~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: studia

wtorek, 18 listopada 2008
521. O kacu moralnym - czyli: Że zwłaszcza wolność ma swoją cenę i nie tylko pieniędzmi ona się wyraża...

  

Listonosz przychodzi gdzieś pomiędzy zakupami w Tesco i wprawianiem się w robieniu prania a zmywaniem po ruskich pierogach i czytaniem o imperium akadyjskim i monarchii nowosumeryjskiej. Polecony (nigdy nie umiałem się podpisać na stojąco): „Na podstawie art. 197 ust. 4 Ustawy z dnia 27 lipca 2005 r. Prawo o szkolnictwie wyższym (Dziennik Ustaw nr 164 poz. 1365 z późniejszymi zmianami) skreślam Pana z listy uczestników Studium Doktoranckiego Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego z dniem 30. 09. 2008 r. z powodu niewywiązywania się z obowiązków doktoranta określonych w art. 197 ust. 1-3 cyt. wyżej ustawy. Uzasadnienie: brak zaliczenia semestru letniego roku akademickiego 2007/2008. Od niniejszej decyzji przysługuje Panu odwołanie do Rektora w terminie 14 dni od daty jej doręczenia”. Dziękuję, ale nie skorzystam.

Ze wszystkich trapiących mnie problemów od tego właśnie najłatwiej udało się uwolnić. Żeby tak jeszcze można było wykreślić ów czteroletni rozdział z życiorysu, by nie odstraszał potencjalnych pracodawców. Albo żeby chociaż pozwalał mi on patrzeć w przyszłość z nadzieją na cokolwiek jeszcze…

Z drugiej strony jednak − dostać od biednego państwa prawie 50 tysięcy złotych, wydać niemal wszystko na raczej nienaukowe książki i nawet nie musieć tego zwracać, to też pewnego rodzaju osiągnięcie. Uznajmy więc, że zadowolenie moich studentów było tyle warte...

  

Zastanawiam się, czy w większym stopniu jestem złym, czy tylko głupim człowiekiem. I kiedy nareszcie coś mi się w życiu uda...

  

poniedziałek, 25 sierpnia 2008
477. Consolatio

  

Już druga z moich byłych studentek miała okazję odkryć, że jej pan magister sprzedaje teraz książki. Ja zaś dopiero teraz wracam wspomnieniem do tamtego, tak nieodległego w czasie, a bez żalu przecież zamkniętego, etapu w moim życiu; do tego, jak wielką wagę przykładałem, by moi wychowankowie zapamiętali trójczłonową kompozycję klasycznego trenu, i jak wspólnie analizowaliśmy wczesną lirykę przyszłej Anny Wszechrosji, szukając w kolejnych utworach języka gestów, słów w pół urwanych, znaczenia przedmiotów. Żaden temat nie był mi nigdy tak bliski… 

   

                    „Porzucił mnie, gdy pełnia była,

                    Mój druh kochany. Trudna rada. 

                    Żartował: »Linoskoczko miła,

                    Jak zdołasz żyć do listopada?«

   

                    Odpowiedziałam mu jak bratu,

                    Bez scen zazdrości, bez maniery, 

                    Lecz powetować mi tej straty

                    Nie mogą nowe płaszcze cztery”

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. L. Podhorski-Okołów].

  

Nie zmagam się co prawda z porzuceniem, tylko z milczeniem (a sytuacja jest na tyle niezręczna, że pewnie będzie się ono jedynie przedłużać, choć naprawdę nie ma powodu, by się mnie / mną / przy mnie krępować − ja chcę tylko pogratulować i być świadkiem szczęścia innych), ale też, podobnie jak ona, musiałem wstąpić ku samopocieszeniu na zakupy (zamiast na obiad). W efekcie nie tylko pierwszy raz skorzystałem z przysługującego mi jako pracownikowi dwudziestoprocentowego rabatu przy nabywaniu najnowszej książki Normana Daviesa, ale stałem się również posiadaczem… kapelusza. Wciąż nie bardzo wiem, jak do tego doszło…

A te wszystkie utarte slogany na moich zajęciach o „liryce kobiecej duszy”… − to nieprawda. Od zawsze przeczuwałem, że wcale nie ma płci − są tylko ludzkie uczucia, emocje, spojrzenia…

  

„Miłość łączy, i łączy na zawsze. Czynienie dobra łączy, czynienie zła rozłącza. Rozstanie to inna nazwa zła; to także inna nazwa kłamstwa. Tak naprawdę istnieje tylko wspaniałe, ogromne i wzajemne powiązanie”

   [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

środa, 18 czerwca 2008
445. Drgawki

  

Nawet wybór i prasowanie koszuli może być powodem porannej awantury. Jadę do Wrocławia z twarzą czerwoną od płaczu i przez cały dzień z trudem dochodzę do siebie. Uspokaja mnie nieco godzinne przeglądanie Arcydzieł malarstwa rosyjskiego w Empiku…

Wczoraj łudziłem się, że to ostatni mój dzień w Instytucie, ale na sumienność studentów nigdy nie można było liczyć. Im nie chce się przyjść po zaliczenie, ale ja będę musiał specjalnie dla nich przyjeżdżać (a ledwie mnie już stać na bilety)…

Przemogłem się w końcu i pełen obaw zadzwoniłem – w efekcie dziś osobiście mogłem złożyć podanie o tę pracę. Ciekawe, czy doczekam się odpowiedzi. Ostatnie cztery lata biją w oczy w życiorysie i nie zachęcają zbytnio do rozważenia mojej kandydatury. Ewentualny sukces zaś to ugruntowanie mojej życiowej klęski. Ale przecież żadne zajęcie nie hańbi…

W powrotnym pociągu naprzeciw mnie siedzi chłopiec o wybitnie szwedzkiej urodzie. Gdy tylko zapada w drzemkę, podnoszę głowę znad „Polityki” i wpatruję się zachłannie w jego rozchylone usta, przysłaniające czoło blond kosmyki, profil nosa... Dzień wcześniej nieoczekiwanie, po dziewięciu latach przyśniła mi się Ewelina. Żałowała, że nie miała odwagi odezwać się przez te lata, że wówczas my nie... Mam nadzieję, że w końcu znalazła ukojenie, którego tak potrzebowała...

  

wtorek, 10 czerwca 2008
441. Furioso

  

Dziś miesza się z wczoraj. Żaden dzień nie jest na tyle wyjątkowy, by samodzielnie zaistnieć w mojej pamięci...

  

Na Wyspie Piasek próby do Otella Verdiego – imponująca scenografia-twierdza, armaty na jednym z mostków, amfiteatralna widownia, tłumy słuchaczy-spacerowiczów. W tym wszystkim sama operowa muzyka wydaje się najmniej interesująca.

Na ostatnich zajęciach w swoim życiu dostaję gwałtownego ataku kaszlu – zupełnie nie mogę oddychać, coś dławi mnie do łez, obficie zalewających zaczerwienioną twarz. Dopiero po jakimś czasie orientuję się, że siedzimy przy zamkniętych oknach. Jedna ze studentek podnosi głowę znad testu i długo przypatruje się, jak płaczę...

Wcześniej, rano, na ulicy włącza mi się alarm: „Uwaga! Rozebrany chłopiec na balkonie na godzinie pierwszej!” Potem kupuję sobie spodenki do kolan. Ładnie opalone młode buzie na peronach...  

  

Cokolwiek bym jednak ujrzał, zrobił, przeżył, każdy mój dzień jest koszmarem. Nieustającym gniewem, niemym krzykiem bezsilności. Nosi mnie. Być może dlatego właśnie czytam o zamienianiu się życiorysami i labiryncie kolejnych wcieleń-masek…

  

„Pod pozorną porywczością, z jaką reagował na przeciwności losu, krył się człowiek niezwykle opanowany, zdolny latami czekać na właściwy moment, by zadać wymarzony cios. Zazwyczaj milczący, w domowym zaciszu pozwalał sobie czasem na nagłe wybuchy wściekłości, upodabniające go do beczki strzelniczego prochu, w której tkwił zdający się nigdy nie gasnąć lont. Nie były to nigdy napady spontaniczne – raczej skutek ciągłego monologu, jaki prowadził z własną świadomością człowieka pokonanego; człowieka, który – ręczę za to – wykułby tunel w bazaltowej skale, byle tylko móc odzyskać światło odjęte mu w młodości”

                    [Ignacio Padilla, Amphitryon. Przeł. M. Płachta].

  

środa, 04 czerwca 2008
438. Błądzenie

  

Przygotowuję ostatnie testy dla swoich studentów, przepisując im ręcznie modernistyczne wiersze do rozpoznania, bo nie stać mnie na tusz do drukarki, na działce zbieram truskawki w palącym słońcu, zamawiam antologię poetów amerykańskich O krok od nich, zastanawiam się, czy jutro znów zadzwonić w sprawie tego etatu w księgarni, bo wczoraj nie było dla mnie czasu, i czy starać się o niego będę miał odwagę, czytam dalej Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu Martina Pollacka, uśmiechać się staram przez łzy do mamy, co tydzień temu rozpaczała nad moim życiowym pogubieniem, a teraz – sama od lat bez zajęcia – życzliwie dopinguje poszukiwaniom pracy, jakkolwiek inaczej musiała sobie to wszystko wyobrażać (widzę to rozczarowanie w jej oczach, tym smutniejszych, że przecież tak niewiele brakowało). I ja też onegdaj widziałem się w marzeniach gdzie indziej, jako ktoś inny, teraz zaś nie znajduję pomysłu, sił i chęci na cokolwiek, błądząc ustawicznie, nie wiem czego szukając…

  

…„wciąż chodził markotny: książki do zguby go przywiodły, jak powiadają dobrzy ludzie […]. Do zguby? Zagubiony to on był, tak – i to od zawsze – na tym świecie, w którym nie widział zgoła tego samego dobra, co w książkach, co mu jego zastępowały miejsce, ale było to jeno miejsce odmowy, błagania nigdy niewysłuchanego i złośliwości bez dna”…

                    [Pierre Michon, Żywoty maluczkich. Przeł. W. Gilewski].

  

poniedziałek, 21 kwietnia 2008
413. Epistolae

  

Napisanie w odpowiedzi na list jednego sensownego zdania przekracza moje możliwości intelektualne. Dlatego nie potrafię się zbliżyć do I., dlatego słoneczny chłopiec ignoruje moje bzdury. Dlatego piszę tu – do siebie, do wyobrażonego kogoś, kto mnie nie odrzuci i nie będzie z litości tworzył iluzji przyjaźni…

  

„Żadne z nas dwojga nie spodziewa się, że to drugie zareaguje, tylko że odgadnie, co myślimy. […] przychodzi mi na myśl, że nasz sposób porozumiewania się jest najlepszy ze wszystkich, do jakich może dążyć dwoje ludzi: oddalonych od siebie, świadomych, że spotkanie jest niemożliwe, i wypełniających pustkę słowami bez celu. Kiedy piszemy dla kogoś, wypisujemy kłamstwa […]; prawdę mówimy tylko wobec cieni. Tak więc kieruję wzrok ku cieniom i zwracam się do nich. Drogie cienie”

     [José Carlos Somoza, Listy od zabójcy bez znaczenia. Przeł. A. Rurarz].

  

Boli mnie. Straszliwie, fizycznie. Boli od samego rana, a i w nocy nie daje zasnąć. Do tego wietrzny Wrocław. Do tego na zajęciach mistyczna miłość młodszych symbolistów rosyjskich. Do tego czekanie... Najwolniej jak tylko można wracam do domu, gdzie wita mnie imieninowa czekolada z orzechami. Życzenia doprowadzają mnie do z trudem ukrywanego ataku płaczu. Spowiadam się z tego na osobności, nie czekając na odpowiedź ani na rozgrzeszenie…

  

poniedziałek, 14 kwietnia 2008
410. Bieszenstwo

  

Najpierw czytam w pociągu: „Oczekiwanie i tęsknota czyni ludzi szalonymi” [Aharon Appelfeld, Badenheim 1939. Przeł. H. Szafir – opowieść o „czarodziejskiej górze” ogarniętej epidemią żydostwa]… Potem na zajęciach, omawiając ze studentami Małego biesa Fiodora Sołoguba, powtarzam im za podręcznikiem, że kiedy człowiek skupia się wyłącznie na samym sobie (fiksacja narcyzmu), wówczas zapomina o całym świecie – a ponieważ on nie przestaje istnieć i musi dawać o sobie znać, to zaczyna prześladować. Tak rodzi się paranoja… Wreszcie tradycyjnie już nieudana wizyta u fryzjera szarpie mi wściekle nerwy…

Dzień z pewnością obłędny – nie wiem, czy taki wyjątkowy… 

    

                    „O Boże, nie daj mi zwariować!”

                                        [Aleksander Puszkin. Przeł. J. Tuwim].

  

poniedziałek, 31 marca 2008
402. Une saison en enfer

  

Zimnym rankiem spieszę na pociąg przez zieleniejący się, rozkrzyczany głosami setek ptaków las. Prowadzi mnie charakterystyczne pukanie o pnie drzew – „Nie krakały kruki, wrony, / Tylko dzięcioł / Pełzł po wierzbie, wystukiwał / Drogę księciu” [Słowo o wyprawie Igora. Przeł. J. Tuwim]. Całe poszycie jest białe od tysięcy zawilców, ale dziwnym trafem zauważę to dopiero wiele godzin później, wracając tędy do domu ze wspomnieniem wrocławskich krokusów przy teatrze Capitol…

  

Pamięć, zapomnienie, wspomnienie…

W pociągu naprzeciw mnie siada dziewczyna, z którą w liceum chodziłem do jednej klasy. Nie miałem powodu jej nie lubić. Mówimy sobie „cześć” i są to jedyne słowa, jakie padają między nami. Ona próbuje usnąć, ja uciekam w lekturę…

  

„Czas zabliźnia rany. Czas to cierpliwy żółty deszcz, gaszący powoli najbardziej zajadłe płomienie. Ale istnieją płonące pod ziemią stosy, szczeliny pamięci tak zapiekłe i głębokie, że nawet rwący potok śmierci nie mógłby ich przesłonić. Próbujemy żyć, jakby ich nie było, zadusić je milczeniem, przykryć patyną czasu i gdy myślimy, że nareszcie udało nam się zapomnieć, dostajemy niewinny list, który rozbija na drobne kawałki taflę lodu skuwającą zapomnienie”

                    [Julio Llamazares, Żółty deszcz. Przeł. M. Płachta].

  

Na zajęciach pytanie o zadane przed świętami opowiadanie Leonida Andriejewa spotyka się z głuchym odzewem studentów. „I odpowiedzią mu było milczenie…” – nigdy nie będą wiedzieć, ile dla mnie znaczy ten tekst… Tam, gdzie zajść ani razu we Wrocławiu nie omieszkam, kupuję Pogardę Alberto Moravii. Być może jest w tym jakieś ukryte znaczenie. W każdym razie cudowny motyw George’a Delerue z filmu Godarda musiał mi nieuchronnie rozbrzmiewać potem w myślach…

Spacer wzdłuż Promenady Staromiejskiej przez park Kopernika do Wzgórza Partyzantów. Jak zwykle przyglądam się ludziom, zajmującym kolejne ławki. Drzemiący, sterany życiem i chyba podpity mężczyzna; chłopiec nadający sms; babcia z rozkosznym maleństwem w wózku; student czytający grubą powieść; dziewczyna z czymś, co mogłoby być podręcznikiem do angielskiego; i zakochane pary, bez skrępowania okazujące sobie uczucie. Pierwszy raz wspinam się na Wzgórze – z ławki na szczycie spoglądam na wschód i przez kilkanaście minut obserwuję przez drzewa, jak po drugiej stronie fosy, na skwerze Krasińskiego dwaj chłopcy odbijają piłkę. Jeden jest w krótkich spodenkach i ma mnóstwo tej życiowej energii, o której ja dawno już zapomniałem. Jak dobrze, że macie siebie nawzajem, koledzy, że umiecie się tak bawić i śmiać. Jak dobrze…

Wracam dołem, blisko lustra wody. W pociągu kończę czytać zaczętą dziś przepiękną opowieść o umierającej wiosce Ainielle…

  

„Nic nie budzi w człowieku takiego lęku jak drugi człowiek – większego jeszcze, jeśli oboje są jedną i tą samą osobą. Tak, samotność zmusiła mnie do stawienia czoła samemu sobie. A w odpowiedzi na ten przymus, do zbudowania na wspomnieniach potężnych ścian zapomnienia. I to był jedyny sposób, by przetrwać pośród tego zniszczenia i rozkładu, jedyny sposób, by znieść samotność i lęk przed obłędem” [Ibidem].

  

Wiosna – rozleniwia, drażni nerwy, mąci w głowie, nie daje nocą zasnąć. Z pewnością już przyszła. To będzie mój kolejny sezon w piekle

  

wtorek, 11 marca 2008
392. Eventful

  

Ta sama droga (dom – stacja – dom – stacja) przemierzana dziś czterokrotnie (nowe buty sprawdziły się znakomicie), odwołany pociąg, telefon do koleżanki, by zatrzymała studentów (kiedy to ja ostatnio do kogoś dzwoniłem? – a tak, dziesięć dni temu o 19.12), spóźnienie na zajęcia o trzy akademickie kwadranse, i pełna improwizacja na temat właściwości liryki. W drodze tam czytam Jedno drzewo, jedno pożegnanie Mariny Mayoral; w drodze tu – Podzwonne dla dzwonnika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Na poczcie czekają na mnie trzy paczki z książkami, kolejna już w drodze, jeszcze jedna w planach. I tyle. To wszystko. Wydarzyło się dziś więcej niż przez dni, tygodnie, lata. Nic ciekawszego mnie już nie czeka. Nic ciekawszego nie umiem już sobie wyobrazić…

  

poniedziałek, 10 marca 2008
391. Zmierzch

  

Pierwszy gorący dzień, co nie tyle nawet zapowiada nadchodzące, ile pieczętuje, zamyka minione… Uporczywe poszukiwania lżejszego, ale koniecznie czarnego obuwia na moje miniaturowe stopy (małe jak nos, małe jak…, bo małe jest piękne) uwieńczone zostają pół-sukcesem, który – ze względu na swoją niską cenę – oby choć końca tego roku doczekał… Tak jak tydzień temu wróciłem po latach do kina, tak dziś wracam do lektury – kilkudziesięciominutowa podróż powrotna z Wrocławia pozwala przeczytać w całości Bez krwi Alessandro Baricco; w torbie jeszcze kupiony okazyjnie Ogród niedoskonały Tzvetana Todorova (z pobieżnego przeglądu – tak charakteryzuje samego siebie J. J. Rousseau w liście do Sophie d’Houdetot 17 XII 1757: „Zżerany potrzebą kochania i bycia kochanym, i mało wrażliwy na wszystkie inne potrzeby”)… Na zajęciach w Instytucie rosyjski dekadentyzm – nie wiem, dlaczego tyle uwagi poświęciłem zjawisku zalegalizowanej prostytucji. Z ekstatycznego nurzania się w żywiołach u Balmonta, kultu własnego indywidualizmu u Briusowa oraz katastroficznego pesymizmu i ucieczki w marzenie u Sołoguba zdecydowanie najbliższy jest mi autor Małego biesa – co prawda, nie prześladuje mnie jeszcze złośliwa niedotykomka, ale chyba niewiele do tego brakuje. Byłaby ona moim jedynym i codziennym towarzyszem…

Już nie widok zakochanych par, małżeństw, związków, partnerów na ulicach, zdjęciach, w opisach rodzi łzy w kącikach moich oczu, ale brak kogokolwiek do zwyczajnej rozmowy, nieobecność drugiego. Chwilami mam wrażenie (jest coś z pychy w takim myśleniu), że już nie można sobie wyobrazić większej udręki, niż moja. Chwilami muszę się bardzo powstrzymywać, by nie zrobić czegoś nieodwracalnego. Nie używam wtedy racjonalnych argumentów… 

   

                    „Привычка жить... наверно. Все равно.

                              Душа согласна на любое.

                    Включи другой канал, трескучее кино,

                              Стрельба, объятия, ковбои.

                    Проснусь – увижу луч, умру – увижу тьму,

                              И, погружаясь в сумрак дымный,

                    Я одиночества такого никому…

                              Гори, гори, звезда моя, прости мне…”

                                        [Bachyt Kienżejew]

  

Po tych słowach zawsze słyszę w podświadomości huk wystrzału...

Пора, мой друг, пора...

  

poniedziałek, 03 marca 2008
387. Sceny i ujęcia

  

Przyklejony do szyby w zatłoczonym przedziale wyglądam zwiastunów wiosny. Klucze powracających ptaków czarnymi smugami przecinają niebo. W powietrzu rozkrzyczane gęsi, na wodzie kaczki, po zamokłych polach przechadzają się kolejne pary żurawi, a zorane bruzdy obsiadło stadami coś jeszcze skrzydlatego, trudnego do sklasyfikowania z racji zbyt dużej odległości… Gdzieś za moimi plecami grupa damsko-męska żartami umila sobie drogę do pracy. Dwoje z nich znałem kiedyś, przed paru laty zaledwie, co już się wiecznością wydają. Czy też się tak wówczas śmiałem – już nie pamiętam…

  

Po kilku latach przerwy, pierwszy raz od czasów Aleksandra, idę do kina. W ciemnej, pustawej sali (usiadłem nie tam, gdzie bilet mi nakazywał) rozgrywa się mroczne misterium rzezi, równie niepojętej jak milczenie Boga nad preriami Teksasu, pośród których wzrok nie znajduje żadnego oparcia. Szeryf Bell ma przynajmniej sen o czuwającym przy ognisku ojcu („...and I knew that whenever I got there he would be there. And then I woke up”). Co jest naszym fundamentem dzisiaj, co daje nam pewność? W czym możemy upatrywać nadziei? Budzimy się ze snu i dostrzegamy jedynie absurd pustki…

Wychodząc po seansie mimowolnie podsłuchuję młodą grupę moich niedawnych współwidzów, którzy kpiącymi pytaniami starają się pokryć własne niezrozumienie zakończenia, tak konsekwentnie przecież wyprowadzonego z całości filmu. Mijam ich zirytowany, bo właśnie tacy jak oni nadają teraz ton. Rzeczywiście, to już nie jest kraj dla starych ludzi

  

W Instytucie pani z działu dydaktyki przekazuje mi szeptem na korytarzu poufną wiadomość, że studenci bardzo sobie chwalą moje zajęcia i wystawiają mi najwyższe oceny. Aż się zdziwiłem. Wracam uskrzydlony do domu i nie mogę się powstrzymać od uśmiechu na widok chłopca, który naprzeciwko mnie łakomie pałaszuje udka kurczaka i frytki z KFC. Za oknem lecą żurawie

  

czwartek, 14 lutego 2008
378. Fail

  

Dysputa w klubie studenckim o kondycji polskiej nauki przypominała raczej grecki symposion niż egzamin z filozofii – ale czy wobec tego rozmowa about Andrzej Wajda’s films, przeprowadzona w prywatnym mieszkaniu z autystycznym dzieckiem za ścianą, w większym stopniu spełniała formalne wymogi egzaminu z angielskiego? Ważne, że fikcji stało się zadość i moja niewiedza została dwukrotnie oceniona na bardzo dobry.

Szkoda tylko, że egzamin z przyjaźni najwyraźniej oblałem…

  

wtorek, 29 stycznia 2008
370. Almost

  

Lata, dni, godziny… Dzisiejsza daremność – bezowocna wrocławska wyprawa, nieznalezienie książki, którą znajdę jutro, zbyteczne posiedzenie Zakładu i debata nad tym, co dla mnie od lat było oczywiste, przeze mnie postulowane zresztą, i lęk niepotrzebny przed spotkaniem Tamtej (wciąż mógłbym ją pokochać, gdyby nie widziała we mnie mężczyzny) – nieobecnej, na szczęście chyba, i jeszcze jedno dzisiaj niewidzenie, nieuśmiechnięcie się, niekochanie, z mojej tylko strony wyrzeczenie, bo dla mnie jedynie znaczenie mieć mogące… Przeraźliwa pustka wyziębia mi dłonie – dziś wszyscy ludzie wydają się obcy. I nawet Ty mnie prawie tak, jak ja Tobie… 

   

                    „Gdzie mam się podziać w tym styczniu przeklętym?

                    Otwarte miasto czepia się obrzydle…

                    Może mnie upił widok drzwi zamkniętych? – 

                    Wyć się chce: wszędzie zasuwy i rygle. 

   

                    I te pończochy rozszczekanych przecznic,

                    I te spiżarnie wykrzywionych ulic:

                    Zza wszystkich rogów wrogów niebezpiecznych

                    I w każdym kącie końca oczekuję”. 

                                        [Osip Mandelsztam. Przeł. S. Barańczak]

  

wtorek, 20 listopada 2007
335. :-)

  

Listopadowego słońca, skrępowanej niedoświadczeniem ekspedientki w księgarni, rozbawionych dowcipem studentów, koleżanki, z którą w godzinach konsultacji żartujemy z naszych błędnych wyborów życiowych, ślicznego kleryka na Rynku, przesyłane poprzez komunikator w zastępstwie po raz kolejny niedoszłego spotkania – promienne uśmiechy. Nie pozostały dziś nieodwzajemnione...

  

wtorek, 30 października 2007
326. Wahania

  

To samo, co dwa tygodnie temu. Ulica, rower, zielona czapka i ten, co wydawał się być Tobą. Ale chyba byś mnie zauważył, przejeżdżając tak blisko, prawda? Nie możesz być aż tak roztargniony. Ani tak okrutny…

  

W takie dni, jak dziś, nachodzą mnie wątpliwości, czy to, co wygłaszam studentom ex cathedra, ma jakikolwiek sens. Nielubiany przedmiot, niepewność w temacie, maskowana potokiem kategorycznych sądów – być może niedorzecznych, może zbyt daleko idących. Szkoda, że oni i tak wszystko przyjmą na wiarę, ale zarazem bezpieczniej…

Gaszę światło w największej sali Instytutu i przed zamknięciem omiatam wzrokiem wszystkie puste fotele. Przez okna widać szare chmury, nadciągające nad złote drzewa. Chłód. Może nie wychodzić?…

  

Ten drugi, który pojawił się, a raczej zabłysnął niespodziewanie tydzień temu, zamilkł równie nagle – boję się, że już nieodwołalnie. Pytam wciąż, co zrobiłem źle, jakie słowa, jakie uczynki… To chyba ja sam wystarczam za powód. Zdaje się, że za bardzo mi zależało. Pierwszy raz…

  

wtorek, 23 października 2007
322. Choć raz

  

Łapczywie łykać wiatr, całujący cię zimnem w policzki; w drżeniu opłukiwać włosy na ulewnym deszczu i nie martwić o białość butów; ze śmiałością w oczach oglądać się za mijanymi Adonisami, którzy też (wiedzieć to) się za tobą odwrócą; polubić improwizację na (polubić je też) zajęciach tak bardzo teoretycznych; więcej słuchać (ich) zza biurka – więcej mówić (mu) przy kawie (zacząć ją smakować); długo ustawiać się do zrobienia zdjęcia kamiennym detalom przekwitłej dawno kamienicy (kupić aparat zamiast książek); uwodzić samą barwą głosu tych, którzy (mieć tych, którzy…) będą cię chłonąć w zachwycie; wracać nocami przez rozgwieżdżone kałuże ulic (pojadę następnym pociągiem); nie myśleć tak długo nad listownymi odpowiedziami – i tak dość ulotnymi w swej lakonicznej formie (forma i treść – o tym dziś było); zmywać pod prysznicem odczuwalność zmęczenia na dowód własnej fizyczności. Uśmiechnąć się, że choć raz, choć dziś nie było się sobą…

  

wtorek, 16 października 2007
316. Wyjście

  

Raz w tygodniu wyjście z domu na dłużej, dojazd, zajęcia, powrót, słońce, pośpiech, pot na karku, złote liście pod nogami – i śmiertelne zmęczenie. A przecież chciałbym tak codziennie, gdyby tylko było po co…

Pracować, działać, spotykać, żyć…

  

Byłem niemal pewien, że to Ciebie dziś mijałem na ulicy. Ale chyba więcej w tym było moich pragnień niż szczęśliwego przypadku...

  

piątek, 12 października 2007
312. Więzienie

  

Nie te wielkie tragedie – samotność, poczucie wyobcowania, nieznajomość miłości, niezgoda na świat – ale te małe, codzienne, są najgorsze i nie do wytrzymania: zobowiązania, jakie na siebie wziąłem, a którym nie umiem podołać; inne ograniczenia, od których nie potrafię się uwolnić. Bez tamtych, abstrakcyjnych, mógłbym jakoś żyć, ale w tych, konkretnych warunkach, duszę się…

   

Hamlet: Denmarks a prison.

Rosencrantz: Then is the world one.

  

wtorek, 02 października 2007
302. Szarość

  

Brukowane ulice, ciasne zaułki, zacienione pasaże, łukowate mosty, drewniane kładki, żeliwne bramy, nieznane przejścia, wciąż zielone bulwary, brązowe już parki, geometryczne ogrody – wszystkie tak przeraźliwie dziś puste, bo obok mnie… Bo nigdy obok mnie…

Katuję się samotnym spacerem – nawet niebo dziś łka. Wszystko na odwrót: deszczowe łzy spływają do oczu kałuż. Szarość. I tylko żółte liście… Pamięć o słońcu, którego już – zdaje się – nigdy nie będzie.

Moja nieopanowana skłonność do patosu i banału zarazem…

  

Głośny śmiech młodych ludzi na Rynku. Kiedy ja się tak śmiałem, kiedy zamiast myśleć poddawałem się emocjom? Jak wszystko w moim życiu – nigdy…

Tak, to smutek w moich oczach zniechęca innych ludzi.

  

Sklep-labirynt. Nie mogłem znaleźć przymierzalni, a wstydziłem się zapytać – odwiesiłem wszystkie rzeczy na ich miejsce.

  

Pierwszy dzień w Instytucie i znowu, jak co roku zetknięcie z bałaganem, niekompetencją i lekceważeniem. Od razu, na wstępie, odbiera mi to całą chęć istnienia. Tak jakbym potrzebował jeszcze dodatkowych argumentów poza samym sobą.

A jednak, mimo wszystko, nie wypatrywałem dziś przerwy między kołami pociągu, jak pięć dni temu. Nie ma jednak co się z tego cieszyć. Jeszcze się zdarzy…

  

poniedziałek, 01 października 2007
301. Rozmowa

  

„Nie nadaję się już do tego, co nazywa się życiem towarzyskim; dlatego nie przyjmuję zaproszeń, chyba że w niewybaczalny sposób miałbym obrazić zapraszających swoją odmową. Ale nawet wtedy, cóż to za wysiłek przebywać z ludźmi i »prowadzić konwersację«! Jestem w stanie znieść tylko cud, najzwyklejszy cud porozumienia, przydarzający się czasami podczas bezpośredniej rozmowy z kimś. Ale w towarzystwie takie cuda się nie zdarzają”.

                         [Sándor Márai, Dziennik. Przeł. T. Worowska]

    

Jutro zaczynam prowadzenie zajęć w Instytucie – czwarty rok w roli wykładowcy. Tym razem już po raz ostatni. Potrzebuję tego, ale i nie znoszę. Spotkania z obcymi mi ludźmi, z rówieśnikami, którym nie mam nic do powiedzenia. A z tym, z kim chciałbym porozmawiać, tak dogłębnie i szczerze, wciąż nie mogę się spotkać. Może i lepiej. Chyba nawet z nim nie umiem rozmawiać, choć tylko z nim rozmawiać bym pragnął. Nie ma co liczyć na cud.

   

 
1 , 2
Archiwum
Tagi