~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Wrocław

piątek, 15 sierpnia 2008
472. The Misfits

  

Zawsze te same ławki − na Wzgórzu, przy zakręcie, z wyrytym przez kogoś na siedzeniu intrygującym napisem „Je suis passé”, albo w Alei, nad fosą, nieco ukosem do pracujących naprzeciwko, rozbudowujących Renomę dźwigów. W tym pierwszym wypadku kilkakrotnie mijają mnie kolejne grupy chłopców, a potem dziewcząt z pobliskiej szkoły, ćwiczące biegi na zajęciach wychowania fizycznego, zadziwiające nieustannie siłami swojej witalnej radości. W drugim zaś, tuż obok, z podobną do mojej regularnością pojawia się tajemnicza starsza pani, opierająca się plecami o na przemian jedno z dwóch drzew, dłońmi dotykająca czule ich pni. Oboje − ja siedząc, ona stojąc − kierujemy wzrok w tę samą stronę, wpatrując się w prześwitujący poprzez zieleń liści błękit nieba; i tak wspólnie, choć osobno, sobie odpoczywamy − mimo kilkudziesięcioletniej różnicy wieku i doświadczeń równie znużeni słońcem, tak samo zmęczeni życiem, zepchnięci na margines wszystkiego, co przechodzi mimo nas…

Gdzieś wokół przystają inni ludzie, by w padającym pod szczególnym kątem intensywnym świetle przyjrzeć się rybom w wodzie; malutkie dzieci w wózkach wyciągają rozkosznie pomarszczone paluszki swoich rączek; przechodzą pary zakochanych i znajomych, którzy nigdy się nie dowiedzą, jaka to radość mieć kogoś, do kogo można mówić; dwaj chłopcy ścigają się na rowerach, a starszy pyta drugiego: „Krzysiek, cieszysz się, że pojechałeś tak daleko bez pozwolenia mamy?” Takie nieświadome siebie chwile szczęścia innych nieodmiennie mnie wzruszają. Ale to nie zdarzyło się dzisiaj… 

   

                    „Nie pokochany, nie zabity,

                    nie napełniony, niedorzeczny,

                    poczuję deszcz czy płacz serdeczny,

                    że wszystko Bogu nadaremno. 

                    Zostanę sam. Ja sam i ciemność.

                    I tylko krople, deszcze, deszcze

                    coraz to cichsze, bezbolesne”

                                        [Krzysztof Kamil Baczyński, Deszcze].

  

niedziela, 20 lipca 2008
459. "Moja tropa kapryśnie się pisze..."

   

                    „Muszę coś zrobić z włosami,

                    muszę coś zrobić z oczami,

                    bo tak mi jakoś ciemno”.

  

Po nocach znowu nie mogę zasnąć, a za dnia ciągle boli mnie głowa. „Źle się czuję, chyba go kocham…” − zwierzam się Ł., a on nie jest zazdrosny. Jutro przyjeżdża do Wrocławia na festiwal filmowy, a we wtorek po raz pierwszy się zobaczymy i pójdziemy na długi spacer. Po części Twoimi śladami, niestety − oby tylko nie zatarł ich deszcz… 

   

                    „Chociaż tak mocno czekamy,

                    czy my się kiedyś spotkamy,

                    ja z tobą, a ty ze mną?”

  

Lekturowo wciąż w rosyjskich klimatach − chłodno, morderczo, cynicznie. Rozczarowują opowiadania Wiktora Jerofiejewa (Życie z idiotą), Goła pionierka Michaiła Kononowa chyba też. Za to styl otrzymanych od Ł. Obrazów dzieciństwa przywodzi mi na myśl wędrówki Mariusza Wilka po Zaonieżu (Dziennik północny) − sam już nie wiem, co ciekawsze, co lepiej napisane...

Co wieczór przedzieram się przez lasy iglaste snów, by każdego poranka obudzić się przy Tobie. Milczymy sobie obaj. Trudno się pozbyć z myśli pewnych obrazów, zejść z fałszywie obranego kursu, powiedzieć to na głos… 

   

                    „Muszę coś zrobić z listami, 

                    muszę coś zrobić z myślami,

                    bo tak mi jakoś ciemno”

                                        [Agnieszka Osiecka].

  

środa, 18 czerwca 2008
445. Drgawki

  

Nawet wybór i prasowanie koszuli może być powodem porannej awantury. Jadę do Wrocławia z twarzą czerwoną od płaczu i przez cały dzień z trudem dochodzę do siebie. Uspokaja mnie nieco godzinne przeglądanie Arcydzieł malarstwa rosyjskiego w Empiku…

Wczoraj łudziłem się, że to ostatni mój dzień w Instytucie, ale na sumienność studentów nigdy nie można było liczyć. Im nie chce się przyjść po zaliczenie, ale ja będę musiał specjalnie dla nich przyjeżdżać (a ledwie mnie już stać na bilety)…

Przemogłem się w końcu i pełen obaw zadzwoniłem – w efekcie dziś osobiście mogłem złożyć podanie o tę pracę. Ciekawe, czy doczekam się odpowiedzi. Ostatnie cztery lata biją w oczy w życiorysie i nie zachęcają zbytnio do rozważenia mojej kandydatury. Ewentualny sukces zaś to ugruntowanie mojej życiowej klęski. Ale przecież żadne zajęcie nie hańbi…

W powrotnym pociągu naprzeciw mnie siedzi chłopiec o wybitnie szwedzkiej urodzie. Gdy tylko zapada w drzemkę, podnoszę głowę znad „Polityki” i wpatruję się zachłannie w jego rozchylone usta, przysłaniające czoło blond kosmyki, profil nosa... Dzień wcześniej nieoczekiwanie, po dziewięciu latach przyśniła mi się Ewelina. Żałowała, że nie miała odwagi odezwać się przez te lata, że wówczas my nie... Mam nadzieję, że w końcu znalazła ukojenie, którego tak potrzebowała...

  

wtorek, 10 czerwca 2008
441. Furioso

  

Dziś miesza się z wczoraj. Żaden dzień nie jest na tyle wyjątkowy, by samodzielnie zaistnieć w mojej pamięci...

  

Na Wyspie Piasek próby do Otella Verdiego – imponująca scenografia-twierdza, armaty na jednym z mostków, amfiteatralna widownia, tłumy słuchaczy-spacerowiczów. W tym wszystkim sama operowa muzyka wydaje się najmniej interesująca.

Na ostatnich zajęciach w swoim życiu dostaję gwałtownego ataku kaszlu – zupełnie nie mogę oddychać, coś dławi mnie do łez, obficie zalewających zaczerwienioną twarz. Dopiero po jakimś czasie orientuję się, że siedzimy przy zamkniętych oknach. Jedna ze studentek podnosi głowę znad testu i długo przypatruje się, jak płaczę...

Wcześniej, rano, na ulicy włącza mi się alarm: „Uwaga! Rozebrany chłopiec na balkonie na godzinie pierwszej!” Potem kupuję sobie spodenki do kolan. Ładnie opalone młode buzie na peronach...  

  

Cokolwiek bym jednak ujrzał, zrobił, przeżył, każdy mój dzień jest koszmarem. Nieustającym gniewem, niemym krzykiem bezsilności. Nosi mnie. Być może dlatego właśnie czytam o zamienianiu się życiorysami i labiryncie kolejnych wcieleń-masek…

  

„Pod pozorną porywczością, z jaką reagował na przeciwności losu, krył się człowiek niezwykle opanowany, zdolny latami czekać na właściwy moment, by zadać wymarzony cios. Zazwyczaj milczący, w domowym zaciszu pozwalał sobie czasem na nagłe wybuchy wściekłości, upodabniające go do beczki strzelniczego prochu, w której tkwił zdający się nigdy nie gasnąć lont. Nie były to nigdy napady spontaniczne – raczej skutek ciągłego monologu, jaki prowadził z własną świadomością człowieka pokonanego; człowieka, który – ręczę za to – wykułby tunel w bazaltowej skale, byle tylko móc odzyskać światło odjęte mu w młodości”

                    [Ignacio Padilla, Amphitryon. Przeł. M. Płachta].

  

środa, 30 kwietnia 2008
419. Auri sacra fames

  

Jedno z ostatnich stypendiów pozwala mi spłacić dług (nowe soczewki i oprawki okularów, które już mi się nie podobają), i odebrać wreszcie paczkę z książką Ikona i topór. Historia kultury rosyjskiej Jamesa H. Billingtona. Upycham ją na półce z historią Rosji, gdzie tworzy piękny komplet z Zarysem myśli rosyjskiej Andrzeja Walickiego i Tańcem Nataszy. Z dziejów kultury rosyjskiej Orlando Figesa. W kolejce czekają tegoż Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji. Zdecydowanie, brak mi umiaru. Kupuję, bo jeszcze mogę. Być może niedługo będę musiał sprzedawać…

  

Dziwne – pieniądze mają dla mnie wielkie znaczenie, a zarazem nie postarałem się, by w przyszłości je mieć. Dziwne tym bardziej, że w gruncie rzeczy jestem skąpcem. Po Wrocławiu chodzę w najdalsze zakątki, żeby zaoszczędzić dwa złote na bilecie tramwajowym; na studiach, gdy spędzałem cały dzień poza domem, nawet nie przychodziło mi do głowy, by pójść gdzieś na obiad (czy raczej – przychodziło z bólem brzucha, ale przegrywało z bólem serca przed wydaniem pieniędzy); poniedziałkowe i wtorkowe wyjazdy są pełnym wyrzeczenia rozstaniem z piętnastoma złotymi na pociąg w obie strony; na koncie w telefonie mam od stycznia dziewięćdziesiąt groszy. Jednocześnie zaś kupuję kolejne książki w ilościach wprost niezmierzonych – czasem przebijając absurdalnie wysoką kwotę w internetowej licytacji, a czasem wypatrując najdrobniejszej promocji i wyprzedaży w księgarniach; pod wpływem impulsu nie potrafię też odmówić sobie jakiegoś drogiego fatałaszka, którego potem nigdy już nie zakładam. Mam identyczne modele butów i kurtek, które różnią się tylko kolorami – nie umiałem wybrać.

Jestem więc rozrzutnym ciułaczem każdego grosza. Jak Arkadiusz Dołgoruki śnię o Milionie… Jak desperat myślę o pracy za osiemset złotych netto jako jedynej, do której się nadaję… I niekiedy nawet grywam w totolotka...

   

                    „Do czegoż serc ty ludzkich nie przymusisz,

                    Przeklęta żądzo złota!”

                                        [Wergiliusz, Eneida. Przeł. Z. Kubiak]

  

poniedziałek, 28 kwietnia 2008
418. Eclipse (I)...

  

Już nie tylko sama treść, ale nawet tytuły moich ostatnich lektur mnie ujmują; wszystkie sytuują się w polu znaczeń w jakimś stopniu mi bliskich, mnie dotyczących, a z pojedynczych słów uwidocznionych na okładce dopowiadam sobie już na wstępie całą historię. I tak jak pisałem o moim udawaniu, tak czytanie jest w tej sytuacji jedynie dopowiadaniem, książki – do mnie samego posłowiem…

  

„Kiedy byliśmy dziećmi, mówiliśmy o tych, co się przed nami popisywali, że oni tylko pozują; nigdy nie udało mi się uwolnić od tego nawyku; z tego pozowania uczyniłem sobie sposób na życie; powiem wprost: uczyniłem życie. Wiem, że nie jest to rzeczywistość, ale dla mnie była to rzecz równie dobra, czasami jedyna, bardziej realna niż rzeczywistość. Kiedy uciekłem z tego hałaśliwego świata, poza sobą samym nie miałem nikogo, kto mógłby uratować mnie przed popadnięciem w smutek. Bo popadłem w smutek” 

                    [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

Prawie trzy godziny nad wodą. Ta pogoda; tradycyjnie musiała rozboleć mnie głowa – jak dobrze pójdzie, przestanie gdzieś na jesieni. To przez mieszankę słońca i wiatru (wieczorem zauważam, że opaliłem sobie twarz), przez porażenie bolesną lekturą. Niewiarygodne, jak podróże do Wrocławia i ledwie dziewięćdziesięciominutowe zajęcia dwa razy w tygodniu mnie męczą. Zasypiam w pociągu, ledwo mogę dowlec się do domu. Niech ktoś wreszcie zgasi światło…

  

wtorek, 22 kwietnia 2008
414. Expectation

  

W górze – krążące nad peronem wiosenne bociany z gałązkami w dziobach, w dole – chodzący w koło ja, z rezygnacją wypatrujący opóźniającego się pociągu. Tak wczoraj musiał tracić nadzieję I., któremu zapowiedziałem, że będę na Wzgórzu przez dwie godziny od południa. Zbyt lekko wystrojony wytrzymałem na chłodnym wietrze osiemdziesiąt minut („Jesteś wrażliwy na zmiany aury jak kwiat” – napisze mi potem I.). O 13.20 zacząłem schodzić ze Wzgórza, o 13.35 zaczął się na nie wspinać I. Rozminęliśmy się o kwadrans. To była moja druga w ciągu dziewięciu miesięcy próba poznania kogoś, stanięcia twarzą w twarz. I doprawdy zaskoczyło mnie, że on też próbował …

   

„Był mężczyzną dumnym, choć ewidentnie pozbawionym woli i siły; to niełatwy melanż, ale Rański umiał z nim żyć.

Miał do siebie wygasającą w miarę upływu lat pretensję, że rzeczy dzieją się bez jego udziału, że życie biegnie obok, a on stoi na brzegu i nie tyle bezsilnie, co bezczynnie przygląda się jego nurtowi. […]

Doprawdy nigdy nie był w ogniu wydarzeń, cokolwiek i gdziekolwiek by się działo.

To już w zasadzie nie był jego problem, ale uporczywość, z jaką życie wymiatało go na margines, czasami go drażniła. Tak czy owak, nie mógł się jej nadziwić” [Eustachy Rylski, Człowiek w cieniu].

  

poniedziałek, 21 kwietnia 2008
413. Epistolae

  

Napisanie w odpowiedzi na list jednego sensownego zdania przekracza moje możliwości intelektualne. Dlatego nie potrafię się zbliżyć do I., dlatego słoneczny chłopiec ignoruje moje bzdury. Dlatego piszę tu – do siebie, do wyobrażonego kogoś, kto mnie nie odrzuci i nie będzie z litości tworzył iluzji przyjaźni…

  

„Żadne z nas dwojga nie spodziewa się, że to drugie zareaguje, tylko że odgadnie, co myślimy. […] przychodzi mi na myśl, że nasz sposób porozumiewania się jest najlepszy ze wszystkich, do jakich może dążyć dwoje ludzi: oddalonych od siebie, świadomych, że spotkanie jest niemożliwe, i wypełniających pustkę słowami bez celu. Kiedy piszemy dla kogoś, wypisujemy kłamstwa […]; prawdę mówimy tylko wobec cieni. Tak więc kieruję wzrok ku cieniom i zwracam się do nich. Drogie cienie”

     [José Carlos Somoza, Listy od zabójcy bez znaczenia. Przeł. A. Rurarz].

  

Boli mnie. Straszliwie, fizycznie. Boli od samego rana, a i w nocy nie daje zasnąć. Do tego wietrzny Wrocław. Do tego na zajęciach mistyczna miłość młodszych symbolistów rosyjskich. Do tego czekanie... Najwolniej jak tylko można wracam do domu, gdzie wita mnie imieninowa czekolada z orzechami. Życzenia doprowadzają mnie do z trudem ukrywanego ataku płaczu. Spowiadam się z tego na osobności, nie czekając na odpowiedź ani na rozgrzeszenie…

  

wtorek, 01 kwietnia 2008
403. Lust

  

Jestem na tyle krytyczny wobec własnej osoby, że czasem mogę sobie pozwolić na bezgraniczny autozachwyt. Jak wczoraj, wszystko dziś jest we mnie doskonałością. Idealna fryzura, w której żaden kosmyk i lok nie jest przypadkowy; subtelnie współgrające ze sobą w tonacjach niebiesko-biało-czarnych buty, skórzana kurtka, sweterek, dżinsy, torba, szalik, bielizna. Perfekcja tego przemykającego w witrynach sklepowych chłopca wynagradza mi fakt, że nikt nigdy się za nim nie ogląda. Piękno osiąga pełnię, gdy niczemu nie służy, bo każda sztuka jest bezużyteczna

Jak wczoraj, korzystając z pięknej pogody, włóczę się po Wrocławiu, znowu odkrywając nowe dla siebie miejsca, choć też powtarzam w dużej mierze znany mi już szlak, niegdyś, na jedynym moim niesamotnym spacerze pokazany. Tamto się jednak nie wróci, a i nic nowego nie zdarzy…

  

„Nikt nie zna lepiej swojego ciała, swojego domu, niż jego właściciel, co jednak nie znaczy, że można od razu zapraszać do niego innych ludzi. Dlaczego inny człowiek nie powinien nas kochać? I dlaczego tego nie robi?

                    [Elfriede Jelinek, Pożądanie. Przeł. E. Kalinowska].

  

A więc łuk Uniwersytetu, Wyspa Słodowa, Ostrów… U wejścia do katedry mały chłopiec wręcza mi święty obrazek, mówiąc, że zbiera na wycieczkę. Całkowicie zaskoczony dopiero po chwili orientuję się, o co chodzi i wygrzebuję z portfela złotówkę. Nie wiem, ile kosztuje miłosierdzie, ale chyba starczyło.

Wnętrze świątyni zaskakuje mnie swoją małością, nieporządkiem, brudem. Właściwie, to wszedłem do środka z nadzieją, że bez trudu znajdę jakąś informację o możliwości wspięcia się na wieżę. Niczego jednak takiego nie widzę, wobec czego zniechęcony przechadzam się po bocznej nawie. Przed ołtarzami, kaplicami, obrazami modlą się pojedynczy ludzie – zadziwia mnie, nie wiedzieć czemu, ich obecność. Ktoś krzywo patrzy na moje założone z tyłu ręce (gdyby wiedział, że przy wejściu zignorowałem misę z wodą święconą i nie ukląkłem); nie śmiem przeciąć w poprzek głównej nawy i wycofuję się tą samą drogą. Dopiero na zewnątrz przypomina mi się, że coś otrzymałem (kupiłem?) i sięgam do torby, by zobaczyć, cóż to. Św. Szymon z Lipnicy, patron studentów – jak wyczytuję na odwrocie – kanonizowany w Roku Pańskim 2006.

A potem barokowy ogród Papieskiego Fakultetu Teologicznego, most Pokoju, wspinaczka na Wzgórze Polskie, i powrót bulwarem Dunikowskiego. Spacer pożarł moje godziny konsultacji i zjawiam się w Instytucie tuż przed zajęciami. Nic to, już od dawna ignoruję wszystkie swoje uczelniane zobowiązania, chcąc mieć jak najmniej do czynienia z tą instytucją. Jeszcze tylko trzy miesiące muszę wytrzymać, naciągając solidarne państwo na płacenie mi za nic…

Studenci piszą sprawdzian, a ja mogę sobie czytać kolejną powieść, wzorowe antyporno. To samo w pociągu – obok mnie grupa katolików w średnim wieku żartuje przy piwie o wyższości wyrabianego przez Hitlera mydła nad dzisiejszymi środkami chemicznymi. „Antysemityzm jest wszędzie na świecie, ale co poradzę na to, że boli mnie właśnie ten polski” – mówi Gołda Tencer w ostatniej „Polityce”. Całe życie muszę się bać innych mężczyzn, całe życie w nich wątpić, nawet z samym sobą nie godząc…

W łazience oddaję się sobie – mechanicznie jak zawsze, jak zawsze też idzie to błyskawicznie. To jedno na świecie jest pewne...

  

„Mężczyzna wystaje z siebie w wianuszku szczeciniastych włosów i pożądania. W ten sposób mężczyźni rosną, oni i ich szybko opadające dzieła. Pewniej stoją drzewa w lesie” [Ibidem].

  

poniedziałek, 31 marca 2008
402. Une saison en enfer

  

Zimnym rankiem spieszę na pociąg przez zieleniejący się, rozkrzyczany głosami setek ptaków las. Prowadzi mnie charakterystyczne pukanie o pnie drzew – „Nie krakały kruki, wrony, / Tylko dzięcioł / Pełzł po wierzbie, wystukiwał / Drogę księciu” [Słowo o wyprawie Igora. Przeł. J. Tuwim]. Całe poszycie jest białe od tysięcy zawilców, ale dziwnym trafem zauważę to dopiero wiele godzin później, wracając tędy do domu ze wspomnieniem wrocławskich krokusów przy teatrze Capitol…

  

Pamięć, zapomnienie, wspomnienie…

W pociągu naprzeciw mnie siada dziewczyna, z którą w liceum chodziłem do jednej klasy. Nie miałem powodu jej nie lubić. Mówimy sobie „cześć” i są to jedyne słowa, jakie padają między nami. Ona próbuje usnąć, ja uciekam w lekturę…

  

„Czas zabliźnia rany. Czas to cierpliwy żółty deszcz, gaszący powoli najbardziej zajadłe płomienie. Ale istnieją płonące pod ziemią stosy, szczeliny pamięci tak zapiekłe i głębokie, że nawet rwący potok śmierci nie mógłby ich przesłonić. Próbujemy żyć, jakby ich nie było, zadusić je milczeniem, przykryć patyną czasu i gdy myślimy, że nareszcie udało nam się zapomnieć, dostajemy niewinny list, który rozbija na drobne kawałki taflę lodu skuwającą zapomnienie”

                    [Julio Llamazares, Żółty deszcz. Przeł. M. Płachta].

  

Na zajęciach pytanie o zadane przed świętami opowiadanie Leonida Andriejewa spotyka się z głuchym odzewem studentów. „I odpowiedzią mu było milczenie…” – nigdy nie będą wiedzieć, ile dla mnie znaczy ten tekst… Tam, gdzie zajść ani razu we Wrocławiu nie omieszkam, kupuję Pogardę Alberto Moravii. Być może jest w tym jakieś ukryte znaczenie. W każdym razie cudowny motyw George’a Delerue z filmu Godarda musiał mi nieuchronnie rozbrzmiewać potem w myślach…

Spacer wzdłuż Promenady Staromiejskiej przez park Kopernika do Wzgórza Partyzantów. Jak zwykle przyglądam się ludziom, zajmującym kolejne ławki. Drzemiący, sterany życiem i chyba podpity mężczyzna; chłopiec nadający sms; babcia z rozkosznym maleństwem w wózku; student czytający grubą powieść; dziewczyna z czymś, co mogłoby być podręcznikiem do angielskiego; i zakochane pary, bez skrępowania okazujące sobie uczucie. Pierwszy raz wspinam się na Wzgórze – z ławki na szczycie spoglądam na wschód i przez kilkanaście minut obserwuję przez drzewa, jak po drugiej stronie fosy, na skwerze Krasińskiego dwaj chłopcy odbijają piłkę. Jeden jest w krótkich spodenkach i ma mnóstwo tej życiowej energii, o której ja dawno już zapomniałem. Jak dobrze, że macie siebie nawzajem, koledzy, że umiecie się tak bawić i śmiać. Jak dobrze…

Wracam dołem, blisko lustra wody. W pociągu kończę czytać zaczętą dziś przepiękną opowieść o umierającej wiosce Ainielle…

  

„Nic nie budzi w człowieku takiego lęku jak drugi człowiek – większego jeszcze, jeśli oboje są jedną i tą samą osobą. Tak, samotność zmusiła mnie do stawienia czoła samemu sobie. A w odpowiedzi na ten przymus, do zbudowania na wspomnieniach potężnych ścian zapomnienia. I to był jedyny sposób, by przetrwać pośród tego zniszczenia i rozkładu, jedyny sposób, by znieść samotność i lęk przed obłędem” [Ibidem].

  

Wiosna – rozleniwia, drażni nerwy, mąci w głowie, nie daje nocą zasnąć. Z pewnością już przyszła. To będzie mój kolejny sezon w piekle

  

poniedziałek, 10 marca 2008
391. Zmierzch

  

Pierwszy gorący dzień, co nie tyle nawet zapowiada nadchodzące, ile pieczętuje, zamyka minione… Uporczywe poszukiwania lżejszego, ale koniecznie czarnego obuwia na moje miniaturowe stopy (małe jak nos, małe jak…, bo małe jest piękne) uwieńczone zostają pół-sukcesem, który – ze względu na swoją niską cenę – oby choć końca tego roku doczekał… Tak jak tydzień temu wróciłem po latach do kina, tak dziś wracam do lektury – kilkudziesięciominutowa podróż powrotna z Wrocławia pozwala przeczytać w całości Bez krwi Alessandro Baricco; w torbie jeszcze kupiony okazyjnie Ogród niedoskonały Tzvetana Todorova (z pobieżnego przeglądu – tak charakteryzuje samego siebie J. J. Rousseau w liście do Sophie d’Houdetot 17 XII 1757: „Zżerany potrzebą kochania i bycia kochanym, i mało wrażliwy na wszystkie inne potrzeby”)… Na zajęciach w Instytucie rosyjski dekadentyzm – nie wiem, dlaczego tyle uwagi poświęciłem zjawisku zalegalizowanej prostytucji. Z ekstatycznego nurzania się w żywiołach u Balmonta, kultu własnego indywidualizmu u Briusowa oraz katastroficznego pesymizmu i ucieczki w marzenie u Sołoguba zdecydowanie najbliższy jest mi autor Małego biesa – co prawda, nie prześladuje mnie jeszcze złośliwa niedotykomka, ale chyba niewiele do tego brakuje. Byłaby ona moim jedynym i codziennym towarzyszem…

Już nie widok zakochanych par, małżeństw, związków, partnerów na ulicach, zdjęciach, w opisach rodzi łzy w kącikach moich oczu, ale brak kogokolwiek do zwyczajnej rozmowy, nieobecność drugiego. Chwilami mam wrażenie (jest coś z pychy w takim myśleniu), że już nie można sobie wyobrazić większej udręki, niż moja. Chwilami muszę się bardzo powstrzymywać, by nie zrobić czegoś nieodwracalnego. Nie używam wtedy racjonalnych argumentów… 

   

                    „Привычка жить... наверно. Все равно.

                              Душа согласна на любое.

                    Включи другой канал, трескучее кино,

                              Стрельба, объятия, ковбои.

                    Проснусь – увижу луч, умру – увижу тьму,

                              И, погружаясь в сумрак дымный,

                    Я одиночества такого никому…

                              Гори, гори, звезда моя, прости мне…”

                                        [Bachyt Kienżejew]

  

Po tych słowach zawsze słyszę w podświadomości huk wystrzału...

Пора, мой друг, пора...

  

czwartek, 28 lutego 2008
385. Glances

  

…w każdym lustrze, krzyczącym o ambicjach na coś lepszego… u nowego fryzjera (– Pan zawsze taki milczący? – Zawsze), co szansę rewolucji na głowie (Ty, który wchodzisz, witaj się z nadzieją) pacyfikuje zgniłym kompromisem z moją niewyglą(do)skonałością (obietnica pół żartem-pół serio, że gotów jestem wiele ofiarować – siebie nawet – pierwszemu, co mnie w końcu zadowoli, wciąż nie zagraża ani mojemu budżetowi, ani rdzewiejącej cnocie)… roześmianych licealistów łażących z piwem po parku wzdłuż dawnej fosy, ewidentnie na wagarach (śmiać się tak, tak łazić, piwo pić, wagarować)… czarnego sznaucera, wgryzającego się w torbę bawiącej siebie nawet bardziej niż jego staruszki… nieziemsko przystojnego chłopca w hallu Dworca Głównego, oglądającego się za mną z błyskiem w oku w chwili bezpowrotnego mijania (obejrzeć się trzeba było mi też)… i po kilku godzinach, w tym samym miejscu moje, za kimś innym już, lecz równej tamtemu klasy z zazdrością skierowane, co na powracającą do rodzinnego domu koleżankę nieoczekiwanie się natknęło, przedwcześnie tracąc obiekt podziwu z pola widzenia…

Spojrzenia... na ostatnie dni lutego... gdy coś wisi w powietrzu, coś się zbliża, coś pachnie... nie na wzrok tylko oddziałuje…

  

Tagi: homo Wrocław
21:27, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 21 grudnia 2007
350. Senso

  

Mgła, szron, lód. Drzewa, które do najdrobniejszej nawet gałązki składają się dziś z samej bieli jedynie, tworzą w tym krajobrazie o rozmywających się konturach nadzwyczaj bajkowy widok. Bezwietrzny mróz wyostrza wszystkie zmysły i pobudza krew do radosnego krążenia. Przyjemnie tak iść.

  

W jednej z perfumerii zamiar kupienia sobie po raz pierwszy w życiu wody toaletowej zakończył się po dłuższym czasie zabawnym stwierdzeniem, że chyba nie odróżniam żadnego z tamtejszych zapachów. Przyjmując z ulgą fakt nieposiadania w tej dziedzinie wyrobionych gustów, nie musiałem silić się na kosztowną oryginalność i mogłem zadowolić pierwszym lepszym z tych najpopularniejszych (choć raczej w zeszłym sezonie) banałów.

  

Wśród nieprzebranych tłumów okupujących galerie handlowe w poszukiwaniu ostatnich bożonarodzeniowych prezentów (jak niemal każdą tradycję, tę też kontestuję), co i rusz natrafiam na nieziemsko piękne młodzieńcze twarze. Obfitość ich dziś nadzwyczajna, a uroda porażająca jak nigdy (za jedną nawet przemierzyłem kilka pięter, udając, oczywiście, że wcale na nią nie patrzę). I te ich smutne, melancholijne spojrzenia. Niewątpliwie, kilka aniołów Botticellego nawiedziło ostatnio Wrocław. Święta idą…

  

piątek, 07 grudnia 2007
343. L’Avventura

  

Najbardziej mnie bawi własna nieporadność.

Umówić się na wizytę do lekarza, którego specjalizacji istnienie dopiero co odkryć, przygotowywać się do niej, wyczekiwać, do Wrocławia za wcześnie przyjechać, więc z nadmiaru czasu piechotą na całkowicie sobie obce krańce miasta się udać, a po dotarciu tam wreszcie od niechcenia sobie spacerować, teren obchodzić, obwąchiwać, z coraz większym zdziwieniem się rozglądać, w konfuzję wpadać, bo szukać, a nie znajdować, i dopiero po kilkudziesięciu minutach dzięki wykonanemu telefonowi odkryć, że adres ten od dawna już nieaktualny pozostaje, a w rejony zupełnie inne trzeba by pojechać, znacznie przy tym dalej położone, a więc natychmiast wracać, spieszyć, gonić, tramwaje dwukrotnie zmieniać, w ścisku nieludzkim z nogi na nogę przestępować, głowę przy oknie na zawianie wystawiać, nerwowo na zegarek spoglądać, bo czas, którego było za wiele, nieubłaganie zaczyna ubywać, wreszcie z przekonaniem wysiąść, że się jeden przystanek przegapiło, i oto na odludziu niemal zupełnym się znaleźć, że dalej należało jechać sobie uświadomić, a mimo to niepotrzebnie brnąć w jedyną tam, ślepą przy tym uliczkę i na psów ujadanie się narażać, miną pewną celu myśl o pomyłce markować, do czasu jednak, bo wreszcie zrezygnować, bo poddać się, wycofać, do domu wracać, na pociąg zdążać, i znów na tramwaj czekać, i znów stać a jechać, i denerwować się, złościć, i z samego siebie zaśmiewać – bezcenne.

Ta przygoda wzbogaciła mnie o tyle wrażeń, że cóż przy nich znaczy te czterysta złotych, wydanych z ciężkim sercem na śliczny czarny płaszczyk z wielkim kołnierzem…

  

sobota, 01 grudnia 2007
341. Intense...

  

Gloucester: Now is the winter of our discontent

Made glorious summer by this sun of York.

  

Najpierw nieciekawie, bo deszcz, bardzo gęsty i mocny, bezlitośnie zmywający resztki lodu z chodników, przenikający chłodem czapkę, szalik, rękawiczki; potem pociąg, jak się później okazuje – ten poprzedni, bo spóźniony trzy godziny, niemiłosiernie przy tym nagrzany, lecz chyba nie wściekłością zzagłogowskich pasażerów, pustawy zresztą, bo jakoś niewielu ich; następnie książki na 16. Promocjach w Awangardzie, jak zawsze – bez opamiętania, do bankructwa, do przeciążenia – grube, drogie, upragnione, nie-do-udźwignięcia, więc zostawione po drodze w Instytucie, skąd pojedynczo będą do domu przemycane, by łudzić domowników, że jednak oszczędzać się staram; potem na terapii nauka lubienia siebie, nieskupiania wyłącznie na negatywach, cieszenia z drobnych nawet osiągnięć; i zadanie domowe tam otrzymane, zrealizowane szybciej, niż się zapowiadało: bo oto samotny wieczorny spacer, bo nagła myśl o wysłaniu esemesa do MrD. z nieśmiałą, ukrytą w myślach nadzieją, bo szybka telefoniczna odpowiedź, bo naprędce zorganizowane spotkanie po (nie do wiary!) osiemdziesięciu czterech dniach od tego pierwszego – i uśmiech z zabawnego nieporozumienia, i zatopiony w mroku Ostrów Tumski, i rozmowa, swobodniejsza niż ostatnio, radośniejsza znacznie, intensywniejsza mimo swej krótszości, nieobciążona przy tym znamieniem uroczystych przygotowań i wyczekiwań, ale dająca kojące złudzenie zwyczajnej codzienności, szansę powtarzalności także. I po tym wszystkim spełnienie, bo przecież – wbrew porannym zapowiedziom – udało się dzisiaj wszystko…

  

wtorek, 20 listopada 2007
335. :-)

  

Listopadowego słońca, skrępowanej niedoświadczeniem ekspedientki w księgarni, rozbawionych dowcipem studentów, koleżanki, z którą w godzinach konsultacji żartujemy z naszych błędnych wyborów życiowych, ślicznego kleryka na Rynku, przesyłane poprzez komunikator w zastępstwie po raz kolejny niedoszłego spotkania – promienne uśmiechy. Nie pozostały dziś nieodwzajemnione...

  

sobota, 10 listopada 2007
331. Rozdarcie

  

Twoje milczenie mi nie pomaga – wystarczy, że muszę zmagać się z własnym.

  

                    „I thought I saw a man brought to life 

                    He was warm, he came around like he was dignified 

                    He showed me what it was to cry 

                    Well you couldn’t be that man I adored”.

  

Wciąż jestem zazdrosny. Nie jest to zazdrość o Ciebie (choć chciałbym Cię mieć na własność, a nie mam nawet okazji, by się Tobą dzielić z innymi), lecz zazdroszczenie Tobie – Twojego udziału w życiu, Twojej umiejętności wyrażenia siebie, Twoich zalet i wad. Wiem, jak nieczysty jest tego rodzaju podziw – zamienia mnie niemalże w Toma Ripleya. Nie jestem jednak aż tak zdeteminowany… 

   

                    „I’m all out of faith, this is how I feel 

                    I’m cold and I am shamed lying naked on the floor 

                    Illusion never changed into something real 

                    I’m wide awake and I can see the perfect sky is torn 

                    You’re a little late, I’m already torn”.

  

Już tylko te dowrocławskie podróże dostarczają większych wrażeń – nadzwyczaj miłych w swej banalnej prozaiczności, tak niezwykłych w codzienności. Przed wyjazdem pierwsza w życiu samodzielnie przyrządzona jajecznica na kiełbasie; w pociągu podsłuchana z uśmiechem rozmowa anglojęzycznej pary, dociekającej, czy ziemniaki kwitną; kłujący w twarz śnieg z rozświetlonego błękitnego nieba, a zaraz potem mgliste chmury i biała kula słońca, równie tajemnicza jak nocny księżyc; nieskrępowana niczym swoboda młodych ludzi na Świdnickiej, energicznie korzystających z praw swego wieku; w aptece wraz z lekami kupione pierwszy raz (nie żeby ich z kimś użyć, lecz by się odważyć) prezerwatywy; a na koniec w samochodowym radio Natalie Imbruglia i lubiana od czasów liceum piosenka Torn, przywracająca wszystkiemu właściwe proporcje… 

  

                    „I don’t care, I have no luck, I don’t miss it all that much 

                    There’s just so many things that I can’t touch, I’m torn”.

  

wtorek, 06 listopada 2007
329. Idąc...

  

Przez kałuże, przez deszcz, przez zabłocone miasto, w chłodzie, w wełnie, w mokrych rękawiczkach, z parasolem, z nowymi książkami (znowu torba się nie domyka), z euforią, śmiejąc się z nieporadności kasjera w Empiku, wspominając ponętne ciała płci obojga (ale raczej tej swojej) z przejrzanych nieśmiało kalendarzy (ktoś przechodzi obok – zostaw to i odejdź!), wierząc, że wczorajsze nowe komplementy pod adresem własnej atrakcyjności fizycznej nie były bez podstaw (gdybyś zajrzał do H2O…), dumnie, energicznie, ze śmiałością w oczach – idąc…

  

wtorek, 23 października 2007
322. Choć raz

  

Łapczywie łykać wiatr, całujący cię zimnem w policzki; w drżeniu opłukiwać włosy na ulewnym deszczu i nie martwić o białość butów; ze śmiałością w oczach oglądać się za mijanymi Adonisami, którzy też (wiedzieć to) się za tobą odwrócą; polubić improwizację na (polubić je też) zajęciach tak bardzo teoretycznych; więcej słuchać (ich) zza biurka – więcej mówić (mu) przy kawie (zacząć ją smakować); długo ustawiać się do zrobienia zdjęcia kamiennym detalom przekwitłej dawno kamienicy (kupić aparat zamiast książek); uwodzić samą barwą głosu tych, którzy (mieć tych, którzy…) będą cię chłonąć w zachwycie; wracać nocami przez rozgwieżdżone kałuże ulic (pojadę następnym pociągiem); nie myśleć tak długo nad listownymi odpowiedziami – i tak dość ulotnymi w swej lakonicznej formie (forma i treść – o tym dziś było); zmywać pod prysznicem odczuwalność zmęczenia na dowód własnej fizyczności. Uśmiechnąć się, że choć raz, choć dziś nie było się sobą…

  

środa, 17 października 2007
317. Ciepło

  

Wyspa Słodowa. Na lewo czerwień Ossolineum, na prawo żółć Uniwersytetu. Przez dwie godziny siedzę nad Odrą i wystawiam twarz do słońca. Zamykam oczy, wyciągam się na ławce, udaję, że śpię. Bardzo ciepło. Bardzo przyjemnie. Bardzo samo. Jeszcze nigdy pragnienie ucałowania gorących ust chłopięcych nie było tak silne. Bo nieosiągalne było zawsze...

  

1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi