~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: religia

piątek, 28 grudnia 2018
1713. In nomine diaboli...

Wrażenia z pasterkowego kazania biskupa Głodzia, nawiązującego do oskarżeń wobec księdza Jankowskiego (kilka dni musiałem przetrawiać w sobie obrzydzenie): figura traktowanego przez służby PRL jako informator alkoholika, który broni pedofila z fiksacją na punkcie złota to kwintesencja degrengolady moralnej polskiego Kościoła katolickiego. Ale obraz byłby niepełny bez stada bezwolnych i pozwalających się skubać wiernych-baranów, które urabiane od dzieciństwa słuchają nabożnie tych spasionych pasożytów, zamiast gremialnie wstać, trzasnąć drzwiami i nigdy już nie wrócić...

Bardziej niż obrazą rozumu religia jest policzkiem dla ludzkiej przyzwoitości…

Tagi: religia
23:01, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
poniedziałek, 23 grudnia 2013
1337. In God We Trust...

  

„Lourdes” (Austria / Francja / Niemcy’2009; reż. Jessica Hausner) i „Ludzie Boga” (Francja’2010; reż. Xavier Beauvois). Gdy mam jakoś określić (pod pewnym względem przeciwstawne) oba filmy, ciśnie mi się na usta słowo „czysty”. Przepięknie jest to prowadzone – dokumentalność, dająca efekt autentyzmu, dbałość o każdy kadr i wyciszenie. Z boku, bezstronnie, zbliżając się do ludzkiego zawierzenia. Bo wszak nie Bóg, lecz człowiek wobec Niego jest ciekawy – z tymi bez odpowiedzi pytaniami, rozczarowaniem i cierpieniem, nadzieją i miłością, ofiarami…

  

środa, 13 marca 2013
1232. Quem di diligunt...

  

„Car” (Rosja’2009; reż. Paweł Łungin) i Bóg – film niczym komentarz do książki Uspieńskiego; nieuniknione porównania do drugiej części dylogii Eisensteina (wąż tłumu na śniegu, sprofilowany cień na ścianie jako dosłowne wręcz cytaty). A przy tym dzieło autorskie, świeże, barwne, wierne realiom i znakomicie rozegrane. Starcie osobowości, racji, postaw. Szaleństwo władzy, pokuta-rozpasanie. Naiwność-siła wiary. Uległość oraz opór... Ruś rozanielona, sama się oddająca w jarzmo; piekło na ziemi czynione ze strachu przed Sądem Ostatecznym. Samotność pomazańca, w finale nicość tyrana bez poddanych (Puszkinowskie „lud milczy”), którzy by gięli karki…

Gdy zaczynam oglądać, gdzie indziej objawia swe oblicze nowy papież. Tylko przez krótki czas stado się mogło obywać bez pasterza…

  

                „Ludzkość niekiedy ma to szczęście, że nikt jej nie zbawia”

                      [Pascal Quignard, Albucjusz. Przeł. T. Komendant].

  

niedziela, 25 listopada 2012
1193. Wystawa (VI) - Europa Jagellonica 1386-1572...

  

„Prezentowana w dwóch odsłonach, w Muzeum Narodowym w Warszawie i w Zamku Królewskim w Warszawie, wystawa Europa Jagellonica 1386–1572. Sztuka i kultura w Europie Środkowej za panowania Jagiellonów to projekt o charakterze międzynarodowym, który realizuje idee wielokulturowości.

Polacy, Czesi i Niemcy połączyli swe wysiłki, by ukazać najważniejsze aspekty dotyczące zjawisk w kulturze i sztuce za czasów panowania dynastii Jagiellonów. Zakres chronologiczny ekspozycji wyznaczają dwa wydarzenia historyczne – koronacja Władysława Jagiełły w 1386 roku oraz śmierć w 1572 roku Zygmunta II Augusta, ostatniego męskiego potomka rodu. Dzięki przemyślanym układom politycznym Jagiellonowie uzyskali koronę Czech wraz ze Śląskiem (1471) oraz Węgier (1490), a powstała w następstwie tych faktów wspólnota państw – Europa Jagellonica – objęła swym zasięgiem olbrzymie terytoria o powierzchni ponad 2 mln km², sięgające od Bałtyku po Morza Czarne i Adriatyckie. Celem wystawy jest prezentacja – poprzez świadectwa artystyczne epoki – zagadnień o tematyce społecznej, gospodarczej, politycznej, artystycznej. (…)

Ekspozycja w Zamku poświęcona jest przede wszystkim historii dynastii oraz poszczególnych władców z domu Jagiellonów, osobistościom z ich otoczenia, a także zagadnieniom ceremoniału dworskiego.
W Muzeum natomiast prezentowany jest dorobek cywilizacyjny Europy Jagiellońskiej, ze szczególnym uwzględnieniem takich zjawisk, jak: bogactwo twórczości artystycznej i kultury umysłowej, wzorce religijności, społeczne przemiany sztuki”

       [ze strony internetowej Zamku Królewskiego i Muzeum Narodowego].

  

                  

  

      

  

                   

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                

  

      

  

                  

  

piątek, 02 września 2011
991. Na powierzchni poematu i w środku...

  

„Złota Palma w Cannes za metafizyczny poemat »Drzewo życia« stanowi ukoronowanie niezwykłej twórczości Terrence’a Malicka, amerykańskiego poety i filozofa, jednego z najbardziej oryginalnych filmowców naszych czasów.

Malick jest autorem zaledwie pięciu filmów. Skromny dorobek, jak na dojrzały wiek artysty (68 lat), obrósł legendą i przysporzył mu sławy wizjonera, zajmującego się tematami, do których nie tylko Hollywood podchodzi na ogół bardzo ostrożnie. Wiara, przemijanie, sens życia, dialog z przeznaczeniem, a wszystko to przy pozorach konwencjonalnej, niemal sensacyjnej opowieści, snutej z niejasnej perspektywy, jakby ponadziemskiej, ustawiającej widza nie w samym sercu gorącej historii, tylko gdzieś z boku, obok niej.

  

      

  

O narodzinach nieprzeciętnego talentu zaczęto mówić blisko cztery dekady temu, kiedy nikomu nieznany Amerykanin z Teksasu, były dziennikarz »Life«, »New Yorkera«, »Newsweeka«, napisał, wyprodukował i wyreżyserował szokujący dramat »Badlands« – fatalistyczne studium bezmyślnie brutalnej odysei pary młodocianych morderców. Rzecz niby podobna do kultowego »Bonnie i Clyde«, a jednak bardzo się od niej różniąca, wystudzona, inaczej rozkładająca akcenty. Malick nie wyjaśnia przyczyn popełnianych zbrodni, nie wdaje się w społeczne analizy ani krytykę kultury masowej, nie lituje się ani nie sympatyzuje z przestępcami. Przygląda się im z oddalenia, w mikro- i makroskali jednocześnie. Czyniąc niedostępną, dziką przyrodę niemym świadkiem ich upadku. A jedynym odautorskim komentarzem – zwierzenia czytane z pamiętnika nastolatki.

»Drzewo życia« (…) ma zbliżoną konstrukcję, ale tak się ma do głośnego debiutu jak skromna aria do chóru operowego, wykonującego requiem przez niezliczony zespół śpiewaków. Rozmach przytłacza. Obraz zdumiewa polifoniczną, wielowątkową kompozycją. Tematyka wydaje się nie do ogarnięcia. Rozpad rodziny, trauma wyniesiona z dzieciństwa, przemiana ojca w tyrana, do tego ewolucja przyrody, stworzenie świata, kosmiczna podróż przez miliardy lat świetlnych, opowiadana na przemian głosami różnych postaci w epickim wymiarze. Intymna modlitwa zostaje zestawiona z widowiskowymi obrazami formowania się z pyłu kosmicznego gwiazd i planet, narodzin pierwszego żywego organizmu, dziwnego zachowania dinozaurów, okazujących współczucie, co wywołuje szok, bo czegoś podobnego w kinie od czasu »2001: Odysei kosmicznej« nie było.

Konfrontując ludzkie cierpienie (z powodu utraty dziecka) z teorią Wielkiego Wybuchu Malick nie jest szaleńcem, choć pozornie wygląda na to, że nie panuje nad strumieniem barwnych obrazów, ilustrujących tajemnicze procesy zachodzące we Wszechświecie. Na tym jednak polega jego innowacyjny, eseistyczny styl, rozwijany i doskonalony z filmu na film. Ma przekraczać ramy zwykłej, realistycznej narracji, wprowadzać widza w trans i nakierowywać go w stronę abstrakcyjnych rozważań. W »Drzewie życia« są to pytania o kwestie fundamentalne: co nas łączy ze zwierzętami, jaki jest cel ewolucji, w czym się przejawia duchowość człowieka, skąd pochodzi zło?

Czy warto traktować serio filmowca porywającego się z motyką na słońce, czyli wykorzystującego narzędzia sztuki popularnej do poruszania się po terenie zarezerwowanym dla kosmologów, filozofów, teologów, badaczy nauki? Czy łącząc ze sobą tak odległe i nieprzystające sfery, nie wykazuje się ignorancją, nie ośmiesza, nie wystawia na próbę cierpliwości widzów? Można mu to wszystko zarzucić, machnąć ręką, ale jeszcze lepiej spróbować to zrozumieć.

Malick nie udziela wywiadów, nie promuje swoich filmów, nie odbiera nagród. O jego życiu prywatnym prawie nic nie wiadomo. W Internecie trudno nawet znaleźć aktualne zdjęcie reżysera, różniące się od kilku stale dostępnych, powielanych przy każdej okazji. Woli pozostawać w cieniu, co w czasach masowego dobijania się do sławy wydaje się niezrozumiałe, wręcz anachroniczne. Rodzi nawet podejrzenia, że kryje się za tym przemyślna strategia rozbudzania ciekawości poprzez celowe unikanie rozgłosu.

(…) Z sobie wiadomych przyczyn reżyser chce (…), by przemawiały za niego tylko dzieła. Podobnie jak ukrywający się przed mediami wielcy pisarze: Thomas Pynchon czy J.D. Salinger.

(…) Całkowicie obojętny na konwencje, tworzy kino wyraziście autorskie. Pracując w amerykańskim show-biznesie od 38 lat, odstaje od stylu i obyczajów panujących w Hollywood. Nigdy nie nakręcił typowego filmu komercyjnego, mimo że zatrudnia duże nazwiska i korzysta z wielkich budżetów. Na pierwszy rzut oka uderza dopracowana w najdrobniejszych szczegółach strona wizualna. Zamiast snuć atrakcyjną, szybką akcję, stara się wydobywać nastrój, kontemplować piękno, zwłaszcza dzikiej, obojętnej przyrody. Natura jest zawsze niemym świadkiem dramatycznych wydarzeń, o których opowiada. Jej potężna, mroczna siła kontrastuje lub dopełnia okrucieństwo działań człowieka, tworząc ramy, w jakich się porusza.

W obrazach bajecznych pejzaży, sunących obłoków, rozświetlanych przez słoneczne promienie, zieleni traw falujących na wietrze, dinozaurów i planet zawsze chodzi o uchwycenie magicznego momentu, w którym widz odniósłby wrażenie, że ogląda je pierwszy raz w życiu w stanie absolutnego zachwycenia. Jeszcze przed nazwaniem rzeczy po imieniu. Jest w tym próba dotknięcia jakiejś pierwotnej niewinności człowieka, dotarcia do źródeł ludzkiego poznania, obcowania z wielką tajemnicą.

Malick burzy linearną narrację, zmienia punkty widzenia, wprowadza wielu narratorów. Dodaje spowalniające fabułę natchnione komentarze, wygłaszane spoza kadru przez różne osoby (nawet jeśli mają za chwilę umrzeć), mówione jakby ex post, z perspektywy czasu dokonanego, odwołujące się do sumienia i prawdziwych intencji, które najczęściej będą się rozmijały z rzeczywistym przebiegiem sytuacji. (…) Słowa wygłaszane są szeptem, żarliwie, z głębi duszy, która doskonale wie, jak nie popełniać błędów, które muszą być popełnione.

W połączeniu z ekstatycznym pięknem obrazów buduje to w filmach Malicka wrażenie intymności jak na spowiedzi, a jednocześnie niezwykły dystans. Nie sposób zidentyfikować się emocjonalnie z bohaterami ani dokonać jednoznacznej oceny ich zachowań. Zwłaszcza gdy co innego się słyszy, a co innego widzi. To rodzi niepokój niemający nic wspólnego z ironią ani moralną wyższością. Zmusza do stawiania pytań tym bardziej zdumiewających, że wciąż mamy do czynienia z ambitnym kinem rozrywkowym: o różnicę pomiędzy wrażliwością, językiem a światem, o sens cierpienia i przemijania, o nieprzewidywalność i nieciągłość ludzkich zachowań, o korzenie samotności.

Jego filmy przypominają bardziej buddyjskie przypowieści niż zwyczajowe moralitety. Sprawiają wrażenie, jakby zostały wyrwane z objęć czasu. Ludzkie istnienie staje się w nich widoczne w perspektywie dłuższej niż odrębny, przelotny byt jednostkowy czy nawet fragment losu jednego pokolenia. Jawi się jako ogniwo łańcucha niekończącego się procesu odradzania form życia na Ziemi i w kosmosie. Zostaje wzięte pod lupę, zobaczone z zewnątrz, jakby zawieszone w wieczności. Dzieje się tak, nawet jeśli przedmiotem opowieści są historyczne wydarzenia. Takie jak operacja sił amerykańskich na wyspie Guadalcanal na Pacyfiku podczas II wojny światowej (»Cienka czerwona linia«), rozpoczynająca się w filmie ujęciem krokodyla wpatrzonego w dżunglę, kończąca zaś widokiem kiełkującego nasiona w lagunie. Czy słynny XVII-wieczny romans kapitana Johna Smitha z Pocahontas, który stał się mitem założycielskim współczesnej Ameryki (»Podróż do Nowej Ziemi«), gdzie wchłonięcie starej cywilizacji przez kolonizatorów ukazane jest w taki sposób, jakbyśmy nie należeli do żadnej.

Bohaterowie Malicka umierają młodo. Stwarzają wrażenie, jakby byli powiązani ze sobą etycznym rdzeniem, jakby posiadali wspólną duszę, której każdy jest tylko cząstką. Tym, co ich spina, jest wyczulenie na własne dobro, pragnienie szczęścia, marzenie o znalezieniu się w ogrodzie Eden, gdzie panuje odwieczna harmonia. Wbrew pozorom dotyczy to również seryjnych zabójców z »Badlands« i namiętnej pary kochanków, popełniającej zbrodnię w »Niebiańskich dniach«. Dla nich to marzenie spełnia się poprzez zabijanie, bo każdą przeszkodę na drodze do upragnionego celu usuwają naciskając spust rewolweru.

Z racji rozległego spojrzenia, starającego się oddać złożoność i komplikację wielu postaw naraz, filmy te nazywane są poetyckimi symfoniami, a sam Malick mistykiem, panteistą, poszukiwaczem transcendencji. I nie ma w tym przesady.

(…) Malick studiował filozofię na Uniwersytecie Harvarda i w Magdalen College w Oxfordzie. (…) Przygotowywał pracę doktorską z Heideggera, której nie skończył, bo nie zdołał się porozumieć z promotorem co do jej zawartości. Przetłumaczył na angielski esej »Vom Wesen des Grundes«. Gruntownej znajomości ontologii niemieckiego filozofa zawdzięcza to, że jego filmy zawierają niezbędną dawkę sceptycyzmu. Podważają powszechne mniemanie, że materia jest poznawalna i wygląda tak, jak ją odbieramy zmysłami. U Malicka doświadczenie zmysłowe jest tylko częścią szerszego doświadczenia, którego nie sposób nazwać, rozpoznać ani w ogóle dostrzec. Wyczuwamy jego obecność (poprzez piękno), ale dostęp do niego jest zamknięty. Prześwit prawdziwej rzeczywistości możliwy jest tylko dzięki etyce. Przebudzeniu sumienia.

  

      

  

We wszystkich filmach, ale najbardziej dobitnie w »Drzewie życia«, mówi o śmierci i Bogu. Tak naprawdę tylko te dwie rzeczy go interesują. Śmierć jako brama i przejście do następnego etapu ekspansji nieskończonego Wszechświata, którego kierunku nie można zrozumieć ani przewidzieć. Bóg – jako tęsknota do raju, do ekstazy przynoszącej radość i spokój. Oraz jako niemy świadek ludzkich zmagań z bólem i cierpieniem, tożsamy lub nie z przyrodą. Malick nie pyta, czy Bóg istnieje. Ani czym (kim) jest. Dla niego sam fakt ewolucji jest dowodem obecności sił potężniejszych od człowieka, które władają nie tylko nami, ale całą energią rozrzuconą w przestrzeni międzygwiezdnej. Spiralna galaktyka, przybierająca kształt kosmicznego oka, pojawiająca się na początku i na końcu filmu, stanowi tego poetycką ilustrację”

           [Janusz Wróblewski, Wielki Malick, „POLITYKA” 2011, nr 24].

  

środa, 31 sierpnia 2011
990. A Space Odyssey: 2011...

  

Z półtorej godziny chyba przebierałem się przed wyjściem, w efekcie zaś ledwie zdążyłem dojechać do Centrum i dobiec do kina Luna na czas. A w planach były jeszcze zdjęcia wzdłuż Marszałkowskiej, obiad gdzieś w okolicach Placu Zbawiciela, szukanie jakichś wąskich spodni do moich (dwóch już!) par wysokich butów – zbyt letnio ubrany jednakże wrócić musiałem zmarznięty do domu zaraz po seansie „Drzewa życia” (USA’2011; reż. Terrence Malick)…

Po czterech arcydziełach reżyserowi zaczął zgrzytać nieco ów płynny styl, który dotychczas był jego największą siłą, a dla mnie (zwłaszcza w „Cienkiej czerwonej linii”, „Podróży do Nowej Ziemi” – por. 583) kwintesencją kina. Zabrakło czegoś z dotychczasowej szczerości, emocji, muzyczności, strumieni świadomości bohaterów, doskonałości narracji i montażu. A jednak mnóstwo przecież przejmujących kadrów z życia rodziny, spojrzeń, gestów, pytań – i nigdy „Lacrimosa” Zbigniewa Preisnera nie brzmiała równie mocno jak przy sekwencji stwarzania świata

Gdyby zamierzyć mniej, może by dało się osiągnąć jeszcze więcej?...

  

      

  

„Kręcone w wielkiej tajemnicy przez trzy lata dzieło Malicka to zuchwały eksperyment, niemający odpowiednika w amerykańskim ani światowym kinie. Opowieść o rodzinnej tragedii (utracie dziecka) została przez reżysera potraktowana jako punkt wyjścia do głębinowych rozważań o istocie naszych relacji z Bogiem, kierunku ewolucji Wszechświata, zawartości mitologicznej pamięci i o tym, co po nas, jako gatunku, zostanie. Już sama skala i rozmach tematyczny filmu, nie mówiąc o patosie stawianych pytań, budzą wątpliwości. No bo jak traktować serio reżysera, który podejmuje się zebrać i streścić w skromnych dwóch i pół godzinach projekcji odwieczną mądrość filozofów?

A jednak, co by nie mówić, Malick wychodzi zwycięsko z tej próby. W karkołomny intelektualnie sposób, za to imponująco wizualnie – udaje mu się skonfrontować ogień z wodą. Łączy żarliwość religijnego spojrzenia z darwinizmem. Ludzkie cierpienie z teorią Wielkiego Wybuchu. Zwątpienie z cudem rajskiego dzieciństwa. Okrucieństwo natury z jej niewysłowionym pięknem. Bezgraniczną miłość matki z buntem i pierworodnym grzechem. Montowany jak esej, w formie swobodnego strumienia świadomości film pomija zupełnie realistyczne kwestie psychologiczne, przechodząc z marszu w sferę symboliczną i do stawiania pytań metafizycznych.

Rozpoczyna się od przypomnienia cytatu. Bóg pyta wiernego i sprawiedliwego Hioba: »Gdzie byłeś, kiedy ja ustanawiałem prawo na Ziemi? Odpowiedz, jeśli chcesz zrozumieć«. Echem tych słów jest żal matki, która tracąc w niewyjaśnionych okolicznościach swego kilkuletniego syna pyta Boga: dlaczego? Gdzie byłeś? Czy wiedziałeś? Ilustracją jej lamentu są olśniewająco piękne widoki wybuchów na Słońcu, wulkanicznego dymu, podziału komórkowego, czarnych dziur i majaczących na odległym horyzoncie galaktyk. Obrazy układają się w długi, prawie półgodzinny medytacyjny ciąg robiący równie szokujące wrażenie co słynna, finałowa sekwencja »2001: Odysei Kosmicznej«.

Kubrick strącał osobowego Boga z piedestału, zastępując go kosmicznym, czarnym monolitem. Agresji i ciągle udoskonalanej sztuce zabijania przypisywał kluczową rolę w procesie ewolucji. Malick, panteista, świadomie i bardzo przewrotnie nawiązujący do filmu Kubricka – odwrotnie. Zachowuje postawę Hioba: wierzy w miłosiernego Boga, mimo lawiny nieszczęść, spadającej na głowy jego bohaterów. »Szukam cię, Boże« – to zdanie często powraca w »The Tree of Life«. Kołem napędowym ewolucji, przyspieszającym narodziny homo sapiens jest u niego moment zaistnienia bezinteresownego dobra w przyrodzie. Dlatego pojawiają się w filmie drapieżne dinozaury, które zamiast dopaść bezbronną ofiarę, nie atakują jej tylko się wycofują.

Brad Pitt gra ojca rodziny, wychowującego z żoną trzech synów na prowincji (w latach 50. XX wieku). Ma tam wspaniały dom i ogród. Jest czuły, wyrozumiały, troskliwy z drugiej strony – surowy, bezwzględny, domagający się posłuszeństwa i nieznoszący sprzeciwu. Przypomina starotestamentowego Jahwe. Wyznaczając niewidoczną granicę na trawniku stwarza i niszczy rajską idyllę dzieciństwa chłopców. Pasuje do tej roli, wierzy mu się w każdym geście. Seana Penna jest zdecydowanie mniej. Pojawia się na ekranie zaledwie w kilku krótkich scenach. Gra jednego z synów już w wieku dorosłym, który jak duch tropi wspomnienia, odwiedza zapamiętane miejsca i spotyka rodziców w marszu śmierci ku nieznanej przyszłości”

          [Janusz Wróblewski, relacja z Cannes dla Polityka.pl, 17 V 2011].

  

czwartek, 07 lutego 2008
375. Expiatio

  

Proszę… Dziękuję… Przepraszam…

Trzeba było obnażyć się przed przyjacielem z żywionej wobec niego nie-miłości / tęsknoty / zazdrości, by znaleźć wreszcie spokój po dniach i nocach płaczliwych…

Trzeba było świeckiej pokuty, by zrozumieć religijne znaczenie spowiedzi…

Trzeba było zostać ateistą, by ogarnąć geniusz chrześcijaństwa…

Wiara… Nadzieja… Miłość…

  

czwartek, 11 października 2007
311. Zakład

  

Pisze Blaise Pascal:

„Zważmy zysk i stratę zakładając się, że Bóg jest. Rozpatrzmy te dwa wypadki: jeśli wygrasz, zyskujesz wszystko; jeśli przegrasz, nie tracisz nic. Zakładaj się tedy, że jest, bez wahania”. [Myśli. Przeł. T. Żeleński-Boy]

  

Wierzyć, bo to się może opłacić. Zawsze było dla mnie w tym rozumowaniu coś prymitywnego, przyziemnego, a na dodatek – wręcz obraźliwego. Przekornie zawsze uważałem, że za własne przekonania powinno się płacić dużą cenę, a nie oczekiwać nagrody.

Poza tym, świat bez Boga wydaje się jakby mniej okrutny, nieskazany na najwyższą obojętność. Jest już przecież dostatecznie brutalny – tylko, co to za pocieszenie?

  

21:51, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 13 kwietnia 2007
215. Katolickie pogaństwo? (2)

  

Dziś druga część Raportu „Święta w starych dekoracjach” Joanny Podgórskiej:

  

Jerzy Pilch wspomina, że w czasach jego dzieciństwa, gdy z sąsiedniej katolickiej wsi wychodziła procesja, jego luterska babka zasłaniała okna, żeby nie patrzeć na zgorszenie. – Katolicyzm widziany jej oczyma to było pogaństwo w stanie czystym – opowiada. – Klękanie, medaliki, obrazy, zastępy świętych, palenie świateł na grobach, wszystko to było dla nas egzotyczne.

Zwłaszcza, gdy chodzi o Zaduszki, różnice między protestantyzmem a katolicyzmem są szczególnie znaczące. W protestantyzmie los zmarłego rozstrzyga się w chwili śmierci, będzie rozliczany tylko ze swoich czynów. W katolicyzmie można trochę pomediować, zamówić mszę za duszę, pomodlić się za zmarłych, ulżyć ich losowi. (...)

Nikły wpływ reformacji, która oczyściła konfesję ze wszystkiego, czego nie ma w Piśmie, to kolejny z czynników kształtujących polską religijność. Na to nałożyła się bardzo silna kontrreformacja, która zwalczała heretycką plagę poprzez bardzo energiczne wzmacnianie obrzędowości i celebry.

(…) [Zdaniem prof. Anny Zadrożyńskiej] niezwykle istotnym czynnikiem kształtującym polską religijność była także kultura szlachecka. Zawdzięczamy jej nie tylko fakt, że polska Matka Boska przypomina Marynię Połaniecką, ale także bardzo silną, administracyjną funkcję parafii, która stanowiła pas transmisyjny między dworem a ciemnym, niepiśmiennym pańszczyźnianym chłopem.

– Przy czym polska kultura szlachecka była głęboko aintelektualna, przepojona ostentacją, teatralizacją, działaniem na pokaz. Kwestię religii traktowała niezwykle emocjonalnie, przy całkowitym braku refleksji na temat prawd wiary – dodaje prof. Kowalski.

Także Norman Davies skłonny jest szukać przyczyn kształtu polskiej religijności w naszej historii, głównie w fakcie, że polski Kościół był przez wieki Kościołem oblężonym. „Mity o jednolicie katolickim charakterze Polski mogli uknuć jedynie apologeci Kościoła, którego supremacja była stale zagrożona” – pisze w „Bożym igrzysku”. W Europie Zachodniej do końca średniowiecza Kościół funkcjonował na prawach monopolu. W Polsce nie. Pogaństwo kwitło jeszcze długo po chrzcie Polski, a na Litwie do XIV w. było religią państwową. Potem kraj był otoczony i zagrożony przez sąsiadów innowierców. Kult maryjny był najbardziej oczywistą formą manifestacji polskości w obliczu wyzwań, jakimi były protestantyzm czy judaizm. Brak poparcia papiestwa dla polskich powstań wywołał urazę. „W rezultacie prości ludzie w Polsce z silnym przekonaniem skłaniali się ku myśli, że Ojciec Święty ich opuścił i wobec tego wierzyli, że praktykowany przez nich katolicyzm jest bardziej katolicki niż sam papież” – pisze Davies.

Sytuację zmienił oczywiście pontyfikat Jana Pawła II, związał nasz katolicyzm mocniej z Watykanem, ale też wzmocnił jego polskość i naszość. Żeby utrzymać tę więź, nawet niemiecki papież musi mówić po polsku, utwierdzając część wiernych w przekonaniu, że jest to w sferze sacrum język urzędowy.

Ponad 70 lat temu, gdy Czarnowski pisał swoje studium, katolicyzm ludowy nie był niczym specyficznie polskim. (...) Pytanie – jak bardzo zmieniła się religijność polska od tamtych czasów? Ostatnio powstały dwie prace, które wychodząc od zjawiska objawień i cudów starają się analizować ten problem: „Na straży prawdziwej wiary” Ariela Zielińskiego i „Cuda, wizjonerzy i pielgrzymi” Huberta Czachowskiego.

Współcześni badacze odróżniają religię wyboru od religii ludu, przemieszanej z folklorem i magią. Według Zielińskiego przed 1989 r. o religii czy też kościele wyboru nie było w Polsce mowy. Wewnątrzkościelny pluralizm istniał, ale był niewidoczny, bo Kościół rzymskokatolicki w Polsce, jako opozycja, musiał sprawiać wrażenie monolitu. Pełniąc funkcję integracyjną jako swoista masowa organizacja narodowa musiał kierować się na przeciętnego Polaka-katolika, a nie indywidualne potrzeby wiernych. Musiał być ekspansywny w dążeniu do ukazania swej obecności i pozycji poprzez rozwój masowych rytuałów. W zderzeniu z władzą miał większe szanse jako instytucja urzędowo-hierarchiczna niż wspólnotowa. Po 1989 r. w atmosferze pluralizmu pojawiły się zjawiska kierujące religijność w stronę kościoła wyboru, jednak nie stała się ona dominująca. Jak twierdzi Zieliński, zdecydowana większość społeczeństwa mieści się w nurcie kościoła ludu, a polski katolicyzm ludowy od czasów Czarnowskiego nie uległ szczególnym przemianom.

Według prof. Anny Zadrożyńskiej nie bez znaczenia był tu program tradycyjnej ludowej pobożności realizowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego, oznaczający zamknięcie drogi mistycznej refleksji, poznawania zasad wiary, czytania Biblii, który w gruncie rzeczy był programem analfabetyzacji wiary.

Stereotyp Polaka-katolika wydaje się wiecznie żywy. Nacjonalizm może nawet się pogłębił przez to, że świętych rolniczych zastąpili święci polscy (beatyfikowani i jeszcze niebeatyfikowani). Faustyna Kowalska, kardynał Wyszyński, ksiądz Jerzy Popiełuszko, Jan Paweł II stali się ikonami i bywa, że objawiają się wiernym wspólnie z Matką Boską.

(...) Czarnowski badał swoich włościan trochę jak owady pod mikroskopem, a kult obrazów postrzegał jako rodzaj pogańskiego bałwochwalstwa. Współcześni badacze starają się o nieco więcej empatii i nie są tak kategoryczni, twierdząc, że można go przypisać zarówno postawie magicznej, jak i religijnej. Ludwik Stomma w „Antropologii wsi polskiej” przyznaje, że przewaga zmysłów nad duchem jest u polskiego chłopa tak wielka, iż nie potrafi on wyobrazić sobie dziejów ewangelicznych na tle pustyni czy gajów oliwnych, ale ten naiwny sensualizm legł u podstaw specyficznego dla naszych ziem typu niezwykle głębokiej i autentycznej wrażliwości religijnej.

Z prowadzonych obecnie badań wynika, że sacrum nadal musi mieć widzialną, rozpoznawalną formę. Jak pisze Hubert Czachowski, w religijności XIX w. modlitwa bez obrazu była niewyobrażalna. Dziś niewiele się zmieniło, nie wystarczy idea, obraz nadal potrzebny jest do oddawania czci. Doszły jeszcze cudowne fotografie, na których objawia się Matka Boska, papież lub Duch Święty, najczęściej w postaci białej smugi.

Rytualizm, przywiązanie do obrzędowości i niechęć do najmniejszych zmian (komunia na rękę, zniesienie postów) nadal wiążą się z nieznajomością Pisma i doktryny oraz brakiem potrzeby poznawania. Z badań prowadzonych w kolejnych dziesięcioleciach wyłania się dość dziwaczny obraz Trójcy Świętej, czasem pozbawionej Boga Ojca, za to nader często obdarzonej Matką Boską. Hubert Czachowski, który badał ostatnio religijność uczestników tzw. ruchu mirakularnego (czyli skupionego wokół miejsc cudów i objawień), tak opisuje świętą hierarchię: Duch Święty jest niemal nieobecny; Bóg Ojciec – nieco abstrakcyjny i enigmatyczny – przedstawiany jest jako srogi, karzący grzeszników sędzia; Jezus to postać podająca sposoby ominięcia kary; Matka Boska otwarcie przeciwstawia się wyrokom Bożym, a błogosławiona Faustyna Kowalska przekazuje ludziom te sakralne, toczące się w transcendencji spory.

Ruch mirakularny to samo serce ludowego katolicyzmu. Jak pisze Hubert Czachowski: „w miejscach cudownych krzyżuje się oficjalna teologia, religijność ludowa, teologia różnych sekt, magia. Ta świadomość religijna przesycona cudem wykazuje wiele cech typowych dla myślenia magicznego”.

Trudno dokładnie oszacować skalę tego zjawiska. Wydaje się, że funkcjonuje ono na marginesie, media przedstawiają je czasem jako dziwne i ciekawe. Jednak z prac obu wyżej wspomnianych autorów wynika, że jest to zjawisko masowe. W okresie powojennym naliczono 50 miejscowości będących areną cudów i objawień (nie licząc objawień na szybach), a ich częstotliwość nasiliła się w ciągu ostatnich 20 lat; prawdopodobnie ze względu na łatwiejszy przepływ informacji. Oławę, miejsce najsłynniejszego objawienia, gdzie Kazimierzowi Domańskiemu wielokrotnie ukazywała się Matka Boska, w okresie największej świetności (do śmierci Domańskiego w 2002 r.) odwiedzało do 200 tys. pielgrzymów rocznie; to skala porównywalna z sanktuarium w Świętej Lipce.

W takich miejscach tysiące wiernych obserwują zjawisko wirującego słońca, słyszą chóry anielskie, oglądają odciski stóp Matki Boskiej, dochodzi do setek uzdrowień, a święte źródełka są normą. Woda, którą pielgrzymi zabierają do butelek, jest – jak pisze Czachowski – dosłownym dotknięciem sacrum, z którym nie może konkurować ani msza, ani modlitwa, ani nawet widok wierzby, na której ukazała się Matka Boska. Chociaż listki z drzewa i kora też zbierane są jako talizmany. Wszystkie cechy religijności ludowej, opisane grubo ponad pół wieku temu przez Czarnowskiego, zastygły tu jak owad w bursztynie. (...)

Takie objawienia są problemem dla Kościoła. Na niektóre nieformalne sanktuaria biskupi nałożyli interdykt, zabraniający ich odwiedzania. Tylko że to nikomu w niczym nie przeszkadza. Jak pisze Zieliński, ci sami pielgrzymi żywo uczestniczą w oficjalnym nurcie katolicyzmu, odwiedzają parafialny kościół, chodzą na pielgrzymki do Częstochowy. Organizowane przez księży pielgrzymki parafialne odwiedzają Oławę po drodze; nie ma jej w programie, ale od początku jest dla wszystkich jasne, że tu przyjadą. „Ruch pielgrzymkowy skoncentrowany wokół zjawisk cudownych, nieuznawanych przez Kościół, nie występował dotąd w Polsce w takim nasileniu, jak ma to miejsce obecnie” – podsumowuje Zieliński. Zauważa także, że w ten nurt wpisuje się pięciomilionowy ruch skupiony wokół Radia Maryja. To ta sama mentalność, która pragnie czarno-białej wizji świata, przekonania o własnym wybraństwie, silnego, plemiennego niemal poczucia wspólnoty i autorytarnego przywództwa jako odpowiedzi na niejednoznaczności nowoczesnego świata.

(…) Polska obrzędowość wyrasta z ludowego katolicyzmu. Jemu i pieczołowicie pielęgnowanej tradycji, która kruszy się dziś pod naporem komercji, zawdzięczamy wielkanocne święconki i palemki, wigilijne wieczerze szczególnie nasycone elementami magicznymi, rozświetlone cmentarze w listopadzie, urok przydrożnych krzyży. Z drugiej strony rodzi on sakrokicz, religijne gadżety i makatki z papieżem.

Ale ludowy katolicyzm w Polsce nie ogranicza się do sfery estetyki. Jak pisze Piotr Kowalski w eseju „Potoczna religijność, kicz i sakrobiznes”, cechuje go łatwość łączenia emocjonalnie nacechowanego doświadczenia religijnego, manifestowania religijnej uczuciowości z równie emocjonalnie nacechowanym patriotyzmem. Kicz religijny wykazuje zdumiewająco wielką łatwość łączenia się ze stereotypem prawdziwego Polaka. Agresja miesza się tu z ckliwością, patriotyzm przepoczwarza w ksenofobię.

Magiczna wizja świata wyrastała z lęku przed światem nieoswojonym, ciemnością, żywiołami, zaświatowymi mocami. Współczesny nurt ludowego katolicyzmu także napędza poczucie zagrożenia, bezradności, kompleksów wobec pluralistycznego świata, którym rządzi informacja i gry wolnego rynku, świata wielości idei, nurtów, postaw – niepojęte moce, przed którymi trzeba się chronić. Im bardziej świat otwarty, tym większa potrzeba identyfikacji z tym, co znane, kurczowego przylgnięcia do prostej wizji rzeczywistości. (…)

  

czwartek, 12 kwietnia 2007
214. Katolickie pogaństwo? (1)

  

Fenomen polskiej religijności, swoistego oblicza katolicyzmu, który – jeśli dobrze się przyjrzeć – mocno podszyty jest u nas myśleniem magicznym z czasów przedchrześcijańskich i szeregiem innych pogańskich elementów. Joanna Podgórska pisze na ten temat w ciekawym Raporcie pt. „Święta w starych dekoracjach” – „POLITYKA” nr 14 (7 IV 2007). Na razie część pierwsza:

  

Dymy kadzideł, procesje, strojne szaty kapłanów, światła na grobach, kult świętych wizerunków, medaliki traktowane jak talizmany, błagalne i dziękczynne wota – to relikty prastarych kultów, które wchłonęło chrześcijaństwo. W polskim katolicyzmie przetrwało ich szczególnie dużo. Stanowią niemal o narodowej tożsamości. Tworzą barwną tradycję, ale czynią też Polskę czymś w rodzaju religijnego skansenu, w którym parlamentarzyści modlą się o deszcz albo chcą intronizować Chrystusa na króla Polski.

Dziedzictwo pogaństwa wciąż jest w Polsce żywe, a nawet się rozwija – stwierdził prof. Norman Davies (…), wymieniając obok zaduszek i dożynek m.in. święcenie samochodów. Widziana oczami zewnętrznego obserwatora polska religijność jawi się jako szczególnie uzależniona od rekwizytów, widzialnych znaków: popiołu, palemek, różańców, medalików, obrazków. U nas do dziś figury płaczą krwawymi łzami, a plama na szybie może stać się cudownym wizerunkiem Matki Boskiej i gromadzić tysiące wiernych. Tak jakby ciągle niezbędna była Biblia pauperum. Okruchy magicznego szkieletu, na którym wspierała się przedchrześcijańska wizja świata, utkwiły w nas niezwykle mocno.

Przymiotnik „pogański” ma w języku konotację negatywną, a dług, jaki chrześcijaństwo zaciągnęło wobec tamtej kultury, bywa zwykle wstydliwie przemilczany. – Z historycznego punktu widzenia formy kultu są rzeczywiście takie jak w pogańskich kulturach rolniczych, odwołujących się do sacrum zaświatów; zostały bezszmerowo włączone w chrześcijański kontekst obrzędowy. Z punktu widzenia współczesnych relacji człowieka z wszechświatem i innymi ludźmi sens owych form nie jest już pogański, bo odwołują się one do chrześcijańskiej hierarchii mitycznej i kościelnej – mówi prof. Anna Zadrożyńska z Instytutu Etnologii i Antropologii Uniwersytetu Warszawskiego. – Wynika z tego jednak teza niezgodna z panującym przeświadczeniem: to chrześcijaństwo ukorzeniło się w kulturze europejskich pogan, a nie Europa zapuściła korzenie w glebie chrześcijaństwa.

Z prastarej religii kosmicznej zapożyczono czas świętowania, który od neolitu wyznaczała wędrówka słońca po niebie. Bogowie zawsze rodzili się w zimowe przesilenie, umierali i zmartwychwstawali z wiosenną równonocą. Gdy w dawnym kalendarzu istniał obrzęd związany z kultem słońca, w obrzędowości chrześcijańskiej pojawia się święto lub dzień świętego patrona. Matki Boskiej Gromnicznej obchodzone 2 lutego to połowa zimy, gdy zapala się ognie, aby przyspieszyć powrót jasności. Święto płodności, obchodzone w letnie przesilenie, zmieniło się w wigilię św. Jana i rytuał Zielonych Świątek. Kościelna nazwa tych ostatnich to Zesłanie Ducha Świętego, ale ludowa pobożność wpisała je w rytm przyrody, sięgając do archetypowych praktyk magicznych, które miały oczyścić ziemię z demonów i zapewnić obfite plony: palono ognie, domy przyozdabiano zielenią tataraku, procesje z chorągwiami obchodziły zasiane pola, a bydło okadzano dymem z poświęconych ziół.

Ciekawa jest także historia Bożego Ciała (ludowa nazwa Święta Ciała i Krwi Pańskiej), ustanowionego przez Kościół w XIV w. po cudzie w Orvieto, gdy hostia w rękach księdza heretyka zaczęła krwawić. Na pamiątkę tego wydarzenia uroczysta procesja zatrzymuje się przy czterech ołtarzach, gdzie odczytywane są fragmenty czterech ewangelii związane z Eucharystią. W obrządku ludowym ewangelie nie były jedynie nauką, ale świętym przedmiotem materialnym, który w postaci zakopanych na rogach pól zwitków miał chronić plony od gradobicia. Do tego doszły poświęcone wianki, które jako talizmany zabierano do domów, by odstraszały pioruny i choroby.

W świętach, obrzędach i zwyczajach przechowało się mnóstwo elementów dawnych obrzędów ofiarnych, magii płodności, rytów oczyszczających, magii dobrego początku, trwających nieustannie pertraktacji z zaświatami. Błagalne krzyże i kapliczki wznoszone na granicach wsi można postrzegać jako przejaw archaicznego lęku przed obcym światem, święte znaki, które mają chronić obszar wewnętrzny przed otaczającym chaosem, demonami i plagami. W chwilach zagrożenia obchodzi się je w uroczystej procesji, bo są one punktem mediacji z zaświatami, uprawnionych i otoczonych ochroną kontaktów z nimi. Święcenie nowo wybudowanych gmachów można postrzegać jako magię dobrego początku. Poświęcone obrazki, medaliki ze św. Krzysztofem to rodzaj amuletów.

Myślenie religijne wymaga założenia, że gdy chcemy coś w świecie zmienić, niezbędna jest Boska interwencja. Podmiotem jest Bóg, człowiek może tylko prosić. W myśleniu magicznym człowiek swoimi działaniami i praktykami prowokuje, skłania, zmusza do zmiany zaświatowe moce. Do części magicznej, pogańskiej, w której zawiera się wiara w sprawczą moc słów, dodano obudowę chrześcijańską. W obrzędowości te dwa porządki są tak przemieszane, że trudno je interpretować – twierdzi prof. Piotr Kowalski, etnolog. – Choćby kwestia wody. Wiadomo, jakie procedury kościelne nadają sakrę wodzie święconej. Ale czym jest woda z uzdrawiających źródełek? Żywą wodą z bajki? Bez trudu da się to wytłumaczyć w kategoriach magicznych. (…)

W przedchrześcijańskim świecie działanie sił magicznych było równie oczywiste jak działanie sił natury. Próbowano je zaklinać lub przebłagać. Ten stały dialog z zaświatami był codziennością. Kościół odrzuca magię ze względów zasadniczych, ale musi się liczyć z jej występowaniem. Zwłaszcza z tymi przejawami myślenia magicznego, które sytuują się blisko wiary i praktyk religijnych, jak kult świętych czy kult obrazów – pisze Zdzisław Mach we wstępie do pracy Dominiki Jaźwieckiej-Bujalskiej „Między magią a religią”, w której bada ona zabobony i przesądy wśród duchowieństwa katolickiego. (…)

Religijność chrześcijańską utworzyły dwa nurty: ten zgodny z oficjalnym obrządkiem Kościoła i ten wcześniejszy, rodem z ludowej tradycji rolniczej. Stopiły się, tworząc całość. Skala powodzenia nowej religii zależy od tego, jak wiele elementów poprzednich kultów potrafi wchłonąć. Tak jest zawsze. Na fundamentach starych świątyń buduje się nowe, wymienia bogów na ołtarzach. Tak było też w przypadku chrześcijaństwa. (…) Wszystko, co nie stało w jaskrawej sprzeczności z nową wiarą, mogło zostać zaadaptowane.

Przez wieki pod wpływem rozwoju nauki i przemian cywilizacyjnych relikty dawnych kultów zanikały. Resztki magicznej koncepcji rzeczywistości zachowały się głównie w postaci przesądów, zwyczajów, gestów, które postrzegamy jako irracjonalne, ale które wciąż bezwiednie powtarzamy. (…) Polska religijność jest nadal nimi przesycona i stanowią coś więcej niż element dekoracyjny. Dlaczego? Pierwszy trop, jaki się nasuwa, to fakt, że nadal jesteśmy w dużej mierze społeczeństwem rolniczym, a co za tym idzie, nurtem dominującym jest katolicyzm ludowy. Jego wnikliwe studium, do którego badacze odwołują się po dziś dzień, przeprowadził w latach 30. XX w. Stefan Czarnowski, teoretyk kultury i religioznawca.

Pierwszą z cech religijności ludu polskiego, jaką wymienia, jest nacjonalizm wyznaniowy. Katolicyzm na wsi był czymś w rodzaju religii plemiennej, przede wszystkim sprawą życia zbiorowego, a dopiero wtórnie indywidualnego; najdonioślejszą cechą etniczną. U podstaw tego nacjonalizmu leży lokalność religii. Żeby nabożeństwo było pełne, musi odbyć się w społeczności sąsiedzkiej. Mieszkańcy okolicy mają swojego świętego, swój cudowny obraz, swoją figurę, swoje procesje. Bywa, że lokalne społeczności rywalizują ze sobą, gdy chodzi o rangę swych świętych obrazów. Ważą skuteczność interwencji, powołują się na cuda, spierają o nie.

Zespolenie z narodem dokonuje się w zbiorowym uniesieniu podczas pielgrzymki do Częstochowy. „Włościanin wie, że jego wyznanie jest powszechne, ogólnoludzkie, bo go tego ksiądz nauczył; ale jako Polak jest on czcicielem szczególnym Matki Boskiej Częstochowskiej, największej ze wszystkich, najbardziej cudownej, najpotężniejszej. A że to Matka Boska bliska, interesująca się jego sprawami, własna – ma się on za lepszego katolika od tych wszystkich innych, którzy do Boga nie umieją modlić się jak należy, po polsku, i którzy czczą obce Matki Boskie” – pisał Czarnowski.

Kolejną cechą polskiej religijności ludowej, jaką wymienia, jest właśnie maryjność. W czasach, gdy pisał swoje studium, także w innych krajach katolickich Matka Boska bywała najgorliwiej czczoną świętą. Była to jednak nieco inna Matka Boska. Na południu Europy Maria była następczynią potężnych pogańskich bogiń matczynych – możną, feudalną panią, władczynią otoczoną dworem, sprawującą rządy. W Polsce nabrała rysów spełniających polskie wyobrażenie o opiekunce i orędowniczce. „Jest przede wszystkim piękną i dobrą, łaskawą panienką, wstawiającą się za swoimi czcicielami u Syna, podobnie jak – według pragnień chłopa polskiego z okresu pańszczyźnianego – winna się za nim wstawiać dobra panienka ze dworu”.

Podobnie lud postrzegał Jezusa – jako dobrego gospodarza, który chodzi po ziemi, by osobiście sprawdzić, czy jego poddanym nie dzieje się krzywda i cudownie interweniując. Jezus i Maria to przede wszystkim rozdawcy łask ziemskich na miarę wioskowych potrzeb. Religijne ekstazy były rzadkością i raczej patrzono na nie podejrzliwie. Gdy objawiały się święte postaci, to niemal cieleśnie, ubrane tak jak na figurze i wydawały praktyczne polecenia: daj jałmużnę, idź na pielgrzymkę, a do zbiorowości zwracały się głównie w kwestii wybudowania kościoła w konkretnym miejscu.

Wiąże się z tym kolejna cecha religijności opisana przez Czarnowskiego: sensualizm i kult obrazów. Wizerunki, którym na polskiej wsi oddawano cześć, były symbolami jak najbardziej dosłownymi. Postać Matki Boskiej w Polsce tak bardzo zespala się z jej malowanym wizerunkiem, że normalnym sposobem jej objawiania się jest objawienie się obrazu. Jego moc udziela się kopiom i odbitkom, które usamodzielniają się jako przedmioty kultu, żyją własnym życiem: ozdabiane drogocennymi sukienkami stają się celem pielgrzymek, płaczą krwawymi łzami, zapowiadając klęski. Podobnie postrzega Czarnowski gorliwość, z jaką lud pielgrzymuje do kalwarii; aby tajemnica była zrozumiała, musi przybrać postać zmysłowej, dotykalnej rzeczywistości.

Wreszcie ostatnia cecha to rytualistyczny stosunek do religii. Akty religijne, obrzędy, gesty, formuły zajmują w niej miejsce najistotniejsze, bo jest to religijność uboga z doktrynalnego punktu widzenia. Jak opisuje badacz: włościanin zna parę pieśni kościelnych, czasem czytuje żywoty świętych, ale Pisma Świętego prawie nigdy, nieznane mu są nie tylko zagadnienia dogmatyczne, ale nawet proste prawdy wiary. Wyznania rozróżnia wedle cech zewnętrznych. Kalwin to taki, co je mięso w Wielki Piątek, luter nie zachowuje postów i nie czci Matki Boskiej, prawosławny to członek wyznania, którego żonaci kapłani noszą długie włosy, a w świątyniach nie ma organów. Tak głęboko zakorzeniony rytualizm sprawia, że niechęć i opór wobec najdrobniejszych zmian w praktykach jest ogromny. „Włościanin przestałby się czuć określonym członkiem określonej zbiorowości, gdyby nie spełniał skrupulatnie tych czynności religijnych, które w tejże zbiorowości są tradycyjne” – podsumowuje Czarnowski.

  

niedziela, 04 grudnia 2005
5. Ucieczka od wolności

  

Niedziela.

Te nasze cepeliowskie rytuały religijne i rodzinne, to przywiązanie do obrzędu, do tradycji bez faktycznego zastanowienia się nad ich sensem, a zwłaszcza nad samym sobą, nad własną świadomością i tożsamością...

  

Religia – odwieczna tęsknota ludzkości za nieśmiertelnością, nieustanny lęk przed śmiercią, najbardziej wybaczalna z ludzkich słabostek.

Dlaczego ludzie nie mogą znaleźć tej siły do trwania w sobie – czyż odpowiedzialność za swe czyny i postawa moralna bez Boga nie są czymś bardziej heroicznym, godnym podziwu?

Chyba właśnie o to chodzi – oddając swój los w ręce Boga jest ludziom łatwiej. Trudno mieć o to do nich pretensje. Ale w życiu nie powinno być ciągle łatwo.

Nie można wciąż chodzić na skróty...

  

Tagi: religia
23:49, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi