~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Warszawa

wtorek, 18 lutego 2014
1359. Spring Running...

  

Pierwszy raz od siedemnastu dni do Centrum – trafiła się nareszcie zima ciepła i bez śniegu, a ja dozować sobie muszę z oszczędności każdy bilet. Dziś jednak długie smakowanie wiosny (?). Od Zamku szybkim krokiem do Łazienek, tam gęś na lodzie, w wodzie; następnie Pole Mokotowskie i Ochota. Skyline zza Filtrów i z kładki przy Bibliotece Narodowej. Odbieram też hologram na Żelaznej – dowód, żem już warszawiak, choć może nie być dane mi skorzystać

Wszędzie piechotą: buty za duże obcierają stopy, kręgosłup boli, aż się nie da schylać, migrena z wiatru, z głodu. Życie by było przecudowne, gdyby tak dało się codziennie…

  

      

  

poniedziałek, 10 lutego 2014
1356. Bilans kwartalny...

   

Cotygodniowa piesza wyprawa do marketu – od jakiegoś czasu już porównywanie każdej ceny, wybieranie produktów tańszych o złotówkę; nie ma znaczenia, co bym chciał, co lubię – smak jest przedmiotem fanaberii dla portfela. Gigantyczny przelew (czynsz plus energia za byłe pół roku), faktury na kolejny okres skłaniają do obliczeń – sumuję aktywa, uwzględniam wszystkie koszta. Za 40 dni wygaśnie dwuletnia umowa na Internet i kablówkę – kolejnych 40 spędzę bez kontaktu ze światem. W tym samym czasie trzeba by doładować mi telefon – cóż, nie pierwsza będzie to blokada połączeń wychodzących; tego nie żal – przecież i tak nie dzwonię do nikogo. Do końca kwietnia wydać mogę najwyżej 50 zł tygodniowo – za tyle można jeść; każda próba spaceru czy zdjęć w Centrum uszczupli mi ten limit o tramwaje. Trzy złote czterdzieści w jedną stronę – kwota, od której się zaczyna wyrzeczenie. Nie stać mnie, żeby wyjść, spotykać – choć jeszcze bardziej więzi w domu zawstydzenie…

   

                                      „(…) nędza zabija wolność”

   [Krzysztof Rutkowski, Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach].

  

23:16, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 02 lutego 2014
1353. Wystawa (XI) - Guercino. Triumf baroku...

  

Po wszystkim zaglądam na chwilę do otwartej niedawno po remoncie i rearanżacji Galerii Sztuki Średniowiecznej, której zbiory najbardziej mnie zachwyciły podczas pierwszej wizyty w Muzeum Narodowym w 2009 r., a która była niedostępna odkąd pomieszkuję w Warszawie (przemiana znakomita, poświęcę jej osobno kilka wizyt w darmowe wtorki), ale głównym mym celem jest finisaż ekspozycji dzieł Giovanniego Francesca Barbieriego (1591-1666), zorganizowanej „dzięki” trzęsieniu ziemi w regionie Emilia-Romania w 2012. Poza podręcznikowymi „Pasterzami arkadyjskimi – Et in Arcadia ego” (1618) nie znałem bliżej tego twórcy, ale wpływy Carraccich i szkoły bolońskiej umiałem jednak dostrzec. Światła i cienie, pofałdowanie szat i teatralne gesty; podoba się koncept „Cudu świętego Karola Boromeusza” (1613 lub 1614), który dostrzega jedynie mała dziewczynka, twarz ojca w „Powrocie syna marnotrawnego” (1651) i matki w „Zmartwychwstałym Chrystusie ukazującym się Najświętszej Marii Pannie” (1628-1630)...

Po tygodniach siedzenia w domu ciekawa odmiana, lecz z płatnych rozrywek zapewne już ostatnia…

  

                  

  

                  

  

                  

   

      

  

                  

   

                  

  

                  

  

Tagi: Warszawa
23:55, alexanderson , Zdjęcia: Spacery / Podróże
Link
niedziela, 19 stycznia 2014
1347. Price Tag...

  

Po miesiącu od złożenia wniosku przez Internet, mogę wreszcie odebrać hologram uprawniający do Karty Warszawiaka (szczęśliwie bowiem za 2012 rok zeznanie podatkowe składałem w stolicy). Cóż mi jednak po niej, skoro zimowa aura nie zachęca obecnie do wychodzenia z domu – dopiero powyżej trzech w tygodniu wyjazdów do Centrum i z powrotem opłaca mi się bilet trzymiesięczny (skończył mi się wraz z początkiem stycznia). Nie stać mnie na niego zresztą – stać już na niewiele. Trzymam się postanowień, by jednak jeść obiady, choć więcej imponderabiliów w tym, niż smaku, odżywczości. Bary cenowo przegrać muszą z tą nędzą przyrządzaną w domu – paczka gotowych pierogów za 4 złote starcza mi na dwa dni, krokietów za 9 na trzy. To pozwala nie wychodzić poza limit 3 złotych na obiad. Przestałem kupować jakiekolwiek ciastka na zakąskę, pozwalam sobie jeszcze na zaledwie jedną, najmniejszą kostkę czekolady dziennie (choć jak się wreszcie skończy, nie wiem, czy wezmę w sklepie nową). Zarzuciłem piątkową „Wyborczą” (program telewizyjny spisuję z Internetu), nie mogę zrezygnować z „Polityki”. U fryzjera byłem ostatnio w październiku. Kilka ciekawych polskich filmów w kinach (nawet za 8 zł), parę książkowych marzeń – nierealne…

Trwanie na marginesie, w poczuciu ciągłego wyrzeczenia, omijania. Najgorsze zaś, że nawet znalezienie pracy nic nie zmieni – zawsze będzie góra tysiąc kilkaset złotych pensji, z niej 85 czy 90% na mieszkanie, do tego narastająca wściekłość, wyczerpanie. Bez celu i osiągnięć, przyjemności, zupełnie po nic, sam sobie i jedyny winny…

   

                     „Za darmo jest tylko śmierć, a i ona kosztuje życie”

                        [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

czwartek, 16 stycznia 2014
1346. Pierwszy zimowy dzień...

  

      

  

      

  

piątek, 03 stycznia 2014
1342. Video meliora proboque, deteriora sequor...

  

Od początku roku żelazna dyscyplina: wstawanie jeszcze przed świtaniem, wielogodzinny spacer, czekanie na bezludny kadr, właściwy kolor nieba. Pogoda niezbyt dopisuje, ciało – choć przecież rekordowo ciepło – wciąż przemarza, sprzęt i umiejętności nie najlepsze. Ale to poświęcenie i cierpliwość, obsesja powracania, szukanie właściwej pory dnia i roku, oświetlenia – dopominają się nagrody, chwilami pozwalają otrzeć się o świetność

Jedyne, co mi sprawia radość, jest tym, co zgubi, odciąga od (szukania) pracy, nie da tu długo zostać

  

„(...) nie robił niczego z jakimś umiarem, lecz we wszystko, co przedsięwziął, wkładał dużo wysiłku, napięcia, zapału.

Jeśli więc kogoś lubił, miłość jego nie miała miary, jeśli nie znosił, opowiadał w sposób wielce tragizujący i pełen podrażnienia o nieszczęściach, których padł ofiarą z jego strony, i wyobrażał sobie inne. Jeśli miał jakieś zamiłowanie, nikt nie mógł przewidzieć, do jakiego stopnia przesady go doprowadzi”

                         [Michał Psellos, Kronika. Przeł. O. Jurewicz].

  

czwartek, 19 grudnia 2013
1336. The Sweetest Thing(s)...

  

We wtorek chmara gwarnych ptaszków na luterańskim cmentarzu – sprawdzam w domu przewodnik Collinsa i okazuje się, że pierwszy raz widziałem dzwońce. Duża radość z poznawania dzięki książce wciąż nowych gatunków. Wczoraj na Zamku Królewskim, gdzie wystawa „Wersal Marii Leszczyńskiej. Sztuka dworska we Francji XVIII wieku”. Cudowne portrety jednej z mych ulubionych epok – nazwiska i obrazy widziane dotąd w albumach przechodzą przed oczami, wywołując uśmiech rozpoznania: Jean-Baptiste van Loo, Hyacinthe Rigaud, Alexander Roslin, Pierre Gobert, François-Hubert Drouais, Alexis-Simon Belle, zwłaszcza zaś Jean-Marc Nattier; doprawdy: czysta słodycz. Żywość kolorów, miękkość kobiecej skóry, koronki i rumieńce. Finezje rokokowej mody, świat jako barwny spektakl – powinienem urodzić się markizem w okresie Regencji… Dziś nieco spacerowo, na biało odnowiony Zamek Ujazdowski i (wreszcie bez żebraka!) zdjęcie kościoła wizytek – być może ostatnie tu w tym roku (wyjeżdżam w weekend), który, przynajmniej w tym aspekcie, tak owocny…

  

Tagi: Warszawa
23:36, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 10 grudnia 2013
1332. Tristes, froides...

  

Przychodzą dwa prześliczne, opasłe (razem niemalże 3 tysiące stron) tomy Szekspira w przekładzie Barańczaka – straceńczo sobie z końcem tego roku pofolguję, głodować będę w przyszłym. I jeszcze do Czułego Barbarzyńcy po raz pierwszy, bo już bodajże tylko tam „Podróż do kresu nocy” dostać można. Sympatyczne nawet miejsce, jego właściciel – Tomasz Brzozowski – siedzi z laptopem w oknie, lecz jeśli książki, to już nie przekąski, więc szybko wychodzę. Renifery świetlne przy Skwerze Hoovera, stożek z cukierkami obok Zamku i choinka z misiem na Rynku Nowego Miasta, gdzie dla Radia Plus wypowiadam się odnośnie kwestii obniżenia czynszów dla właścicieli tamtejszych lokali (i o terrorze ciszy nocnej przy okazji). Niby niezbyt chłodno, lecz nie mając w co się godnie ubrać, już przemarzam

Dwa tygodnie i Wigilia, znów wyjazd do rodziców – jak znaleźć radość w tym, co mnie nie cieszy wcale, nie budzi żywych wspomnień…

  

      

  

sobota, 07 grudnia 2013
1331. Pictures at an Exhibition...

  

Niemal żadnego zdjęcia plenerowego przez listopad. A przecież dwadzieścia pięć tysięcy przez dwa i pół roku, odkąd tutaj. Bez wyróżnienia też w konkursie organizowanym przez Łazienki (połowa z nagrodzonych ma dyskwalifikujące błędy, szczerze mówiąc). Za to dwie fotografie (pod nazwiskiem) wybrano do zilustrowania hasła o Warszawie w Wikipedii.

Kwintesencja mojego stylu kadrowania i ambicji: naj-ładniej i bez-osobowo – na tyle, by do encyklopedii, na pocztówki…

  

20:45, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 26 listopada 2013
1326. Płynące wieżowce...

  

Bartosz Gelner pod Muzeum Sztuki Nowoczesnej i błyszczący za nim w tle Cosmopolitan. Dwie sfery niedostępne. Rozmarzenia-zatopienia, skojarzenia…

  

Tagi: homo Warszawa
23:59, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 24 listopada 2013
1324. The winter of our discontent (II)...

  

Poszukiwania zimowego płaszcza albo kurtki – rok bodaj czwarty, może piąty: tak samo bezowocny. Wczoraj Złote Tarasy i Arkadia, a dzisiaj Klif. Nic mi się nie podoba, nic na mnie nie pasuje; liczony każdy grosz utrudnia jeszcze wybór, bo oczekuje się pewności satysfakcji. Już w domu znajduję w Internecie polską markę, która wprost idealnie oddaje moje gusta, lecz cóż: limitowane krótkie serie, ceny po kilka tysięcy złotych – jak z kosmosu. Szykuje się kolejny sezon w jesiennej pseudo-skórze z odpadającym zamkiem, dwóch rozciągniętych swetrach i long-sleevie, do tego za duże jeden numer buty z przetartym ociepleniem. Latem wstydzę się chudej mej nagości, a zimą wszystkich ubrań – wraz z chłodem, śniegiem coraz mniej będzie argumentów, by wychodzić…

 

poniedziałek, 18 listopada 2013
1322. Chambers of Secrets...

   

Wycieczka po kulisach Teatru Wielkiego. Dwa hektary powierzchni, pół miliona metrów sześciennych kubatury. Największa scena operowa świata, na której mógłby stanąć cały gmach mediolańskiej La Scali – 10 metrów pod nią można się poczuć niemal jak w kopalni. Z kolei nad sklepieniem widowni mieści się kryta kopułą pracownia malarska – jeden z wielu warsztatów, pracujących na potrzeby tego liczącego tysiąc pracowników miasta w mieście. Oglądamy też ślusarnię i stolarnię, tartak (!), elementy scenografii, przemykamy wśród szyjących kostiumy. Liczyłem również na paradne korytarze, schody i loże – to, co i tak dostępne wszystkim widzom, wśród których jednak dotąd mnie nie było. Tyle wnętrz i tajemnic, a pamiątką jedynie dachy z zamglonego tarasu…

  

      

  

piątek, 15 listopada 2013
1321. Children of the Revolution...

  

Pierwszy raz w Zamku Ujazdowskim, choć już tyle ranków spędziłem nad Kanałem Piaseczyńskim, usiłując zrobić idealne zdjęcie odbicia tej budowli w jego wodach. Widok ze środkowego okna ryzalitu w elewacji wschodniej: z wysokości pierwszego piętra obnażająca drzewa jesień pozwala dostrzec ułamek zakola Wisły – wspomnienie po, dziś zarośniętej (i chyba nie do przywrócenia wobec terroru broniących byle samosiejki pseudoekologów), niepowtarzalnej osi…

Ostatni dzień wystawy British British Polish Polish: Sztuka krańców Europy, długie lata 90. i dziś. Konfrontacja „Young British Artists” z „polską sztuką krytyczną” – czasem tak dosłowna, jak postawienie inspirowanej muzykantami z Bremy Piramidy zwierząt Katarzyny Kozyry (z nadającą dodatkowych sensów rejestracją uśmiercania konia w rzeźni) obok Z dala od stada (Rozdzielenie) Damiena Hirsta: rozciętej wzdłuż na dwie symetryczne połówki i zanurzonej w formalinie owcy. Żywe niegdyś dyskusje, kontrowersje i estetyka szoku, wprowadzające ówczesną niszę w dziedzinę popkultury. Ciało i seks, religia, starość, ból, życie i śmierć, etyka i opresja. I jeszcze młode pokolenie w dopełnieniu, dzieci kryzysu 2007 – mniej deklaracji, za to ironii nieco więcej, celebry intymności…

Moje wrażenie jako laika na tym współczesnym polu – zdecydowanie wyższy poziom, ciekawiej, głębiej u Polaków (obu generacji) niż u YBA (po części dziś światowych celebrytów przecież, milionerów). W pamięci pozostaje „Ciotka Kena” Zbigniewa Libery, zachwycający tryptyk „Madonny” Katarzyny Górnej (zwłaszcza środkowa część, z Dzieciątkiem), hipnotyzujące filmy (rysunki-komentarze) Wojciecha Bąkowskiego, „fotosyntezy” Zofii Kulik, opona z bieżnikiem w formie odwróconego napisu „Niech zstąpi duch Twój i odnowi oblicze ziemi” Franciszka Orłowskiego, „Satysfakcja gwarantowana” Joanny Rajkowskiej (napoje i kosmetyki na bazie własnych wydzielin). Wszystko na sprzedaż; bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, albowiem to jest ciało moje…

Zastanawiam się przy podobnych okazjach, czy twórcy wystaw nie ufają zbytnio swoim widzom – przydałyby się czasem dłuższe objaśnienia i dodatkowe informacje, podpowiedzi. Widzę pobieżność spojrzeń ludzi obok, ich wypisaną na twarzy ignorancję, brak chęci, by zatrzymać się, pomyśleć. W Zachęcie nie dostrzegali w pracach Generic Art Solution reinterpretacji Caravaggia, tu pewnie też nie wiedzą, że „Olimpia” Kozyry to – poza aluzją do Maneta – także zapis walki artystki z nowotworem. Potrafią skojarzyć nazwisko Doroty Nieznalskiej i wywieść jej „196 k.k.” z afery z „Pasją”?...

No właśnie, skandal. Ślady wczorajszej akcji modlitewno-niszczycielskiej przeciwko „Adoracji Chrystusa” Jacka Markiewicza (erotyzm mistycyzmu na granicy bluźnierstwa), efekt spóźnionej o 20 lat histerii rozpętanej przez posła Paranoi i Spisku (obrońcy wartości religijnych ofiarnie wybrali dzień darmowego wstępu na swój protest). Trzy dni wcześniej kolejny raz spłonęła tęcza na Placu Zbawiciela, rzekoma manifestacja „pedalstwa” i zamach na rodzinę. Tydzień „patriotów” z kostką brukową w rękach oraz „moralnych” z pianą na uświęconych oburzeniem ustach…

 

„Niestety, tak się coraz częściej w Polsce odbiera sztukę – w każdym dziele widzi się realizację jakiegoś politycznego planu i do ustalenia pozostaje, czy jest to plan słuszny, czy niesłuszny, czy rzeczone dzieło sztuki jest »nasze«, czy »wasze«; tak się dziś coraz częściej ogląda filmy, tak się czyta książki, tak się zwiedza wystawy, efekt czysto artystyczny jest w tym doktrynerskim podejściu zupełnie nieistotny (…). Coraz więcej mamy w Polsce komisarzy ludowych do spraw kultury”

                     [Krzysztof Varga, „Gazeta Wyborcza” 8 XI 2013].

  

niedziela, 10 listopada 2013
1319. Wystawa (X) - In God We Trust...

  

„Wystawa ma na celu ukazanie bogactwa wierzeń i praktyk religijnych składających się na krajobraz wyznaniowy Stanów Zjednoczonych. Religia odgrywała i odgrywa tam niezwykle ważną rolę, a pluralizm wyznań sprawia, że można je uznać za jedno z najbardziej zróżnicowanych pod względem religijnym państw na świecie. Chociaż na wyznaniowej mapie Stanów Zjednoczonych wciąż przeważają tradycyjne wspólnoty religijne, jednocześnie jesteśmy świadkami narodzin nowego modelu religijności, zgodnie z którym każdy może dowolnie zdefiniować swoją tożsamość religijną w sprzeciwie wobec relatywizmu współczesnego amerykańskiego społeczeństwa. Kontrowersyjną dewizę użytą w tytule wystawy, nieraz kwestionowaną przez środowiska polityczne i religijne, w kontekście dzisiejszej różnorodności wyznaniowej odczytać można jako sugestię, że Ameryka nie jest już »jednym narodem pod opieką (jednego) Boga« [one Nation under (one) God]. Wyrażenie »In God We Trust« daje się interpretować jako mocną deklarację wiary, ale także jako manifestację prawa do »wyboru własnej religii«, która może przybierać najróżniejsze formy i oblicza.

Wystawa obejmuje prace wielopokoleniowej grupy współczesnych artystów amerykańskich wywodzących się z różnych tradycji religijnych. Podejmują oni kwestie związane z religią, osobliwymi i rzadko spotykanymi wierzeniami, sektami i kultami, starając się przybliżyć widzom niezwykłą dynamikę tych zjawisk i ukazać szeroki wachlarz wyznań i kultur Stanów Zjednoczonych. Wystawa odnosi się również do wielu innych ważnych aspektów tego złożonego zagadnienia, opisując wzajemne relacje pomiędzy religią a społeczeństwem, ekonomią / kapitalizmem, polityką, patriotyzmem / amerykanizmem, sportem czy kulturą popularną”

              [ze strony internetowej Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki].

  

                  

  

Michael Murphy: Team Extreme Jesus (2011) – wizerunek Chrystusa złożony z posklejanych plastikowych żołnierzyków zderza wyobrażenia Stanów Zjednoczonych jako narodu wojennego i religijnego zarazem, co można porównać do amerykańskiego społeczeństwa, które z wykluczających się postaw tworzy jednak całość.

  

      

  

Dzine (Carlos Rolon): Targ dewocjonaliów (2013) - instalacja inspirowana sklepami botánica, popularnymi w Ameryce Południowej i wśród latynoskich społeczności USA.

  

                  

  

David LaChapelle: Kanye West: Pasja Chrystusa (2006).

  

      

  

      

  

      

  

David LaChapelle: Namaszczenie, Ostatnia Wieczerza oraz Interwencja - z cyklu: Jesus Is My Homeboy (2003).

  

                  

  

Angela Ellsworth: seria misternych czepków perłowych, najeżonych od wewnątrz szpilkami (2011) – symbol opresji kobiet w rygorystycznej, praktykującej wielożeństwo społeczności mormonów.

  

      

  

                  

  

Generic Art Solutions (Matt Vis & Tony Campbell): Głowa Jana Chrzciciela oraz Dawid z głową Goliata - z cyklu: Caravaggio (2007-2008)

   

piątek, 01 listopada 2013
1315. Memento mori...

  

Jeszcze nie wyjechałem – opóźniam nieustannie, bo nic mnie tam nie ciągnie. I nawet moje groby są bardziej tu, gdzie wszak nikogo nie mam, niż tam, pośród nagrobków z mym nazwiskiem, które zresztą zakończy razem ze mną swą historię…

Kochane ewangelickie – ostatnio nasila się pokusa, by po nich oprowadzać. Dorzucam nieco do skarbonek Krystyny Jandy i Kazimierza Kaczora (wstyd nieco, że tak skromnie – jak w końcu wygram w Totolotka, obiecuję wspierać te cmentarze regularnie); widziałem także kwestujących Magdę Umer, Bożenę Stachurę, Annę Czartoryską i Arkadiusza Janiczka. Miałem jeszcze czekać na debiut Jarosława Kuźniara, lecz szybko się poddałem. Zamiast tego krótki spacer Żytnią, na chwilę do Śródmieścia (odsłonięty wreszcie front katedry), coraz smutniejszy nastrój. Jakaż to pusta egzystencja, której – od lat dziecinnych – jedynym celem jawi się przerwanie samej siebie…

  

„(…) kiedy świat, w którym obecnie spędzam swoje życie, w pełni się objawił, stwierdziłam, że do niego nie przynależę. Moje życie, dzień za dniem, to było odwracanie oczu, zażenowanie. Śmierć jest ostatnią prawdą, jaka pozostała. Nie mogę znieść myśli o niej. W każdej chwili, kiedy zastanawiam się nad czymś innym, na chwilę zapominając o śmierci, oddalam się od prawdy”

               [John Maxwell Coetzee, Wiek żelaza. Przeł. A. Mysłowska].

  

      

  

niedziela, 27 października 2013
1312. Repos du septième jour...

  

„Abyś dzień święty święcił”… A że naród dość pobożny, na niedzielnych nekropoliach praca wre. Osaczony przez napierające falą tłumy, co sprzątają, grabią, wyrzucają, nie czuję się dobrze w miejscach, co zawsze mym azylem. Za najbardziej tam właściwe, najpiękniejsze, uważałem zawsze pewne zapuszczenie, roślinność wdzierającą się na groby, chylące się pomniki, stosy liści. Porządek na cmentarzu jest formą negowania kolejności rzeczy (stąd najbardziej klimatycznie na żydowskim – ci, co mogliby pamiętać, zamienili się wśród dymu pieców w Wielką Liczbę). A ta polega na triumfie natury – zachowując bierność, obserwuję, jak życie rozkwita na śmierci…

  

23:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 25 października 2013
1311. Les Feuilles d’automne...

  

Rozkosz kolorów, szuranie pod stopami, słońce. Parki i wolskie nekropolie, mroczne forty. Ciągle te same miejsca, a jednak wciąż odkrycia – na przykład niewspominany w przewodnikach Oskar Hansen tuż przy grobowcu Junga (w Krajowej Radzie Sądownictwa słuchaliśmy w radio „Zaczynu” Filipa Springera, z wielką pasją). Coraz to lepsze kadry, w galeriach zdjęć wymiana nieustanna na ładniejsze (gotowy już cmentarz kalwiński, wkrótce dalsze). Ostatnie dni, już mocno łyse drzewa. Przybity i ze łzami w oczach krążę, żegnając się z czymś więcej, niż tylko z każdym liściem…

  

      

  

      

  

      

  

wtorek, 15 października 2013
1308. Isola isolata...

  

Mama znów usilnie przekonuje do przyjazdu, choćby na kilka dni. Kusi: że zrobi ciasto i wybierzemy obiecane w ramach prezentu urodzinowego okulary (nie zmieniałem ich od bodaj sześciu lat – szkła już porysowane, oprawki chciałoby się mieć nieco modniejsze). „Co będziesz sam tam siedział… Nie masz pracy, więc nic Cię tam nie trzyma”… Nie rozumie, że chodzi właśnie o samemu bycie i dysponowanie swoim w niczym nieograniczonym wolnym czasem. Prędzej czy później bowiem znów trzeba będzie wprząc się do kieratu (co wykańcza), lub też opuścić Warszawę ostatecznie i wrócić tam, gdzie koszmar poprzedniego życia (co zabije). Dlatego ważny każdy dzień, godzina, chwila – nic tutaj jest cenniejsze niż wszystko tam, gdzie indziej…

  

„Coś w ten sposób udowadnia: to, że każdy człowiek jest wyspą, a rodzice są niepotrzebni”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

piątek, 11 października 2013
1307. (Out of the) Klozet...

  

Dzień (jak się wieczorem dowiaduję) Wychodzenia z Szafy. Tymczasem w Parku Skaryszewskim (spaceruję po porannych zdjęciach w Ujazdowskim i Łazienkach) z przydrożnej kępy drzew wychodzi gruby flejtuch, zapinający jeszcze spodnie, a zaraz za nim – co nieco zaskoczony, że ktoś z aparatem w ręku go nakrywa – partner w spełnionym akcie. Dzikusy, co po krzakach, na cmentarzu żołnierzy radzieckich albo w kiblach. Byle wystawić fiuta lub dać dupy, nie trzeba wcale słów lub też się więcej spotkać. Przez takich właśnie nie mogę wyzbyć się odrazy ani lęku – tęczowe serce na mej torbie, nic więcej z tymi zwierzętami mnie nie łączy…

  

Tagi: homo Warszawa
23:53, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 06 października 2013
1305. Life goes on...

   

Dni intensywne, wędrówki wczesnym rankiem, zdjęcia, wrażenia, chwile. W poniedziałek Pole Mokotowskie i Cmentarz Żołnierzy Radzieckich. We wtorek karykatury na Koziej i Teatr Telewizji – „Ksiądz Marek” (1997; reż. Krzysztof Nazar) według Słowackiego. Hipnotyzujący efekt, jaki wywiera ta przepiękna, pełna ekspresji polszczyzna, nieznany wcześniej apokaliptyczny tekst. Na tle wybitnej obsady (Krzysztof Globisz, Mariusz Bonaszewski, Igor Przegrodzki, Janusz Michałowski, Janusz Gajos, Jan Frycz, Mirosław Baka, Artur Żmijewski) błyszczy Daniel Olbrychski (Kosakowski), a wszystkich i tak przesłania Magdalena Cielecka – Żydówka Judyta (Mój Bóg nie wisiał na ćwieku, / Nie pił octu i piołunów, / Ale stał na wielkiej górze / Pośród dwunastu piorunów / W czarnej i ognistej chmurze / I rozbłyskał się na całe niebiosa: / Otóż ten Bóg teraz broni / Każdego mojego włosa). Środa to wycieczka pod sam Łowicz, w czwartek – zwyczajowo już – Wilanów. W telewizji „Ogłaszam was Chuckiem i Larrym” (USA’2007; reż. Dennis Dugan) – świat się kończy, jeśli komedia z Adamem Sandlerem to najlepszy „gejowski” film, jaki widziałem. W piątek Moczydło i sztuczna rzeka w Parku Szymańskiego, sobota w Łazienkach i Ogrodzie Botanicznym. Tęcza w fontannie – pan obok z lustrzanką musi przyznać, że u mnie wyszła lepiej (mam sporo braków, lecz zawsze wiem, gdzie stanąć). Kolejne wiewiórki, co – jak w Skaryszewskim – wciąż łapią się za serce. I Janusz Palikot skręcający od Sejmu w Park Ujazdowski. Dziś chwila załamania i zamknięcie się w domu, jutro zaś znów, od nowa…

  

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Archiwum
Tagi