~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: samotność

poniedziałek, 03 lipca 2017
1625. Hello, loneliness...

I już, po wszystkim, koniec (a przecież wakacje dopiero się zaczęły) – od dzisiaj znowu w pracy. Powrót to nieco traumatyczny – tak jak i wyjazd ze stolicy w czwartek. Spotkanie po trzech latach z wielkim miastem ponownie mnie oszołomiło: zrezygnowałem z planów muzealnych na rzecz ulic, rozkoszy snucia się, spacerów. Mieszkanie przy Placu Konstytucji, obiad zawsze w Mleczarni opodal Placu Zbawiciela, codziennie Trakt Królewski w obie strony. I wszystko na piechotę. Bardziej to, co już znane, niźli nowe – nie było drugiej linii metra, Placu Europejskiego z Warsaw Spire, muzeum Polin, Katyńskiego; zaglądam kilka razy na bulwary, co nad Wisłą, jadę (użyty jeden bilet w ciągu dziesięciu dni) do Business Garden (a wracam już na nogach, przez Pole Mokotowskie). Mijam Giertycha na Placu Teatralnym, zmieniam lokalizacje w randkowej aplikacji – lecz przecież nie zakładam żadnych spotkań. A wieczorami potworne bóle nóg (za ciasne buty) i przeglądanie zdjęć, których tak dużo niby, a tak niewiele wyszło. I udawanie, że oto samodzielne życie – swoje mieszkanie w swoim mieście. To chyba nawet było głównym celem…

22:58, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 18 czerwca 2017
1623. Isolato...

Dwutygodniowy urlop. Przeddzień wyjazdu. Jedyne w roku dni, gdy będę całkiem sam – bez współpracowników, bez rodziców. I ta samotność krótka tam wydaje się niezbędna, by znosić tę codzienną, inną tutaj

„Nie jestem odizolowany (…), codziennie tylko z nową energią zapewniam sobie konieczne odosobnienie, którego potrzebuję, żeby posuwać się naprzód. Niekiedy jestem bezwzględny, ranię bliskich mi ludzi. Jeśli w moich możliwościach percepcji nastaje absolutny bezruch, na ogół wychodzę (…), przeważnie sam, przechadzam się (…), próbuję się ze sobą uporać. (…)

Częstokroć największą przyjemność stanowi dla mnie studiowanie powietrza i wielokilometrowy marsz (…). Mając poczucie, że ostatecznie jestem absolutnie wolny, odczuwam, być może, szczęście”

[Thomas Bernhard, Zaburzenie. Przeł. S. Lisiecka].

poniedziałek, 22 maja 2017
1619. Here and Now...

„(…) bez poczucia straty – raczej z doznaniem początków swoistej posuchy wewnętrznej – przestałem zamieszkiwać nie tylko w wielkim świecie, ale i w chwili obecnej. Impuls bycia w tym świecie i przynależności do tej chwili dawno już w sobie zabiłem”

[Philip Roth, Duch wychodzi. Przeł. J. Kozak].

22:25, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 15 maja 2017
1618. Apocrypha...

„Teraz prowadzę życie fałszywe, życie apokryficzne, podziemne i niewidoczne, chociaż prawdziwsze od prawdziwego”

[Javier Cercas, Prędkość światła. Przeł. E. Zaleska].

22:10, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
1614. The look in the mirror...

„Spoglądał na mnie typ niepewny i społecznie obcy, chorobliwie seksualny i podejrzliwy, którego cierpienia niewarte były złamanego grosza. Zacząłem mu się uważnie przyglądać i nagle zrozumiałem, że niewiele brakuje, by zaczął krzyczeć, ledwo powstrzymuje się przed bezmyślnym, koszmarnym wyciem”

[Wasilij Aksionow, Oparzenie. Przeł. S. Kędzierski].

poniedziałek, 10 kwietnia 2017
1613. Therapy...

„Ostatnio muszę przyjmować to, co świat ma mi do zaoferowania, w małych i uważnie odmierzonych dawkach, to swego rodzaju homeopatyczna kuracja, którą przechodzę, choć nie jestem pewien, co miałaby wyleczyć. Być może uczę się znowu żyć pośród żywych. Ćwiczę się w tym. Ale nie, to nie to. To, że tu jestem, wynika po prostu z potrzeby, żeby nigdzie nie być”

[John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

23:09, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 07 lutego 2017
1607. Telefony w mojej głowie...

Ile by tego nie odkładać, w pracy czasem koniecznym wydaje się zadzwonić. I oto w dniach ostatnich słyszę – gdzieś pośród trzasków, odbić, szumów – siebie w słuchawce, jak gdyby z tamtej strony – nie ten głos mój wewnętrzny, to echo, kiedy mówię; ten, jaki ja odbieram (głos raczej niski, męski, przyjemny dość, przynajmniej neutralny; głos, jak u większości ludzi, zwykły) – ale ten głos zewnętrzny, oficjalny, ten, jaki słyszą inni – jakby skrzeczenie, elektronicznie przetworzone dźwięki, imitowanie mowy przez automat albo ptaka. I coś w rodzaju obrzydzenia, wstrętu, poczucia obnażenia, demaskacji – skończyć już, dobrnąć jak najszybciej, słuchawkę móc odłożyć, z tego uciec – jak gdyby nie dość krępujące same pytania, dociekanie, rozmowa, kontakt z drugim, formułowanie myśli w zdania. A jeszcze na dodatek później, już na żywo, jako reakcja na niezobowiązujący żart, odpowiedź moja – i jak zwykle, gdy spontanicznie (więc pewnie naturalnie i prawdziwie) – znów skrzek i znowu za wysoko, zbyt gwałtownie, wzbudzając śmiech – nie sensem, ale tonem. Przesadzam, zbyt przeżywam, rozpamiętuję niepotrzebnie – ale jednak. Wstydzę się gestów i przeszłości, wyglądu, trybu życia, najbardziej jednak lękam się odzywać. Jedynie sam z sobą w swojej głowie dialoguję – kolejny z substytutów tego, co mi się nie dostaje…

22:42, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
środa, 25 stycznia 2017
1605. …ta vie végétale, ta vie annulée…

„W takim samym dniu jak tamten, może trochę wcześniej czy trochę później, odkrywasz bez zdziwienia, że coś jest nie w porządku, że, mówiąc wprost, nie umiesz żyć, że nigdy się nie nauczysz. (…)

Coś pękało, coś pękło. Już nie czujesz – jakby to powiedzieć? – żadnego wsparcia: coś, co, jak się zdawało, jak się zdaje, krzepiło cię do tej pory, dodawało ci ducha, napełniało poczuciem własnego istnienia, niemal własnej wartości, wrażeniem, że należysz do świata, że jesteś w nim zanurzony, zaczyna cię zawodzić.

(…) Twoja przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zlewają się teraz w jedno: są bezwładem twoich członków, twoją podstępną migreną, zniechęceniem, upałem, goryczą i prawie wystygłą neską. (…)

Siedzisz w swoim pokoju bez jedzenia, bez czytania, niemal bez ruchu. (…)

To twoje życie. To wszystko jest twoje. Możesz sporządzić ścisły inwentarz swojej mizernej fortuny, szczegółowy bilans pierwszego ćwierćwiecza. Masz dwadzieścia pięć lat i dwadzieścia dziewięć zębów, trzy koszule i osiem skarpetek, trochę książek, których już nie czytasz, trochę płyt, których już nie słuchasz. Nie masz ochoty pamiętać o niczym więcej, ani o rodzinie, ani o studiach, ani o miłościach, ani o przyjaciołach, ani o wakacjach, ani o planach. Podróżowałeś i niczego z tych podróży nie wyniosłeś. Teraz siedzisz i chcesz tylko czekać, czekać, aż nie będzie już na co czekać: zegar niech dzwoni, noc niech nastaje, dni niech ulecą, wspomnienia przepadną.

Nie widujesz już przyjaciół. Nie otwierasz drzwi. Nie schodzisz po listy. Nie oddajesz książek, które wypożyczyłeś z Biblioteki Instytutu Pedagogiki. Nie pisujesz do rodziców.

Wychodzisz dopiero po zmroku, niczym szczury, koty i potwory. Snujesz się ulicami, wślizgujesz się do brudnych małych kin na Wielkich Bulwarach. Czasami wędrujesz całą noc; czasami przesypiasz cały dzień.

Jesteś próżniakiem, lunatykiem, ostrygą. Definicje zmieniają się zależnie od pory, zależnie od dnia, ale sens pozostaje mniej więcej taki sam: nie czujesz się stworzony do życia, do działania, do kształtowania; chcesz tylko trwać, chcesz tylko oczekiwania i zapomnienia.

Współczesność na ogół niezbyt poważa takie usposobienie: wokół siebie zawsze widziałeś, jak nagradzano działanie, wielkie plany, entuzjazm: w cenie jest człowiek zmierzający do przodu, człowiek ze wzrokiem utkwionym w horyzont, człowiek patrzący prosto przed siebie. Jasne spojrzenie, silny podbródek, stanowczy krok, wciągnięty brzuch. Upór, inicjatywa, przebojowość, triumf wytyczają nazbyt świetlisty szlak nazbyt modelowej egzystencji, kreślą uświęcone obrazy walki o przetrwanie. Pobożne kłamstwa, zwodnicze sny tych wszystkich, którzy drepczą i grzęzną, stracone złudzenia tysięcy ludzi pozostawionych własnemu losowi, tych, którzy przybyli za późno, tych, którzy postawili walizkę na chodniku i usiedli, aby obetrzeć z potu czoło. Ale ty nie potrzebujesz wymówek, nie masz czego żałować, za niczym nie tęsknisz. Niczego nie odrzucasz, niczego nie odmawiasz. Przestałeś zmierzać do przodu, ale ty już nie szedłeś do przodu, nie zaczynasz niczego od nowa, ty już doszedłeś, bo nie wiesz, co mógłbyś robić dalej: wystarczyło (…), aby pewnego (…) dnia (…) coś pękło, coś się zepsuło, coś się rozpadło i aby w pełnym świetle dnia (…) objawiła się ta prawda gorzka, smutna i śmieszna (…): ty nie masz ochoty ciągnąć tego dalej, nie chcesz się bronić ani atakować.

Przyjaciół zmęczyło już stukanie do twoich drzwi. Nie chodzisz ulicami, na których mógłbyś ich spotkać. Unikasz pytań, wzroku każdego, kogo przypadek stawia czasami na twojej drodze, odmawiasz wypicia piwa czy kawy, na które on cię zaprasza. Tylko noc, tylko pokój służą ci za schronienie (…); nocą, sam pośród tłumów na Wielkich Bulwarach czujesz się niemal uszczęśliwiony hałasem i światłami, ruchem i zapomnieniem. Nie odczuwasz potrzeby mówienia, nie masz żadnych pragnień. Podążasz za strumieniem, który płynie tam i z powrotem (…).

Jesteś zaledwie zmąconym cieniem, twardym jądrem obojętności, spojrzeniem bez wyrazu umykającym przed innymi spojrzeniami. Masz nieme wargi, zgaszone oczy – nauczysz się odtąd łowić odbicia swojej spowolnionej egzystencji w kałużach, w witrynach, w błyszczących karoseriach samochodów.

(…) Zapomnienie wsącza się w twoją pamięć. Nic się nie wydarzyło. Nic się już nie wydarzy. (…)

Nic jeszcze nie przeżyłeś, a wszystko zostało już powiedziane, zakończone. Masz dopiero dwadzieścia pięć lat, lecz twoja droga jest już wytyczona. Role i etykietki naszykowano: od nocnika z czasów wczesnego dzieciństwa po fotel na kółkach na stare lata, wszystkie siedziska są gotowe i czekają na swoją kolej. Twoje przygody tak dobrze już opisano, że najzacieklejszy bunt na nikim nie zrobi wrażenia. (…) łóżko w przytułku już czeka i czeka nakrycie przy stole dla poetów wyklętych. (…) Czemu miałbyś udawać, że żyjesz?

Czemu miałbyś ciągnąć to dalej? Czyżbyś jeszcze nie wiedział, co ci się przydarzy? (…)

Nie. Ty wolisz być brakującym elementem puzzli. Wycofujesz z gry swoje zabawki. Nie zostawiasz sobie żadnej szansy, rozdajesz karty do końca. Zaczynasz od dymu z komina, kładziesz na wszystkim krzyżyk, dzielisz skórę na niedźwiedziu, ścinasz zboże na pniu, przepijasz kapitał, wsuwasz klucz pod słomiankę, odchodzisz, nie patrząc za siebie. (…)

Twój pokój jest samym centrum świata. (…) Potrzebujesz tylko tego spokoju, tego snu, tej ciszy, tego odrętwienia. Niechaj dni zaczynają się i kończą, niechaj czas płynie, niechaj twoje usta pozostaną zamknięte, niechaj mięśnie karku, szczęki, podbródka całkiem ci się rozluźnią, niechaj poruszenia twojej klatki piersiowej, uderzenia serca świadczą jeszcze o tym, że cierpliwie utrzymujesz się przy życiu.

Niczego nie chcieć. Czekać, aby nie było już na co czekać. Włóczyć się, spać. Pozwalać, aby tłum cię unosił i aby unosiła cię ulica. Wędrować wzdłuż rynsztoków, ogrodzeń, kanałów. Iść nabrzeżem, skradać się pod ścianami. Tracić czas. Porzucić wszelkie plany, zawiesić wszelką niecierpliwość. Być bez pragnień, bez urazy, nie odczuwać buntu.

Przed tobą, w miarę jak upływa czas, otwiera się życie w bezruchu, bez kryzysów, bez nieładu: żadnych wybojów, żadnego zachwiania. Minuta za minutą, godzina za godziną, dzień po dniu, sezon po sezonie, rozpoczyna się coś, co nigdy nie zazna końca: twoje życie roślinne, twoje życie odwołane.

Wraz z upływem godzin, dni, tygodni, pór roku wyzbywasz się wszystkiego, od wszystkiego się odrywasz. Czasami, nawet w niejakim upojeniu uprzytamniasz sobie, że jesteś wolny, że nic ci nie ciąży, nic ci się nie podoba ani nic cię nie drażni. W tym życiu, które się nie zużywa i pozbawione jest innych dreszczy ponad owe chwile zawieszenia, jakich dostarczają ci (…) widowiska, które sam sobie fundujesz, odnajdujesz szczęście niemal idealne, fascynujące, czasem nabrzmiałe nowymi wzruszeniami. Zaznajesz całkowitego odprężenia, każda chwila cię chroni i oszczędza. Żyjesz w błogosławionym nawiasie, w pustce pełnej obietnic, wyzbytej oczekiwań. Jesteś niewidzialny, przejrzysty, kryształowy. Już nie istniejesz w owym ciągu godzin i dni, w przemijaniu pór roku, w upływie czasu, utrzymujesz się przy życiu bez radości czy smutku, bez przyszłości czy przeszłości, ot tak sobie, po prostu, zwyczajnie, niezawodnie (…).

Jesteś sam i dryfujesz. (…) Nie rozerwiesz zaklętego kręgu samotności. Jesteś sam i nie znasz nikogo; nie znasz nikogo i jesteś sam. Widzisz, jak inni gromadzą się, ściskają, osłaniają, obejmują. Ale ty ze swoim martwym spojrzeniem jesteś zaledwie przezroczystym duchem, trędowatym koloru ściany, zarysem postaci już startej na proch, zajętym miejscem, do którego nikt nie podchodzi. Rozbudzasz w sobie nadzieję na nieziszczalne spotkania. (…)

Nieszczęście na ciebie nie spadło, nieszczęście na ciebie nie runęło; wsączało się pomału, wślizgiwało niemal ze słodyczą. Dogłębnie przepoiło twoje życie, twoje gesty, twój czas, twój pokój, niczym długo skrywana prawda, niczym odrzucana oczywistość (…).

Przestałeś mówić i jedynie cisza ci odpowiedziała. Ale kiedy wreszcie odnajdziesz te słowa, te tysiące, miliony słów, które utknęły ci w gardle, słowa bez dalszego ciągu, okrzyki radości, słowa miłosne, głupie wybuchy śmiechu?

Żyjesz teraz w grozie milczenia. Ale czyż jest ktoś bardziej milczący od ciebie?”

[Georges Perec, Człowiek, który śpi. Przeł. A. Wasilewska].

22:14, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 21 listopada 2016
1599. Stranger Danger...

Dwie koleżanki z pracy, z którymi jestem tu najbliżej, najswobodniej, próbują podpytywać, co robię po godzinach, jak spędzam każdy wieczór (widocznie wzbudza coś w mym otoczeniu wątpliwości, wydaje się odmienne, intryguje). Potem zdziwienie odnośnie nielubienia alkoholu, niepróbowania nigdy papierosów, braku kontaktu z „trawką”. I że nie bywam w knajpach, nie chodzę na imprezy. Ale masz przecież jakichś znajomych? – pytanie trafia celnie. Udaje się wymijająco odpowiedzieć, zaraz odejść. Wiem, że o życiu seksualnym, mieszkaniu z rodzicami doplotkowały sobie pewnie same, a jednak kusi mnie przez chwilę, by poczuć znów smagnięcie bicza, podsłuchać je pod drzwiami…

„Niekiedy odczuwałem osobliwe ciepło w głębi serca na myśl, że zostaję uznany za osobę szaloną”

[Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

poniedziałek, 14 listopada 2016
1598. Lonely in a crowd...

Przyjęcie na osiemnaście osób w restauracji (siedemdziesiąte urodziny jednej z ciotek) – większość rodziny ze strony mojej mamy. Nie bywam zasadniczo – tym razem się nie dało. Mniej picia niż można było się spodziewać (mały kieliszek wódki sączę na cztery raty, do tego większy wina domowej roboty – ten tylko alkohol mi smakuje); jedzenia nadto, dobre. Córka jednej z kuzynek, już maturzystka (jestem aż taki stary?), piękniejsza niż pamiętam – bardzo mi przypomina Keirę Knightley. „Nawet pedały mi nie przeszkadzają, o ile nie dobierają się do mojej dupy”, mówi jej ojciec na dowód tolerancji, kiedy rozmowa schodzi na napięcia narodowościowe (to przekonanie heteroseksualnych mężczyzn, że gej to tylko czyha, by na nich wręcz się rzucić). Siedzę przez siedem godzin – nie umiem się przywitać ni pożegnać (ktoś tam wyciąga rękę, ktoś całuje – ta sztuczność ocierania się policzkiem), milczę przez cały czas (wypowiedziałem może kilka krótkich zdań). Obcy, nieprzystający, wrogi. Będzie mi jeszcze kiedyś potrzebna ta rodzina, ale już teraz żyjąc w pustce, mieć nigdy jej nie będę…

„Lęk egzystencjalny na dzień dzisiejszy: jestem na oko rzecz biorąc najzdrowszy ze wszystkich krewnych i przyjaciół. Mam szansę przeżyć (…) wszystkich i dogorywać w kompletnej izolacji” [Zdzisław Beksiński].

22:47, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
środa, 28 września 2016
1591. Bon sauvage...

Z okna pociągu jeleń, spłoszony hałasem na moście. Nowość, bo standardowo to do trzydziestu saren, trzy myszołowy, para żurawi, konie w kilku zagrodach, czasami bażant, sójka. Media donoszą o foce w moim mieście, turystce znad Bałtyku – do niej nie miałem szczęścia. Mgły nad polami lub słońce barwy ognia… Wpatrzony w przestrzeń, od ludzi odwrócony, jestem po tamtej stronie – nie tylko brudna szyba wyznacza tę granicę…

„Jesteśmy kruchym stateczkiem smutku, żeglującym w stłumionej ciszy przez jesienny mrok”

[John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

22:35, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 18 września 2016
1589. Don’t Speak...

„– Ile języków Pan zna?

– Żadnego. Znam wiele słów z różnych języków”

[Jurij Andruchowycz, Perwersja. Przeł. O. Hnatiuk i R. Rusnak].

Przypomnij mi, jaką filologię ukończyłeś? – pyta mnie koleżanka w pracy. To Ty mówisz po rosyjsku, tak?

Już nie – ucinam szybko. Ja nawet i po polsku już prawie w ogóle nie rozmawiam…

„(…) potrafił godzinami siedzieć z nami przy stole i nie odezwać się słowem. Nieobecny duchem, w aurze melancholii, patrzył przed siebie, palił, niekiedy zanucił kilka taktów, które akurat przemknęły mu przez głowę, wzdychał, masował pożółkłe od nikotyny palce – i milczał. Milczał, dopóki ktoś nie skubnął go w rękaw, prosząc o jakąś informację, której zresztą tamten gotów był udzielić natychmiast, wyczerpująco i uprzejmie, bez względu na pytanie: czy o Schuberta, czy o Talmud, czy też o historię Węgier. Ledwie kończył swój wywód, a już znowu pogrążał się w milczeniu, które jedni tłumaczyli nieśmiałością, inni brakiem pewności siebie, większość zaś uważała, że to szczególna forma łagodnej arogancji”

[Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

piątek, 29 lipca 2016
1579. ŚDM...

Co ich tak wciąż raduje? Co każe śpiewać całe dnie i tańczyć na ulicach? Skąd ten entuzjazm, który podsyca dodatkowo byle drobiazg? Jak im przychodzi to porozumienie ponad podziałami, ta łatwość obcowania? Czy to jest właśnie młodość, tak to wygląda i tak to się przeżywa (bo to, że jestem jednym z przedwczesnych emerytów, o jakich mówił papież, nie budzi wątpliwości)? To za tym tęsknię, tego mnie ongiś pozbawiono, sam tego się wyrzekłem?...

„Należę do ludzi, którzy żyją o jeden etap szybciej. Młodość przeżywałem w dzieciństwie, wiek dojrzały w młodości, a starość rozpocząłem przed czterdziestką. Daję ci słowo, Misiu, zdarzają się tacy ludzie. Popatrz na mnie, kogo ja dziś mogę zafrapować, urzec, jaka dziewczyna poszłaby ze mną bezinteresownie, kto dałby mi łaskę uniesienia albo choćby niepokoju miłosnego. (…) Chodzi mi o to, Misiu, że już jestem poza, na zewnątrz, rozumiesz? Sam wiem o tym doskonale i nie ośmielam się nawet próbować. Dlatego tak cholernie tęskno do drugiego człowieka, tak kurewsko ciągnie do ludzi.

(…) Ty myślisz, że jestem ciotą? Misiu, jestem dużo niżej. Jestem żebrakiem”

[Tadeusz Konwicki, Wniebowstąpienie].

„Niemal wszystko, co jest przedmiotem ludzkich pragnień, było mu odmówione, życie zacisnęło się wokół niego, obnażając całą jego kruchość i bezradność, cierpienie wplecione w samą tkankę przeżywania. Krzyk z listów powtarza się niemal nieprzetworzony w jego tekstach: pragnienie ludzi, wyciągniętych rąk, afirmacji, jaką mogą dać inni”

[Ewa Bieńkowska, Spór o dziedzictwo europejskie. Między świętym i świeckim].

piątek, 17 czerwca 2016
1570. Nach Norden...

Ostatni dzień w pracy przed długim urlopem wakacyjnym. Zostaję dwie godziny dłużej, by jakoś to ogarnąć wszystko, nie tyle skończyć, ile zostawić jak najmniej. Czerwiec to najgorętszy tutaj okres, przychodzi mnóstwo pism – już te są ponad siły, a teraz mnie zabraknie, dojdą zaś komuś jeszcze moje obowiązki, te tylko w mojej gestii. Piszę instrukcję zatem, szkolę, z nadzieją, że jakoś to przeżyją. Znów można poczuć się niezbędnym…

Gdy w lutym miałem wybrać wolne dni, wskazałem pierwszy lepszy termin, bez myśli o jakimś wyjeździe. Ot, koniec czerwca – długie dni, pogoda (?), możliwe opalanie. Dopiero potem pomysł na wycieczkę – nowe rejony: Gdańsk, Malbork, Pelplin i Oliwa. Czeka mieszkanko na ulicy Piwnej, w pobliżu Bazyliki. Fortunę będzie to kosztować, ale zapewni mi przynajmniej tych kilka dni dla siebie. Tyle zaledwie może mieć mizantrop samotności. Musi ją kupić – zapłaci każdą cenę…

23:04, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 11 maja 2016
1564. Czuły barbarzyńca...

„(…) jest to człowiek czarujący, bardzo wykształcony, szczery, serdeczny, lecz człowiek, który przede wszystkim lubi ciszę, spokój, odpoczynek i który w znacznym stopniu przyczynił się do zmumifikowania swej rodziny, byleby tylko móc samemu żyć według własnego widzimisię, w całkowitym zastoju. Dużo czyta, chętnie rozprawia i łatwo się wzrusza. Brak kontaktów, urazów i potrąceń uczyniły jego naskórek bardzo wrażliwym – mówię oczywiście o naskórku moralnym. Byle co wzrusza go, podnieca lub sprawia mu przykrość”

[Guy de Maupassant, Panna Perełka. Przeł. R. Czekańska-Heymanowa].

piątek, 06 maja 2016
1563. Pan Cogito w Roku Szekspirowskim...

„(…) znów przyłapał się na tym, że stoi w oknie i przygląda się bezdomnym.

Keserű podejrzewał, że za tym szczególnym przyzwyczajeniem kryje się jakaś treść. Czuł nawet, że gdyby udało mu się ją poznać, lepiej zrozumiałby własne życie, którego ostatnio nie rozumiał. Czuł, że od osoby, którą niegdyś znał jako siebie samego, dzieli go przepaść. Hamletowskie pytanie nie brzmiało więc dla Keserű: być albo nie być, ale: jestem czy mnie nie ma”

[Imre Kertész, Likwidacja. Przeł. E. Sobolewska].

22:40, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 04 kwietnia 2016
1557. Ojcowie i dzieci...

Tata od kilku tygodni połamany. Jakieś potworne bóle, skurcze – kręgosłup, nogi – nie sposób się poruszać, nie można leżeć, siedzieć. Nie pomagają tabletki i zastrzyki. Co jakiś czas coś jakby przeszywający spazm, tłumione z trudem łkanie, westchnienia „Boże” – nie można nic poradzić. Dopiero dzisiaj ulga, nadzieja na poprawę. Ale nie sposób myśleć coraz częściej o tym, co będzie później, jak się przeciągnie to nie do wytrzymania, jak sobie radzić z tym samemu; o pustce ostatecznej, która przyjdzie po nich i że – dla wyzwolonego wreszcie – ich koniec nic dla mnie nie skończy…

„Nie wierzę w teorię, według której stajemy się naprawdę dorośli dopiero wtedy, gdy umierają nasi rodzice; nigdy nie stajemy się naprawdę dorośli”

[Michel Houellebecq, Platforma. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

poniedziałek, 28 marca 2016
1555. Jedyne, jakie miałem...

W dwa dni pochłaniam trzy tomy Gardella. Chłopcy, co uciekają z prowincjonalnych dziur, by zdobyć wolność i odkryć swą tożsamość w wielkim mieście. Uniesienia i upadki w byciu gejem. Lata osiemdziesiąte w Szwecji. Panika początków epidemii AIDS. Emocje, które takie bliskie (po zakończeniu długo nie mogę się otrząsnąć, łkam w łazience). I doświadczenia, których nie da się już zaznać – bo nie umiałem zawalczyć do końca, bo mi nie było dane ciałem czuć tego, co odczuwają wszyscy…

„Jest oczywiste, że można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało, za kimś, kogo się nie spotkało, lub za czymś, czego się nigdy nie poznało.

Możesz tęsknić za własnym życiem, widząc, że przemknęło obok ciebie”

[Jonas Gardell, Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek.

Tom 1. Miłość. Przeł. K. Tubylewicz].

piątek, 18 marca 2016
1553. Wysypisko...

„[17 IV 1970] Myślę tutaj o mojej »tożsamości«, »identyczności«. Ja jako moja historia, nagromadzenie zdarzeń, »faktów«, zlepionych w przyzwyczajenia wielkie i małe, odruchy dawno umarłych sytuacji, utrwalone w biernej pamięci osobiste archetypy zachowania się bezsensownie przeżyły okoliczności, którym zawdzięczają swoje narodziny. Magazyn podobny do śmietnika, każda chwila i każda okoliczność moich czterdziestu lat coś tam dorzuciły. I naiwna, sztywna ingerencja tego magazynu w fabułę, moją biografię zewnętrzną, wewnętrzną – jakaż nuda i nieprawda.

Niechże więc moje pisanie, jeżeli ma mieć jakikolwiek sens, a ja jakąkolwiek na nie ochotę, będzie tylko robieniem porządku. Nie, nie segregowaniem magazynu w jakikolwiek nowy system, interpretację, ujęcie… po co? Niech będzie po prostu likwidowaniem magazynu, próbą odesłania tego rupiecia tam, skąd przyszedł – donikąd. Nigdy nie umiałem powiedzieć »tak«. Ale wiem dużo o tym, co »nie tak«. Oto jedyne uczciwe dla mnie pisanie”

[Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom II. 1970-1979].

niedziela, 13 marca 2016
1552. Silenzio di tomba...

Panowie robią wspólne zdjęcie na Dzień Kobiet – trzymane kartoniki (ja kucam w pierwszym rzędzie) układają się we „Wszystkiego najlepszego, Babeczki” (a były dla nich jeszcze babeczki z czekolady). Tych kilka minut w hallu, dziesiątki nieznanych twarzy – nie rozmawiam tutaj z mężczyznami, oni zawsze byli obcym dla mnie światem. Nie poznaję ludzi spoza swojej grupy (15 na 200 osób), prędzej się uśmiechnę w odpowiedzi, niż przemówię, a każde wypowiadane zdanie przynosi zaskoczenie – nie panuję nad prozodią, wstydzę się głosu. Gdyby tak być niemową – nie jestem, lecz staram się usilnie… Czy głos właśnie mnie demaskował od dzieciństwa, od niego się zaczęło wyśmiewanie? Postępująca samoizolacja, impulsów z zewnątrz brak – wewnątrz zaś płytkie, puste, nie daje inspiracji do pisania. Jedynie konfrontowanie się ze światem rodzi słowa; tak upragniona niezależność od wszystkiego to przecież jednocześnie cisza grobu…

22:57, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
Archiwum
Tagi