~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: praca

wtorek, 28 marca 2017
1611. Birdman...

Zaczyna się otwieranie okien w pracy i przeciągi. W ubiegły poniedziałek jednak straszne zimno – wieczorem katar, rozwijający się przez dni kolejne, w a piątek wieczór już gorączka, mocno zmieniony głos i kaszel. Weekend pod kocem, sennie, bez czytania. Wczoraj wyraźnie lepiej, ale też pierwszy raz urlop na żądanie, by jeszcze dojść do siebie. A dziś do pracy, gdzie oczywiście beze mnie zaraz zaległości. I z miejsca katar zatokowy, niemożność oddychania. Zwalniam się kilka godzin wcześniej, a jutro do lekarza…

Nie można było jeszcze się nacieszyć słońcem i niebem, białymi obłokami. W oko mi wpada każdy ptak, gdy idę, jadę, patrzę. Kos zadomawia się pośród najbliższych bloków, zaczyna dzień i kończy koncertami. Rudzik wygląda z krzaków pośród działek, w parku na tej samej gałęzi stukają cztery sójki, kowalik podlatuje z dróżki na pniak po ściętym drzewie, by zacząć śmiesznie śpiewać (pierwszy raz widzę go w tej pozycji – dotąd na pionie pnia, najczęściej głową w dół), w jednej z mijanych wsi wysoki komin, gniazdo, a w nim dziś pierwszy bocian, czapla na moście, wokół stadionu pliszki siwe, pod siatkę jego elewacji chętnie wlatują kopciuszki, a tam, gdzie pusty peron pośród pól, gdzie codziennością już żurawie, gęsi, myszołowy – dostrzegam kilka razy w dali parę czajek, akrobatyczny lot godowy samca (najbardziej sensacyjna z moich obserwacji ornitologicznych, duże zadowolenie z trafnego rozpoznania). Chciałoby się zatrzymać, podejść, zrobić zdjęcie – bo przecież żadna praca nie jest warta, by spiesząc do niej, marnować tak przyjemne okazje…

Tagi: praca
22:23, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 15 marca 2017
1610. Coraz wyżej, coraz dalej...

Firma się podzieliła, nowa zabrała część klientów, pracowników, kolejni rezygnują z pracy – już wszyscy z tych nielicznych, do których udało mi się zbliżyć. Ty też znajdź sobie coś, mówi mi koleżanka. Przy Twoim wykształceniu musisz mierzyć ambitniej. Sęk w tym, że aspiracje w życiu nie wiążą mi się z pracą, a jej fizyczna monotonia ma dla mnie większy powab niż kreatywność wyzwań. Zabawne, że tak pragnąc być w cieniu wciąż, wysuwam się na czoło. Kieruję nieformalnie pewną grupą, powierza mi się nadzór nad czymś, wiele sam chcę przypilnować. Brakuje rąk do pracy, nie starcza czasu mi na wszystkie obowiązki – a mimo to podwyżka dziś (do dwa czterysta brutto oraz premie – 15% standardowa i druga za wyniki), awans (starszy inspektor – brzmi cokolwiek wiekowo). I nawet jeśli co dzień mnie ogarnia zniechęcenie, i marzę, by to rzucić, powrócić do Warszawy – to muszę trzymać się za wszelką cenę tego miejsca. Najlepsza praca z tych żałosnych, jakie miałem, oddala mnie od marzeń i poczucia spełnienia. Zawsze coś za coś, bez polotu, przyjmując miast zdobywać, tracąc to, co najbliższe, najważniejsze…

Tagi: praca
23:02, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 07 lutego 2017
1607. Telefony w mojej głowie...

Ile by tego nie odkładać, w pracy czasem koniecznym wydaje się zadzwonić. I oto w dniach ostatnich słyszę – gdzieś pośród trzasków, odbić, szumów – siebie w słuchawce, jak gdyby z tamtej strony – nie ten głos mój wewnętrzny, to echo, kiedy mówię; ten, jaki ja odbieram (głos raczej niski, męski, przyjemny dość, przynajmniej neutralny; głos, jak u większości ludzi, zwykły) – ale ten głos zewnętrzny, oficjalny, ten, jaki słyszą inni – jakby skrzeczenie, elektronicznie przetworzone dźwięki, imitowanie mowy przez automat albo ptaka. I coś w rodzaju obrzydzenia, wstrętu, poczucia obnażenia, demaskacji – skończyć już, dobrnąć jak najszybciej, słuchawkę móc odłożyć, z tego uciec – jak gdyby nie dość krępujące same pytania, dociekanie, rozmowa, kontakt z drugim, formułowanie myśli w zdania. A jeszcze na dodatek później, już na żywo, jako reakcja na niezobowiązujący żart, odpowiedź moja – i jak zwykle, gdy spontanicznie (więc pewnie naturalnie i prawdziwie) – znów skrzek i znowu za wysoko, zbyt gwałtownie, wzbudzając śmiech – nie sensem, ale tonem. Przesadzam, zbyt przeżywam, rozpamiętuję niepotrzebnie – ale jednak. Wstydzę się gestów i przeszłości, wyglądu, trybu życia, najbardziej jednak lękam się odzywać. Jedynie sam z sobą w swojej głowie dialoguję – kolejny z substytutów tego, co mi się nie dostaje…

22:42, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
środa, 07 grudnia 2016
1601. A weight of carrion flesh*...

Mija trzynasty miesiąc pracy. Wciąż sypiam w dni powszednie po pięć godzin. Przyzwyczajam się do swoich obowiązków, jakkolwiek wciąż nie widać w nich większego sensu – z pewnością trudno byłoby tak spędzić całe życie. Trud po nic, przyszłość żadna, chroniczne przemęczenie. Własne ograniczenia też nie pomagają, pogłębiają się niektóre złe nawyki – gdy wyjaśnienia z sądem odnośnie jakiejś sprawy wydają się wykraczać poza standard, zdarza mi się wychodzić z open space’u, szukać odosobnienia, korzystać z prywatnego telefonu. Wstyd przed rozmową wobec osób trzecich. Jakiś płaczliwy ton i drżenie w moim głosie, gdy trzeba o coś spytać czy zwrócić się o pomoc. Szczęśliwie, wiele też tu automatyzmu, godziny mechanicznego oklejania albo weryfikacji pism w systemie. I milczenie…

Prócz sądów, komorników piszą też zwykli ludzie. Kolejne takie moje doświadczenie wglądu. W warszawskim ministerstwie była to pomoc finansowa z Unii, szczegóły wniosków i projektów, inwestycji. Potem, w Krajowej Radzie Sądownictwa – skargi obywatelskie, skrzywdzeni i poniżeni, niepowtarzalny splot stylistyk, form i argumentacji, meandrów ich myślenia i pojmowania świata. Na kartkach krzywo wyrwanych z zeszytów, ścinkach papieru gdzieś w aresztach, hieroglifami lub komputerowo, czasami na dziesiątkach stron to samo; przypominało to niekiedy (kolory, miniaturyzacje, powiększenia, nakładające się na siebie wersy, zmiany kierunków tekstu) jakieś mentalne mapy, rodzące podejrzenia – już nawet bez wnikania w treść – odnośnie zaburzeń potencjalnych ich autorów, psychopatii. A teraz, tutaj nie wyzwiska już, nie spiski – raczej błagania, prośby. Ludzie na skraju, bez dochodów, w spirali długów, schorowani – ruina życia, nędza i opuszczenie. Umórzcie, rozłóżcie na raty lub darujcie. Kłuje coś wtedy w sercu i łza się w oku kręci. Nie ja naciskam, decyzje podejmuję – tylko otwieram listy. A jednak czuję się niczym element systemu represji, nóż wrzynający w ciało – bieda nie łączy mi się jakoś z wymogiem spłaty długów…

* William Shakespeare, The Merchant of Venice (Act IV, scene 1)

22:48, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 21 listopada 2016
1599. Stranger Danger...

Dwie koleżanki z pracy, z którymi jestem tu najbliżej, najswobodniej, próbują podpytywać, co robię po godzinach, jak spędzam każdy wieczór (widocznie wzbudza coś w mym otoczeniu wątpliwości, wydaje się odmienne, intryguje). Potem zdziwienie odnośnie nielubienia alkoholu, niepróbowania nigdy papierosów, braku kontaktu z „trawką”. I że nie bywam w knajpach, nie chodzę na imprezy. Ale masz przecież jakichś znajomych? – pytanie trafia celnie. Udaje się wymijająco odpowiedzieć, zaraz odejść. Wiem, że o życiu seksualnym, mieszkaniu z rodzicami doplotkowały sobie pewnie same, a jednak kusi mnie przez chwilę, by poczuć znów smagnięcie bicza, podsłuchać je pod drzwiami…

„Niekiedy odczuwałem osobliwe ciepło w głębi serca na myśl, że zostaję uznany za osobę szaloną”

[Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

poniedziałek, 03 października 2016
1593. Kolejne osiemnaste (razy dwa)...

W firmie zwyczaj obchodzenia urodzin każdego pracownika. Składka od chętnych po 5 złotych, laurka z podpisami, w południe wszyscy wstają, życzenia w ich imieniu, wspólny prezent. Solenizanci odwdzięczają się ciastami, cukierkami…

Obawiałem się od ubiegłego roku tego piątku, tymczasem dostałem książkę „Sztuka fotografowania” (a była jeszcze Pinta Atak Chmielu i lizak w ramach Dnia Chłopaka), całusa (choć właściwie rozminąłem się – jak zwykle przy tym geście – z koleżanką, muskając ustami jej włosy w okolicy ucha) i… uśmiech do samego siebie na resztę dnia. Pierwszy to raz mój w grupie tak, pozarodzinnie – chciałem napisać niemal „pośród rówieśników”, ale zapomnieć trudno, zwłaszcza zaś w takie „święto”, że jestem starszy o jakąś dekadę od większości. A przecież, tak wciąż trzymając się na dystans, miałem okazję poczuć, że mogę być lubiany, że ktoś pamięta oraz poczuwa się, że jednak przynależę…

Tagi: praca
22:41, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 18 września 2016
1589. Don’t Speak...

„– Ile języków Pan zna?

– Żadnego. Znam wiele słów z różnych języków”

[Jurij Andruchowycz, Perwersja. Przeł. O. Hnatiuk i R. Rusnak].

Przypomnij mi, jaką filologię ukończyłeś? – pyta mnie koleżanka w pracy. To Ty mówisz po rosyjsku, tak?

Już nie – ucinam szybko. Ja nawet i po polsku już prawie w ogóle nie rozmawiam…

„(…) potrafił godzinami siedzieć z nami przy stole i nie odezwać się słowem. Nieobecny duchem, w aurze melancholii, patrzył przed siebie, palił, niekiedy zanucił kilka taktów, które akurat przemknęły mu przez głowę, wzdychał, masował pożółkłe od nikotyny palce – i milczał. Milczał, dopóki ktoś nie skubnął go w rękaw, prosząc o jakąś informację, której zresztą tamten gotów był udzielić natychmiast, wyczerpująco i uprzejmie, bez względu na pytanie: czy o Schuberta, czy o Talmud, czy też o historię Węgier. Ledwie kończył swój wywód, a już znowu pogrążał się w milczeniu, które jedni tłumaczyli nieśmiałością, inni brakiem pewności siebie, większość zaś uważała, że to szczególna forma łagodnej arogancji”

[Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

poniedziałek, 12 września 2016
1588. The freedom to choose our prison...

Jak Ty wytrzymasz jeszcze te półtora roku? – pyta mnie mama, widząc moje popołudniowe osłabienie. A przecież – tu, gdzie indziej – jeszcze trzydzieści lat, dopiero stary, schorowany możesz pożyć. Jak inni znajdują siły, czas na dodatkowe aktywności? Senność i zniechęcenie w dni robocze, w weekendy odsypianie, bezczynność i leżenie. I tyle z życia – żeby pieniądze choć, dające samodzielność. Choć innym widocznie wystarcza, znów tylko ze mną coś nie tak. Z pozoru wygodnictwo, w istocie piekło domu – przestaję nawet marzyć już, że można by inaczej…

„Właśnie na tym polega życie, na przyzwyczajaniu się do rzeczy, które są zwyczajnie nie do zniesienia…”

[Doris Lessing, Złoty notes. Przeł. B. Maliborski].

23:05, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 05 września 2016
1587. „To-morrow, and to-morrow, and to-morrow”...

Przez tydzień sam, bo rodzice nad morzem, w Kołobrzegu; w upalny weekend, wolny czwartek działkowe opalanie – nareszcie relaks, słońce. Spokój. Po wszystkim już; te trzy dni oraz Gdańsk – jedyne me wakacje. A teraz dziewięć miesięcy pracy, senności popołudniem, czarnych myśli. Bez celu i bez sensu. Nie umiem pisać już. Codzienność mnie wykańcza…

„[25 V 1932] Boże, jakże ja cierpię! Cóż to za straszna rzecz ta moja skłonność do intensywnego odczuwania wszystkiego (…); myślę tylko o tym, jak mam znieść jeszcze rok czy dwadzieścia lat; ta bezsensowna bezcelowość egzystencji; to wieczne, kołowrotkowe poczucie, że idzie się dalej i dalej, i dalej, a celu nie ma”

[Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941. Przeł. M. Heydel].

środa, 27 lipca 2016
1578. The Heat...

Od kilku tygodni w dziale za szklaną ścianą obok nas pracuje nowy chłopiec. Nadzwyczaj ładna buzia, usta i nieco smutne oczy, uśmiech; wydaje się dość cichy, skromny, choć kilka jego fajnych zdjęć (w tym bez koszulki, z tatuażem), jakie znalazłem na Facebooku, nieco mnie (pozytywnie!) zaskoczyły. Z pociągu powrotnego zaś codziennie wysiada razem ze mną inny młody pan, zabójczej wręcz urody – te ostre śniade rysy, nowa świetna fryzura, spojrzenie, pod którym gną się nogi. Za każdym razem na peronie od razu zapala papierosa. Idziemy obaj w stronę kładki (wpatruję się w jego obnażone łydki) – on w prawo, ja na lewo (w tę stronę ludzie przechodzą poprzez tory, ja jeden dążę górą). No i jest jeszcze Bambi, tam, w Warszawie, zdaje się wolny już, prześliczny (on tylko gej na pewno) – lecz cóż z tego. Trzech do się-wpatrywania, zachwycania – nie poznam nigdy z nich żadnego…

„Zbyt to wszystko obce i zbyt tego wiele, skarży się: chcę wracać na swoje śmieci, do życia, które znam.

Wycofanie – oto co jej dolega. (…) Kogoś jej to przypomina. Kogo? Tę bladą młodą Angielkę z Drogi do Indii, tę, która nie wytrzymuje, która ulega panice i kompromituje wszystkich dookoła. Która nie może znieść intensywności żaru”

[John Maxwell Coetzee, Elizabeth Costello. Przeł. Z. Batko].

piątek, 17 czerwca 2016
1570. Nach Norden...

Ostatni dzień w pracy przed długim urlopem wakacyjnym. Zostaję dwie godziny dłużej, by jakoś to ogarnąć wszystko, nie tyle skończyć, ile zostawić jak najmniej. Czerwiec to najgorętszy tutaj okres, przychodzi mnóstwo pism – już te są ponad siły, a teraz mnie zabraknie, dojdą zaś komuś jeszcze moje obowiązki, te tylko w mojej gestii. Piszę instrukcję zatem, szkolę, z nadzieją, że jakoś to przeżyją. Znów można poczuć się niezbędnym…

Gdy w lutym miałem wybrać wolne dni, wskazałem pierwszy lepszy termin, bez myśli o jakimś wyjeździe. Ot, koniec czerwca – długie dni, pogoda (?), możliwe opalanie. Dopiero potem pomysł na wycieczkę – nowe rejony: Gdańsk, Malbork, Pelplin i Oliwa. Czeka mieszkanko na ulicy Piwnej, w pobliżu Bazyliki. Fortunę będzie to kosztować, ale zapewni mi przynajmniej tych kilka dni dla siebie. Tyle zaledwie może mieć mizantrop samotności. Musi ją kupić – zapłaci każdą cenę…

23:04, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 03 czerwca 2016
1568. Worth More...

Aneks do umowy, podwyżka 200 zł od pierwszego czerwca. Brutto to będzie dwa tysiące sto. Plus trzysta kilkadziesiąt złotych premii każdego miesiąca; od sierpnia ma być więcej (razem wychodzi to obecnie coś ponad 1 600). Nadzwyczaj są zadowoleni z mojej pracy. I dla mnie też najlepsze to z wszystkiego, co dotychczas. A przecież nie pozwala się realizować, nie daje sensu, że służy czemuś więcej niż tylko zajmowanie czasu…

„(…) jeżeli atakujemy świat z dostateczną agresją, zaczyna w końcu pluć swoją śmierdzącą kasą; ale nigdy, przenigdy, nie zwróci nam radości”

[Michel Houellebecq, Możliwość wyspy. Przeł. E. Wieleżyńska].

23:17, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
piątek, 27 maja 2016
1566. Great Expectations (II)...

Nic już. Jedynie praca i wyczerpanie po niej. A że się kładę późno – nie dziwota. Śpię w nocy 4,5 godziny. Popołudniami przysypianie – utraty przytomności. Czekało się na wiosnę, słońce, ciepło, a teraz wciąż znużenie, nie ma się jak oswoić z dobrą zmianą. Dopiero przed tygodniem pierwszy – i jedyny dotąd – raz krótkie spodenki (dwa lata temu chodziło się tak od początku kwietnia). Bo też to pierwsze moje wakacje będą pracujące. Pod stadionem za to co dnia wysportowana młodzież – na rolkach, deskorolkach i rowerach; wykorzystują połacie betonowe. Kilku już chłopców bez koszulki. Żurawi mniej na polach, za to dziś małe sarny. Czytam zbyt wolno, mniej. Z wrażeń telewizyjnych nastrojowy Jarmusch („Tylko kochankowie przeżyją”, 2013) i Sorrentino („Wszystkie odloty Cheyenne’a”, 2011); do tego Szekspir razy dwa według Warlikowskiego („Burza” z TR Warszawa, rejestracja 2008, i „Poskromienie złośnicy” z Dramatycznego, rejestracja 2005) i kiedyś już widziany „Król Edyp” z Ateneum według Holoubka (rejestracja 2005). Wydaję trzy tysiące w jeden dzień – książki, ekstrawaganckie nieco buty (Nike Air Max) i przede wszystkim nowy obiektyw (dotąd jedynie dziedziczyłem kolejne aparaty, teraz zaczynam się dokształcać, chcę rozwijać). Za trzy tygodnie dłuższy urlop i podróż, nowe miejsca. Wreszcie się coś zadzieje...

„Gdy byliśmy młodzi, życie w wielu swoich przejawach było bezruchem, albo tak tylko nam się dziś wydaje; trwały, czekający na coś bezruch; jakaś czujność. Czekaliśmy w naszym jeszcze nieukształtowanym świecie, przyglądając się badawczo przyszłości (…), jak żołnierze w polu, wypatrując tego, co musi nadejść”

[John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

23:22, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 20 kwietnia 2016
1560. Elementary...

Kolejni, dowiadując się z przekazywanych sobie wieści o mym wieku, muszą się u mnie upewnić osobiście. Ciągle to zaskoczenie. Miłe. Choć może to nie tylko wygląd tak zdumiewa, lecz to, że ktoś mający tyle lat, pracuje na podobnym stanowisku. Bo oni średnio młodsi o lat dziesięć, góra trzydziestka – w całym back office (liczącym kilkadziesiąt osób) ja jestem najstarszy. Ustąpić muszą mi w tym względzie nawet lider zespołu, kierownik działu, dyrektor departamentu. Słyszę gdzieś za plecami o ich wakacjach za granicą, związkach, kredytach na mieszkanie, teatrach i siłowniach, i zastanawiam się, tysięczny raz, gdzie zmarnowałem życie... Jako jedyny chyba mieszkam z rodzicami. Ja tylko nie z Wrocławia…

Z Warszawą też podobnie. Gdy informuję ich, że tam spędziłem kilka lat, zawsze wyrywa im się to pytanie. To co tu teraz robisz? Gdzieś, nawet w nich – zadowolonych, już stabilnych – tkwi ta świadomość, jasna prawda, że jeśli już wyrwało się z prowincji, za nic nie wolno wrócić. Ja właśnie tym zgrzeszyłem…

„Człowiek, który pragnie opuścić miejsce, w którym żyje, nie jest szczęśliwy”

[Milan Kundera, Nieznośna lekkość bytu. Przeł. A. Holland].

22:59, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 13 marca 2016
1552. Silenzio di tomba...

Panowie robią wspólne zdjęcie na Dzień Kobiet – trzymane kartoniki (ja kucam w pierwszym rzędzie) układają się we „Wszystkiego najlepszego, Babeczki” (a były dla nich jeszcze babeczki z czekolady). Tych kilka minut w hallu, dziesiątki nieznanych twarzy – nie rozmawiam tutaj z mężczyznami, oni zawsze byli obcym dla mnie światem. Nie poznaję ludzi spoza swojej grupy (15 na 200 osób), prędzej się uśmiechnę w odpowiedzi, niż przemówię, a każde wypowiadane zdanie przynosi zaskoczenie – nie panuję nad prozodią, wstydzę się głosu. Gdyby tak być niemową – nie jestem, lecz staram się usilnie… Czy głos właśnie mnie demaskował od dzieciństwa, od niego się zaczęło wyśmiewanie? Postępująca samoizolacja, impulsów z zewnątrz brak – wewnątrz zaś płytkie, puste, nie daje inspiracji do pisania. Jedynie konfrontowanie się ze światem rodzi słowa; tak upragniona niezależność od wszystkiego to przecież jednocześnie cisza grobu…

22:57, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 03 marca 2016
1551. Ulotność i kajdany...

Zima powraca na dwa dni. W poniedziałkowy ranek śnieg na wszystkim – czy też: ze śniegu wszystko, bo oblepione szczelnie mokrymi drobinkami najmniejsze nawet źdźbła, gałązki. Potężne drzewa wydają się jak z porcelany; las-poemat. Chciałoby się to uwiecznić, jak w Warszawie, gdy się jechało wcześnie „upolować” w takiej szacie Świątynię Sybilli czy Zamek Ujazdowski. Tymczasem już się nie robi wcale zdjęć – jedyna rozrywka i wytchnienie odłożone, musiały ustąpić pracy. Przerażające, że ta konieczność do przeżycia jest jednocześnie czymś, co właśnie żyć – tak, jak by się to widziało – nie pozwala…

Tagi: praca
22:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 27 lutego 2016
1549. Kronika wypadków bynajmniej nie miłosnych...

Powrót na Fellow, nie wiem po co. Ostatnia rzecz, na jaką teraz jestem gotów, to spotkanie (jak gdybym kiedykolwiek zresztą był na randce). W pracy, na wejściu, bukiet żonkili; wiosna. W środę mój pierwszy urlop (pracuję 3,5 miesiąca); dziś pociąg do Wrocławia, jak codziennie, ale nie Stadion – Centrum. Na polach żurawi coraz więcej (zimą po kilka, ostatnio naliczyłem aż trzydzieści), na niebie klucze dzikich gęsi; saren dziesiątki, w tym samym miejscu regularnie para lisów. Próbuję kupić dżinsy – z tym zawsze jest najtrudniej; wszystko zbyt wąskie teraz. Przeglądam kilka książek (mam kartę, wartą 50 zł, za wypełnianie ankiet w Internecie, lecz wszystko, co by mogło mnie interesować, nieco droższe), na Placu Solnym już rozchodzi się manifestacja KOD-u. Odnotowuję nowe przejście w ciągu Świdnickiej i bielejące OVO. Wczoraj powrotny pociąg utknął wraz ze mną stację wcześniej (ojciec musiał przyjechać samochodem; od kiedy most jest, to nie problem. Ile jednakże było takich przygód dojazdowych od lat studiów – urok mieszkania w Pierdziszewie), dziś już bez przeszkód, nie licząc zatłoczenia. Nic więcej się nie wydarzyło, kolejne coś – nieprędko…

22:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 15 lutego 2016
1546. Choć za oknem coraz jaśniej...

„Jego myślami rządziła ta sama monotonia, co jego działaniami, a ich następstwo odpowiadało porządkowi dnia. (…)

A za tymi miarowymi codziennymi myślami, jak za słowami napisanymi na szkle, rozpościerała się ciemność, ciemność, w którą nie należy spoglądać”

[Vladimir Nabokov, Król, dama, walet. Przeł. L. Engelking].

poniedziałek, 08 lutego 2016
1545. Ma fin est mon commencement...

Zdecydowało się. Umowa na dwa lata (pierwszy raz w życiu tak długa perspektywa, jakiś horyzont, przyszłość), te same obowiązki… oraz pensja – jak będą możliwości, będzie podwyżka, choć starsi stażem pierwsi są w kolejce; do tego premia 15% od podstawy, uznaniowa i 5% co kwartał (?). Akurat jutro kończy się mój bilet trzymiesięczny na pociągi (droższy, niestety, znacznie niż 90 dni w Warszawie) – pora na szereg nowych. Czas będzie teraz płynąć jednostajnie, a każdy dzień tak samo. Wakacje – znowu pierwszy raz – trwać będą ledwie dwa tygodnie. To taki początek, co zamyka; szansa, która wiąże się z rezygnowaniem…

Tagi: praca
22:52, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 03 lutego 2016
1544. Rozdroża i koleiny...

Czasem zbyt duże tempo, nieraz migreny wieczorami (jak dziś, po ośmiu godzinach przed ekranem), zmęczenie dojazdami (bywa się co dzień we Wrocławiu, choć się nie widzi miasta – wokół stadionu brak nawet kiosku z gazetami; dzień jeszcze krótki, idzie się wprost na pociąg – nie to, co czas w stolicy, kiedy po pracy było jeszcze Śródmieście, parki, Wilanów czy Ogród Botaniczny), a jednak można to – jeśli nie lubić, to choć jakoś oswoić. Gdybyż to jeszcze mogło być w Warszawie, czułbym się wręcz spełniony. Lepszej pracy nie znajdę, tym bardziej należy to doceniać. Pięć dni przed końcem mej umowy brak jakichś wyraźnych deklaracji. Są tylko pewne sygnały – dwa razy premia (200 i 250 zł, choć się stażowo nie kwalifikuję) z „oby tak dalej” w mailu; sesja zdjęciowa; żądanie, bym wskazał letni urlop (na szybko wybieram przełom czerwca-lipca). Zarazem zaś przypuszczam, że kogoś zastępuję (chyba jakieś zwolnienie od lekarza, wypadek czy choroba), tak więc zamiast umowy na dwa lata, być może mi zaproponują coś krótszego. Zgodzę się, co mam robić – wreszcie trochę zarabiam (jest jeszcze kilka książek do kupienia, zepsuł mi się aparat z dużym zoomem), mniej jest okazji do irytacji w domu. Innego życia nie ma…

„Ile to lat temu uchyliłem się przed najwyższym posłannictwem? (…) Co odtąd robiłem? Właściwie nic.

A przynajmniej – nic istotnego. Można by powiedzieć, że, w bardzo przyziemnym i ekonomicznym sensie, byłem zajęty przetrwaniem”

[Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Archiwum
Tagi