~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Warszawa

czwartek, 23 kwietnia 2009
600. Pocztówki dla wybranych i obrazki z wystawy...

  

Nad wszystkim, czego tu doświadczam, zalega mroczna chmura melancholii − jest bowiem coś tragicznego w całej tej podróży, w tym pierwszym porywie młodzieńczej przygody, co może też być mym ostatnim, w wydawaniu skromnych sum, które też znikają bezpowrotnie, bo zarabianie pieniędzy (podobnie jak sprawy płci i seksu) chyba już zawsze pozostanie tajemnicą...

  

Dziś jednak sporo dziecinnej radości, trochę też mimowolnych obserwacji: sarenka i przybiegające do nóg wiewiórki w Łazienkach, gdzie na jednym z mostków młodzi ludzie urządzają koleżance profesjonalną sesję zdjęciową; oszałamiające aż do wyczerpania baterii w aparacie widoki z 30. piętra Pałacu Kultury, a na dole minięcie się z Marcinem Wolskim (jeszcze w niedzielę na Starym Mieście z ministrem Stasiakiem, wczoraj zaś pod Sejmem z prezydentem Wrocławia Dutkiewiczem − jednak mały ten świat); krokiecik i herbatka w Krokieciku, a zaraz obok, na Brackiej przepastny Traffic.Club; mój szczery śmiech na okrągłym dziedzińcu Metropolitanu, gdzie mała dziewczynka wbiega w szalejącą cudownymi i zmiennymi układami fontannę; jakiś pokaz nowej kolekcji u Valentino, oglądany przez dziwne jacykowy; a na wieczorny finał zabawa w śledzenie pewnego chłopca, za i przed którym podążam przez kilkanaście kwartałów kolejnych ulic, by wreszcie wejść do największego z Empików, wiedząc, że nic (mimo Światowego Dnia Książki i trzeciego tytułu za darmo) się nie kupi, bo walizka i tak już za ciężka, bo trzeba oszczędzać na to, co po powrocie i przyzwyczajać do wyrzeczeń. Choć w tym ostatnim akurat osiągam już niemal mistrzostwo...

  

Był w białych spodniach i granatowej marynarce, miał blond włosy i niebieskie oczy, a wyglądał tak chłopięco, jak młodziutki DiCaprio. Wracał chyba ze studiów, z teczką w ręce, żywo rozmawiając z dwoma koleżankami i parę razy oglądając się do tyłu...

  

środa, 22 kwietnia 2009
599. O zasadach ekspozycji - czyli Pasaże i trotuary...

  

Dziś wreszcie konkretniej, dłużej, bardziej − zaczynam zaliczanie kolejnych pozycji z przygotowanej uprzednio listy. Cztery godziny w Muzeum Narodowym: niezauważalnie płynący czas, skrzypiąca pod nogami drewniana posadzka, pilnujące eksponatów starsze panie siedzące na swoich krzesełkach (i tylko dwie młodsze, i tylko jeden pan), bladość tych zbiorów na tle Europy, a mimo to niesłabnące zainteresowanie piszącego te słowa, starającego się nie pominąć ani jednej sali. Zatrzymuję wzrok na dłużej w paru miejscach: uwieczniam na zdjęciu piękny grecki tors w sali starożytności, zachwycam się galerią średniowiecznej rzeźby, dziwię mniejszemu niż sądziłem rozmiarowi Zawieszenia dzwonu Zygmunta, przysiadam przed Bitwą pod Grunwaldem, wsłuchuję w Kazanie Skargi, z bliska studiuję faktury kilku obrazów, a już ogromną przyjemność sprawia mi tak lubiane W altanie Gierymskiego... Wychodzę wraz z gongiem, ogłaszającym zamknięcie...

Potem bardzo powolne przechadzki po Ogrodzie Ujazdowskim i Łazienkach Królewskich, jazgot pawi obsiadających Pałac na Wodzie, początki amatorskiej fotografii, siedzenie w słońcu przy Chopinie, odpoczywanie po wczorajszym zawodzie, po myślach o kimś, kogo tu ze mną nie ma... I żadne tłumy i pary w wiadomym już wieczornym miejscu tej samotności mojej odwiecznej nie przysłonią...

  

23:13, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 21 kwietnia 2009
598. "W sklepie chce pan pracować?"...

  

Wyprawa na południowe krańce miasta, na rozmowę kwalifikacyjną − pierwszą od dziewięciu miesięcy, drugą w życiu. Dałem się podpuścić na jednym sprytnym pytaniu i potem długo tego żałowałem − aż do skromnego acz drogiego obiadu w Zapiecku: pyszne naleśniki z dżemem i koktajl truskawkowy, do tego młodziutkie kelnerki w kusych sukienkach, choć żadna nie może się równać z tymi ślicznymi chłopcami, jakich się widzi na stołecznych ulicach. Ale mój pierwszy skromny napiwek jednej z nich i tak zostawiam. Z Kabatów wracam metrem, zaliczając od razu aż dwanaście stacji − to jest jazda!

Już trzeci dzień chodzę, niczego nie planując i nawet nie zaglądając do mapy. Pewnie za wcześnie na takie wnioski, ale odbieram Warszawę jako nadzwyczaj komunikacyjnie przyjazną. Zaliczam dziś Plac Bankowy, a wieczorem znów − to już mi wchodzi w nawyk − lansuję się na Krakowskim Przedmieściu.

W domu zaś czeka odmowna odpowiedź − najwidoczniej nawet nie trzeba się nade mną zastanawiać. To już trzecia duża sieć sprzedaży książek, która mnie przekreśla. Naleśniki musiały więc wystarczyć za imieninowy prezent, na drugi raz już nie będzie mnie stać... 

  

Zauważyłem, że moje wyjazdowe zapiski są smutne. Następne też takie będą... 

     

poniedziałek, 20 kwietnia 2009
597. Światowe życie od 19 IV 2009, 14.29...

  

Jeszcze w niedzielę, zaraz po przyjeździe wybieram się na szybki obchód najbardziej widokówkowych miejsc stolicy − na razie więc tylko migawki: wieżowce przy PKiN-ie, Ogród Saski, Teatr Wielki, Zamek Królewski, Rynek Starego i Nowego Miasta, Plac Krasińskich, Krakowskie Przedmieście, kamienice, pałace, kościoły... Warszawa autentycznie rzuca mnie na kolana, na każdym kroku coś zachwyca, urzeka, cieszy. Gdyby tak można tu było zamieszkać... Bo rzeczywiście, Piotrek miał wczoraj rację: jestem stworzony do Wielkiego Świata...

...Tyle, że żyć w nim pragnę po swojemu. Po dzisiejszym spacerze z Wojtkiem zostaną w pamięci Łazienki, ogród na dachu BUW-u i antykwariat Atticus − samo jednak spotkanie było konfrontacją zbyt odmiennych postaw życiowych i sposobów ekspresji siebie. Takie obustronne miłe rozczarowanie. Dlatego najbezpieczniej czuję się wśród kamieni − one mnie nigdy nie zawodzą...

  

niedziela, 22 marca 2009
581. Notatki na marginesach...

  

Trzeci już bodaj tydzień czytam kolejne tomy Historii literatury światowej, najbardziej jednak zainteresowany zamieszczonymi w niej fragmentami konkretnych utworów (ciekawe przy tym, że publikowanych w prasie urywków nowych książek nie czytam z założenia). Kilka spostrzeżeń w toku lektury:

− lista pisarzy-samobójców jest znacznie dłuższa od niekrótkiego przecież spisu, który sobie niegdyś sporządziłem;

− udział kobiet w twórczości literackiej minionych wieków również przynosi wiele ciekawych nazwisk, zbyt rzadko niestety pamiętanych;

− (odnośnie już samej książki) niechlujność edytorska i redakcyjna owocują niezliczonymi wprost literówkami, urwanymi zdaniami, stylem rozchwianym od banału do naukowości, a nawet błędami rzeczowymi (Fryderyk II Hohenstauf utożsamiony z Fryderykiem I Barbarossą, w notce o poezji Paula Celana pojawia się tytuł przypisanej mu powieści Louisa-Ferdinanda Céline’a itp.) i dyskusyjnym rozłożeniem akcentów (22 strony poświęcone Faustowi wobec 5 na całego Szekspira). Jakżeż ja nie znoszę podobnej amatorszczyzny…

  

Historia przemocy (USA/Niemcy’2005, reż. David Cronenberg) byłaby znacznie lepsza, gdyby nie można było tak łatwo przewidzieć, co będzie w następnej scenie. A potem czytam, że to „próba ucieczki od utartych klisz gatunkowych”. Coś zbyt łatwo dają się dogonić owi uciekający...

  

Zaczynam zapełniać swój warszawski notesik. Na początek adresy, godziny otwarcia i ceny biletów do kilku muzeów. Chcę, żeby to były niezwykle intensywne dni…  

…zwłaszcza, że zamierzam w przyszłym miesiącu spotkać się w trzech miastach z pięcioma osobami, które już znam, i z czterema kolejnymi, dopiero do odwirtualizowania. Dni więcej warte niż całe dotychczasowe życie…

 

Spróbuję więc zaprzeczyć słowom T. S. Eliota o okrucieństwie kwietnia − choć i tak tylko te siedem wersów warto z niego ocalić. Jedna z herezji, jaka mi właśnie przychodzi do głowy: nic by się wielkiego nie stało, gdyby nagle zniknęła cała literatura anglojęzyczna (poza Szekspirem, rzecz jasna). Jeśliby jednak stało się to z polską lub rosyjską, świat musiałby przestać istnieć...

Bezczelność sądów jest przywilejem ignorantów...

  

czwartek, 12 marca 2009
577. O regułach gry...

  

Pytam sam siebie: co to da? − poza samym doznaniem czegoś nowego, może banalnego dla innych, lecz dla mnie wszak nie do wyobrażenia i, nie będę przecież ukrywał, wzbudzającego szereg obaw. Poza oderwaniem się od dotychczasowej rzeczywistości, spróbowaniem czegoś na własną rękę, bez czyjejkolwiek kontroli. Bo potem wszystko i tak wróci w utarte koleiny, bo ja sam prędzej czy później − a oddaję się tym wątpliwościom, jeszcze przecież nie wyjechawszy − będę musiał wrócić. Do pełnego tęsknoty czekania, nieumiejętności zakorzenienia się w czymkolwiek, do braku płatnego − i każdego innego − zajęcia. I nieco się nawet obawiam, że koszty tej wyprawy przewyższyć mogą ewentualne zyski − bo właśnie powrót do tego, co teraz, będzie najtrudniejszy. Bo jeszcze mogę się łudzić, a potem będę już tylko wspominał, analizował, żałował…

  

„Helena czuła się wtłoczona w życie na siłę. Wiedziała, dlaczego wszystko tak się dzieje. I kto gra jaką rolę. Czego to nie powinna myśleć i sądzić. I co ma myśleć i na co nie mieć nadziei. I nic nie poradzi”

                  [Marlene Streeruwitz, Uwiedzenia. Przeł. A. Kowaluk].

  

A całe to hamletyzowanie z powodu średniej statystycznej, która zobowiązuje do opublikowania dzisiaj czegoś. Trudno się odzwyczaić od przyjętej uprzednio konwencji, inaczej na wszystko spojrzeć, zmienić tok myślenia…

  

niedziela, 08 marca 2009
575. O tym, że pozory mylą...

  

Wciąż udaje Mu się mnie zaskoczyć − nieświadom tego, potrafi od razu zdezaktualizować wszystko, co mi się wydawało i co opisuję. Wystarcza jeden sms, jedna rozmowa telefoniczna i znów się uśmiecham…

  

Przeglądam w Internecie oferty kolejnych sklepów i nie umiem się zdecydować na odpowiednią walizkę. W gruncie rzeczy nie wiem nawet, jakie ona powinna mieć właściwości, bo to, co mamy w domu, pochodzi sprzed kilku dekad. Zastanawiam się też nad terminem, tak żeby już coś postanowić − okres powielkanocny będzie chyba odpowiedni. O dacie powrotu staram się nie myśleć. Na drodze do Warszawy powinna się znaleźć Łódź − z dwóch względów może być nawet ciekawsza od stolicy.

Pozoruję przed samym sobą przygotowania do pierwszej w życiu przygody…

  

…„ma już serdecznie dosyć kolejnych dni, które niczym się od siebie nie różnią. Chce czegoś więcej, nawet jeżeli czeka go coś gorszego”

                      [David Gilbert, Normalsi. Przeł. M. Świerkocki].

  

1 ... 11 , 12
 
Archiwum
Tagi