~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Warszawa

poniedziałek, 02 czerwca 2014
1397. Hollow Man...

  

Ostatni raz ulice, zdjęcia, ludzie. W tygodniu Wojciech Olejniczak przy pałacu Staszica, bracia Karnowscy w kafejce na Freta, Juliusz Machulski na lampce wina przy Bristolu, Krzysztof Daukszewicz opodal Domu Pod Królami, a w Morskim Oku Bartłomiej Topa z psem. Ostatni koncert fortepianowy pod Chopinem, chwila w ogrodach Kancelarii Premiera na pikniku. Szperanie pośród varsavianów w księgarni w gmachu PAST-y. Ławka w Ogrodzie Krasińskich, przed pałacem. Ci wszyscy chłopcy wypacykowani, sparowani. Wszystko, czym się oddycha, co tu stale. A mnie nie będzie, ślad po mnie żaden nie zostanie…

  

„Niesamowite, że wszyscy inni będą żyli nadal, jak gdyby nigdy nic. Wszyscy, tylko nie on. Czy taka jest prawda o duchach? Że są niczym innym, jak myślami o przyszłości żywych, snutymi przez umarłych albo tych, którzy umrą lada chwila?” [James Meek, Ludowy akt miłości. Przeł. M. Ignaczak].

   

21:56, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 29 maja 2014
1395. Prolongata...

  

Właścicielka mieszkania chce zjawić się we wtorek. Tak oto, nieoczekiwanie, zyskuję dwa dni więcej. Może się uda (mimo fatalnej aury, przyjazdu rodziców) utrwalić jeszcze coś, zobaczyć, przeżyć. Jednocześnie zaś od dzisiaj w Internecie ogłoszenie o wynajęciu mojej kawalerki. Jakkolwiek się nie łudzić, te dwa dni to tylko przeciąganie nieuchronnego rozstania…

  

Tagi: Warszawa
21:51, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 27 maja 2014
1394. Too late...

  

To się nie może zakończyć w taki sposób, powtarzam nieustannie. A jednak staje się. Złośliwy los utrudnia nawet godziwe pożegnanie – wpierw maj deszczowy, zimny, potem zbyt ostre słońce, powódź psują zdjęciowe plany (plaża o świcie!), nie pozwalają nadrobić zaległości. A przecież tyle jeszcze chciało się zobaczyć, przeżyć, odwiedzić znów, poprawić, zrobić. Już nie da się, nie zdąży, trzy lata niewykorzystane – zabrakło życia, żeby choć pobieżnie oswoić się z Warszawą…

  

„Nawet najdłuższy czas nie wystarcza, kiedy kocha się jakieś miejsce miłością tak zachłanną”

            [John Maxwell Coetzee, Chłopięce lata. Przeł. M. Kłobukowski].

  

niedziela, 25 maja 2014
1393. Ta ostatnia niedziela...

  

Dopisuję się we wtorek do spisu wyborców i w głosowaniu do europarlamentu biorę udział w Warszawie. Jedna z tych maleńkich tutaj satysfakcji, co się nie powtórzą. Odpowiedzialność za wspólnotę, do której się nie garnę, która mnie pomija (a w ¾ ignoruje nawet własne państwo, przykre)…

 

Weekend w ogóle pod znakiem ponadjednostkowym, towarzyski. W sobotę Konstancin (wysokie sosny tuż przy drodze, porozrzucane pośród drzew wille i pałacyki, spokój) i dewirtualizacja Diany – najstarsza z blogowych znajomości, bardzo udane spotkanie. Pisałem sześć lat temu: Jeszcze z nikim nie zdarzyło mi się wspólnie milczeć – choć jestem pewien, że potrafiłbym. Myślisz, że udałoby się nam milczeć na te same tematy?, i choć zdarzała się przyjemna cisza przy stole z widokiem na basen, na ławeczce przy korcie, mówiłem chyba dużo, ożywiałem się, co u mnie niezbyt naturalne. Nadzieję mam, że jej nie rozczarowałem – to było bardzo ważne. Dzisiaj króciutko T., oddaje mi (nareszcie!) książkę, pożyczoną jeszcze podczas Euro’2012. Jeśli nie liczyć rodziców, nie rozmawiałem z nikim od 8 miesięcy. Tam zaś znów nie będzie żadnych spotkań, te mogły być ostatnie już na lata…

  

Tagi: Warszawa
23:47, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 22 maja 2014
1392. Le Couperet...

  

Meszki gryzą mi nogi na niedzielnym koncercie pod Chopinem w Łazienkach. Nie drapałem chyba zbytnio, jednakże pojawiły się duże podskórne krwiaki (?), a dziś dodatkowo spuchła kostka. Chodzę z trudnością, ból przeszywa jak ostrze, hipochondrycznie rysuję tragiczne scenariusze. A przecież, gdyby ta noga była ceną za, to niech ją tną. Warszawa jest czymś znacznie bliższym mi niż wszystkie części ciała…

  

Tagi: Warszawa
23:59, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 20 maja 2014
1391. Stan posiadania...

  

W Noc Muzeów ekipy telewizyjne podchodzą do stojących w długich kolejkach, a ci – na oko trzydziestoparoletni – przyznają, że mimo całego życia w Warszawie, nigdy nie byli na Zamku albo w Narodowym. Nie mieści mi się w głowie. Pomyśleć tylko, że mogli się tutaj urodzić,wychowywać, nie ponosić kosztów wynajmu, mieszkając u rodziców; chodzili po ulicach, gdzie pierzeje, pili nad Wisłą i randkowali w Saskim. I zero w nich szacunku wobec miasta. A ty, dla którego TO jest wszystkim, musiałeś od ust sobie odejmować, gnić lat trzydzieści w pierdziszewie, gdzie znów już niedługo wrócisz, by tam zdychać… Nie zasługują, ale mają. Ty zbytnio kochasz, dlatego wszystko ci zostanie odebrane…

  

Tagi: Warszawa
23:59, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 10 maja 2014
1388. Warszawskie Dni Kawaleryjskie: Zawody Militari i pokaz galowy Szwadronu Honorowego 3. Pułku Szwoleżerów Mazowieckich...

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

środa, 07 maja 2014
1387. A Man and His Work...

  

Wydawnictwu Naukowemu PWN tak spodobała się moja relacja z rekonstrukcji bitwy pod Olszynką Grochowską (por. 1366), że zamierza wykorzystać cztery zdjęcia (wybrali akurat te nie najładniejsze) w przygotowywanym multibooku – elektronicznej wersji materiałów do nauczania historii w szkole podstawowej (a w przyszłości może i w jakimś drukowanym podręczniku). Dostanę za to 200 zł – dziś podpisałem umowę. Mały sukces w powodzi niepowodzeń. Okazuje się, że warto jednak zdzierać buty, biegając po Warszawie z aparatem…

  

Tagi: Warszawa
23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 04 maja 2014
1386. Last Days...

  

W środę mail do właścicielki z wymówieniem mieszkania, a od czwartku do dziś rodzice. Przyjechali pomimo ostrzeżenia przed zmianą aury – w efekcie z nieodwiedzanych przez nich jeszcze miejsc udało się pokazać jedynie Pole Mokotowskie; u Wedla podwieczorek (lody i czekolada), stolik dalej Justyna Steczkowska. W piątek, sobotę bardzo zimno, wiatr lodowaty oraz deszcz – wychodzimy jedynie na obiad (da się w tej okolicy, wbrew pozorom, smacznie, a nawet wykwintnie zjeść: cielęce eskalopki w sosie z kurek, włoskimi kluseczkami gnocchi i selekcją sałat w sosie winegret w Ristorante Del Forno, schabowy z kapustą zasmażaną i opiekanymi ziemniakami w Dzikim Młynie – polecam, choć sam nie mógłbym sobie pozwolić). Mama przywozi też gołąbki, sernik, wafla przekładanego czekoladą i sałatkę – mój żołądek tak już się odzwyczaił od jedzenia, że szybko puchnę od tego dobrobytu. A mimo to napięcia między nami – nie mogę znieść ich rozmów, w mojej przestrzeni obecności. W przestrzeni, co moją niedługo – pakuję zimowe ubrania, całego Gombrowicza, inne niewielkie książki. Większość jeszcze zostaje (nie umiem sobie wyobrazić, jak to przewieźć, gdzie to się tam – po maminych przemeblowaniach w mym pokoju – zmieści), bo jeszcze będę szukał – łudził się tymi paroma tygodniami, odliczał i szykował, z każdym kamieniem żegnał…

  

20:56, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 27 kwietnia 2014
1384. Les Rayons et les Ombres...

  

To osobliwe, żeby w kwietniu podczas spacerów opalić – ba! wręcz przypiec – sobie kark i nogi. A rok temu był śnieg. Jeśli tylko te zmiany klimatyczne będą trwałe, to nie mam nic przeciwko…

  

Pod lokalami na Żurawiej jednocześnie: cztery ferrari, do tego lamborghini, porsche i inne luksusowe wozy. Żyją se co niektórzy, wpadają na desery, drinki, kawy (co tam właściwie się zamawia?) droższe niż moje tygodniowe wydatki na obiady. A inni zaczepiają na ulicy, proszą o wsparcie na jedzenie, kupienie im kanapki. Nie wiedzą, że jestem w podobnej sytuacji, nie dość jednak odważny czy pokorny, żeby żebrać…

  

Ładny (tak interesująco) z twarzy, subtelny w geście i rozglądającym się spojrzeniu, chłopiec w Mleczarni obok drzwi, czekający chyba na swoje „na wynos”. Siadam z grochówką tak, by móc ukradkiem patrzeć. Za takie chwile należy się pokuta: śmieją się ze mnie i wskazują palcem ogrodnicy Biblioteki Uniwersyteckiej, potem obok wizytek – jeden gra na gitarze, drugi do kapelusza zbiera drobne i długo krzyczy „Pedał! Ha-ha!” na całe Krakowskie Przedmieście, jak już minąłem go z uśmiechem odmawiając wsparcia („śmiejemy się z lewaków”); na końcu, już pod moim domem, zachwiany gość w obecności małżonki puszcza wiązankę, z której dociera do mnie chuj, cwel, jebanie w dupę… Wiem, że są geje, co nie znają przykrości, cieszą się akceptacją krewnych, znaleźli miłość życia – albo przynajmniej mogą zaliczać dziesiątkami same ciacha. I jeszcze im się często powodzi finansowo. A mnie się publicznie upokarza lat dwadzieścia, choć niczego z owej sfery nie znam, nie doświadczę…

   

               „Poniżenie można ścierpieć, jeśli potem żyje się po ludzku”

                z filmu Gorzki romans (ZSRR’1984; reż. Eldar Riazanow).

  

Tagi: homo Warszawa
23:00, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 22 kwietnia 2014
1382. Jak radosny ptak w jasnym świetle dnia...

  

      

  

Wczoraj pleszka na tyłach Gmachu Audytoryjnego, dziś zaś rybitwy rzeczne, dzięcioł czarny, pliszka siwa i zięba wśród łęgów na praskim brzegu Wisły. Letnio, więc pierwszy raz w tym roku odsłaniam nogi – świetnie to wygląda wraz z jasną marynarką. Tak też się czuję – klient w krawacie jest mniej awanturujący się, a chłopiec w krótkich spodenkach pogodny, uśmiechnięty…

  

      

  

23:32, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 20 kwietnia 2014
1381. Souvenirs d’egotisme...

  

Wielkanoc od lat sprowadzała się jedynie do śniadania. W tym roku nawet tego nie – po raz pierwszy bez rodziców, sam, w Warszawie. Biała kiełbasa i piaskowa babka – jedyne koncesje na rzecz świąt (a i tak trzeba było przelewu-zachęty od mamy, by sobie móc pozwolić). Nurogęś spotkana w Łazienkach, na piersi papierowy żonkil w hołdzie bohaterom getta (jak przed rokiem, zamierzam nosić i po dziewiętnastym, co zresztą świetnie współgra z żółtymi spodniami, przykuwa wzrok przechodniów, którzy jednak chyba widzą gender, nie historię), ładnie sine niebo wieczorem ponad Królikarnią, gwałtowna ulewa w dnia środku na Placu Konstytucji. Zazdrość wobec niemal każdego gówniarza z aparatem – u wszystkich lepszy sprzęt, a tak bezmyślne ustawianie się, focenie. A ja coraz ofiarniej, dłużej, wcześniej – co z tego, jak ostrością, głębią nie mogę im dorównać. Bariera między mną a światem się powiększa; mało pisania tu, bo skupienie na sobie, a tam jałowo (Ania, strach i wściekłość), kręcenie się wciąż w kółko…

  

„Prawda nie mieści się in interiore homine, w dusznej autarchii życia wewnętrznego, lecz w zderzeniu z innymi, z rzeczami, barwami, zapachami, jedzeniem, czynnościami fizjologicznymi, potem, także z odciskami na dłoniach. (…) To, co pozostaje wyłącznie wewnętrzne, łatwo gorzknieje i ulega zepsuciu, staje się nałogiem i szaleństwem. Również namiętność pogrąża się w mule serca i przemienia w bezpłodne fantazjowanie, jeśli nie stanie się wspólnym światem, przygodą pośród rzeczy. Samotny świat wewnętrzny traci łatwo poczucie dobra i zła, podobnie jak w snach, w których można pozwolić sobie na wszystko i nie czuć się z tego powodu winnym. Świat wewnętrzny musi być przenicowany niczym stara marynarka, powiązany z rzeczywistością zewnętrzną”

                [Claudio Magris, Podróż bez końca. Przeł. J. Ugniewska].

  

wtorek, 15 kwietnia 2014
1380. Exit strategy...

  

Połowa kwietnia. Czyli: jeszcze kilkanaście dni zaledwie, żeby znaleźć. A potem by trzeba już wymówić – przyznać się do swej sytuacji, prosić, by czynsz za maj był odliczony z kaucji, bo nic nie mam. Przyjąć jeszcze rodziców w długi weekend, oddać im wszystkie książki. I zostaną mi tygodnie cztery, by się pożegnać i oswoić, spakować życie w trumnę…

  

                                        „(…) ubrać się trzeba

                    jak na święto i iść, iść w głąb nocy,

                    samotnie, w zagubieniu, bez lamp i bez miłości”

                                        [Oscar Miłosz. Przeł. Cz. Miłosz].

  

sobota, 12 kwietnia 2014
1379. The Proud Tower...

  

Kolejne przedpołudnia na Kopcu Powstania, mgła rozwiewa nadzieje na ostre panoramy. Trzęsę się z zimna, a jednak trwam; chodzę wokoło i mówię sam do siebie. Na głos – można złorzeczyć, płakać pośród tej ciszy – jestem wyniosłą wieżą, mych żalów nikt nie słyszy

  

      

  

wtorek, 08 kwietnia 2014
1378. On a Distant View...

   

Spacer wzdłuż praskiego brzegu Wisły, od Mostu Świętokrzyskiego gdzieś za Łazienkowski. Tam kończy się wytyczony szlak – pośród tej nieuczęszczanej pustki, piasków, traw para młodzieży w objęciach i czułościach: on bez koszulki już, ona w staniku, namiętne pocałunki. Zawracam do Narodowego, choć może trzeba było zostać, czegoś bym się nauczył, zobaczył znacznie więcej. W tramwaju spoglądam wciąż na dekolt siedzącej przede mną dziewczyny, przypomina się rozkosz dotyku cudownie gładkich, delikatnych piersi Ani. Nie powtórzy się – wizja bliskości z kimś oddala się, tak samo jak Warszawa

  

      

  

niedziela, 30 marca 2014
1374. Time of my life...

   

Jedynym plusem jej pobytu są obiady, jadane na Nowym Świecie, w „Barbakanie” (ładniutki i cichy młody kelner), deser u Wedla (chłopiec przy oknie z fajnym noskiem) – jednorazowe ceny powyżej moich tygodniowych kosztów. Trudno jednak wytrzymać – to wychodzenie dopiero przed południem, smętne spacery bez-zdjęciowe, te jej godziny malowania się, krzątania; że siedzi obok lub zostaje z tyłu, patrzy, ocenia moje żółte spodnie, myśli coś, widząc tytuł „Perwersja” na stoliku, musi być świadkiem mojego „Cześć” z sąsiadem, z którym by chciało się coś więcej, a nie potrafi zrobić kroku dalej. Marnuję czas, bezcenną każdą minutę prywatności – po tych trzydziestu latach z nią, przed kolejnymi trzydziestoma u niej

  

„– (…) ze mną się trudno żyje. Polega to między innymi na tym, że ja nie chcę mieszkać z innymi ludźmi.

– (…) Chcesz mieszkać sam?

– Tak. Tak i nie. Chcę móc decydować, kiedy jestem sam”

                    [John Maxwell Coetzee, Lato. Przeł. D. Żukowski].

   

sobota, 22 marca 2014
1371. Le Sacre du printemps...

  

Dwadzieścia stopni w marcu – z miejsca przyrost energii, dłuższe moje spacery, większa radość. U nadgorliwców już krótkie spodenki, podkoszulki – u mnie miast kurtki jasna marynarka, obcięte wreszcie włosy. Tłoczno pod Zamkiem, na skarpie przy fontannie; w parkach na ławkach przytulanie, wylegiwanie obopólne, całowanie (przykre, że nigdy nie zaznałem – nieśmiałe podglądanie). Zielone pąki, pierwsze owady, kwiaty… Nie śnią mi się w ogóle takie rzeczy, zaś nagle niespodzianka: Dolph Lambert z BelAmi robi mi loda – a ja sztywnieję, czuję i jest przyjemnie, poczwórnie niemożliwe! Cóż to za myśli zaraz po wyrzeczeniu się nawet fantazji? Wiosenne rozpasanie…

  

Tagi: homo Warszawa
23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 14 marca 2014
1368. Round and around and around and around we go...

  

Od początku marca znów bilet kwartalny – by wykorzystać każdy dzień, by jak najwięcej zaznać. Spacery godzinami, trasy, co nigdy się nie nudzą; zdjęcia detali na budynkach, twarze. Wiosna, krokusy, słońce; piegi na opalonym nosie, uśmiech. Nic nie jest ważne, kiedy ma się wszystko – kultywuję przeciągłe krążenie…

  

„[7 IX 1940] Wsiadamy i jedziemy. Potem z powrotem. Byle jeździć i patrzeć przez okno. Chodzimy, oglądamy wystawy. (…) Na ulicach pełno młodych dziewcząt i chłopców. (…) Czasu nie ma – nie liczy się. Jestem cały wzrokiem, pochłaniam, łykam i nie myślę, bo nie da się myśleć. Każde głupstwo jest urocze” [Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem].

  

      

  

sobota, 08 marca 2014
1366. Olszynka Grochowska 183 lata później...

  

      

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

      

  

wtorek, 25 lutego 2014
1361. Remissio...

  

Po kilku dniach poprawa. Bóle głowy już nie zmuszają do leżenia, można coś przełknąć, przeczytać parę stron (a i tak trzeba było chodzić na zakupy – półtoragodzinne wędrówki do marketu tańsze o parę złotych niż osiedlowe sklepiki naprzeciwko). Pojawia się szczekający kaszel, wrażenie soli w ustach. Nie wytrzymuję po miesiącach bez warzyw i owoców – kupuję pęczek rzodkiewek i dwa jabłka. Marzy mi się schabowy, lodowa sałata, ogórkowa zupa. Podczas Bożego Narodzenia u rodziców cieszyłem się, że tyję do 60 kilo – im dłuższy pobyt tu, tym realniejsze 50; w jedną czy drugą stronę będzie rekord. Zmywam nagromadzone naczynia, myśląc: oto twoje miejsce – monotonna czynność bez wymogu kreatywności, znajomości języków, optymizmu. Trzeba się zapożyczyć na poczet depozytu za mieszkanie i kupić bilet na ostatnie 90 dni – przez cały luty tylko raz na mieście”, a przecież jedyną racją bycia tu łażenie”. I jeszcze zmusić się (poświęcić parenaście złotych) na fryzjera: kiedy ostatnio? – w końcu września? Wychodzić, chociaż coraz bardziej wstyd i straszno, korzystać, żegnać się, utrwalić

  

23:59, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Archiwum
Tagi