~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Warszawa

niedziela, 29 września 2013
1302. Wyższe sfery...

  

Po ponad 15 miesiącach spotkanie z T. – przez nieporozumienie komunikacyjne (on nie wie, że zgodziłem się je odbyć) omal do niego nie dochodzi. Obiad w nieznanym mi dotąd Prasowym, gdzie rozmowa o zawodowych porażkach i sukcesach. Zamiast na planowany wcześniej spacer po Łazienkach jedziemy do Hotelu Marriott, gdzie firma opłaca mu mieszkanie na 32. piętrze. Robi to na mnie wrażenie większe niż śmiem zdradzić. Już zwierciadlana winda dość sporo obiecuje. W menu w pokoju śniadanie za 98 zł, zupa na obiad 32, w lodówce zestaw buteleczek z alkoholem, a podczas mojej wizyty donoszą jeszcze kolejne (prezent VIP package). Najbardziej jednak oszałamia widok na Plac Defilad, czy raczej: pół Warszawy. Oxford Tower nie może się z tym równać (por. 1202). Mimo refleksów na szybie próbuję strzelić fotkę – udaje się tylko z PKiN-em, choć lepsze byłoby słońce od południa. Pomyśleć tylko, że można się tym cieszyć każdego dnia, przy różnych stanach nieba. Choć ja już dawno wymarzyłem sobie mieszkanko po przeciwnej stronie – Cosmopolitan, narożnik południowo-wschodni, 40. piętro, 5 pokoi plus garderoba, 2 łazienki. Wiem, jak urządzić, czym obwiesić ściany, jakie chcę meble, gdzie bym w co się bawił. I panorama z okien – Nowe i Stare Miasto, Zamek i Ogród Saski, Krakowskie, Nowy Świat i Wisła, Stadion i Ściana Wschodnia, Pałac i reszta wież. Nikogo tutaj tak to nie zachwyca – nikt więc nie zasługuje bardziej, by w tego Totka wygrać…

  

sobota, 28 września 2013
1301. „Słońce rzuca blask z ukosa, / I dzień krótszy, chłodna rosa”...

  

Wędrówki od rana, byle wykorzystać słońce, chmury, jesień. Pożółkłe liście, lustrzane odbicia w stawach i wiewiórki. Zimny jednak ten wrzesień – drętwieją, tracą czucie palce, kurczowo ściskające korpus aparatu. Pod Królikarnią zagaduje samowolny opiekun tamtejszej ptaszarni – pokazuje zdjęcia kolejnych lęgów łabędzi i zimowego stada mandarynek, mówi o dokarmianiu, małej w tym roku liczbie kurek wodnych. Autentyczna pasja i radość w jego oczach, rozrywka na emeryturze, sens istnienia. W Skaryszewskim zaś inny starszy pan kilkakroć przechodzi obok, gdy dość długo kadruję Kąpiącą się – być może szukał okazji na pikiecie. Kasztany pod nogami na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim, przebiegające ścieżki myszy polne w Ogrodzie Botanicznym. W pustawym w dzień powszedni Wilanowie kolejny już raz szeroka panorama i detale – podbudowany lekturami z łatwością odczytuję z płaskorzeźb i posągów ów kilkuplanowy ideowy program, w jaki ubrano pałac. Nie mam zbytnio przed kim się tym chwalić. Byłbym jednak gotów płacić samotnością, byle zyskać gwarancję, że Warszawa nigdy się nie skończy…

  

poniedziałek, 16 września 2013
1296. Orchidaceae - Dni storczyków w Ogrodzie Botanicznym (14-15 IX 2013)...

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

sobota, 14 września 2013
1295. Ostatni krzyk (mody tego) lata...

   

Przygnębienie, otępienie – ochłodzenie. Po dłuższej przerwie wyprawa do miasta. Krążenie wokół Ronda Jazdy Polskiej, szukanie podziemnego pasażu, gdzie upatrzona czapeczka (element ten garderoby rozwiązuje ostatnio wszystkie problemy z fryzurą, pozwalając niekiedy w ogóle wyjść z domu) – mijanie uczestników Walkathonu (pokonuję po wielekroć dłuższe trasy kilka razy w tygodniu, nie strojąc w reklamowe loga – nie będę zatem dla szpanu się przyłączać). Na nogach z powrotem też do Centrum – sklepy i marki, kolejne marynarki. Potrzebuję jasnej letniej i czarnej oficjalnej (na ewentualną rozmowę kwalifikacyjną – jak gdybym gdziekolwiek aplikował – nie miałbym się nawet w czym zjawić). Niestety, Zara wyglądała prześwietnie jedynie w Internecie – poduszki, których nie toleruję, w ramionach, fatalne proporcje i zszycie. Panowie Hennes oraz Mauritz ratują sytuację odnośnie wersji summer. W międzyczasie przedarcie się przez marsz związkowców na Nowym Świecie – jedni podają: było sto tysięcy, inni, że dwieście, to ja „bez kozery powiem pińcet”. Gwizdy i wuwuzele – skończyło się lato i krótkie spodenki, pozostał mi tylko ból głowy...

  

czwartek, 29 sierpnia 2013
1289. Z cyklu: Rezydencje Warszawy (I) - Zamek Ujazdowski...

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

piątek, 09 sierpnia 2013
1281. Full Frontal Nudity (II)...

  

Na zewnątrz 37 stopni w cieniu; w zaciemnionym mieszkaniu 34. Ale dopiero noce są nie do wytrzymania. Gorąc i duchota nie pozwalają zasnąć; wentylator pracuje nieustannie. Budzę się wyczerpany na długo przed świtem – stawiam przy łóżku miskę z wodą: co chwila zanurzam dłoń, by zwilżyć, natrzeć ciało i skropić pościel. Pali mnie każdy fragment suchej skóry. W domu na sobie jedynie krótkie bieliźniane szorty, na dworze dochodzą tylko czapka, spodenki i buty. Bo to, co piekłem w murach, jest mi rozkoszą za dnia i na słońcu, a kameralna, zielona okolica pełna parków pozwala się cieszyć chłopięcą nonszalancją i nie przejmować spojrzeniami, opiniami i normami (miej wyjebane, a będzie Ci dane, chodzi mi wciąż po głowie)

Podnieta, satysfakcja i ładowanie akumulatorów (musi wystarczyć na cały rok jako namiastka życia seksualnego) – nie jestem mieszkańcem Sydney ani Kalifornii, tym bardziej więc staram się skorzystać…

 

      

      [http://www.seducingwithstyle.com/style-dictionary/pants/cargo-pants].

  

Tagi: homo Warszawa
11:36, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
wtorek, 06 sierpnia 2013
1280. Jeździeckie Zawody Towarzyskie „Łazienki Królewskie Cup 2013” - finał skoków...

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

poniedziałek, 29 lipca 2013
1277. Summer Parade...

 

Trzy dni rekordowych temperatur – a na niebie wciąż zamglenia, chmury jakieś (z tych niezdjęciowych), mało mi słonecznego żaru. Dość jednak, by nie chciało się za wiele – spacerowanie luźne, cienie, przysiadanie. Zamek Ujazdowski znad kanału, na hipodromie w Łazienkach skoki konne, dziedziniec Metropolitanu i pluskające dzieci, książka w Ogrodzie Saskim, przysypianie. Dziś krótkie opalanie na Moczydle. I znowu komentarze. „Bardzo fajna czapka” (NBA Orlando Magic z Mitchell&Ness, zawadiacko przesunięta do góry, żeby odsłonić grzywkę, a nawet daszkiem do tyłu – nabytek sprzed kilku dni); „I fajna klata” (bo wracam z podkoszulkiem na ramieniu, błyszcząc na zbrązowiałej skórze emulsją, lekkim potem) – wołają chłopaczki na ulicy. Mocno nieletni wprawdzie, lecz zawsze (pierwszy właściwie raz) miło takie coś słyszeć…

  

niedziela, 21 lipca 2013
1274. Spacerologia stosowana...

  

Już tylko z rzadka jakieś zdjęcia – i tak zresztą nie wychodzą w letnim świetle, – doraźnie wyznaczane trasy, miejsc nowych (jak dzisiaj Saska Kępa) zaliczenia. Jam za to wystrojony, uczesany, z rękoma w kieszeniach – włóczący się i krótkospodenkowy, roześmiany. Obojętnie mijane ich spojrzenia, ukradkiem me zerknięcia, pod Zamkiem po-siedzenia. Rozkosz nie-bytu… Wolny od wszelkich zobowiązań, bez pracy i rodziców, wciąż Miastem się napawam…

  

„(…) nie musiałem się niczym przejmować, nie musiałem wracać do domu na kolację, tłumaczyć się, wymyślać usprawiedliwień, płakać, niech pan sobie wyobrazi, płakać”

   [António Lobo Antunes, Podręcznik dla inkwizytorów. Przeł. W. Charchalis].

  

23:52, alexanderson
Link
czwartek, 18 lipca 2013
1273. Wystawa (IX) - Mark Rothko. Obrazy z National Gallery of Art w Waszyngtonie...

   

„Pod koniec lat czterdziestych w malarstwie Rothki rozpoczyna się okres klasyczny, który charakteryzuje kompozycja horyzontalnych prostokątów o rozmywających się krawędziach, zawieszonych jeden nad drugim, w przestrzeni, w pionowym układzie na płótnie. Artysta pozostanie przy różnych wariacjach tego układu do końca życia. To właśnie on zapewni mu jedno z czołowych miejsc w historii malarstwa XX wieku.

Pomimo rosnącej skali płócien Rothko postrzega obrazy z tego okresu jako intymne, ponieważ są dostosowane do osobistej percepcji widza. Patrzący może niejako »wejść«, zagłębić się w obraz i w ten sposób bezpośrednio go doświadczać. Fizyczność obcowania z obrazem jest bliska doznaniom metafizycznym.

Wraz z Clyffordem Stillem, Barnettem Newmanem i Adolphem Gottliebem Rothko zaliczany jest do odłamu ekspresjonizmu abstrakcyjnego zwanego malarstwem barwnych płaszczyzn (color field painting), w odróżnieniu od action painting spopularyzowanego przez Jacksona Pollocka. Nurt ten charakteryzuje odejście od iluzji przestrzeni w obrazie, wyeliminowanie gwałtownych pociągnięć pędzla na rzecz ujednoliconego planu z równomiernie rozmieszczonymi, wzajemnie zharmonizowanymi napięciami kolorystycznymi”

                                    [z komentarza na wystawie].

    

                  

  

                  

  

      

 

                  

  

                  

  

Jakaś pani, będąca w towarzystwie cudzoziemców, pyta mnie, czy dostrzegam coś na tych obrazach, czy „coś jest tam ukryte”. Mówię jej – nie wiem, na ile poradnie – o sztuce, która zrywa z „przedstawianiem czegoś konkretnego”, o barwie jako nośniku emocji i emanującej z owych płócien (zachęcam ją do dłuższej kontemplacji) duchowości. Sprawiała wrażenie, jak gdyby pojęcie abstrakcji było jej zupełnie obce, a jednak słuchała z autentyczną ciekawością. „Czy powiesiłbym to w domu?” – pyta. Tak, brakuje mi jedynie kilkudziesięciu milionów dolarów. „Dziękuję panu bardzo”, uśmiecha się, a mnie wraca w pamięci wykład z historii sztuki starożytnej, jaki przeprowadziłem na lekcji plastyki jeszcze jako uczeń pierwszej klasy liceum (kanon egipski, czerwono- i czarnofigurowe malarstwo wazowe, pompejańskie freski). Wówczas wymagało to chyba mniejszej improwizacji…

  

Swoistym dopełnieniem wystawy są cztery fotografie Nicolasa Grospierre’a z wyprawy do rodzinnego miasta Rothki, Daugavpils (Dźwińsk / Dyneburg). Przemyślne, dwukrotnie załamujące się gabloty, pozwalają w zależności od kąta patrzenia przechodzić płynnie od ostrego obrazu do rozmytych plam, niewyraźnych okruchów niepoznawalnej, zacierającej się przeszłości i osobowości artysty. Krok w lewo albo w prawo, i oto samotne drzewo w polu z Borisoglebska, wsparte o jakieś pozostałości piwnic czy też fortów, zamienia się w mgłę barwnych pasów, staje obrazem Rothki. Dużo z tym zabawy, dużo satysfakcji z tym na koniec…

  

czwartek, 11 lipca 2013
1271. The Final Cut...

  

Koniec projektu w KRS-ie (jeszcze w finalny dzień znoszą kolejne teczki, z którymi – sam już tylko będąc – w ostatniej chwili nadążam się uporać), koniec też czegoś więcej, zamierzonego dalej. Rankiem rozmowa w centrali pod Warszawą (do nowych doświadczeń wpisuję wsiadanie do pociągu na Wschodnim z powodu remontu Mostu Średnicowego, a w drodze powrotnej jazdę z Otwocka SKM-ką; na latarni przy Powiślu dostrzegam piękny okaz samczyka pustułki) – wracają do niesłusznych pretensji o rzekome opóźnienie pracy, upierają przy swoich błędnych wyliczeniach, fałszywych terminach. Próbują zrobić wrażenie informacją, że firma dopłaca do tego interesu od 9 czerwca. Ale tym razem nie przyjmuję już oskarżeń i ripostuję szeregiem argumentów, które też trudno im zbić. Mam swoje źródła informacji, jako jedyny byłem tam od początku do końca i wiem, jak się naprawdę przedstawiała sytuacja: skala, charakter robót. Nie zamierzam się więc tłumaczyć za błędy i oderwane od rzeczywistości wyobrażenia kierownictwa. Ani – wobec tak rozbieżnego stanowiska – kontynuować tej współpracy, na którą ciągle liczą (!). Spisujemy odręczną notatkę o rozwiązaniu umowy za porozumieniem stron…

...a po kilkunastu minutach, jak już dotarło do nich, co się stało (ewidentnie wziąłem tę firemkę byłych wojskowych i specsłużb z zaskoczenia), zapraszają do archiwizacji w kolejnej instytucji na trzy miesiące i zgadzają na mój warunek podwyżki o 200 zł do 1600 na rękę. Plus zwrot za wszystkie ewentualne dojazdy pod Warszawę. A zatem do tego stopnia współ-spieprzyłem projekt, że jestem niezbędny przy następnym (a przedstawione przeze mnie informacje każą się zastanowić nad postępowaniem firmy w kolejnych przetargach). Tyle że trzy razy większy metraż do przerobienia w tak samo długim czasie wydaje się kolejną miną, na której mogę się wyłożyć. No i od dawna nie mam już do tych ludzi zaufania (zacząłem nawet podejrzewać, że założono nam podsłuch); zbyt dużo amatorszczyzny, braku komunikacji i krętactwa, zbyt wiele z mojej strony sił i nerwów…

Odpowiedzią na tę propozycję ma być moje stawienie się w firmie w poniedziałkowy ranek. Lecz raczej się w ten dzień na żadne podwarszawskie wycieczki nie wybieram…

  

Kolejny raz stawiam na ostrzu noża swoje życie, przyjmując niepewny los, stan zawieszenia, możliwe bankructwo marzeń, które udało się z przenosinami tu osiągnąć. Towarzyszące mi od jeszcze szkolnych czasów tendencje samobójcze przynajmniej na polu zawodowym zyskują dzięki temu bardziej praktyczny wymiar…

   

„Po powrocie do Berlina przyszedł do mnie, bardzo się zmienił, usiadł cicho, położywszy ręce na kolana, i opowiadał; bez końca powtarzał, że zmuszony jest zrezygnować z posady, błagał, żeby go puścić, mówił, że dłużej nie może, że nie ma już sił być człowiekiem. Ma się rozumieć, puściłem go”

            [Vladimir Nabokov, Obłok, jezioro, zamek. Przeł. L. Engelking].

   

poniedziałek, 08 lipca 2013
1270. Killing Me Softly...

  

Już nie tylko odbiera mi siły w dzień powszedni, zżera ostatnie nerwy, pozbawia popołudniami przytomności, ale nawet w weekendy, w jedyny czas wolny, po całym tym kieracie tygodniowym odbiera chęć na zdjęcia i spacery, zamyka kolejny raz w mieszkaniu, każe odespać i odleżeć, marnować pogodę i ulice, słońce i parki, niebo, chmury. A tego już nie da się wybaczyć. Cóż bowiem po Warszawie, jeśli nawet tej skromnej radości nie zapewni?…

Bezsensowna i upokarzająca, przeklęta i wykańczająca głupia praca. Bez niej się nie da przeżyć, a sama nie daje na przeżycie i zabija…

  

00:34, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 23 czerwca 2013
1266. Męska gra...

  

Wianki nad Wisłą i imieniny Jana Kochanowskiego w Ogrodzie Saskim (głównie zaś mecz poetycki z udziałem sław i stoisko Zeszytów Literackich z atrakcyjnymi – jak pamiętam sprzed roku – rabatami; ówczesnie impreza pod pałacem Krasińskich, tam też spotkałem J. – przypadkiem odzyskany kontakt znów nam się zimą urwał) przegrały z Igrzyskami Ognia i Stali – mistrzostwami Polski w pełnokontaktowych walkach rycerskich w Forcie Bema. Stoiska z rękodziełem (skórzane pasy, biżuteria, naczynia, elementy strojów) i masówką dla dzieci (biegają niemal wszystkie „uzbrojone”). Są podpłomyki i krągły średniowieczny chleb, kosztuję kwasu chlebowego. A w szrankach pojedynki. Miecze trzaskają o tarcze, topory w nagolenice, młoty o hełmy, kruszą się kopie w szczególnie efektownych starciach konnych. Czasem interweniuje pogotowie. Niekiedy przypomina to amerykański futbol. Zakute w blachę łby, zapach testosteronu, przyprawiona „honorem” pochwała „naparzania”. Zabawy dużych chłopców – zapewniają mi niezłą rozrywkę dwa dni z rzędu…

  

Tagi: Warszawa
23:33, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 21 czerwca 2013
1265. Downhill...

  

Wczoraj druga rocznica – spełnienia, osiedlenia. A wkrótce także druga – utraty, załamania. Coś za coś, marzenie za pragnienie. Miało być z-siebie-wyleczenie, szansa z kimś – są postępujące zaburzenia, otwartość na nikogo

  

„Wydaje mu się, że tak czy owak, przegra. Bo przecież nie ma talentu do kłamstwa, oszustwa ani naginania reguł, tak jak nie ma daru delektowania się przyjemnościami czy fantazyjnego ubierania. Potrafi jedynie cierpieć niedolę – nudną, uczciwą niedolę. Ale jeśli to miasto w żaden sposób niedoli nie wynagradza, co on tu w ogóle robi?”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

niedziela, 19 maja 2013
1256. Dni i noce...

 

Weekend wprost wymarzony, doskonały, spacerowo i zdjęciowo intensywny. Sobotni poranek pod Muzeum Historii Żydów Polskich i bunkrem Anielewicza na Miłej, w południe Ufficio Primo, gdzie kolejna edycja Art Yard Sale (na stronie internetowej imprezy filmik sprzed roku, gdzie pojawiam się ok. 1.20) – znów bardziej niż młoda sztuka (przy stoisku swojej znajomej córka Jolanty Fajkowskiej – Maria Niklińska, prześliczna dziewczyna w fatalnym makijażu) interesuje mnie budynek: udaje się zakraść na górne kondygnacje, skąd wyraźniej prezentuje się „Spirala: Tribute to Leykam”, instalacja w hołdzie twórcy obiektu. No i spotykam koleżankę z pracy, którą namówiłem na odwiedzenie tego miejsca…

    

      

  

      

  

Mijam Marsz dla Jezusa, a po obiedzie (naleśniki z serem) na Bednarskiej kolejka do Belwederu w ramach Nocy Muzeów – oganianie się od meszek i komarów, przy powitaniu na osłodę krówki prezydenckie, a potem piękne klasycystyczne wnętrza i pamiątki po Józefie Piłsudskim. Bronisława Komorowskiego udaje się zobaczyć, gdy opuszcza rezydencję w drodze na Krakowskie Przedmieście – po zakończeniu zaś zwiedzania przetrzymują nieco nas, bo właśnie wrócił.

W niedzielę trafia się (nareszcie!) brak samochodów przed kościołem ewangelicko-reformowanym – miły pan z parafii zaprasza mnie do środka i oprowadza po wspaniałym neogotyckim wnętrzu, pokazując nawet plebanię i opowiadając o swojej konfesji. Padają nazwiska zasłużonych dla warszawskiej wspólnoty, które znam już (satysfakcja spora) z moich częstych wizyt na cmentarzu kalwińskim na Żytniej. Spieszę do Łazienek na inaugurację koncertów przy pomniku Chopina – wśród słuchaczy są także prezydent Komorowski z małżonką, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Waldemar Dąbrowski i Małgorzata Niezabitowska. Gra Anna Maria Stańczyk – świetnie dobrany repertuar (przy nokturnie cis-moll op. posth. wzruszyłem się do łez) i takież wykonanie. Brawa. Do palącego słońca na czystym niebie stopniowo dołączają ogromne cumulusy – wraz z muzyką tworzy się niezapomniany spektakl. Następnie nieco zdjęć kościoła św. Aleksandra (komunijnie przystrojone wnętrze), pierogi z jagodami (znów Bednarska), manifestacja w obronie Telewizji Trwam przed Zamkiem, zaułki Starego i Nowego Miasta...

Wszystko piechotą i niespiesznie, z rękami w kieszeniach jak ocean, „powoli chodzę i rozglądam się”. Zadowolenie z samopoczucia i tego, jak wyglądam. Z czasu nie w pracy, pogody i Warszawy – te trzy czynniki składają się na szczęście (w wersji exclusive jest jeszcze Ania i pieniądze – nie wiem, co bardziej niemożliwe). Na co dzień mam tylko stolicę – co będzie, jeśli i ją stracę? Dramat zaczyna się z końcem każdego spaceru...

  

„Na dworze dzień już przygasa. John wlecze się przez Great Russell Street do Tottenham Court Road, a potem skręca na południe w stronę Charing Cross. W ulicznym tłumie przeważają młodzi. Ściśle mówiąc, są to jego rówieśnicy, ale on wcale tego nie czuje. Ma wrażenie, że jest już w sile wieku, przedwcześnie postarzały: dołączył do grona bezkrwistych, znużonych naukowców o wysokich czołach i łuszczącej się przy najlżejszym dotyku skórze. W głębi duszy pozostał jednak dzieckiem, nieznającym swojego miejsca w świecie, wystraszonym, niezdecydowanym. Cóż robi w tym ogromnym, zimnym mieście, w którym już choćby po to, żeby w ogóle przeżyć, trzeba przez cały czas mocno się trzymać i wystrzegać upadku?

Księgarnie na Charing Cross otwarte są do szóstej. Ma więc gdzie się podziać, póki nie wybije szósta. Potem wpadnie w tłum poszukiwaczy sobotnich uciech. Przez pewien czas może płynąć z prądem, udając, że tak jak inni szuka rozrywek, ma dokąd pójść i z kim się spotkać, lecz prędzej czy później będzie musiał się poddać, pojechać metrem do stacji Archway i wrócić do swojego samotniczego pokoju”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

   

piątek, 17 maja 2013
1255. Zwroty i przewartościowania...

  

Ciekawa rozmowa z osobą odpowiedzialną w KRS-ie. Nie ma żadnego opóźnienia, przeciwnie – jesteśmy „do przodu” w stosunku do ich wyliczeń. I bardzo są z nas zadowoleni. Umowa od początku zakładała termin do końca lipca, a nie już siódmy czerwca, zupełnie nierealny, przyjęty arbitralnie w naszej firmie. Dokumentacja jest znacznie bardziej złożona niż przed rokiem, wymaga więcej trudu, stąd wyżej jest też opłacana. Porównywanie nas do poprzedników i ich przerobu nie ma zatem sensu... Pomyśleć tylko, że szef nas rugał przez kilkadziesiąt minut, a w ręku miał wyłącznie mizernie znakowane karty. Z wielkiego biznesmena zrobił się nagle krętacz i cwaniaczek. Mnie spadł kamień z serca i powrócił humor (do czego przyczynia się pogoda i dyktowane przez nią style ubierania). Rekompensuję sobie niedawny stres na Targach Książki na Narodowym (dobra decyzja o zmianie lokalizacji – ciasnota w PKiN-ie była zbyt męcząca). Z dostrzeżonych autorów: Dorota Wellman, Marek Kwiatkowki, Marcin Szczygielski, Tomasz Raczek i Mariusz Szczygieł. Wychodzę z pięcioma tytułami z Alethei po sporym rabacie  należy mi się taki drobny prezent

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 11 maja 2013
1252. Wystawa (VIII) - Za Wielkim Murem (sztuka chińska ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie)...

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

niedziela, 05 maja 2013
1250. Dies, nox et omnia mihi sunt contraria...

  

Wizyta rodziców na Wielką Majówkę. Wzbogacam się o chodnik na podłogę oraz garnek. Brak pogody ogranicza program, jaki chciałem. Odwiedzamy Muzeum Historii Żydów Polskich, Sejm, Stadion Narodowy, Złote Tarasy (gdzie trzeba marznącemu ojcu kupić sweter), kilka kolejnych parków i Ogród Botaniczny, Starą Pomarańczarnię, Teatr Stanisławowski, Biały Domek i Pałac Myślewicki, Bliklego (łupiny orzechowe znalezione w torcie) oraz Wedla (przepyszne desery truskawkowe i gęsta czekolada). Do tego zmęczenie, narzekanie, rozmowy na zasadzie „głuchego telefonu”, wygody w nocy brak i ciągła irytacja…

To miały być moje „wakacje”; możliwe, że najdłuższe tego roku. Liczyłem na „upolowanie” konkretnych budynków i zdjęcia pustych ulic. Po-pracy-odpocznienie i z-ludźmi-niemówienie. Wiedzieli o tym oni, wiedziało także niebo – jak zwykle wszystko się musiało przeciw sprzysiąc…

  

23:53, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 02 maja 2013
1249. Białoczekoladowy na święto Biało-Czerwonej...

  

                  

  

                  

  

23:38, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
1247. Funny Games...

  

Wiktor Zborowski z zakupami na Starym Mokotowie i poseł Robert Biedroń powracający przez Park Ujazdowski z Sejmu, Agata Passent z Wojciechem Kuczokiem na joggingu (róg Piękna – Ujazdowskie). Harcerze na Umschlagplatz. Ptaki i kwiaty. Dzieci i chłopcy. Ornamenty, rzeźby... Weekendy, po pracy znajdowane chwile z aparatem. Obłędne marsze i głodne kilometry; do upadłego, jedynie zdjęcia ważne. Nikogo więcej nie ma – nic inne nie zapewnia mi zabawy…

  

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Archiwum
Tagi