~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: samotność

czwartek, 20 września 2018
1702. Le poéme des trains (II)...

„Consuelo Balaguer przemierzała życie szybkim krokiem, samotnie, przeplatając godziny spędzane za biurkiem z godzinami trawionymi na poszukiwaniu miłości, której brak ją dławił. Właśnie skończyła czterdzieści dwa lata i miała wrażenie, że życie nie dało jej ani jednej szansy, że okazja nie zatrzymała się nigdy przy jej peronie. Niektórzy świadomie nie wsiadają do pociągu miłości, wiedząc, czym to grozi. Są i tacy, którzy owszem, wsiadają, ale jeszcze szybciej wyskakują, widząc, że zostały już tylko miejsca w drugiej klasie lub że nie interesuje ich stacja docelowa zaznaczona w rozkładzie.

Jednak pociąg taki nigdy nie zawitał na peronie Consuelo Balaguer”

[Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

czwartek, 26 lipca 2018
1696. Free-dom, czyli: Wolna chata (II)...

Od dziś sam w domu przez półtora tygodnia. A zatem: gorsze obiady i więcej negliżu w szczęśliwie upalne teraz dni. Czym innym miałaby się różnić samotność wakacyjnie upragniona od powszedniej?...

„Zdałem sobie sprawę, że znajomy świat otoczony jest przez krainę niepokojącej swobody. (…) Wiedziałem oczywiście, że istnieje wolność; po prostu z góry odrzuciłem możliwość korzystania z niej”

[André Brink, Ambasador. Przeł. T. Wyżyński].

23:30, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 08 lipca 2018
1694. Das Ende des Liedes...

Pierwszy mój tydzień po powrocie. Kolejny awans, podwyżka o 400 złotych, dość spore opóźnienie w mym zespole, kolejny etap we wdrażaniu Lean Management, próby zerwania z wychodzeniem o kilkadziesiąt minut później niż czas pracy. Jesienią firma przeprowadza się do centrum, w Warszawie otworzyli mały oddział – nic tam na razie dla mnie, nadzieja nikła, że kiedyś się rozrosną. Tymczasem znowu dzień za dniem, pieniądze odkładane nie wiem na co. O Ani myśli częste, poczucie opuszczenia (ludzi / przez ludzi) straszne. Za rok stolica znów – tam też samotność, ale w niej chociaż jakiś relaks. I tak od pustki w pustkę, od przygnębienia w melancholię. Nic do przeżycia, nic już do zapisania nie ma…

22:59, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 28 maja 2018
1689. Mirror of the Night...

„Wszystkie noce Lina, lub niemal wszystkie, były jedną i tą samą nocą, powtarzającą się do znudzenia, raz po raz zwielokrotnianą w salonie luster, jakim jest pamięć, nocą identycznej samotności, identycznego pogodzenia się z losem”

[Eliseo Alberto de Diego, Ester, gdzieś tam. Przeł. B. Wyrzykowska].

sobota, 28 kwietnia 2018
1684. With and Without...

„[18 II 1919] W tej chwili nie ma wiele do oferowania, życie nie było dla niego zbyt łaskawe. (…) celnie podsumował swoją sytuację, określając siebie jako człowieka, który czuje się samotny, kiedy jest sam, i znudzony, kiedy jest w towarzystwie”

[Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941. Przeł. M. Heydel].

sobota, 14 kwietnia 2018
1682. Excluded...

„(…) sam ze swoją młodością, sam z zamysłami i pragnieniami wieku męskiego, sam ze swoją pamięcią, pamięcią życia, z pamięcią blasku przebudzeń i słodyczy układania się do snu, samotny i wykluczony ze świata”

[Sándor Márai, Występ gościnny w Bolzano. Przeł. F. Netz].

21:05, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 11 lutego 2018
1668. Now you’re stuck in a moment...

Nowa miejscówka po przemeblowaniu biura (znowu przy oknie, w rogu, na końcu sali – mniej może będę wstydził się telefonowania), nowa umowa (na czas nieokreślony), nowa pensja (3 070 brutto ze zwrotem za część biletu na dojazdy). Odchodzi wkrótce ulubiona koleżanka – znalazła inną pracę za ponad dwa tysiące więcej. Zawsze znikają ci nieliczni, do których coś mnie ciągnie. Ona ma tyle marzeń, planów – grywa w teatrze amatorów, chce uczyć się programowania, pojechać na Islandię, zna trzy języki; zaraża mnie na nowo serialami. Zawsze jej brakowało do pierwszego – teraz wreszcie pożyje, zasłużyła. Ja już nie szukam – bezpieczny w swych powtarzalnych obowiązkach, przyzwyczajony do żerowania na rodzicach, zbyt wygodny. Powiększam comiesięcznie swą lokatę – gdyby był obok bliski ktoś z językiem, to może byłyby podróże za granicę; a tak, to chyba tylko zabezpieczanie się na starość. Wpierw ich, a potem moją – przeraża mnie, że będę zdany w tym jedynie na samego siebie…

„(…) kapitulacja zawsze kusi i wielu tej pokusie ulega, godząc się, by dzień powszedni przysypywał ich śniegiem, dopóki nie utkną gdzieś na stałe, żadnych więcej przygód, zatrzymują się po prostu, dając się zasypać w nadziei, że kiedyś się przetrze i powróci jasność”

[Jón Kalman Stefánsson, Smutek aniołów. Przeł. J. Godek].

niedziela, 21 stycznia 2018
1665. Le Temps perdu...

„Dziedzic Popielski miał przemożne i potworne uczucie, że mija go świat i wszystko, co w nim dobre i złe; miłość, seks, pieniądze, uniesienia, dalekie wojaże, piękne obrazy, mądre książki, wspaniali ludzie – wszystko to sunie gdzieś bokiem. Czas dziedzica przemija. Wtedy w nagłej rozpaczy miał ochotę zerwać się i gdzieś pędzić. Ale gdzie i po co? Opadał na poduszki i dławił się nie wypłakanym płaczem”

[Olga Tokarczuk, Prawiek i inne czasy].

środa, 11 października 2017
1644. Długie trwanie...

„Niektórzy nigdy w niczym nie uczestniczą. Życie im się przydarza. Trwają dzięki tępemu uporowi i gniewem albo przemocą odpowiadają na wszystko, co mogłoby ich wydobyć z pełnego urazy złudzenia bezpieczeństwa”

[Frank Herbert, Kapitularz Diuną. Przeł. M. Michowski].

22:27, alexanderson
Link
piątek, 22 września 2017
1641. The Loneliest Planet...

„W ten sposób spędziłam połowę życia, zawsze poszukując coraz bardziej odległego miejsca, doskonałej kryjówki, i taszcząc na karku ciągłe wrażenie obcości, zamieszkiwania w swego rodzaju świecie równoległym, tego, że jestem lekką planetą, daleką od wszelkich zasad, jakie kierują układami, zawsze dryfującą swoim kursem, obawiając się i jednocześnie pragnąc, żeby inni ludzie przyszli mi na ratunek”

[Enrique de Hériz, Kłamstwa. Przeł. W. Charchalis].

poniedziałek, 03 lipca 2017
1625. Hello, loneliness...

I już, po wszystkim, koniec (a przecież wakacje dopiero się zaczęły) – od dzisiaj znowu w pracy. Powrót to nieco traumatyczny – tak jak i wyjazd ze stolicy w czwartek. Spotkanie po trzech latach z wielkim miastem ponownie mnie oszołomiło: zrezygnowałem z planów muzealnych na rzecz ulic, rozkoszy snucia się, spacerów. Mieszkanie przy Placu Konstytucji, obiad zawsze w Mleczarni opodal Placu Zbawiciela, codziennie Trakt Królewski w obie strony. I wszystko na piechotę. Bardziej to, co już znane, niźli nowe – nie było drugiej linii metra, Placu Europejskiego z Warsaw Spire, muzeum Polin, Katyńskiego; zaglądam kilka razy na bulwary, co nad Wisłą, jadę (użyty jeden bilet w ciągu dziesięciu dni) do Business Garden (a wracam już na nogach, przez Pole Mokotowskie). Mijam Giertycha na Placu Teatralnym, zmieniam lokalizacje w randkowej aplikacji – lecz przecież nie zakładam żadnych spotkań. A wieczorami potworne bóle nóg (za ciasne buty) i przeglądanie zdjęć, których tak dużo niby, a tak niewiele wyszło. I udawanie, że oto samodzielne życie – swoje mieszkanie w swoim mieście. To chyba nawet było głównym celem…

22:58, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 18 czerwca 2017
1623. Isolato...

Dwutygodniowy urlop. Przeddzień wyjazdu. Jedyne w roku dni, gdy będę całkiem sam – bez współpracowników, bez rodziców. I ta samotność krótka tam wydaje się niezbędna, by znosić tę codzienną, inną tutaj

„Nie jestem odizolowany (…), codziennie tylko z nową energią zapewniam sobie konieczne odosobnienie, którego potrzebuję, żeby posuwać się naprzód. Niekiedy jestem bezwzględny, ranię bliskich mi ludzi. Jeśli w moich możliwościach percepcji nastaje absolutny bezruch, na ogół wychodzę (…), przeważnie sam, przechadzam się (…), próbuję się ze sobą uporać. (…)

Częstokroć największą przyjemność stanowi dla mnie studiowanie powietrza i wielokilometrowy marsz (…). Mając poczucie, że ostatecznie jestem absolutnie wolny, odczuwam, być może, szczęście”

[Thomas Bernhard, Zaburzenie. Przeł. S. Lisiecka].

poniedziałek, 22 maja 2017
1619. Here and Now...

„(…) bez poczucia straty – raczej z doznaniem początków swoistej posuchy wewnętrznej – przestałem zamieszkiwać nie tylko w wielkim świecie, ale i w chwili obecnej. Impuls bycia w tym świecie i przynależności do tej chwili dawno już w sobie zabiłem”

[Philip Roth, Duch wychodzi. Przeł. J. Kozak].

22:25, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 15 maja 2017
1618. Apocrypha...

„Teraz prowadzę życie fałszywe, życie apokryficzne, podziemne i niewidoczne, chociaż prawdziwsze od prawdziwego”

[Javier Cercas, Prędkość światła. Przeł. E. Zaleska].

22:10, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
1614. The look in the mirror...

„Spoglądał na mnie typ niepewny i społecznie obcy, chorobliwie seksualny i podejrzliwy, którego cierpienia niewarte były złamanego grosza. Zacząłem mu się uważnie przyglądać i nagle zrozumiałem, że niewiele brakuje, by zaczął krzyczeć, ledwo powstrzymuje się przed bezmyślnym, koszmarnym wyciem”

[Wasilij Aksionow, Oparzenie. Przeł. S. Kędzierski].

poniedziałek, 10 kwietnia 2017
1613. Therapy...

„Ostatnio muszę przyjmować to, co świat ma mi do zaoferowania, w małych i uważnie odmierzonych dawkach, to swego rodzaju homeopatyczna kuracja, którą przechodzę, choć nie jestem pewien, co miałaby wyleczyć. Być może uczę się znowu żyć pośród żywych. Ćwiczę się w tym. Ale nie, to nie to. To, że tu jestem, wynika po prostu z potrzeby, żeby nigdzie nie być”

[John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

23:09, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 07 lutego 2017
1607. Telefony w mojej głowie...

Ile by tego nie odkładać, w pracy czasem koniecznym wydaje się zadzwonić. I oto w dniach ostatnich słyszę – gdzieś pośród trzasków, odbić, szumów – siebie w słuchawce, jak gdyby z tamtej strony – nie ten głos mój wewnętrzny, to echo, kiedy mówię; ten, jaki ja odbieram (głos raczej niski, męski, przyjemny dość, przynajmniej neutralny; głos, jak u większości ludzi, zwykły) – ale ten głos zewnętrzny, oficjalny, ten, jaki słyszą inni – jakby skrzeczenie, elektronicznie przetworzone dźwięki, imitowanie mowy przez automat albo ptaka. I coś w rodzaju obrzydzenia, wstrętu, poczucia obnażenia, demaskacji – skończyć już, dobrnąć jak najszybciej, słuchawkę móc odłożyć, z tego uciec – jak gdyby nie dość krępujące same pytania, dociekanie, rozmowa, kontakt z drugim, formułowanie myśli w zdania. A jeszcze na dodatek później, już na żywo, jako reakcja na niezobowiązujący żart, odpowiedź moja – i jak zwykle, gdy spontanicznie (więc pewnie naturalnie i prawdziwie) – znów skrzek i znowu za wysoko, zbyt gwałtownie, wzbudzając śmiech – nie sensem, ale tonem. Przesadzam, zbyt przeżywam, rozpamiętuję niepotrzebnie – ale jednak. Wstydzę się gestów i przeszłości, wyglądu, trybu życia, najbardziej jednak lękam się odzywać. Jedynie sam z sobą w swojej głowie dialoguję – kolejny z substytutów tego, co mi się nie dostaje…

22:42, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
środa, 25 stycznia 2017
1605. …ta vie végétale, ta vie annulée…

„W takim samym dniu jak tamten, może trochę wcześniej czy trochę później, odkrywasz bez zdziwienia, że coś jest nie w porządku, że, mówiąc wprost, nie umiesz żyć, że nigdy się nie nauczysz. (…)

Coś pękało, coś pękło. Już nie czujesz – jakby to powiedzieć? – żadnego wsparcia: coś, co, jak się zdawało, jak się zdaje, krzepiło cię do tej pory, dodawało ci ducha, napełniało poczuciem własnego istnienia, niemal własnej wartości, wrażeniem, że należysz do świata, że jesteś w nim zanurzony, zaczyna cię zawodzić.

(…) Twoja przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zlewają się teraz w jedno: są bezwładem twoich członków, twoją podstępną migreną, zniechęceniem, upałem, goryczą i prawie wystygłą neską. (…)

Siedzisz w swoim pokoju bez jedzenia, bez czytania, niemal bez ruchu. (…)

To twoje życie. To wszystko jest twoje. Możesz sporządzić ścisły inwentarz swojej mizernej fortuny, szczegółowy bilans pierwszego ćwierćwiecza. Masz dwadzieścia pięć lat i dwadzieścia dziewięć zębów, trzy koszule i osiem skarpetek, trochę książek, których już nie czytasz, trochę płyt, których już nie słuchasz. Nie masz ochoty pamiętać o niczym więcej, ani o rodzinie, ani o studiach, ani o miłościach, ani o przyjaciołach, ani o wakacjach, ani o planach. Podróżowałeś i niczego z tych podróży nie wyniosłeś. Teraz siedzisz i chcesz tylko czekać, czekać, aż nie będzie już na co czekać: zegar niech dzwoni, noc niech nastaje, dni niech ulecą, wspomnienia przepadną.

Nie widujesz już przyjaciół. Nie otwierasz drzwi. Nie schodzisz po listy. Nie oddajesz książek, które wypożyczyłeś z Biblioteki Instytutu Pedagogiki. Nie pisujesz do rodziców.

Wychodzisz dopiero po zmroku, niczym szczury, koty i potwory. Snujesz się ulicami, wślizgujesz się do brudnych małych kin na Wielkich Bulwarach. Czasami wędrujesz całą noc; czasami przesypiasz cały dzień.

Jesteś próżniakiem, lunatykiem, ostrygą. Definicje zmieniają się zależnie od pory, zależnie od dnia, ale sens pozostaje mniej więcej taki sam: nie czujesz się stworzony do życia, do działania, do kształtowania; chcesz tylko trwać, chcesz tylko oczekiwania i zapomnienia.

Współczesność na ogół niezbyt poważa takie usposobienie: wokół siebie zawsze widziałeś, jak nagradzano działanie, wielkie plany, entuzjazm: w cenie jest człowiek zmierzający do przodu, człowiek ze wzrokiem utkwionym w horyzont, człowiek patrzący prosto przed siebie. Jasne spojrzenie, silny podbródek, stanowczy krok, wciągnięty brzuch. Upór, inicjatywa, przebojowość, triumf wytyczają nazbyt świetlisty szlak nazbyt modelowej egzystencji, kreślą uświęcone obrazy walki o przetrwanie. Pobożne kłamstwa, zwodnicze sny tych wszystkich, którzy drepczą i grzęzną, stracone złudzenia tysięcy ludzi pozostawionych własnemu losowi, tych, którzy przybyli za późno, tych, którzy postawili walizkę na chodniku i usiedli, aby obetrzeć z potu czoło. Ale ty nie potrzebujesz wymówek, nie masz czego żałować, za niczym nie tęsknisz. Niczego nie odrzucasz, niczego nie odmawiasz. Przestałeś zmierzać do przodu, ale ty już nie szedłeś do przodu, nie zaczynasz niczego od nowa, ty już doszedłeś, bo nie wiesz, co mógłbyś robić dalej: wystarczyło (…), aby pewnego (…) dnia (…) coś pękło, coś się zepsuło, coś się rozpadło i aby w pełnym świetle dnia (…) objawiła się ta prawda gorzka, smutna i śmieszna (…): ty nie masz ochoty ciągnąć tego dalej, nie chcesz się bronić ani atakować.

Przyjaciół zmęczyło już stukanie do twoich drzwi. Nie chodzisz ulicami, na których mógłbyś ich spotkać. Unikasz pytań, wzroku każdego, kogo przypadek stawia czasami na twojej drodze, odmawiasz wypicia piwa czy kawy, na które on cię zaprasza. Tylko noc, tylko pokój służą ci za schronienie (…); nocą, sam pośród tłumów na Wielkich Bulwarach czujesz się niemal uszczęśliwiony hałasem i światłami, ruchem i zapomnieniem. Nie odczuwasz potrzeby mówienia, nie masz żadnych pragnień. Podążasz za strumieniem, który płynie tam i z powrotem (…).

Jesteś zaledwie zmąconym cieniem, twardym jądrem obojętności, spojrzeniem bez wyrazu umykającym przed innymi spojrzeniami. Masz nieme wargi, zgaszone oczy – nauczysz się odtąd łowić odbicia swojej spowolnionej egzystencji w kałużach, w witrynach, w błyszczących karoseriach samochodów.

(…) Zapomnienie wsącza się w twoją pamięć. Nic się nie wydarzyło. Nic się już nie wydarzy. (…)

Nic jeszcze nie przeżyłeś, a wszystko zostało już powiedziane, zakończone. Masz dopiero dwadzieścia pięć lat, lecz twoja droga jest już wytyczona. Role i etykietki naszykowano: od nocnika z czasów wczesnego dzieciństwa po fotel na kółkach na stare lata, wszystkie siedziska są gotowe i czekają na swoją kolej. Twoje przygody tak dobrze już opisano, że najzacieklejszy bunt na nikim nie zrobi wrażenia. (…) łóżko w przytułku już czeka i czeka nakrycie przy stole dla poetów wyklętych. (…) Czemu miałbyś udawać, że żyjesz?

Czemu miałbyś ciągnąć to dalej? Czyżbyś jeszcze nie wiedział, co ci się przydarzy? (…)

Nie. Ty wolisz być brakującym elementem puzzli. Wycofujesz z gry swoje zabawki. Nie zostawiasz sobie żadnej szansy, rozdajesz karty do końca. Zaczynasz od dymu z komina, kładziesz na wszystkim krzyżyk, dzielisz skórę na niedźwiedziu, ścinasz zboże na pniu, przepijasz kapitał, wsuwasz klucz pod słomiankę, odchodzisz, nie patrząc za siebie. (…)

Twój pokój jest samym centrum świata. (…) Potrzebujesz tylko tego spokoju, tego snu, tej ciszy, tego odrętwienia. Niechaj dni zaczynają się i kończą, niechaj czas płynie, niechaj twoje usta pozostaną zamknięte, niechaj mięśnie karku, szczęki, podbródka całkiem ci się rozluźnią, niechaj poruszenia twojej klatki piersiowej, uderzenia serca świadczą jeszcze o tym, że cierpliwie utrzymujesz się przy życiu.

Niczego nie chcieć. Czekać, aby nie było już na co czekać. Włóczyć się, spać. Pozwalać, aby tłum cię unosił i aby unosiła cię ulica. Wędrować wzdłuż rynsztoków, ogrodzeń, kanałów. Iść nabrzeżem, skradać się pod ścianami. Tracić czas. Porzucić wszelkie plany, zawiesić wszelką niecierpliwość. Być bez pragnień, bez urazy, nie odczuwać buntu.

Przed tobą, w miarę jak upływa czas, otwiera się życie w bezruchu, bez kryzysów, bez nieładu: żadnych wybojów, żadnego zachwiania. Minuta za minutą, godzina za godziną, dzień po dniu, sezon po sezonie, rozpoczyna się coś, co nigdy nie zazna końca: twoje życie roślinne, twoje życie odwołane.

Wraz z upływem godzin, dni, tygodni, pór roku wyzbywasz się wszystkiego, od wszystkiego się odrywasz. Czasami, nawet w niejakim upojeniu uprzytamniasz sobie, że jesteś wolny, że nic ci nie ciąży, nic ci się nie podoba ani nic cię nie drażni. W tym życiu, które się nie zużywa i pozbawione jest innych dreszczy ponad owe chwile zawieszenia, jakich dostarczają ci (…) widowiska, które sam sobie fundujesz, odnajdujesz szczęście niemal idealne, fascynujące, czasem nabrzmiałe nowymi wzruszeniami. Zaznajesz całkowitego odprężenia, każda chwila cię chroni i oszczędza. Żyjesz w błogosławionym nawiasie, w pustce pełnej obietnic, wyzbytej oczekiwań. Jesteś niewidzialny, przejrzysty, kryształowy. Już nie istniejesz w owym ciągu godzin i dni, w przemijaniu pór roku, w upływie czasu, utrzymujesz się przy życiu bez radości czy smutku, bez przyszłości czy przeszłości, ot tak sobie, po prostu, zwyczajnie, niezawodnie (…).

Jesteś sam i dryfujesz. (…) Nie rozerwiesz zaklętego kręgu samotności. Jesteś sam i nie znasz nikogo; nie znasz nikogo i jesteś sam. Widzisz, jak inni gromadzą się, ściskają, osłaniają, obejmują. Ale ty ze swoim martwym spojrzeniem jesteś zaledwie przezroczystym duchem, trędowatym koloru ściany, zarysem postaci już startej na proch, zajętym miejscem, do którego nikt nie podchodzi. Rozbudzasz w sobie nadzieję na nieziszczalne spotkania. (…)

Nieszczęście na ciebie nie spadło, nieszczęście na ciebie nie runęło; wsączało się pomału, wślizgiwało niemal ze słodyczą. Dogłębnie przepoiło twoje życie, twoje gesty, twój czas, twój pokój, niczym długo skrywana prawda, niczym odrzucana oczywistość (…).

Przestałeś mówić i jedynie cisza ci odpowiedziała. Ale kiedy wreszcie odnajdziesz te słowa, te tysiące, miliony słów, które utknęły ci w gardle, słowa bez dalszego ciągu, okrzyki radości, słowa miłosne, głupie wybuchy śmiechu?

Żyjesz teraz w grozie milczenia. Ale czyż jest ktoś bardziej milczący od ciebie?”

[Georges Perec, Człowiek, który śpi. Przeł. A. Wasilewska].

22:14, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 21 listopada 2016
1599. Stranger Danger...

Dwie koleżanki z pracy, z którymi jestem tu najbliżej, najswobodniej, próbują podpytywać, co robię po godzinach, jak spędzam każdy wieczór (widocznie wzbudza coś w mym otoczeniu wątpliwości, wydaje się odmienne, intryguje). Potem zdziwienie odnośnie nielubienia alkoholu, niepróbowania nigdy papierosów, braku kontaktu z „trawką”. I że nie bywam w knajpach, nie chodzę na imprezy. Ale masz przecież jakichś znajomych? – pytanie trafia celnie. Udaje się wymijająco odpowiedzieć, zaraz odejść. Wiem, że o życiu seksualnym, mieszkaniu z rodzicami doplotkowały sobie pewnie same, a jednak kusi mnie przez chwilę, by poczuć znów smagnięcie bicza, podsłuchać je pod drzwiami…

„Niekiedy odczuwałem osobliwe ciepło w głębi serca na myśl, że zostaję uznany za osobę szaloną”

[Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

poniedziałek, 14 listopada 2016
1598. Lonely in a crowd...

Przyjęcie na osiemnaście osób w restauracji (siedemdziesiąte urodziny jednej z ciotek) – większość rodziny ze strony mojej mamy. Nie bywam zasadniczo – tym razem się nie dało. Mniej picia niż można było się spodziewać (mały kieliszek wódki sączę na cztery raty, do tego większy wina domowej roboty – ten tylko alkohol mi smakuje); jedzenia nadto, dobre. Córka jednej z kuzynek, już maturzystka (jestem aż taki stary?), piękniejsza niż pamiętam – bardzo mi przypomina Keirę Knightley. „Nawet pedały mi nie przeszkadzają, o ile nie dobierają się do mojej dupy”, mówi jej ojciec na dowód tolerancji, kiedy rozmowa schodzi na napięcia narodowościowe (to przekonanie heteroseksualnych mężczyzn, że gej to tylko czyha, by na nich wręcz się rzucić). Siedzę przez siedem godzin – nie umiem się przywitać ni pożegnać (ktoś tam wyciąga rękę, ktoś całuje – ta sztuczność ocierania się policzkiem), milczę przez cały czas (wypowiedziałem może kilka krótkich zdań). Obcy, nieprzystający, wrogi. Będzie mi jeszcze kiedyś potrzebna ta rodzina, ale już teraz żyjąc w pustce, mieć nigdy jej nie będę…

„Lęk egzystencjalny na dzień dzisiejszy: jestem na oko rzecz biorąc najzdrowszy ze wszystkich krewnych i przyjaciół. Mam szansę przeżyć (…) wszystkich i dogorywać w kompletnej izolacji” [Zdzisław Beksiński].

22:47, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
Archiwum
Tagi