~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Warszawa

piątek, 07 lipca 2017
1626. Pocztówki sentymentalne...

poniedziałek, 03 lipca 2017
1625. Hello, loneliness...

I już, po wszystkim, koniec (a przecież wakacje dopiero się zaczęły) – od dzisiaj znowu w pracy. Powrót to nieco traumatyczny – tak jak i wyjazd ze stolicy w czwartek. Spotkanie po trzech latach z wielkim miastem ponownie mnie oszołomiło: zrezygnowałem z planów muzealnych na rzecz ulic, rozkoszy snucia się, spacerów. Mieszkanie przy Placu Konstytucji, obiad zawsze w Mleczarni opodal Placu Zbawiciela, codziennie Trakt Królewski w obie strony. I wszystko na piechotę. Bardziej to, co już znane, niźli nowe – nie było drugiej linii metra, Placu Europejskiego z Warsaw Spire, muzeum Polin, Katyńskiego; zaglądam kilka razy na bulwary, co nad Wisłą, jadę (użyty jeden bilet w ciągu dziesięciu dni) do Business Garden (a wracam już na nogach, przez Pole Mokotowskie). Mijam Giertycha na Placu Teatralnym, zmieniam lokalizacje w randkowej aplikacji – lecz przecież nie zakładam żadnych spotkań. A wieczorami potworne bóle nóg (za ciasne buty) i przeglądanie zdjęć, których tak dużo niby, a tak niewiele wyszło. I udawanie, że oto samodzielne życie – swoje mieszkanie w swoim mieście. To chyba nawet było głównym celem…

22:58, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 03 lutego 2016
1544. Rozdroża i koleiny...

Czasem zbyt duże tempo, nieraz migreny wieczorami (jak dziś, po ośmiu godzinach przed ekranem), zmęczenie dojazdami (bywa się co dzień we Wrocławiu, choć się nie widzi miasta – wokół stadionu brak nawet kiosku z gazetami; dzień jeszcze krótki, idzie się wprost na pociąg – nie to, co czas w stolicy, kiedy po pracy było jeszcze Śródmieście, parki, Wilanów czy Ogród Botaniczny), a jednak można to – jeśli nie lubić, to choć jakoś oswoić. Gdybyż to jeszcze mogło być w Warszawie, czułbym się wręcz spełniony. Lepszej pracy nie znajdę, tym bardziej należy to doceniać. Pięć dni przed końcem mej umowy brak jakichś wyraźnych deklaracji. Są tylko pewne sygnały – dwa razy premia (200 i 250 zł, choć się stażowo nie kwalifikuję) z „oby tak dalej” w mailu; sesja zdjęciowa; żądanie, bym wskazał letni urlop (na szybko wybieram przełom czerwca-lipca). Zarazem zaś przypuszczam, że kogoś zastępuję (chyba jakieś zwolnienie od lekarza, wypadek czy choroba), tak więc zamiast umowy na dwa lata, być może mi zaproponują coś krótszego. Zgodzę się, co mam robić – wreszcie trochę zarabiam (jest jeszcze kilka książek do kupienia, zepsuł mi się aparat z dużym zoomem), mniej jest okazji do irytacji w domu. Innego życia nie ma…

„Ile to lat temu uchyliłem się przed najwyższym posłannictwem? (…) Co odtąd robiłem? Właściwie nic.

A przynajmniej – nic istotnego. Można by powiedzieć, że, w bardzo przyziemnym i ekonomicznym sensie, byłem zajęty przetrwaniem”

[Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

środa, 21 października 2015
1520. Virtuoso...

  

Tytuł poprzedniej notki był nie tylko odniesieniem do stylu koncertów młodego Chopina (finałowy etap konkursu), ale i zawoalowanym wskazaniem głównego faworyta. Brillant okazało się kluczowe – Seong-Jin Cho najdoskonalej połączył techniczną perfekcję z lekkością i radością gry. Dobór programu zaś – wykonanie już w drugim etapie sonaty, obowiązkowej (z zamianą tam ewentualnie na pełny cykl preludiów, które też zaprezentował) w trzecim – i zgranie z orkiestrą w koncercie, świadczą o samoświadomości, dojrzałości pianisty. Przeciętny słuchacz ma pewnie zrozumiałą skłonność do burz rodem z Etiudy Rewolucyjnej i charyzmy bardziej w graniu ciałem niż na klawiaturze, każdy też niemal z finalistów miał prawo się podobać, to jednak Koreańczyk bezsprzecznie był dla mnie najlepszy (a i jako człowiek ujmował mnie bez reszty). A jeśli dodać, że wszyscy czworo moi ulubieńcy znaleźli się wśród nagrodzonej szóstki, i to nawet w kolejności (nieprzypadkowej), z jaką ich w niedzielę wymieniałem, zaś już po finałach a przed ogłoszeniem wyników liczyłem się z nagrodą dla Charlesa Richarda-Hamelina, to moja trafność przewidywania i zgodność w ocenach z jury zdumiała mnie samego. Miałem więc nosa – czy raczej: uszy – i bodaj pierwszy raz bezsenną noc ze szczęścia…

  

      

  

Laureaci XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina:

  

I. nagroda i złoty medal – Seong-Jin Cho (Korea Południowa)

+ nagroda za najlepsze wykonanie poloneza

II. nagroda i srebrny medal – Charles Richard-Hamelin (Kanada)

+ nagroda za najlepsze wykonanie sonaty

III. nagroda i brązowy medal – Kate Liu (Stany Zjednoczone)

+ nagroda za najlepsze wykonanie mazurków

IV. nagroda – Eric Lu (Stany Zjednoczone)

V. nagroda – Yike (Tony) Yang (Kanada)

VI. nagroda – Dmitrij Szyszkin (Rosja)

Wyróżnienia:

– Aljosza Jurinić (Chorwacja)

– Aimi Kobayashi (Japonia)

– Szymon Nehring (Polska)

– Georgijs Osokins (Łotwa)

  

Internet rozbudził niebywałe zainteresowanie konkursem i dobrą wokół niego atmosferę. Oby nie była to chwilowa moda, bo najważniejsze przecież ostatecznie, żeby wygrywał Chopin…

  

                    

  

      

  

12:55, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 29 lipca 2015
1498. Gift from the Past...

   

Nie stać mnie było na książkę „Pałac. Biografia intymna” Beaty Chomątowskiej, zatem postanowiłem, że ją wygram. W konkursie fotograficznym, organizowanym przez Inicjatywę Osiedle Przyjaźń (na marginesie 60-tych urodzin Pałacu Kultury i Nauki), jedno z moich zdjęć (jak zwykle: nie to, którego szanse sam stawiałem najwyżej) znalazło się wśród trzech finalnie nagrodzonych.

To była jedna z pierwszych całościowych wypraw dokumentacyjnych po zamieszkaniu w stolicy, jeszcze w 2011 roku – ze skromnym aparatem, bez dzisiejszej maniery w kadrowaniu i dobieraniu pogody/światła. Pstrykało się wszystko, jak leci (por. 1028) – była świeżość spojrzenia, autentyzm i emocje. Warszawa przyjaźnie odkrywała przede mną swoje zakamarki, miało się nadzieję na przygodę, mieszkało się nareszcie samodzielnie. Żyło. A teraz jeszcze jeden profit, z czasów, co chyba bezpowrotnie już skończone…

  

22:24, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 17 lipca 2015
1494. Dowody na istnienie...

  

Pisać można jedynie uczestnicząc w rzeczywistości, żyjąc w świecie – zarazem w pełni doświadczając swojego wnętrza (emocji, myśli), poznając siebie prawdziwego. Zbliżając się, nie oddalając. Tymczasem moje bycie jest ucieczką, skryciem w ułudzie, fantazją nawet o uczuciach. Urządzam w głowie przestrzeń, własne mieszkanie, którego mieć nie będę, w budynku, którego wnętrza na żywo nie zobaczę, a poprzez jego okna widzę miasto, co już nie będzie moim; spotykam się tam z chłopcem, co ma konkretną twarz, nazwisko, a nie potrafię doń przemówić; do łóżka kładę się co noc z dziewczyną, która jest tylko mym wspomnieniem – niewypowiedzianymi słowy mówię jej o miłości, całuję ciało, którego nie umiałem pieścić…

To tylko się przydarza, dzieje – samonaprowadzenie w obłęd pozwala znieść codzienność, wytłumaczeniem jest, na życie przyzwoleniem…

  

„W samotności swojej była żywą ilustracją tego, na jakie bezdroża skręcić może istota kierująca się raczej uczuciem niż rozumem. Aczkolwiek tylekroć spotykały ją zawody, czeka wciąż na ów upragniony dzień, gdy zacznie żyć urzeczywistnionymi snami. (…)

O Carrie, Carrie! O, ślepe dążenie ludzkiego serca! (…) Wiedz, że nie ma dla ciebie ani przesytu, ani zadowolenia. W swoim fotelu bujającym przy oknie marzyć będziesz długo sama. W swoim fotelu bujającym przy oknie marzyć będziesz o takim szczęściu, jakiego nigdy nie zaznasz”

                    [Theodore Dreiser, Siostra Carrie. Przeł. Z. Popławska].

  

środa, 03 czerwca 2015
1485. La persistencia de la memoria...

  

Rok od powrotu. Czy raczej – od wyjazdu stamtąd. Wciąż jest się bardziej tam niż tu, łudzi się raczej wspomnieniami niż żyje dniem dzisiejszym. Wtedy stało się wszystkim, teraz przedstawia sobą nic, więc nie ma sensu działać. Myśli się tylko o węzłowych punktach swej biografii – Ania, Warszawa, studia, praca; w każdej pomyłce widzi następujące konsekwencje, pierwszy kamień lawiny. Nie ma już celów ani też sił do zmiany. Kalendarz odmierza wyłącznie rocznice niepowodzeń…

  

„(…) trwałość pamięci jest miarą rozpaczy, a rozpacz to przecież nic innego, jak dumny i cierpliwy związek człowieka z samym sobą”

                                      [Wiesław Myśliwski, Widnokrąg].

   

środa, 11 marca 2015
1462. Melanchujnia...

  

Wiosennie, cieplej, nareszcie w lekkiej kurtce, białych butach, wczoraj też pierwszy motyl. Można by pójść nad Wisłę, obejrzeć prawie gotowy bulwar pod Starówką i górny ogród Zamku; ocenić niedoskonałą, lecz znacznie lepszą teraz Świętokrzyską, przejechać drugą linią metra; zobaczyć szklący się Warsaw Spire, rosnący Q22, w Łazienkach chiński pawilonik, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej wystawę Wróblewskiego albo Boznańskiej w Narodowym… Tyle atrakcji i nowości można by – gdyby nie opuściło się Warszawy. Tu można tylko wybrać się do Tesco, Lidla, Biedronki, Intermarché i Netto. Lub na cmentarz… Dzień każdy jest ulatywaniem myślą tam, daleko, śledzeniem, co się dzieje; każdy – pielęgnowaniem żalu i wściekłości, poczucia omijania…

  

Tagi: Warszawa
22:36, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 12 lutego 2015
1456. „Tłuste” i „chude” lata…

  

Przed rokiem, dwoma – Warszawa, wzorcowe pączki od Zagoździńskiego…

  

      

  

Obecnie – rodzinna dziura, faworki maminej roboty. Pyszne, a przecież tęskno za czymś więcej niż te wolskie słodkości…

  

      

  

15:00, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 23 października 2014
1437. Czas Apokalipsy...

  

Z rodzicami w lokalnym Domu Kultury na „Mieście 44” (Polska’2014; reż. Jan Komasa) – pierwszy raz tam po latach: nowe fotele, przestrzenny dźwięk, cyfrowe projektory, lecz cóż – dalej maleńki (w miażdżącym porównaniu z Wrocławiem i Warszawą) ekran wiszący gdzieś w głębi nad sceną. Czułem się jak przed telewizorem, niemal zupełny brak efektu kinowej sali, wejścia w głąb filmu. Pewnie po części stąd dość kiepski jego odbiór. Czekałem bowiem z nadzieją, śledziłem proces powstawania, z pojedynczych informacji, krótkich fragmentów budowałem sobie w głowie obraz, który miał wreszcie być TYM – pełną rozmachu i emocji wizją, prawdą o ludziach i piekle. Dwa przecież najbliższe mi, nierozerwalnie związane tematy, Powstanie i Warszawa, na samo wspomnienie których ściska się serce (mieszkanie na Woli wszak zobowiązywało) – i zupełna obojętność wobec tego, co widziane na ekranie, ani jednej sceny odczuwanej (a jestem nadzwyczaj podatny na wzruszenie), zaledwie kilka mogących się podobać ujęć… Niepotrzebny ten osławiony już slow motion, ten bullet-time, popkulturowo-kiczowate chwyty, ukłon do nastolatków, ale też nie w tym problem. Brakuje scenariusza, krwistych postaci, przeżycia zamiast grania. Za dużo może wiem z historii, zbyt wiele pewnie filmów już widziałem, by móc się przejąć taką inscenizacją wojny. Nie starczy wszystkiego pokazać, trzeba to umieć wygrać na ekranie, opowiedzieć. Malowniczo leje się krew z nieba, rysuje góra trupów i wisielcy w szpitalu, ale to nie horror cywilów z „Idź i patrz” (ZSRR’1985; reż. Elem Klimow), nie duszna agonia z „Kanału” (Polska’1956; reż. Andrzej Wajda). Potencjał był ogromny, efekty wizualne świetne, schemat wędrówki przez dzielnice dobry – a jednak nie w pełni się udało… Mam w głowie własny film, tak wielki, że nie sposób go nakręcić, do głębi wstrząsający; i tylko na murach i kamieniach można go oglądać…

   

22:50, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 01 sierpnia 2014
1415. Miasto 44…

  

W kolejnych latach ta sierpniowa rocznica (podobnie zresztą jak dzień 19 kwietnia) staje się coraz bardziej moja, tak osobiście, boleśnie przeżywana. Po zamieszkaniu w Warszawie proces ten jeszcze się nasilił – zbyt wiele murów, tablic, bruków tak krzyczy, że nie dało się przechodzić obojętnie. Mieszkałem w budynku, na który spadła pierwsza bomba we wrześniu trzydziestego dziewiątego, na Woli, gdzie w 3 dni dokonała się największa rzeź w tej wojnie; czas spędzałem często wśród ewangelickich nekropolii, gdzie do dziś nagrobki znaczą ślady po pociskach. Zachwyt miastem, jego pulsem życia opiera się na tej mojej nieprzepartej świadomości dawnego horroru, zagłady, zniszczenia, w której anonimowi cywile w piwnicach i ofiary masowych egzekucji wysuwają się przed twarze i nazwiska bohaterów barykad…

Gdy przed kilku dniami przeczytałem na blogu innego przybysza ze Śląska, że Powstanie „było dawno w szkole i na co dzień nie korzystam z tej wiedzy”, nie mieściła mi się w głowie podobnie ignorancka obojętność (a może rzeczywiście nie trzeba zasługiwać na stolicę, jeśli można chodzić tymi samymi ulicami i nie widzieć, skoro to ja musiałem wrócić, jemu zaś udaje się tam wszystko?). A jednak, choć syreny nie zabrzmią już dla mnie „na żywo”, tamto wciąż się rozgrywa dla mnie teraz, blisko jest, w serca kłuciu, szkle bolesnym pod powieką, nie daje się ogarnąć i zapomnieć…

 

                      „Przeszłość – jest to dziś, tylko cokolwiek dalej”

                              [Cyprian Kamil Norwid, Przeszłość].

   

                  

   

piątek, 25 lipca 2014
1412. Wealth and poverty of nations...

  

„Jest taki świat, gdzie nie znają takich słów: pieniądze na życie, czynsz, rata, emerytura. Jest taki świat, gdzie ludzie wsiadają w lecie na swój własny jacht tak obojętnie, jak człowiek naszego pokroju nakłada kalosze, gdy pada deszcz”

                   [Sándor Márai, Francuski jacht. Przeł. I. Makarewicz].

  

To nie mój świat, ja nie wygrywam w Totalizatorze nawet trójki. Ujawnia nagle się 400-złotowa niedopłata za energię za ostatnie warszawskie półrocze. Mam ledwie połowę tej kwoty, o resztę muszę poprosić rodziców (jeszcze bardziej się od nich uzależnić, być tym, którego trzeba wspierać, który musi być grzeczniejszy, im posłuszny). A jeszcze wisi sprawa wody za cały mój pobyt w stolicy – właścicielka mieszkania wciąż się zastanawia, ile mi odpuścić z tysiąca ośmiuset. Ile by nie wyszło, powinienem chyba się szykować na zaistnienie w rejestrze dłużników. Wciąż marzę o Warszawie, większość wysyłanych aplikacji jej dotyczy, ale nie mam szans na powrót ze względu na koszty. Przy pensji poniżej minimalnej i kosmicznych cenach za wynajem byle nory nie dam tam rady sam przeżyć. Głodując od stycznia straciłem na wadze parę kilo; być może ta kapitulacja ratuje mi resztki zdrowia, rujnując jednak psyche. Jacek Żakowski pisze w „POLITYCE” o nędzy i beznadziei emerytów. Ja muszę się z tym godzić już obecnie, mając się w sile wieku za miernotę, doprowadziwszy się do starczej ruiny, bezradności. Nie stać mnie, by się ubrać, ostrzyc, spotykać z kimś, zabawić gdzieś, planować. Mężczyzna bez pieniędzy to impotent; impotent bez pieniędzy – już emeryt…

 

„Kiedy masz 1436 zł lub mniej, nie stać cię na nic poza walką o podtrzymanie swojej egzystencji. Boisz się nawet pójść do sklepu. Wkładasz rzeczy do koszyka, uważnie kontrolując ceny, pilnujesz, żeby brać tylko to, co najtańsze i najpotrzebniejsze, a i tak przy kasie kilka razy przeliczasz zawartość portmonetki i odkładasz to, na co ci nie starcza. Kasjerki na szczęście są zwykle wyrozumiałe, ale wstydu to nie niweluje. (…)

Jeżeli masz 80 albo 90 lat, doskonale wiesz, że to się nie zmieni. Nie liczysz na awans i podwyżkę, nie marzysz o zrobieniu kariery, o lepszej pracy ani o interesie życia. Nie liczysz miesięcy do końca studiów czy stażu, kiedy zaczniesz normalnie zarabiać. Liczysz tylko dni do pierwszego, do wizyty w przychodni, do czynszu. Niby w kieszeni masz z grubsza tyle, co stażysta, ale w głowie masz mniej. Nie możesz żyć mrzonkami, jak 20-, 30-, 40-latki. Nie przeżyjesz skoku adrenaliny na widok chłopaka, który patrzy na ciebie z pożądaniem, albo gdy umawiasz się z dziewczyną na wino. Nie liczysz nie tylko na seks, ale też na miłe muśnięcia, na pocałunki ani na obiecujące spojrzenie. To się już nie zdarzy. Nikt cię nie chce dotykać. Przez lata nikt nie popatrzy na ciebie z afirmującym zainteresowaniem. Sam tak na siebie nie patrzysz.

(…) Bardzo mocno czujesz, że jesteś na wiecznym zesłaniu do krainy nędzy, wyrzeczeń i upokorzeń. Dla 99 proc. skazanych na takie życie 1600 to taka bezludna wyspa, na której jest absolutnie pewne, że żaden statek nigdy nie przypłynie.

Jesteś z tym całkiem sam”

                [Jacek Żakowski, Pokolenie 1600, „Polityka” 2014, nr 30].

  

23:11, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 22 czerwca 2014
1403. La grande bellezza...

  

Wigilia opuszczenia, mojej kapitulacji, klęski. Noc późna, nerwowe siedzenie na podłodze, pakowanie walizki. W telewizji „Nowa Warszawa” (Polska’2013), muzyczny dokument Bartosza Konopki o płycie z nowymi interpretacjo-aranżacjami piosenek o stolicy. Stanisława Celińska, Bartek Wąsik i Royal String Quartet. Nie znałem tego krążka wcześniej, nie zainteresowałem się, czytając o nagrodach. I, zwyczajowo, kiedy stykam się z czymś nowym, po raz pierwszy – nie zachwyciło chyba, aczkolwiek przykuwało uwagę. Dopiero teraz, w kolejnych odsłuchaniach, przemawia – aczkolwiek wybiórczo i fragmentarycznie – bardziej. Urzeka kilka razy tło, bo współgra z tym, co bardzo do mnie trafia w ostatnich muzycznych odkryciach (Anna – nie moja – co kiedyś była Venus, napisze mi: „mam taką wewnętrzną preferencję do ostinat, one mają potężną siłę ekspresyjną, a tam podstawą brzmieniową smyczków jest ostinato, ostinato powoduje, że zaciera się rys melodii, że jest rytm i brzmienie, coś co w muzyce pojmowanej na zasadzie klasycznej homofonii, jest wtórne, no i Stanisława Celińska, ni to sprechgesang, ni to śpiew, ni to recytacja, wiesz, emocjonalna próba odsłonięcia sensu… Ale tak naprawdę nazywam to w sobie pięknem”). Dopiero ostatni utwór w filmie wstrząsnął i wciąż w głowie rozbrzmiewa, bo słowa, co zawsze w muzyce wydają się banałem, chwyciły tym razem za serce i każde było prawdą. Bo zostawiałem wówczas to, bez czego już nie mogę i co na zawsze odmienia życiową perspektywę. „Bo jest coś / co w każdym trwa / od tego dnia / kiedy był w Warszawie” (słowa Wojciech Młynarski)

   

Tagi: Warszawa
23:07, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 18 czerwca 2014
1402. Last Action Hero (II)...

  

Instynktownie wyczuwałem, że to on – mój sąsiad – słysząc poprzez zamknięte drzwi rozlegające się na korytarzu kroki czy niedające się rozpoznać głosy. Biegłem zaraz do okna, by domysł swój potwierdzić i ujrzeć, jak wychodzi. Bodaj codziennie spotykał się ze swoją przyjaciółką, ale była to właśnie „bratnia dusza”, nie „druga połowa”; wydawali się wręcz nierozłączni i, jak się dowiedziałem później, razem podróżowali (Paryż, Sztokholm, Tatry). Przez trzy lata mojego zamieszkiwania w Warszawie minęliśmy się ledwie parę razy. Bez słowa, z szybko skrywanym spojrzeniem – przynajmniej z mojej strony. Nie było w tym podniety, a jednak czymś przyciągał – głosem, pogodą ducha, młodzieńczością?... Miał profil na nowszym „branżowym” portalu, nie przejawiając tam – jak ja – zbyt wielkiej aktywności. Dopiero jesienią sprowokowałem go do internetowej zaczepki – dodaliśmy się wzajem do „znajomych”, bodaj trzy razy „klikaliśmy” ze sobą i nawet zaprosiłem go na spacer. Ale zaraz gdzieś obaj wyjeżdżaliśmy, mieliśmy się później zgadać. A każda taka przerwa odbiera mi odwagę. Choć było jeszcze parę „Cześć” pod naszym domem (dwa nawet w obecności mojej mamy – „A kto to? Twój kolega?”), kontakt się urwał. Ja zresztą wkrótce wykreśliłem się z „tych” stron, a w końcu musiałem zrezygnować ze stolicy…

Marzyłem o koledze, kimś wreszcie z niedaleka, z kim można by codziennie – rozmawiać, wyjść do parku, obejrzeć film lub pograć w badmintona. Kogo się można nie bać. Miałem sympatycznego geja naprzeciwko i nawet to okazało się za trudne. Nie ma znaczenia rodzaj szans, jeśli się spieprza wszystkie…

  

„Tamtej nocy Sebastian samotnie podążał ulicami i wyjaśniał latarniom, o których słupy posiniaczył sobie pięści, że coś z tym światem jest nie tak. Że muszą istnieć inne wszechświaty, w których sprawy przyjmują inny obrót. Gdzie nie byłoby możliwe, żeby ktoś taki jak on, mimo że ma większą wiedzę, przegrywał swoją szansę na szczęście. Światy, w których on i Oskar nigdy by się nawzajem nie stracili”

                         [Juli Zeh, Ciemna materia. Przeł. S. Lisiecka].

  

piątek, 13 czerwca 2014
1401. The Old New Thing...

  

Drzwi wejściowe, regalik i większy telewizor w mym pokoju, umywalka i szafki w łazience, zlew kuchenny – jak zwykle po przyjeździe: w mieszkaniu coś nowego. I nawet działka z warzywno-owocowej zrobiła się rekreacyjno-trawnikowa. A przecież wszystko po staremu. Smuci, przygnębia, złości. Czasem drobne zakupy, poza tym nie ma co wychodzić z pokoju. W Warszawie wstawało się dla zdjęć o świcie, łaziło godzinami, radowało – skończyło się w „miasteczku, gdzie żyć znaczy wykonywać machinalnie codzienne gesty, przywołując do życia przeszłość” [Andreï Makine, Francuski testament. Przeł. M. Hołyńska]…

  

23:13, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 09 czerwca 2014
1400. Here on Earth...

 

„Jak Ci tam jest?”, pyta D. w liście. Świat stanął na głowie (a może wszedł na nowo w utarte koleiny?), pojęcia się odwróciły – „tam” teraz jest „tutaj”, Warszawa odtąd „tam”. Znów pokój bez prywatności, kontrolowanie się i ukrywanie – na widoku i pod ludzki osąd; spojrzenia, komentarze. Myślałeś, że się wyrwiesz, ale to przypisane Tobie miejsce – tak wiele chciało się odmienić, a ostatecznie się utknęło w tym, co było…

  

                    „Tam wróciłem

                    gdzie nigdy nie byłem.

                    Nic, bo go nie było, się nie zmieniło.

                     (…)

                    Wszystkie miejsca

                    które odwiedziłem, teraz wiem – jestem tego pewien:

                    nigdy tam nie byłem”

                                         [Giorgio Caproni. Przeł. A. Komorowski].

  

piątek, 06 czerwca 2014
1399. Warszawski sen...

  

Trwało to 2 lata 11 miesięcy 2 tygodnie. Nie miało się zakończyć, nie sądziłem, że wrócę. Tyle wyrzeczeń, starań, a teraz znowu tu, wśród ścian, co przez całe życie więzieniem. Rozwiało się, zniknęło wszystko, jakby śniło…

 

 „(…) obudziłem się w swoim starym pokoju. Jak często, będąc małym chłopcem, leżałem tutaj w letnie poranki, takie jak ten, unosząc się w oparach marzeń, przekonany, że już wkrótce wydarzą się wielkie rzeczy, że czekający we mnie pączek rozwinie się w cudownie skomplikowany kwiat mojego przyszłego życia, które w końcu naprawdę się zacznie. Jakie ja miałem plany! Nie, nie plany; były zbyt mgliste, zbyt wielkie, zbyt dalekie, by nazywać je planami. Nadzieje, może? Też nie. Sądzę, że były to marzenia. Fantazje. Iluzje”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

22:37, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 03 czerwca 2014
1398. Jeszcze raz żegnam Was, nie spotkamy się...

  

Pakowanie trwa do chwil ostatnich; niestety: przeceniam ładowność mych bagaży – trzeba wyrzucić stare ubrania, kosmetyki, zostawiam też w mieszkaniu wentylator, czajnik, pościel, dywanik, kubek z napisem „Super mega ekstra fajny chłopak”, szklanki. Właścicielka i jej mama (widziane drugi raz w życiu przez trzy lata) nie mogą się nachwalić, jak dobrze opiekowałem się mieszkaniem („Nawet kwiatki przeżyły!”). Trzeba będzie jednakże rozliczyć się za wodę – uzbierała się ogromna dla mnie kwota, na której spłacenie mam pół roku. Nie mam już tylko z czego, bo wyjeżdżam bankrutem…

  

Jeszcze dzień wcześniej, przed wieczorem, przyjmuję na usilną prośbę jednego z zainteresowanych wynajęciem. Wyprowadzając się, już z walizkami, natykam się w drzwiach na kolejnych – parę chłopców. Poprzednio kandydatów było sporo, trudno się dziwić – w tej cenie (bezpośredni dojazd z Centrum, zielona okolica, gustowne urządzenie) lokal jest jednym z atrakcyjniejszych w Warszawie. Moje ładne, przytulne mieszkanie – czy będę jeszcze kiedyś miał okazję, by znowu móc o jakimś myśleć jak o swoim?...

  

„Szkoda, że musi Pan wyjeżdżać”. Też żałuję. Straciłem jedyne dla mnie miejsce, szansę na wyjście do ludzi, wolność i samodzielne bycie, cień nadziei…

  

W pociągu naprzeciwko chłopiec z fajną fryzurą (co trzeba powiedzieć, żeby tak obcięli? Ja, znów nieco zapuszczony, zapewne nie wyglądam na mieszkańca stolicy – a teraz nie muszę się już starać). Z jego telefonicznych rozmów i przeglądanej książki wynika, że jedzie jako wychowawca na obóz kolonijny dla 12-latków. A sam wygląda tak młodo. Umawia się z przyjaciółmi na kolejny wakacyjny wypad: „Wszyscy mamy urlopy, to szkoda siedzieć w Wawie”, mówi – ile bym dał, by móc się tam za niego nudzić. Wyciąga wielkie słuchawki, wierci się i podryguje do muzyki; pan obok coś ogląda na tablecie, a ja przez całą drogę wpatrzony w zapłakane okno. Bawią się ludzie, żyją – a mnie się życie kończy…

  

23:23, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 02 czerwca 2014
1397. Hollow Man...

  

Ostatni raz ulice, zdjęcia, ludzie. W tygodniu Wojciech Olejniczak przy pałacu Staszica, bracia Karnowscy w kafejce na Freta, Juliusz Machulski na lampce wina przy Bristolu, Krzysztof Daukszewicz opodal Domu Pod Królami, a w Morskim Oku Bartłomiej Topa z psem. Ostatni koncert fortepianowy pod Chopinem, chwila w ogrodach Kancelarii Premiera na pikniku. Szperanie pośród varsavianów w księgarni w gmachu PAST-y. Ławka w Ogrodzie Krasińskich, przed pałacem. Ci wszyscy chłopcy wypacykowani, sparowani. Wszystko, czym się oddycha, co tu stale. A mnie nie będzie, ślad po mnie żaden nie zostanie…

  

„Niesamowite, że wszyscy inni będą żyli nadal, jak gdyby nigdy nic. Wszyscy, tylko nie on. Czy taka jest prawda o duchach? Że są niczym innym, jak myślami o przyszłości żywych, snutymi przez umarłych albo tych, którzy umrą lada chwila?” [James Meek, Ludowy akt miłości. Przeł. M. Ignaczak].

   

21:56, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 29 maja 2014
1395. Prolongata...

  

Właścicielka mieszkania chce zjawić się we wtorek. Tak oto, nieoczekiwanie, zyskuję dwa dni więcej. Może się uda (mimo fatalnej aury, przyjazdu rodziców) utrwalić jeszcze coś, zobaczyć, przeżyć. Jednocześnie zaś od dzisiaj w Internecie ogłoszenie o wynajęciu mojej kawalerki. Jakkolwiek się nie łudzić, te dwa dni to tylko przeciąganie nieuchronnego rozstania…

  

Tagi: Warszawa
21:51, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Archiwum
Tagi