wytrzymuję nieźle – szkołą było niejedzenie w czasach studiów. Rozpalony pociąg, za oknami biel, nakrapiana sarenkami, żurawiami, bażantami. Błoto pośniegowe na ulicach – ciężarówka ochlapuje mi spodnie i buty, i płaszczyk. Otrzepuję się, nie widać prawie, koniec nerwów... Znowu książki przyciągają wzrok – Korzenie totalitaryzmu w Empiku, w Taniej Książce Zmysł porządku Gombricha, lecz plan na dziś (i na ten miesiąc) jedynie poezje Rilkego dopuszcza. Myśl uparta, gdzie są inni (J. w Londynie, we Flensburgu A., w Warszawie T.), gdzie mnie nie ma. I że nawet tu się zjawiam ledwie raz na miesiąc, wcale zresztą nie dla przyjemności…

Tramwaj na Plac Strzegomski, rejestracja ponowna, korytarze sterylne, gabinety… Lekarz mnie poznaje, zaczynamy… Dziwne tak – zobaczyć na ekranie to, co w środku siebie. Będę się brzydził popatrzeć, sądziłem, a przecież to nawet ciekawe. Wszystko tam ponoć w porządku, z tej strony nic mi nie grozi. Ale to zewnętrzem się zamartwiam, tym krępuję – gdyby kiedyś miało dojść do tak chcianego. Pytam z lękiem, drżącym głosem – czy coś da się zrobić z tym, czy zniknie. Słyszę wyrok, że tak musi być, zostanie. Czyli że się nigdy nie przełamię, nie odważę, bojąc się reakcji swych partnerów – których nie ma przecież, i nie było, pewnie też nie będzie… Anatomia jest jak wychowanie, otoczenie, Polska, mama – walczy, bym nie został gejem. Wszystko się sprzysięgło przeciw temu, od początku…

  

21:58, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 23 grudnia 2009
721. "Now, Voyager"...

  

Wolne dni i godziny zajmują ostatnio wizyty u kolejnych lekarzy – czterech w przeciągu tylko ostatniego tygodnia. A to wstydliwe wyznania przed specja-listami, a to starania o samo jedynie skierowanie: dopiero przy trzecim podejściu się udaje. Dziś zaś nawet pojechać do Wrocławia trzeba było, żeby się zapisać na za miesiąc – osobiście, bo przez telefon nie ma możliwości

Od jutra na śniadanie po pięć tabletek plus w zapasie jedna, gdybym kiedyś wypróbować chciał swą gotowość do zaznania dłuższej przyjemności. Ćwierć tysiąca złotych na to wszystko poszło. Nie stać mnie na luksus chorowania…

  

Pociąg do Wrocławia opóźnia się o godzinę – widocznie mżawka przeszkodziła. Tanie Linie Kolejowe droższe o dziewięćdziesiąt procent od przewozów regionalnych przy tym samym czasie jazdy. Przekleństwa ludzi na dworcu, na próżno spieszących do pracy, bezradna pani przy kasie.

Ja z nosem przy oknie. Patrzę na nagie drzewa z plątaniną gałęzi nie do ogarnięcia. Naturalizm przechodzący w abstrakcję…

  

Pomysł, że w Empiku w Renomie – największym rzekomo na zachód od Warszawy – odnajdę w końcu tę książkę, okazał się proroczy. Kartkuję więc strona po stronie, oglądam zdjęcia, reprodukcje. Ładne, ciekawe, przydatne. Chciałbym chyba mieć, przestudiować to, o czym wciąż nie mam żadnej prawie wiedzy. Ale nie wolno takich rzeczy trzymać w domu. Musiałbym się najpierw wyprowadzić…

  

Kurtka chłopca, siedzącego za mną w pociągu, oprawki okularów i nos tego, który idzie przede mną, kilkakrotny przebłysk kogoś w mej pamięci. Jutro te straszne święta. Dyżur samotny mam w Wigilię w pracy. Tak jakby kiedykolwiek istniało coś innego niż samotność…

  

wtorek, 15 grudnia 2009
717. Associatio...

 

W pracy dziś świętują wigilijnie, ale ja nie jestem z nimi. I specjalnie tak to urządziłem…

Wystawa na wrocławskim Dworcu Głównym o wiadukcie kolejowym w Bolesławcu przypomina mi, że On gdzieś właśnie stamtąd. Uśmiech zatem. Potem monolog w wyobraźni do Niej, że choinkę na Rynku znów mamy w Polsce najładniejszą. I znów radość. Lecz poza tym szaro, smutno, samo. Skrócenie się u fryzjera o centymetr, walka ze skrępowaniem u lekarza, tradycyjnie bezowocne wypatrywanie trzech branżowych książek w Empiku i Trafficu, które choćby pooglądać chciałoby się, zetknięcie z byłą swoją studentką za ladą w Dedalusie. I dziesiątki razy zachwyt młodymi ludźmi na ulicach. Ich naturalną swobodą, własnym stylem lub nieświadomością stylu – gdy ja jedynie półśrodki, braki, kompromisy... Te chłopięce twarze, to pragnienie przemożne, to wspomnienie w tle gdzieś, w tyle głowy…

A już w domu histeryczny płacz – i wrażenie, że się zawsze tak wypady owe kończą. Rady nie ma, póki będziesz wracać…

  

23:06, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 25 października 2009
693. "I hope some day you’ll join us"...

  

Wczoraj Wrocław – delikatna mżawka na ulicach – fryzjer – marynarka z pagonami – dwie pary cienkich rękawiczek – regał z poezją w Empiku – i coś jeszcze, czego nie zrobiłem, zdjęty w ostatniej chwili strachem przed konsekwencjami. A tak chciałem to poczuć i zobaczyć innych, przekonać się, że jest ich więcej niż kilku...

  

Przeogromny strach rodziców przed wytykaniem ich palcami z powodu ich syna. I gotowość, by za wszelką cenę do tego nie dopuścić… Pomyśleć tylko, że inni nawet z tej strony mogą liczyć na wsparcie, pomoc, akceptację (sam znam paru takich). I to takie oczywiste, że dziecko kocha się za to, jakie jest, a nie, jakie być powinno. I że ma być szczęśliwe. A to tutaj nie jest... Będzie się musiało jeszcze bardziej ukrywać…

   

sobota, 10 października 2009
686. Pasaże i parasole...

  

Wczoraj pierwsza od trzynastu miesięcy wypłata, a już dziś Wrocław po czterotygodniowej przerwie. Do dyspozycji trzy i pół godziny oraz siedemset złotych. A zatem budowa stadionu na Euro’2012 widziana z okna pociągu, odwiedziny w świątyniach konsumpcji, bezowocne przymierzanie płaszczyków i marynarek (choć po jedną chyba jednak trzeba będzie jeszcze wrócić), zakupy i okazje w nowym Centrum Taniej Książki, przeglądanie w Empiku zbiorczego tomu poezji Andrzeja Sosnowskiego (o którym, do tej pory, nic – podobnie jak wciąż o tegorocznym laureacie Nike), szybki marsz deszczowymi ścieżkami, i myśli smutne, płaczliwe, samotne: że się innych krzywdzi i rozczarowuje, że się na kpiny i niezrozumienie siebie samego wystawia…

  

niedziela, 13 września 2009
673. Celebration - czyli „She’s The One”...

  

Podwójnie urodzinowe spotkanie z Anią we Wrocławiu. Zbyt krótko, ale za to intensywnie: wyszukany obiad w naleśnikarni Pastelowej, przeglądanie zdjęć z dzieciństwa w herbaciarni K2, posiedzenie w Empiku w Renomie, śmianie się, gadanie, trzymanie za rękę na ulicach, obopólny pocałunek w policzek przy rozstaniu – moje kolejne pierwsze razy… Nasze pociągi odjeżdżają w ciągu kilku minut z tego samego peronu, lecz w przeciwnych kierunkach. Spotkają się jeszcze nieraz…

Tęsknię, czekam, uśmiecham się…

  

„Świadomość, że istnieje ktoś, kto nas bez względu na konieczne ofiary nie zostawi samych, czyni życie bardziej stabilnym i rozwija w człowieku poczucie solidarności”

          [Slobodan Selenić, Zabójstwo z premedytacją. Przeł. M. Petryńska].

  

środa, 20 maja 2009
619. O tym, że "lack of money is the root of all evil"...

  

Po raz pierwszy od ponad miesiąca, od powrotu stamtąd Wrocław. Ta sama co ostatnio fryzjerka, tylko bardziej. Penetrowanie przebudowanej wewnątrz nie do poznania i rozbudowanej Renomy − od toalet po dalekosiężne widoki na miasto z dachu. Ładnie, elegancko, drogo. Wymarzone białe trampki na pożegnanie z kupowaniem ubrań. Długie chwile w ponoć drugim największym w Polsce Empiku, gdzie też odkrycie, że właśnie wydano na DVD Andrieja Rublowa Tarkowskiego (a po paru godzinach informacja o tym w „Polityce”) − moje kolejne nieosiągalne pragnienie po białym i czarnym pakiecie Bergmana. Z obowiązku i bez przekonania Zachodnia kraina Burroughsa w Świecie Książki. Przechadzanie się w słońcu po ulicach, ciepło na rozpalonej skórze. Nowe na wszystko spojrzenie, bo nieuniknione porównania z Warszawą. Tęsknota…

Na kolację słodka bułka z masłem i rzodkiewki, potem dwa listy, jeszcze później odpowiedź na ogłoszenie o pracę. W jeden dzień budżet zmniejszył mi się o jedną trzecią. Następna taka jednodniowa wycieczka najwcześniej pod koniec czerwca… Chyba że wygram jutro dziewięć milionów…

  

22:17, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 09 kwietnia 2009
590. O Autora "pierwszym razie" z dziewczyną...

 

Kolejny spotkaniowy dzień (jak do tej pory każdy miesiąc tego roku w takowy „obfitował”), kolejne miłe odczarowywanie wirtualnego. Zapisuję dzień po, bo trzeba było po wszystkim ochłonąć, w pamięci własnej jakoś to zakorzenić i wówczas dopiero czytelnikom sprzedać.

Ania wraca z Paryża specjalnie przez Wrocław. Idziemy na lody, potem długo siedzimy na ławce w Parku im. M. Kopernika, zaliczamy Wzgórze Partyzantów, ogrody Ossolineum i Papieskiego Wydziału Teologicznego, mijamy tłumy pijących piwo i opalających się na Wyspie Słodowej studentów, o wszystkim otwarcie rozmawiamy… Wracam do domu bogatszy o coś więcej, niż „tylko” paryskie prezenty: pocztówkę z Urizenem stwarzającym świat Williama Blake’a, reprodukcję plakatu Librairie Romantique (1887), szczegółowy plan Luwru i… najnowszy zapach męski Yves Saint-Laurenta. Co ja takiego mam do zaoferowania, że sobie na to wszystko zasłużyłem?…

  

I co też mogliście sobie pomyśleć, czytając tytuł tego wpisu?...

  

czwartek, 02 kwietnia 2009
586. O tym, że naprawdę ładny z Ciebie chłopiec...

    

                    „’coz every girl crazy ’bout a sharp dressed man”

                                        [ZZ Top, Sharp dressed man].

  

Wystarczy się tylko wystroić w nową marynareczkę, znaleźć innego fryzjera, przedyskutować z nim wszystko bardzo długo i dać się namówić na wyraźne skrócenie włosów za „jedynie” 49 złotych, natrafić wreszcie w Centrum Taniej Książki na wszystkie tomy Krzyżowców Zofii Kossak, kupić sobie też leciutką kurtkę w kratkę i małą torbę na ramię, machać beztrosko reklamówkami, przeglądać się radośnie w sklepowych witrynach, uśmiechać do słońca i ludzi, wąchać wiosnę, słuchać śpiewu ptaków w parku, zamówić przewodnik po Warszawie − by choć na chwilę przestać się przejmować, że taki fajny facet przechodzi Wam koło nosa. Ale − choć nie wróżę Wam większego powodzenia − zawsze możecie jeszcze spróbować go zdobyć, prawda?…

  

wtorek, 31 marca 2009
585. Powrót do Brideshead / Howard’s End / Breslau...

  

Kurier przywozi walizkę tuż przed moim wyjściem z domu. Chyba ładna − długo rozpakowuję, oglądam i ledwie zdążam na pociąg. W biegu przez park szlag trafia fryzurę…

Idziemy z Tomkiem (za darmo!) na wczesnopopołudniowy seans (nie byłem w kinie od trzynastu miesięcy, pierwszy zaś raz jestem z kolegą) − film w klimatach tak lubianych przeze mnie obrazów tercetu Merchant-Ivory-Jhabwala, może nieco emocjonalnie chłodny, a wobec katolicyzmu tendencyjny, ale za to Ben Whishaw do podziwiania (te marynarki, swetry, szale, kapelusze, ta grzywka opadająca na czoło). Potem nasz wspólny spacer z przystankiem w Bibliotece Miejskiej, a w pociągu do domu koleżanka, z którą dojeżdżałem na studia dziewięć lat temu. Dosiadam się...

 

To był nadzwyczaj promienny dzień. I tylko ja w tym wszystkim − w obu przypadkach z takim trudem podtrzymujący rozmowę, milczący, nieumiejący reagować, zażenowany sobą, z nieustannym poczuciem winy…

 

Ten film był w jakiejś mierze o mnie i o moim otoczeniu…

  

wtorek, 17 marca 2009
579. "Vanity Fair" - czyli Pięknie się tydzień rozpoczyna...

  

Poniedziałkowe chodzenie po Wrocławiu z listą spraw do załatwienia w ręku. Zamówione miesiąc temu zaświadczenie o odbywaniu w latach 2004-2008 studiów doktoranckich wreszcie z dziekanatu odebrane. Pary Johna Updike’a w Świecie Książki i jeszcze trzy inne tytuły na Ruskiej zakupione. Również zapas majteczek i bokserek w ramach przygotowań do podróży nabyty (co by nie musieć się wstydzić w razie ewentualnego spotkania z gospodarzami przy drzwiach łazienki). Podobnież laminowana mapa Warszawy (a przy okazji i Wrocławia, bo dotychczasowa już 14 lat sobie liczy) i notesik na adresy miejsc stołecznych wartych odwiedzenia i stołowania (będzie problem z tym przełamywaniem się i chodzeniem na obiady, będzie). Skojarzenie mijanego w Pasażu Grunwaldzkim chłopca z Lukasem Ridgestonem z powodu mojego nieśmiało spuszczonego wzroku niepotwierdzone. Wymarzona czarna kurtko-marynarka (z pagonami!) tym razem (po ryzykownym niezdecydowaniu się na ujrzany w pierwszym sklepie model ze źle wszytym rękawem) zdobyta. Teraz jeszcze tylko parasol, białe tenisówki i ta przeklęta walizka − nie mogę się na nic zdecydować. I mogłaby to być typowa dla mnie wymówka, żeby…

  

Chcę się z kimś spotkać, ktoś inny chce się spotkać ze mną. Ale wczorajszy dzień był już zbyt kosztowny. No i zima, zdaje się, właśnie wraca. Znowu siedzenie w domu i jałowe czekanie na okazję…  

  

piątek, 06 lutego 2009
561. O mrożonej herbacie numer dwa (zamiast kawy numer trzy) jako przyczynku do ogólniejszych wniosków...

  

„Człowiek przyzwyczaja się do izolacji od innych, do niezależności; nie są to koniecznie dobre przyzwyczajenia”

          [Michel Houellebecq, Platforma. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

...I dlatego dewirtualizuję Adama, co właśnie na Króla Rogera przyjechał.

Jako że klub Academus, drugi już wrocławski lokal, z którym się miałem zapoznać, otwierają dopiero w południe, wstępujemy do Coffee Planet i przez następne prawie trzy godziny siedzimy na wysokich stołkach przy oknie, podpatrując przechodzących ludzi i zdejmowanie świątecznych dekoracji na Rynku. Hałas za naszymi plecami, intensywna, jak na moje możliwości, rozmowa − kilka uśmiechów, kilka zaskoczeń i wyznań. Nadzwyczaj przyjemne chwile…

…które uświadamiają mi już po wszystkim, jak wiele czasu do tej pory zmarnowałem, ile straciłem, ile trzeba teraz nadrabiać, jak niewiele takich okazji się trafia, ilu z nich wciąż się niepotrzebnie wyrzekam. I że pomimo Twoich starań, inni też czasem skazują Cię na milczenie…

  

„Świadomości samego siebie nabieramy poprzez relacje z innym człowiekiem; i to właśnie sprawia, że ta relacja z innym człowiekiem staje się nie do zniesienia” [Ibidem].

  

poniedziałek, 26 stycznia 2009
556. Alex: Odyseja. Zarys - czyli: Z zakupu książki Alessandro Baricco "Homer, Iliada" wynikłe inspiracje...

  

Po trzech tygodniach nasz ulubiony Bohater zapragnął powrócić do Wrocławia. Udaje mu się wcześniej niż zazwyczaj wstać z łóżka, a mimo to zdąża na stację w ostatniej niemal chwili. O godzinie 10.00 wysiada z pociągu i ulicą Piłsudskiego udaje się w kierunku Świdnickiej, gdzie coś zbyt długo w związku z planami zarobkowymi Bohatera wyłania się spod rusztowań błyszcząca złotem Renoma. Potem przecina Plac Solny i na ulicy Ruskiej w Centrum Taniej Książki nabywa za 40,50 zł 6 woluminów (Konwicki, Magris, Tabucchi, Baricco, Żadan, Dragoman), przy czym, na stwierdzenie pani przy kasie, że jedna książka jest według danych w komputerze tańsza o 3 zł i po tej właśnie niższej musi mu ją sprzedać, Bohater mówi: „Trudno”, który to żart zostaje należycie doceniony. Następnie protagonista niniejszego eposu wpada na chwilę do Empiku na północnej ścianie Rynku, stamtąd zaś − przez ulicę Oławską, plac Dominikański, park Słowackiego i most Grunwaldzki − udaje się na Plac Grunwaldzki. W świątyni komercji pod wezwaniem 1410 zabawia kilkadziesiąt minut, usiłując wyszukać coś w dobiegających końca wyprzedażach, w efekcie czego wychodzi stamtąd zaledwie z dwoma kompletami skarpetek (łącznie 14 par) i parą majteczek. Do centrum miasta wraca tą samą drogą, by po kilku przymiarkach u panów Hennes & Mauritz na ulicy Świdnickiej cofnąć się do Galerii Dominikańskiej, gdzie w salonie Ideal w ciągu 10 minut skraca swoje włosy o jakieś 1,5 cm. Następnie Bohater zamyka się na kolejnych 10 minut w przymierzalni sklepu C&A, by doprowadzić swoją fryzurę do stanu jako takiej wyglądalności, aż wreszcie może bez obaw wyjść na miasto i drobnym kroczkiem udać się na Dworzec Główny, by wrócić pociągiem (planowy odjazd 14.50) do domu. O 16.05 może już zacząć jeść odgrzewany obiad w swoim pokoju, potem odrabia przewidziane na dziś przez komputerowy kurs angielskiego powtórki, przez jakiś czas odpoczywa, czyta kilka stron zaczętego wczoraj Sahiba, przyrządza sobie kolację, ogląda Tajnego współpracownika Cezarego Harasimowicza w Teatrze Telewizji, aż wreszcie zasiada do sporządzania odpowiedzi na list swojej jedynej obecnie korespondentce i łączniczce ze światem. Zostawmy go w tym miejscu, na chwilę przed ułożeniem się do snu. Tak wiele przygód i podróży dopiero na niego czeka...

  

sobota, 03 stycznia 2009
545. O drugiej w życiu kawie - w równie jak tamta pierwsza czarujących okolicznościach...

  

Odnotowuję tutaj wszystkie swoje spotkania (każde z Każdym), bo tak niewiele ich mam, bo tak ogromnie wiele im zawdzięczam. Nigdy nie zdołam się za to odpłacić…

Udało się odwiedzić J. w jego uroczym mieszkaniu na Karłowicach, zobaczyć, jak się żyje na wariackich papierach, skosztować tam pysznego piernika według receptury babci nieobecnego − niestety − P., troszkę się tylko rozkleić podczas dwugodzinnej rozmowy i nareszcie wręczyć przygotowany szesnaście miesięcy temu książkowy prezent. Szczęśliwy dziś byłem wielce…

Zdążyłem już zapomnieć, że czasami życie potrafi być niewypowiedzianie piękne. Szkoda, że to ledwie rozdzielane miesiącami chwile. I że będzie ich jeszcze mniej, a ja nie będę mógł nawet czytać tego, co tak mi niezbędne

   

piątek, 05 grudnia 2008
530. O tym, że nie wolno mi marnować najmniejszej nawet okazji, bo to wszystko i tak zbyt rzadko, krótko, mało...

  

Powrót po tygodniach, przepustka z więzienia, prezent dla samego siebie w przededniu Mikołajek (innego nie dostanę) − prawdopodobnie ostatni w tym roku Wrocław. I dwugodzinna galopada, żeby tylko zdążyć ze wszystkim przed południem. New Yorker w Arkadach (z ruchomych schodów nieśmiało podpatruję, jak radzą sobie w Trafficu beze mnie); Empik na Kościuszki (żeby zobaczyć, cóż to za 1000 genialnych rzeźb ostatnio wyszło); spojrzenie w półobrocie na błyszczącą złotem spod rusztowań Renomę (i ostatnia nadzieja zawodowa, przyszłorocznie wiosenna z nią związana); H&M na Świdnickiej (spodnie: długie rozbieranie się, ubieranie, by przy wyjściu zobaczyć jeszcze ładniejsze, i od nowa…); Tania Książka na Ruskiej (jedyny egzemplarz Wniebowstąpienia z lekko odklejoną okładką − po namyśle rezygnuję); Świat Książki na trakcie jutrzejszego solenizanta (Yukio Mishima z braku pomysłu na obowiązkowe cokolwiek); Empik w Rynku (zaskakująco niebotyczne zawalenie pudłami z towarem); i wreszcie Targi, czyli w Muzeum Architektury wizyta po raz pierwszy (ścisk w wejściu niesamowity, szybki obchód zatem, nowego dla dorocznych ekspozycji lokum obwąchiwanie, w efekcie którego tylko ostatniego Michnika, odnalezione inedita Herberta i Życie polskie w XIX wieku wynieść się udało, bez tradycyjnego na stoisku PIW-u połowu, że o kuszących ilościami nieprzebranymi Czytelniku, Czarnym, Literackim, W.A.B. i innych Iskrach nie wspomnę)…

Ale nie było dla kogo tak się spieszyć. Coś źle najwidoczniej w dzień poprzedni zrozumieć musiałem i − nie przyjdą. Tak oto półtoragodzinna luka w planie precyzyjnym powstała, który jednego tylko uwzględnić nie zdołał − że marzenia się nie spełniają. Więc potem już tylko żal do siebie, i w wodę tępe wpatrywanie, potem fryzjer w Idealu (gdzie ciąć nie potrafią, a i tak człowiek wychodzi bardziej zadowolony niż tam, gdzie umieją), pociąg i dom… Gdy wracam po 16.00, zmierzcha się już dostatecznie, by nie było widać, że mam czerwone oczy. Bo prezent był nieudany.

Chociaż − pięć spotkań z czterema osobami w tym roku to i tak więcej niż dwa z jedną w ubiegłym. Tempo moich postępów jest zaiste mordercze…

   

wtorek, 21 października 2008
507. O tym, jak przyjechawszy z Wrocławia, przez park wracałem do domu, a deszcz złotych liści sypał mi się na głowę...

   

                    „Październik był przepiękny. Tak jak dziś pamiętam.

                    Niebo dziwnie przejrzyste i dziwnie głębokie

                    drżało w żarze południa, jak drży liść na wietrze,

                    próżne i niedosiężne. Dziwnie jestem smętny, 

                    kiedy ci o tym mówię, bo cóż znaczą słowa? 

                    Widziałem smugi dymu, które wiatr rysował

                    na niedosiężnym niebie, i czekałem chwili,

                    gdy niedosiężne niebo ku nim się pochyli,

                    by je w siebie pochłonąć. Potem nic już nie ma, 

                    tylko smutek poety i do wiersza temat”

                                        [Tadeusz Borowski, Niebo października].

  

W starym miejscu nowy fryzjer i tradycyjna w tej sytuacji porażka; z przeceny cztery książki (Oz, Bazdulj, Veličković, Virk) i wrażenia przy oglądaniu Skarbnicy ornamentów Dolmetscha; w domach towarowych bezowocne przymierzanie i wyjątkowo ani jednego ładnego chłopca; za to w alei podsłuchiwanie uroczego starszego małżeństwa, które przysiada się do mnie z braku miejsca; w domu list do D. z komplementami, które każdy mężczyzna powinien jej prawić…; i niepokój jakiś, od dni wielu maskowany, gdzieś ukryty, przygnębienie życiem moim, na chwilę zaledwie uśpione. Pewnie stąd ta dzisiejsza wycieczka, to ostatnie beztroskie słońce…

  

czwartek, 02 października 2008
498. O urodzinowym kontekście raz jeszcze...

  

„Wzrastająca moja wrażliwość na kalendarz. Daty. Rocznice. Okresy. Z jakąż pilnością oddaję się teraz tej buchalterii dat. Tak, tak… dlaczegóż nie zapisywałem każdego dnia mego od chwili, gdy nauczyłem się pisać? Miałbym dzisiaj wiele tomów, wypełnionych tymi zapiskami, i wiedziałbym co robiłem dwadzieścia siedem lat temu, o tej samej godzinie. Po co? Życie przecieka przez daty, jak woda przez palce. Ale przynajmniej pozostałoby coś… ślad jakiś…

Moja kończąca się historia zaczyna mi sprawiać rozkosz wprost zmysłową. Zanurzam się w niej, jak w rzece niesamowitej, która dąży do wyjaśnienia. Powoli wszystko się uzupełnia. Wszystko się zamyka. Zaczynam już odczytywać siebie, choć z trudem i jakby przez mętne okulary. Jakże dziwne: na koniec, na koniec zaczynam widzieć własną twarz wyłaniającą się z Czasu. Towarzyszy temu przedsmak nieodwołalnej ostateczności. Patos”

                              [Witold Gombrowicz, Dziennik, 1958].

  

Samotny dzień w wietrznym, „mostami zasnutym” mieście miał dzisiaj przypieczętować moje opuszczenie („Moje miasto przestrzeni rozbitek”, śpiewa Maria Peszek). A zamiast tego były aż trzy od dawna wytęsknione wiadomości, kilka kasztanów, nowa marynarka z pagonami („Bankomatowe moje miasto z wyobraźnią”) i nawet coś w kształcie uśmiechu na dodatek... Lubię Wrocław − na dobre i na złe...

  

„Miasto moje

W Tobie moje niepokoje”…

  

piątek, 12 września 2008
487. Et Verbum caro factum est...

  

Piłem dziś mrożoną herbatę w uroczym lokalu w bocznym zaułku przy ulicy Kiełbaśniczej, oglądałem odnowioną fasadę Synagogi Pod Białym Bocianem, po raz pierwszy od kilkunastu lat przemykałem przez zrujnowane perony Dworca Świebodzkiego, śmiałem się z muchy znalezionej w ruskim pierogu, rozmawiałem długo i słuchałem, byłem. A wszystko to za sprawą i w towarzystwie poznanego dzisiaj T. Mało mi wciąż tak udanych dni jak ten, więc tym większa radość, tym pełniejsze życie…

To nieodmiennie ciekawe, jak rzeczywistość wirtualna nabiera konkretniejszych kształtów, odczytywane dotąd słowa przyoblekają się w ciało kogoś realnego, a nasze wyobrażenia zderzyć trzeba z tym, co istnieje naprawdę. I wciąż zaskakuje mnie, że spotkanie z drugim człowiekiem może być prawdziwą przygodą. Zresztą, zawsze nią jest, trzeba tylko odważyć się wyjść jej naprzeciw…

  

poniedziałek, 08 września 2008
485. Sostenuto

   

Nocną telewizyjną porą skrócony zapis sobotniego koncertu na Ostrowie Tumskim w ramach bieżącej Wratislavii Cantans − bajkowa sceneria, zabawne miny Paula McCreesha, huczne sztuczne ognie i w tym wszystkim zgrzyta sekcja dęta, a z nią cały Händel.

Myśl, że gdzieś wśród tych tłumów jak zwykle mógłby pojawić się On, ja natomiast nigdy nie byłem na żadnym koncercie, w teatrze, na nocnym spacerze… I że już nikt, na kogo bym bezkarnie patrzył z zachwytem, mnie na coś takiego nie zabierze…

  

1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi