~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Warszawa

piątek, 19 kwietnia 2013
1246. Duma (1943) i wstyd (2013)...

  

70. rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. Spośród wszystkich polskich zrywów (Czy to w ogóle można nazwać powstaniem? Chodziło przecież o to, żeby się nie dać zarżnąć, kiedy po nas z kolei przyszli. Chodziło tylko o wybór sposobu umierania) ten czysto straceńczy (Być może tam wcale nie było dramatu. Dramat jest wtedy, kiedy możesz podjąć jakąś decyzję, kiedy coś zależy od ciebie, a tam wszystko było przesądzone) paradoksalnie też najbardziej był sensowny (O to w życiu chodzi, o zwykłe męskie decyzje). Raz jeden w naszych dziejach (Porządek historyczny okazuje się tylko porządkiem umierania) idea nie była wyłącznie romantyczną mrzonką (Nie poświęca się życia dla symboli), ale zyskała wymiar pragmatyczny (Dokonanie wyboru między życiem a śmiercią jest ostatnią szansą zachowania godności – Hanna Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem”)…

 

                  

  

      

  

                         „Prosimy Cię, Boże, o walkę krwawą,

                         Błagamy o gwałtowną śmierć.

                         Niech nasze oczy przed skonaniem

                         Nie widzą jak się wloką szyny”

                                        [Władysław Szlengel, Kontratak].

  

                  

  

      

  

Ohyda antysemickich wpisów pod każdą, zahaczającą choćby o „żydowskość” notatką w Internecie. Lubowanie się w „demaskowaniu pochodzenia”, w myśleniu kategoriami „rasowymi”. Współczesne „odtwarzanie muru”, napiętnowywanie, publiczne wyszydzanie. Bohaterowie usunięci w cień, nie „nasi”, jak cały tamten świat (nie mogła i nie chciała go pamiętać, tak jak niemal wszyscy inni ludzie w tym mieście, zajęci swoimi sprawami, życiem potocznym, nieświadomi, że zostali okaleczeni, bo bez Żydów nie są już tymi Polakami, jakimi byli niegdyś i powinni pozostać na zawsze – Andrzej Szczypiorski „Początek”)…

Wspólna była historia, Warszawa i sąsiedzi – zostały jedynie hordy bezczelnych anonimowością szmalcowników…

     

„(…) karuzela na placu Krasińskich kręciła się nadal, koniki galopowały, powoziki podskakiwały, sanie sunęły, gondole pluskały, chorągiewki furkotały, panny piszczały, młodzieńcy pokrzykiwali, katarynka skrzypiała, mechanizm karuzeli dudnił, wystrzały z broni maszynowej rozlegały się coraz donośniej, wybuchały pociski armatnie, huczały płomienie i tylko żydowskich jęków nie było słychać spoza muru, bo Żydzi umierali w milczeniu, odpowiadali granatami i bronią ręczną, ale usta ich milczały, już bowiem byli umarli, bardziej niż kiedykolwiek przedtem, bo mężnie wybierali śmierć, zanim jeszcze nadeszła, wychodzili jej naprzeciw, w ich dumnych oczach była cała wzniosłość dziejów ludzkich, odbijały się w nich pożary getta, przerażone pyski esesmanów, ogłupiałe pyski polskiej gawiedzi, zgromadzonej wokół karuzeli (…), odbijały się więc w ich oczach wszystkie dalekie i bliskie losy świata, całe zło świata i okruch jego dobra, a także twarz Stwórcy, zasępiona i gniewna, smutna i cokolwiek upokorzona, bo Stwórca odwracał oczy ku innym galaktykom, aby nie patrzeć na to, co zgotował nie tylko umiłowanemu ludowi, ale wszystkim ludziom ziemi, zhańbionym, współwinnym, podłym, bezradnym, zawstydzonym, a pośród wszystkich ludzi ziemi także temu człowiekowi, który stojąc na przystanku tramwajowym (…), powiedział pogodnie:

– Żydki się smażą, aż skwierczy!

Z nieba, osnutego dymami, żaden grom jednak nie uderzył i nie poraził tego człowieka” [Ibidem].

  

      

  

wtorek, 16 kwietnia 2013
1245. Zapachniało, zajaśniało...

  

Wreszcie się trwale rozśnieżyło i wybłękitniało, ociepliło. Z miejsca też zaroiło od deskorolkarzy, rowerzystów – w wydaniu męsko-krótkospodenkowym, wzrok kuszącym. Za oknem w Krajowej Radzie Sądownictwa wiewiórka (obserwujemy ją każdego dnia), rudziki, sójki, bogatki i modraszki; w Ogrodzie Botanicznym kowalikowe harce, trele kosa. Zaraz po lodzie – kwiaty; wiosna nadrabia to zwariowane miesięczne opóźnienie w równie szalonym pędzie…

  

      

  

      

  

                   

  

      

  

      

  

czwartek, 11 kwietnia 2013
1243. People are strange, when you’re a stranger...

   

Na trzecią rocznicę katastrofy smoleńskiej daję się w końcu wyciągnąć trójce niedawnych współpracowników z Ministerstwa Rozwoju na popołudniowe spotkanie (razem przeszliśmy do konkurencji, lecz tylko jedno z nich widuję teraz na co dzień w KRS-ie). Tak odkrywam Spiskowców Rozkoszy (mój czwarty warszawski lokal w ciągu 21 miesięcy jak tu mieszkam), gdzie zarezerwowany stolik i specyficzne, szpiegowsko-filmowo-sensacyjne nazwy w karcie. Oni piją po kilka piw, ja delektuję się truskawkowym koktajlem i sorbetem. Tyle dowodów sympatii, śmiechu, tak świetne z nimi (jestem najstarszy) zgranie – a jednak ciągle tworzę mur, czuję się inny, niedopasowany, nie mogę się odsłonić…

 

„(…) cisnął się gdzieś na dalekim krańcu stołu, skromnie i nieśmiało mrużąc oczy, (…) zawsze w ostatniej ławce, zawsze cicho i w strachu, jak ktoś, kogo inni, głośni, pewni siebie i triumfujący, tak naprawdę tylko z grzeczności tolerują pomiędzy sobą”

[Sándor Márai, Wygrana. Przeł. I. Makarewicz].
  
23:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 26 marca 2013
1237. Tutto rimanga come è...

  

Wczorajszym rankiem pociągiem do Starej Wsi wraz z koleżanką (przy okazji odkrywam stacje Warszawa Ochota i Śródmieście – na pierwszej wsiadamy w byle co, aby tylko podjechać do następnej, gdzie ciut cieplej): po drodze porozrzucane pośród lasów drewniane pseudo-dworki, misterne nieraz werandy, dziury zabite dechami i rudery. Wysiadamy na odludziu, przysyłają po nas samochód. W firmie podpisujemy umowy, wypełniamy mnóstwo formularzy; Prezes pokazuje nam dziesiątki pomieszczeń w budynku i plany rozbudowy. Potem osobiście nas odwozi do Warszawy – dotąd jeszcze nie oglądałem jej z takiej perspektywy i od wschodu. Oszałamiający widok w stronę Centrum na Moście Siekierkowskim. Korzystając z pogody wracam na piechotę z Placu Unii Lubelskiej na Bankowy…

Dziś już pierwszy dzień pracy w KRS-ie. Schludny wewnątrz budynek, imponujący hol z łukami na filarach, mały dziedziniec w środku. Pokój z gigantycznym (ze 6-7 m wysokości) oknem (aż trudno mi przywyknąć po piwnicznych mrokach w Ministerstwie), za nim elegancka nowoczesna mieszkaniówka (pan na drugim piętrze kręci się długo po kuchni bez koszulki). Nie mamy jeszcze teczek, na razie zatem tylko układanie dokumentów w określonej kolejności, wciąż tych samych. I tak przez dwa miesiące. Wszystko musiało się zmienić, żeby znużenie pozostało jak dotychczas…

  

23:54, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 24 marca 2013
1236. Viewing Point (II)...

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

środa, 20 marca 2013
1234. Gomorra polacca...

  

„Drogówka” (Polska’2013; reż. Wojciech Smarzowski) – nadzwyczaj zręcznie operujące techniką i montażem kino – połowa ujęć z kamer przemysłowych i filmików nagrywanych komórkami, co ma swoje znaczenie dla fabuły, a poprzez swoją wycinkowość przydaje niezwykłego wrażenia realizmu, „życiowości” i bliskości. Świetne aktorstwo, wiele zabawnych scen i trafnych, socjologicznych wręcz (mimo przerysowania) obserwacji o polskiej obyczajowości, jakkolwiek stopniowo z niemal skeczowego początku historia przeradza się w kafkowski koszmar z ponurą diagnozą w finale. „Smarzowszczyzna” zatem, jaką znamy i kochamy, jakiej się po tym reżyserze spodziewamy (por. 184, 709, 1067): lekceważenie prawa, morze wódy i obsesja seksu (brawurowa kreacja odmienionego fizycznie Arkadiusza Jakubika). Polska w sztok pijana, rozkradana i bezradna; kraj łapówek i przekrętów, niewybaczający, niebiorący jeńców. Gówno, w którym nieustannie się taplamy, oswojone piekło tuż za naszym progiem…

Bardzo podoba mi się wykorzystanie Warszawy jako natural(istycz)nej scenerii dla przedstawionych zdarzeń – bez pocztówkowo-kolorowych widoków z komedii romantycznych; wyłącznie nieeksponowane przez kamerę tło, w którym jednak mieszkaniec stolicy (ogromna w tym przyjemność) nieustannie odnajduje tak znane sobie miejsca. Warszawa rozkopana budową drugiej linii metra, brudna, szara; miasto zmęczone, dyszące spalinami; konkretne tu i teraz jak rzadko w polskim kinie…

   

sobota, 09 marca 2013
1230. Kraina Śniegu (II) - Ogród Saski (II)...

 

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

niedziela, 24 lutego 2013
1226. Wystawa (VII) - „Amen” i „Czterdzieści i cztery”...

  

Nie udało się w żaden z czwartków, gdy darmowy wstęp, wybrać na wystawę prac Maurizio Cattelana „Amen” w Zamku Ujazdowskim. A teraz już za późno, dzisiaj finał. Zabrakło też determinacji w inne dni, choć wola to zobaczyć była. Mówi się „na żywo”, co brzmi nieco przewrotnie w tym kontekście. Realizm w stylu gabinetu figur woskowych (dwa labradory, strzegące pisklaka między nimi: jeden wypchany, drugi syntetyczny – nie do odróżnienia). Sacrum, cierpienie, śmierć (koń zdychający pod tabliczką „INRI”; bliźniacze sobowtóry ich autora spoczywające obok siebie w łożu śmierci, kobieta „ukrzyżowana” w skrzyni). Pamięć o skandalu w Zachęcie z „Dziewiątą godziną” w 2000 (Jan Paweł II przygnieciony meteorytem) – brak większej sensacji teraz. I to, co najciekawsze – Hitler w bramie na Próżnej pod czternastką. Tam, gdzie jedyne zachowane po obu stronach ulicy pierzeje warszawskiego getta. Co jak wyrzut sumienia, zarazem zaś triumf ocalenia nad zagładą. Gdzie też żydowskie twarze pośród płomiennej cegły. A on na kolanach, w geście modlitewnym; klin w naszą historyczną wyobraźnię. Pokonany przez te ruiny, upokorzony przez ofiary. Błaga o przebaczenie? Czy diabeł może być zbawiony? Pierwszy raz taka dla mnie okazja zetknięcia ze sztuką współczesną, w której tak wiele obok efektowności treści, tyle przewrotnych pytań. Zwlekałem wciąż, w efekcie ominąłem. I odpuść nam nasze winy… Kocham Warszawę też za tę wielość szans, jakie pozwala mi marnować…

A przecież trafiam równo przed miesiącem na urodzinowy („Czterdzieści i cztery”) przegląd twórczości Piotra Uklańskiego do Zachęty. Interesuje mnie zaledwie jedna instalacja – połączenie „Nazistów” (2000) i „Dance Floor” (1996), do tego styropianowy orzeł jak wykrzyknik. Bo przecież „Polska Über Alles”. Taneczny podświetlany parkiet, cytat z nocnego klubu, pulsuje w ostrym rytmie do mocnych brzmień z głośników. Na ścianach twarze-fotosy w mundurach SS i Wehrmachtu; bohaterowie zbiorowej wyobraźni – Eastwood, Belmondo, Ford – Olbrychski, Moore, Tichonow – Sharif, McDowell, Bogarde – von Sydow, Englert, Neeson. Sprężyści, uwodzący, eleganccy. Wkład Niemców w drugą wojnę – najseksowniej ubrani żołnierze w dziejach świata. Przeklęci, odrzuceni – popkulturowo oswojeni: coraz to nowe filmy, nasi kochani chłopcy. Estetyzm zbrodni, uwodzicielska moc idei, patriotyzm podszyty erotyzmem. Doprawdy, oszałamia kicz tego zestawienia – muzyka dudni, aż chciałoby się tańczyć. Uwieczniam, zanim tutejszy kapo surowo mnie upomni…

  

      

  

W innych zaś salach namiot-macica z hipisowskich tkanin, obrazy spływające krwią, bazgroły dziecka z psychoanalitycznym komentarzem. W ostatniej wreszcie sobowtóry gwiazdek, polityków w scenach porno – kurwienie się dla sławy celebrytów, współczesność opętana seksem. Ciekawe, na swój sposób trafne, obrzydliwe. Cała wystawa to imaginarium obsesji i zgrywy. Kryzys wieku średniego (?) artysta bierze w nawias. Na pożegnanie i tak mówi „chuj wam w dupę”…

  

sobota, 09 lutego 2013
1221. Kraina Śniegu (I) - Park Ujazdowski...

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

czwartek, 03 stycznia 2013
1208. „Będziesz chodził po tych samych ulicach”...

  

Przespać Nowy Rok, wystrzały i szampany, wstać o piątej rano, przyjechać do Centrum przed świtem, gdy jeszcze nikogo, dopiero zaczynają sprzątać, rozbite butelki, konfetti walają się po bruku, żółty balonik podskakuje na Krzywym Kole, słońce rozświetla tylko górne piętra w wąskich zaułkach, a kadrów nic nie przesłania. Tylko ty i Miasto samo w sobie. Mam ochotę tak co roku, tylko tak sensownie...

  

      

  

      

  

      

  

poniedziałek, 17 grudnia 2012
1202. Przez mgły, śniegi, brudne szyby...

  

W zeszły czwartek koniec prac na ten rok; dziś tylko na krótko do starej siedziby przy Wspólnej, powyjmować teczki z wielkich pudeł, poukładać. Nie ma jeszcze pewności, co z etapem drugim – obyśmy się w styczniu mogli znów zobaczyć. Dziewczyny prezentują mi pluszowego Prosiaczka (od razu zaprzyjaźnia się z moim Puchatkiem – przynajmniej współlokatorów będę miał szczęśliwych), ja odwdzięczam się okokardowanymi Ferrero Collection. Na korytarzu mijamy minister Elżbietę Bieńkowską – po czterech miesiącach nareszcie udało się spotkać nam z szefową

Wraz z nami z Oxford Tower wyniosło się całe Ministerstwo – chaos ostatnich dni, pustoszejące gabinety, niszczone dokumenty. Osiemnaste i dwudzieste czwarte piętro oferowały rozległe widoki – niemal każdego dnia zasnute jednak szarością, jakimś mlekiem. Tym bardziej więc starałem się skorzystać z każdej chwili – a w dzień ostatni cud: rozbłysk i wolny pokój od północy, o którym wciąż marzyłem…

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

piątek, 07 grudnia 2012
1198. Z cyklu: Moje okolice (IX) - Park im. Księcia Janusza i Lasek na Kole...

  

Zaproszenie do kolejnej galerii (więcej zdjęć tutaj):

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

środa, 28 listopada 2012
1194. Na Wspólnej (IV) - „Biez wodki nie razbieriosz”...

  

„Właściwie przez cały czas jest zmęczony. Pochylając się nad szarym blatem biurka (…), zmaga się z huraganowymi napadami ziewania, które stara się ukrywać (…). Chciałby tylko położyć ręce na biurku, oprzeć na nich głowę i zasnąć”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

Coraz bardziej nużące to zostawanie po godzinach, praca od 8.00 do 18.00, tygodniami opisywanie tymi samymi tytułami teczek, wprowadzanie setek pozycji do kolejnych spisów. Miało się zakończyć już w ten piątek, lecz wskutek niefrasobliwości kierownictwa przedłuży do połowy grudnia. Inna rzecz, że grożą opóźnienia i kary finansowe, przy dwóch zaś firma wylatuje i przyszłoroczny etap archiwizowania (czyli: szansę na zarabianie przez jeszcze kilka miesięcy) diabli biorą. Tym bardziej trzeba teraz dłużej przesiadywać, wyciskać jak cytrynę. Październik był łaskawy w dni robocze, z 25,5 nadgodzinami dał 1 567,78 zł – za mało, jak na ten wysiłek, a i tak najwięcej w moim życiu…

Dziś wieczór jeszcze idziemy z wieżowca do kwatery głównej ministerstwa, by rozładować 80 kartonów z przyrządzonymi przez nas teczkami, powkładać je na półki. Balansuję na drabince nieco chybotliwej, jedną nogę opierając na regale. Zasada: im bardziej zmęczeni, tym bardziej skłonni do wygłupów, wciąż się sprawdza – zwłaszcza, że dla przetrwania raczymy się wódką (!) rozcieńczoną Sprite’m. Wyjścia na piwo odmawiałem od miesięcy, lecz dziś ochoczo popijam razem z nimi (pierwszy raz taki alkohol z rówieśnikami – mieliby ubaw, gdyby się dowiedzieli). Dwa plastikowe kubeczki wystarczą, bym zaczął odczuwać ruch obrotowy Ziemi. Po zakończeniu muszę się nieco przejść. Ogromna bombka na Krakowskim, Magris kupiony w Taniej Książce, choinka obok Zamku, dziewczyna machająca z tramwaju swemu chłopcu, co wysiadł wcześniej – posyłający sobie obydwoje wirtualną buzię. Jakie to jest dziecinne, myślę sobie, jak urocze – że też ja nie doświadczę nigdy nawet takiej bzdury. Na powrót przed oczami staje A. – nic, tylko się bardziej upić…

  

niedziela, 25 listopada 2012
1193. Wystawa (VI) - Europa Jagellonica 1386-1572...

  

„Prezentowana w dwóch odsłonach, w Muzeum Narodowym w Warszawie i w Zamku Królewskim w Warszawie, wystawa Europa Jagellonica 1386–1572. Sztuka i kultura w Europie Środkowej za panowania Jagiellonów to projekt o charakterze międzynarodowym, który realizuje idee wielokulturowości.

Polacy, Czesi i Niemcy połączyli swe wysiłki, by ukazać najważniejsze aspekty dotyczące zjawisk w kulturze i sztuce za czasów panowania dynastii Jagiellonów. Zakres chronologiczny ekspozycji wyznaczają dwa wydarzenia historyczne – koronacja Władysława Jagiełły w 1386 roku oraz śmierć w 1572 roku Zygmunta II Augusta, ostatniego męskiego potomka rodu. Dzięki przemyślanym układom politycznym Jagiellonowie uzyskali koronę Czech wraz ze Śląskiem (1471) oraz Węgier (1490), a powstała w następstwie tych faktów wspólnota państw – Europa Jagellonica – objęła swym zasięgiem olbrzymie terytoria o powierzchni ponad 2 mln km², sięgające od Bałtyku po Morza Czarne i Adriatyckie. Celem wystawy jest prezentacja – poprzez świadectwa artystyczne epoki – zagadnień o tematyce społecznej, gospodarczej, politycznej, artystycznej. (…)

Ekspozycja w Zamku poświęcona jest przede wszystkim historii dynastii oraz poszczególnych władców z domu Jagiellonów, osobistościom z ich otoczenia, a także zagadnieniom ceremoniału dworskiego.
W Muzeum natomiast prezentowany jest dorobek cywilizacyjny Europy Jagiellońskiej, ze szczególnym uwzględnieniem takich zjawisk, jak: bogactwo twórczości artystycznej i kultury umysłowej, wzorce religijności, społeczne przemiany sztuki”

       [ze strony internetowej Zamku Królewskiego i Muzeum Narodowego].

  

                  

  

      

  

                   

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                

  

      

  

                  

  

niedziela, 18 listopada 2012
1190. After Hours...

  

Tydzień temu kolorowe fotografie odradzającej się z wojennych zniszczeń Polski w obiektywie Henry’ego N. Cobba na wystawie „1947 / Barwy ruin” w Domu Spotkań z Historią – ciekawe widoki Warszawy, Krakowa, Wrocławia i Szczecina, a i tak najdłużej przykuwa uwagę targowisko w Radzyminie. We wtorek telewizyjna realizacja spektaklu „Bracia Karamazow” według Fiodora Dostojewskiego (2012, Teatr Provisorium z Lublina, reż. Janusz Opryński) – wciągająca adaptacja na obrotowej scenie, co jak pociąg prowadzi zamkniętych w promieniście ustawionych klitkach aktorów w trans rozregulowanych opozycji dobro-zło. Wczoraj dzień na wystawie „Europa Jagellonica 1386-1572” (jej druga część, na Zamku Królewskim, jeszcze przede mną) – dopiero wychodząc, spoglądam na zegarek: okazuje się, że spędziłem tam ponad 5 godzin, uparcie fotografując większość eksponatów. Jako miłośnik schyłku gotyku i zaczątków renesansu, malarstwa tablicowego, rzeźb ołtarzowych i złotnictwa późnego średniowiecza przeżyłem niejedno zachwycenie; wysoki poziom niektórych prac naprawdę zaskakuje. Dziś „2007: Macbeth” w TVP Kultura (2006, TR Warszawa, reż. Grzegorz Jarzyna) – aktorsko i emocjonalnie nie porywa, choć wiele pomysłów inscenizacyjnych tego uwspółcześnionego, w realiach amerykańskiej wojny z islamskim terroryzmem odczytania nawet trafnych…

Do-kulturniam się w dni wolne, telewizyjnie u-teatralniam wieczorowo – praca tyle kosztuje sił i czasu, że tylko wówczas, jedynie w takiej formie żyję...

  

Tagi: Warszawa
23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 11 listopada 2012
1188. Chłopcy malowani (II)...

  

Rok temu była kawaleria (por. 1024), więc dzisiaj piechota, bo i dzień marszowy (ja też paraduję z przypiętym kotylionem i chorągiewką w ręce, które dostałem od harcerzy na Placu Piłsudskiego):

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

niedziela, 28 października 2012
1183. October Snow...

  

Jeszcze w piątek „tyle słońca w całym mieście” i szerokie spojrzenie z 18. piętra na Warszawę pod bajkowym niebem (zmuszony przewieźć parę rzeczy do naszej nowej siedziby, oczywiście nie wziąłem ze sobą aparatu), a już następnego dnia śnieżyca, wiatr, przymrozki. Dziś za to udane wyjście do okolicznych parków – kolory jesieni pod białą otuliną, łamiące się gałęzie, obfite z nich kapanie; bałwany, sanki, dzieci. Przedziwne, niecodzienne zdjęcia. Pierwszy raz widzę tak wczesną, kolorową – zimę, bo lato (nie tylko w PZPN-ie) się skończyło…

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

poniedziałek, 22 października 2012
1181. The winter of our discontent (I)...

  

Tak wiele zmarnowanych dni przez ten bez pracy rok: bo przecież można było wielokrotnie w dane miejsce, o różnych porach i bez tłumów, dla zdjęcia-ideału. Nieliczne wolne chwile teraz, godziny wydzielane, spojrzenia głodne kadru – dość niesyte. Ciągle się nie udaje coś, gdzie indziej zaś za późno. Mgły, zmierzchy, ludzie; wściekłość, rozczarowania, żale… Ostatni w miarę ciepły weekend: Narodowego zakamarki (w tym loża prezydencka i zawodników szatnia), refleksy stacji Stadion, Park Skaryszewski, snucie od Zamku do Łazienek. I z powrotem. Zachwyty kolorami liści, chłody przenikające ciało, ból istnieniaKocham Cię – nie wiem, jak zdołam, płacząc, przetrwać kolejną zimę…

  

wtorek, 16 października 2012
1179. Homo viator...

  

Wszystkie te miejsca ulubione, tak często odwiedzane, i nowe, teraz dopiero odkrywane (w ubiegłym tygodniu na przykład ZOO i Ogród Botaniczny), te znane doskonale mi alejki, ławeczki romantyczne, zakamarki; przejścia dopiero poddające penetracji, trasy kolejne, pokazy i wystawy, zdjęcia; wycieczki wciąż, spacery nieustanne, posiedzenia; kwiaty, kamienie, liście jesienne, kolory nieba, słońce – wszystko to miało być z Tobą i dla Ciebie. Z Twą dłonią w mojej ręce, do ucha szeptem, ramieniem wokół talii – zawsze razemDopóki chodzę, mogę urzeczywistniać swe marzenie, że się spełnia

  

„Nie wiemy, po co wędrujemy (…). Czyżbyśmy i bez wędrówek mieli za mało samotności?”

             [Jurij Andruchowycz, Dwanaście kręgów. Przeł. K. Kotyńska].

  

wtorek, 09 października 2012
1177. Du bist so schön!...

  

Do miejsc ulubionych wyruszam niekiedy po jedno, konkretne ujęcie – chce się, by ziściło wymarzone. Szybkie, nagłe decyzje: wsiąść w autobus, zdążyć na ten odcień nieba – lub wyczekać – uchwycić porę dnia czy roku, trafić. Nie zawsze się udaje – pogoda zmienia, ktoś mi wchodzi w kadr, coś remontują lub przesłaniają tymczasową sceną. Najprzyjemniejsza jest chyba ta nadzieja, co każe wciąż powracać…

Dzisiejszy spektakl trwał przez trzy kwadranse. Te przejścia, nagłe rozbłyski, zmiany kierunków, tonów. Do przemarznięcia, do krańcowego upojenia. Niech trwa! Przeżywam kilkukrotne orgazmy wilanowskie

  

      

  

      

  

      

  

„[22 VI 1963] (…) czas jest nieruchomością. (…)

Lubię patrzeć na niebo, które ma mnie za świadka. Istnieję przez to niebo, ale czy ja jestem jemu potrzebny?”

                       [Sławomir Mrożek, Dziennik. T. I. 1962-1969].

  

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Archiwum
Tagi