~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Warszawa

sobota, 29 września 2012
1173. Chodzony (alla polacca)...

  

W drodze do Łazienek długo przeciskam się na Placu Trzech Krzyży przez wzbierający tłum uczestników wielkiego marszu obudzonych pod sztandarami PiS-u, Telewizji Trwam i „Solidarności”. Plakietki z kotwicą Polski Walczącej w klapach, „Nasz Dziennik” i „Gazeta Polska” w rękach. Zalęknieni, zaczadzeni, zawsze pod czyjąś okupacją, potrzebujący mężów opatrznościowych towiańczycy… Pod Sejmem przemawia akurat Tadeusz Cymański – błazeński kandydat na premiera partyjki z operetki. Ale nie zatrzymuję się, bo bardziej mnie interesuje ostatni tego roku pokaz konnego kadryla w wykonaniu Akademii Sztuki Jeździeckiej Karoliny Wajdy – skromny substytut jutrzejszej Wielkiej Warszawskiej na Służewcu.

  

      

  

Po wszystkim jeszcze smutny biały ogier przy Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa, długie spacery po parkowych alejach, wiewiórki i sarenka, a wieczorem tradycyjne zakupy żywnościowe w świętującej dziesięciolecie galerii Wola Park. Imprezę prowadzi Krzysztof Ibisz – akurat licytuje gadżety jakichś gwiazdek. Wracam po zmroku – na niebie poświata księżycowa, trzej chłopcy kopią piłkę na ulicy, z otwartych drzwi kościoła św. Józefa Oblubieńca NMP odgłosy mszy. Spokój i bezruch – po dniu pełnym wydarzeń i przemieszczeń…

  

23:58, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 17 września 2012
1167. Pałac i park w Natolinie...

  

Galeria z niedzielnej wycieczki do mało dostępnego zakątka – siedziby elitarnego Kolegium Europejskiego. Długo wybierałem termin i godzinę, chcąc mieć gwarancję dobrej pogody i odpowiedniego oświetlenia z góry zaplanowanych szerokich ujęć; niestety, wbrew prognozom, słońce nie dopisało, stąd tak znienawidzony efekt białego nieba. Warto jednak było się tam wybrać (zwłaszcza, że większości warszawiaków miejsce zupełnie nie jest znane), i już za rok chciałoby się wrócić (więcej zdjęć tutaj):

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

niedziela, 09 września 2012
1164. Don’t. Doesn’t. No…

  

Niebo błękitne nakrapiane setkami białych chmurek – prosi się o taką scenerię zdjęciową miesiącami, czeka na nią z balonem widokowym. Ale nie poleciałem dziś; i panny w ślubnej sukni, pozującej uroczo przy Baszcie Prochowej, też nie sfotografowałem; ani parkourowców, wysoko włażących na mury (przy Barbakanie także Dariusz Jabłoński na rowerze, a Janusz Michałowski przemykał Rynku Stroną Barssa) – zdarza mi się jeszcze wstydzić wyciągać przy ludziach aparat. Łachy piaszczyste na wysychającej Wiśle, przypadkowo zwiedzony dziś Pałac Prezydencki. Ulubioną lodziarnię z powodu kolejki ominąłem, zadowalając się Zieloną Budką – i żałując. Do Rosjanki, która poprosiła o fotkę pod Zamkiem Królewskim, wyświadczając tę przysługę słowem nie byłem w stanie się odezwać. Krótsze siedzenie na murku i zejście do tramwaju… Że miało mnie tu już we wrześniu nie być, zapomnieć wciąż nie mogłem. Że ciągle mi to grozi. Bez Ciebie – żyć mi po co…

  

23:58, alexanderson
Link
czwartek, 06 września 2012
1163. Faces in the Crowd...

  

Chłopiec, który wsiada co rano na tym samym przystanku do tramwaju; jego okulary, sposób, w jaki zerka na ludzi, wyraz sympatycznej twarzy, jak gdyby zaraz miała się uśmiechnąć. Jacek Dehnel w słomkowym kapeluszu na Nowym Świecie rozmawiający z ładnym kimś o jeszcze idealniejszej fryzurze. Sławomir Sierakowski z reklamówką przy bramie Uniwersytetu na Krakowskim – raczej coś do jedzenia w niej, nie książki. Młodzi i modni w tłumie, aktywni, rozgadani; całujące się głęboko pary na murach Starówki przy Podwalu. Przypatruję się, rozglądam, zauważam… Wystarczy kolor czyichś włosów, kształt nosa, element garderoby, by mieć wrażenie, że to Ty – tu jesteś – że jeszcze Cię pamiętam. Zostały mi tylko te migawki…

  

          „Wiedziałem, że tak będzie: przebiegałaś drewnianym mostkiem

          na drugi peron, aby mi pomachać,

          ale właśnie wtedy pociąg do Leeds przemknął obok

          i pochwycił cię jakby w kolejne kadry filmu”

                         [Simon Armitage, Gdzieś po drodze. Przeł. J. Gutorow].

  

poniedziałek, 03 września 2012
1162. A nasz premier piłkę kopie...

  

Niedziela też upłynęła pod znakiem sportowo-stadionowym, tym razem jednak z futbolem w europejskim rozumieniu i na obiekcie Legii (Pepsi Arena), dotąd mi nieznanym. Charytatywny mecz „Politycy kontra Gwiazdy TVN” na rzecz fundacji „Nie jesteś sam” okazał się równie udanym widowiskiem. Na promenadzie wystąpili najlepsi uczestnicy drugiej edycji „X-Factora”, a że śledziłem ten program, sympatycznie było znowu ich (Soul City, Dawida Podsiadło, The Chance i Marcina Spennera – Ewelinę Lisowską przegapiłem) zobaczyć i posłuchać. Na boisku jeszcze słynniejsze nazwiska – sejmowe, dziennikarskie i aktorskie (m.in. Jan Krzysztof Bielecki, Grzegorz Schetyna, Wojciech Olejniczak, Adam Hofman, Ireneusz Raś, Roman Kosecki, Marcin Żebrowski, Paweł Łukasik, Tomasz Zubilewicz, Tomasz Jachimek, Paweł Małaszyński, Rafał Maserak) pod wodzą z jednej strony Kamila Durczoka, z drugiej zaś Donalda Tuska. Oceana zaśpiewała hymn Euro’2012 „Endless Summer” i rozpoczęła się emocjonująca, dosyć zacięta walka (znacznie dynamiczniejsza, niż występy krajowej reprezentacji). Pan Premier (w przeciwieństwie do większości zawodników grający niemal pełne dwie połowy) strzelił (przy wielkim aplauzie publiczności) dwie pierwsze bramki (nieuznane) i był dwukrotnie ostro faulowany. Największą jednak sympatię widzów bezapelacyjnie wzbudzał Ryszard Kalisz. Wygrała 2:1 drużyna TVN-u, na koniec wystąpiła Tatiana Okupnik z Dawidem Podsiadło. Widoczność była świetna, komentator marny, atmosfera rodzinno-piknikowa, popołudnie znowu przeudane…

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

sobota, 01 września 2012
1161. Euro-American Challenge...

 

Kolejny rozrywkowy weekend – właściwie zaś ledwie jego połowa, bo na jutro też naszykowaną mam atrakcję. Mecz futbolu amerykańskiego USA – Europa na Stadionie Narodowym (moja już trzecia tam wizyta, pierwsza jednak na imprezie sportowej). Trudna do ogarnięcia (te wszystkie jardy do zdobycia i przesunięcia linii, przyłożenia, ciągłe zmiany defensywy z ofensywą), ale widowiskowa dyscyplina – wysokie podania, zatrzymywanie przeciwników, szybkie uniki, biegi przez długość boiska, opięte ciasno pośladki. Nowe to, ciekawe, do tej pory znane tylko z filmów. Turniej uświetnia owacyjnie przywitany Lech Wałęsa, losujący strony poprzez rzut monetą. Tańczą cheerleaderki z Grupy Tanecznej Bell Arto, śpiewa Patrycja Kazadi, w finale tryskają confetti… Doskonałe i beztroskie popołudnie…

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

piątek, 24 sierpnia 2012
1158. Boys Town...

  

Mateusz Damięcki w czerwonej czapce przy bankomacie BZ WBK opodal Placu Konstytucji, Krzysztof Kwiatkowski (ten z Hotel 52, nie ex-minister) na Krakowskim i ktoś na Placu Zamkowym, kto za ciemnymi okularami był chyba Bartkiem Gelnerem. Wszyscy w zaledwie jedno popołudnie.

Miasto chłopców, których można jedynie mijać ze wzrokiem wstydliwie wbitym w ziemię…

  

Tagi: homo Warszawa
23:59, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
środa, 22 sierpnia 2012
1157. Zygmunt Słupnik...

   

                                        „Jest u nas kolumna w Warszawie,

                    Na której usiadają podróżne żurawie,

                    Spotkawszy jej liściane czoło śród obloką;

                    Taka zda się odludna i taka wysoka!”

                                        [Juliusz Słowacki, Uspokojenie].

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

niedziela, 19 sierpnia 2012
1156. „Mnie płynąć, płynąć, płynąć”...

  

„Dzięki” pracy mniej teraz czasu na spacery, wielogodzinne błądzenie w poszukiwaniu nowych kadrów i zwykłe wylegiwanie się na słońcu. Tym bardziej staram się korzystać z popołudni i weekendu – zwłaszcza, że znów upalnie i błękitnie, pogoda jaką lubię. W czwartek drugi już raz do Zachęty, gdzie zdjęcia na wystawie i klatce schodowej; w piątek Muzeum Literatury i wnętrza kościołów (św. Kazimierza, św. Jacka, seminaryjnego) – przepiękne światło wprost na fronton Teatru Wielkiego też uwieczniam. W sobotę i niedzielę eksploracje nieznanej niemal tamtej strony Wisły – Stara i Nowa Praga, Szmulowizna. Ciekawe wszystko wielce, lecz obraz zapuszczenia straszny. Skupiam się na podwórkach z kapliczkami – na prośbę starszego pana przeskakuję ogrodzenie wokół jednej z nich i ustawiam prawidłowo obrazek Matki Boskiej. Wszędzie ceglane ściany, psie gówienka, papier toaletowy na chodnikach, stare fabryki i pijaczki w bramach. „Jebany pedał!” krzyczą mi z samochodu – sęk w tym, że „niejebany”, a „pedał” też bardziej w marzeniach (swoich) oraz odbiorze (innych – lecz nie gejów). O Brzeskiej dopiero po powrocie czytam, że strasznie niebezpieczna – ja przeżyłem… Pomnik Dywizji Kościuszkowców z balonem Orange pod żołnierską ręką; odpoczynek na plaży z widokiem na Starówkę, przepłynięcie się promem, jak zwykle Plac Zamkowy, detale Pałacu pod Blachą, kolumna Zygmunta jako czarny słup na tle wieczornego nieba, w ostatnich blaskach słońca… Dużo i intensywnie; używam – tak, jak umiem…

  

„– Więc wędrujesz? To dobrze. Piękne wybrałeś sobie życie, mój sokole. Tak trzeba: wędruj i patrz, a kiedy się napatrzysz – połóż się, umrzyj, i koniec.

Życie? Inni ludzie? – ciągnął dalej, sceptycznie wysłuchawszy mego sprzeciwu wobec słów »tak trzeba«. – Eche! A co cię to obchodzi? Czy ty sam nie jesteś życiem?”

                 [Maksym Gorki, Makar Czudra. Przeł. J. Jędrzejewicz].

   

środa, 08 sierpnia 2012
1152. Na Wspólnej (I) - odc. 1-2...

  

Jest w tym coś z zachwytu wkraczającego w wielkie progi prowincjusza i nieco dumy, poczucia wyróżnienia – pracuję w Ministerstwie! Swobodne przechodzenie przez bramki z kołowrotkiem, na drzwiach drugiego piętra: „podsekretarz stanu”, „biuro ministra”, „departament tego i owego”… Lecz moja droga w dół, archiwum – długie przesuwne regały – jest w piwnicy. Kartony z segregatorami, systemy numeracji, ewidencje; tysiące stron – podania, wnioski, maile, zapytania; faktury, refundacje, delegacje, kontrole, listy płac i rozdzielniki nagród. Ciekawych rzeczy można się doczytać, z wielu też wspólnie pośmiać – lecz sza! – państwowa tajemnica. Trzeba usuwać z dokumentów wszystkie zszywki, foliowe koszulki i spinacze; potem do tekturowych teczek, one w odpowiednią kolejność i na półki… W budynku jest stołówka, bardzo przyjemna, z wielkimi oknami na łącznik z Żurawią; można zjeść pełnowartościowy smaczny obiad – taniej, niż w mlecznym barze gdzieś na mieście…

Praca nużąca, monotonna, kiepsko płatna – wygląda na to, że jakoś uda się wytrzymać…

   

poniedziałek, 06 sierpnia 2012
1151. Permanent Vacation...

  

Jutro dzień pierwszy, rano do Ministerstwa i umowa. Skończyły się całodniowe spacery, tysiące zdjęć, opalanie – i nawet krótkie spodenki. A przecież jeszcze nie byłem tam i tu, nie sfotografowałem tego, nie widziałem. Roku było za mało, by wybrać się na chociaż jedną trasę z którymś ze Spacerowników – można odkrywać kolejne atrakcje w tej Warszawie jeszcze lata (będą mi one dane? – wszystkie pragnienia sprowadzają się do pozostania w Mieście). A przygotowanie kolejnych galerii z już gotowego materiału zajmie miesiące – zwłaszcza ta z Wilanowa powinna się podobać…

Tyle nieróbstwa przez tak długi czas, można powiedzieć. Tyle smakowanego po raz pierwszy życia…

  

               „Ja nie wiem co się działo przez całe tamto lato.

               Byłem ugotowany, psychicznie. Nic nie pisałem, nic nie czytałem.

               Do forsy nie nawykły, wydałem kupę forsy

               nie pamiętam już na co. Byłem ogłupiały”

                                   [John Berryman. Przeł. P. Sommer].

  

23:12, alexanderson
Link
piątek, 03 sierpnia 2012
1150. Procrastinatio...

  

W środę rozmowa z prezesem – dość nerwowa (czekam nie w tym Empik Cafe w Złotych Tarasach, co należy; nie mogę się dogadać przez telefon – nic nie słyszę), dziś wypełnienie kilku druków, zobowiązań, podania o przepustkę. Po 11 miesiącach w Warszawie, w ostatnim, na jaki mnie tu stać, SIĘ UDAŁO! Praca dla firmy archiwizującej dokumenty, pomoc w realizacji jednego z ich kontraktów. Co prawda tylko do końca listopada, ale i tak to odroczenie wyroku mocno cieszy. Humor psuje mi stawka za godzinę – dostałem, jaką chciałem, a zaproponowałem niską. Za to lokalizacja powinna dać sporo satysfakcji – Ministerstwo Rozwoju Regionalnego chyba nieźle wygląda w życiorysie…

  

21:10, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 29 lipca 2012
1148. Transport to Summer...

  

Intensywne dni poznawczo, spacerowo i zdjęciowo. Darmowe wstępy do muzeów, kolejne wystawy, pałacowe sale, eksponaty. W Muzeum Woli dzieje dzielnicy oraz Być kobietą XVIII-XIX w.; przed tygodniem Pałac Pod Blachą (kobierce wschodnie i apartamenty księcia Józefa Poniatowskiego) i Muzeum Niepodległości (Polonia Restituta 1914-1921; Architektura i urbanistyka międzywojnia – jest też moje osiedle; Wojna 1812); poniedziałek w ogrodach Wilanowa; wtorek w Parku Ujazdowskim i z malarstwem XIX w. w Narodowym; czwartek w Białym Domku, Pałacu Myślewickim, Starej Pomarańczarni, Teatrze Stanisławowskim, Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa – i w Zachęcie (Sztuka wszędzie. ASP w Warszawie 1904-1944). Jutro być może Muzeum Kolejnictwa, a cała lista w kolejce. W weekend odzywa się zmęczenie, ale nic to – tak rzadko mam okazję czuć, że jeszcze żyję… Wykorzystać, póki trwa – niewiele już zostało…

  

Dni upalne, słoneczne i bezkoszulkowe. Rozkosze i nonszalancje, na które tam nie było nigdy miejsca i odwagi. W mieszkaniu 33 stopnie, do spania wystarcza prześcieradło i poduszka. Cudownie jest i mogłoby tak całorocznie – powinienem się urodzić w Kalifornii…

Lato uczynić muszę barwnym, bo na horyzoncie nie ma już w ogóle kolorów…

      

                    „Zrywam z nieba ten wspaniały owoc,

                    zamykam oczy na to, co mi niesie,

                    czy życie na cierniach,

                    czy pożegnanie z wezbranym sercem,

                    ten czas w tym czasie bez końca”

                              [Mario Luzi, Kochankowie. Przeł. J. Mikołajewski].

   

czwartek, 26 lipca 2012
1147. Tu jest Polska (?)...

  

Próbuję pomóc dwójce Francuzów w autobusie do Wilanowa, wskazując im właściwy przystanek – a potem miejsce, gdzie mogą kupić bilety do pałacu. Tylko jak po angielsku jest „wysiąść” albo „kasa”? Nie ma takiej życiowej sytuacji, bym się nie wyłożył na najprostszym zdaniu w tym języku, a każda chęć zabrania głosu kończy się zawstydzającym zamilknięciem. Zresztą, z reagowaniem po polsku też idzie mi niewiele lepiej. Połowy ogłoszeń o pracę nawet nie rozpatruję ze względu na wymogi językowe. Wciąż łudzę się nadzieją, że w jednorodnym etnicznie czterdziestomilionowym kraju da się jeszcze bez tego funkcjonować…

  

Tagi: Warszawa
23:43, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 23 lipca 2012
1146. Wystawa (V) - Pod wspólnym niebem...

  

„Przesłaniem wystawy »Pod wspólnym niebem. Rzeczpospolita wielu narodów, wyznań, kultur (XVI-XVIII w.)«, zorganizowanej przez Muzeum Historii Polski we współpracy z Zamkiem Królewskim w Warszawie, jest przedstawienie fenomenu dawnej Rzeczypospolitej – jednego z najbardziej zróżnicowanych językowo, wyznaniowo i kulturowo państw wczesnonowożytnej Europy.

  

      

  

Głównym celem wystawy »Pod wspólnym niebem...« jest przypomnienie współczesnym widzom, że na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej, na których obecnie istnieją różne państwa i narody, przez prawie dwa i pół stulecia funkcjonowało państwo formalnie będące federacją dwóch organizmów: Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego zamieszkane przez wiele grup narodowościowych, etnicznych i religijnych. Chcemy pokazać bogactwo kulturowe przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Państwo to we wspomnianej epoce było przykładem tolerancji i pokojowego współżycia narodów. Prezentujemy jego wspaniałość i osiągnięcia, ale nie przemilczamy słabości. Wystawa jest również pretekstem do postawienia pytań o obecność dziedzictwa Rzeczypospolitej w polskiej kulturze współczesnej i relacje kulturowe łączące nas z innymi narodami, z którymi dzieliliśmy nie tylko »wspólne niebo«, ale i wspólną ziemię. Zamieszkujące dawną Rzeczpospolitą grupy etniczne i wyznaniowe były w stanie z jednej strony utrzymać i rozwijać własne tradycje, z drugiej zaś stworzyć ciekawe przykłady syntezy rozmaitych wzorców kulturowych. Z tym dziedzictwem obcujemy mniej lub bardziej świadomie po dziś dzień.

Wystawa »Pod wspólnym niebem…« składa się z sześciu modułów tematycznych (…). Dwa pierwsze prezentują zjawisko szeroko pojętej wielokulturowości z perspektywy całego państwa, koncentrując się na takich zagadnieniach jak: fenomen staropolskiego federalizmu oraz skład etniczny i wyznaniowy społeczeństwa I RP. Ten fragment ekspozycji stawia pytania o możliwości pokojowej koegzystencji różnych grup narodowo-językowych oraz wspólnot religijnych. Dwa kolejne moduły stopniowo zawężają perspektywę, koncentrując się na problematyce tożsamości regionalnych i lokalnych oraz sposobów funkcjonowania jednostek w społeczeństwie wielokulturowym. Moduł piąty dotyczy zjawiska oddziaływania wieloetniczności na ówczesną kulturę. Na koniec – prowadząc widza w kierunku współczesności – prezentujemy problem jak nam się wydaje – nader ważny i aktualny: co przetrwało do czasów nam współczesnych z wielokulturowości Rzeczypospolitej wielu narodów?”

  

      

  

„Pod wspólnym niebem i na wspólnej ziemi spotkamy ludzi mówiących różnymi językami, inaczej się modlących i różnie się ubierających. W tej podróży po dawnej Polsce (…) zobaczymy autentyczne stroje i przejdziemy przez galerie portretów znanych magnackich rodów. Wstąpimy do drukarni niemieckich mistrzów tego rzemiosła, którzy składają dzieła po łacinie i po polsku, ale także pisane cyrylicą. Zasiądziemy w ławach polskiego sejmu podzielonego od lewa do prawa nie według przynależności partyjnej, ale geograficznej. Zobaczymy miasta z XVI i XVII wieku według wyobrażenia gdańszczanina Martina Grunewega, ale już w XXI-wiecznej odsłonie. Przyjrzymy się z bliska różańcowi Stefana Batorego, przeczytamy dialogi z pierwszych w Polsce, XVI-wiecznych rozmówek polsko-niemieckich”

           [ze strony internetowej Zamku Królewskiego i folderu wystawy].

  

środa, 11 lipca 2012
1141. Mémoires d’un touriste...

 

Trzecia u mnie wizyta rodziców – oznajmiona dzień wcześniej, najdłuższa z dotychczasowych i ostatnia. Niespodzianka: przyjeżdżają nowym samochodem (poprzedni kupiony był ledwie trzy lata temu) – Peugeot 308, już nie pytałem o cenę. Od razu stwierdzają, że mam w mieszkaniu trzydzieści stopni i nie da się wytrzymać – z miejsca kupują mi wielki wentylator. W sobotę obiad w restauracji „Del Forno”, Ogród i Pałac Krasińskich oraz Pomnik Powstania Warszawskiego, wielkie puchary (mój przepyszny z ogromną ilością truskawek) w lodziarni Limoni na Nowym Świecie oraz zakupy w Złotych Tarasach – mama zrozpaczona zapomnieniem kuferka z kosmetykami (rozpamiętuje to pół dnia, na Skwerze Bohdana Wodiczki dochodzi niemal do histerii) musi się na nowo zaopatrzyć: kilkaset złotych idzie na szampony, odżywki, kremiki, maście i balsamy; dopiero po tym humor się poprawia. W niedzielę przejażdżka metrem i wyprawa do Wilanowa – zwiedzanie parku i (darmowe) pałacu, obiad u tamtejszego Wedla, po powrocie do centrum miasta kampus uniwersytecki przy Krakowskim Przedmieściu i wieczorne napoje w ogródku Restauracji Przy Zamku. W poniedziałek wnętrza Zamku Królewskiego (z pamięci opowiadam im o każdej sali), obiad w „Polce” Magdy Gessler (przeciętnie jak na te ceny i telewizyjną sławę restauratorki: swojej zupy kurkowej nie polecam, tata nie najada się zestawem ledwie sześciu pierogów, za to mama dostaje fantazyjnie zawiniętego schabowego z kością), znów lody w Limoni, kilka alejek na Starych Powązkach, spacery i ławkowe posiedzenia w parkach Szymańskiego i Moczydło. We wtorek Pałac na Wyspie i niemal wszystkie zakamarki Łazienek, wspaniała sałatka Caesar i świeżo wyciskany sok pomarańczowy w tamtejszej kawiarni Trou Madame, kilka znanych obrazów w Muzeum Narodowym, deser u Bliklego (torciki czekoladowe i orzechowe), przechadzka po Starówce i dłuższy przystanek w Multimedialnym Parku Fontann. Dzisiaj już tylko naprawa gratis okularów mamy u optyka, instalacja nowego kompletu natryskowego w łazience i obiad w Dzikim Młynie…

Wyjechali o czternastej – zafundowałem im intensywne zwiedzanie, ale te ich ciągłe kłótnie, brutalne do siebie odzywki, narzekania, kolejne odpoczynki. No i koniec z dofinansowywaniem mnie…

Wykończony jestem fizycznie i psychicznie, przespałem całe popołudnie…

  

22:53, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 08 lipca 2012
1140. Z cyklu: Moje okolice (VIII) - Fort Bema...

  

Jedno z miejsc najbardziej ulubionych (więcej zdjęć tutaj ):

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

środa, 04 lipca 2012
1138. End of the Beginning...

  

Wyprawa na Ursynów do agencji pracy: wprowadzanie danych dla firmy kurierskiej, nieobcy mi system SAP, zmiany popołudniowo-nocne, najwyższa pensja w moim życiu. Brzmiało nieźle (przy całym monotonnym harowaniu, jakie oznaczało) – dopiero w domu sprawdziłem warunki, opinie i adres (przemysłowe odludzie przy granicach miasta, gdzie do piątej rano już nic nie dojeżdża)… Przez chwilę można się było cieszyć planami, nadziejami – że życie, samowystarczalność, że się, kurwa, zdarzy…

  

„Może to jest nowy początek, to mógłby być nowy początek, wierzę w to za każdym razem, ale potem nigdy nic się nie zaczyna – nigdy”

  [Zsuzsa Bánk, Osiemnasty, może dziewiętnasty grudnia. Przeł. E. Kalinowska].

  

22:08, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 01 lipca 2012
1136. Tender is the Night...

  

Wracając o godzinie zero z kolacji u chłopców (por. 1134) – a był to pierwszy od ponad roku przejazd metrem – postanowiłem wykorzystać okazję i wreszcie zobaczyć centrum Warszawy o tak późnej porze. Wyobrażałem sobie ciszę i zdjęcia na bezludnych traktach – bo niby skąd miało przyjść do głowy, że w piątkowy wieczór wylegają tłumy, oblegają kawiarniane stoliki, szturmują monopolowe, że muzyka, lansowanie się, podrywy… Ciekawie tak przemykać pośród – jak przybysz z innego planetarium… I dopiero na Starówce już spokojniej – pajęczyna cieni na bruku rzutowana przez latarnie Barbakanu, bielejący wśród ciemności kościół św. Kazimierza, z rzadka przemykająca jakaś para, grupka studentów, zataczające się stateczne panie. I jeszcze powrót nieprzetartymi dotąd szlakami poprzez Mirów, na zachód, aż zmęczenie wsadzi na Towarowej do tramwaju (przy okazji odkrywam, że trzeba uważać i się-nie-zasiedzieć, bo nie wszystko nocą jeździ i można nie wrócić do domu)…

Przygody, eksploracje, eskapady – samotne, fascynujące pierwsze razy

  

„A więc jest i taka rozkosz – iść pustymi ulicami na chybił trafił, nie znając drogi. Obce, niepojęte miasto. Obce, niepojęte życie.

Ale za to prawdziwe. Najprawdziwsze”

          [Boris Akunin, Kochanka śmierci. Przeł. E. Rojewska-Olejarczuk].

  

piątek, 29 czerwca 2012
1134. Alex na występach gościnnych...

  

Chłopcy, którzy podjęli mnie onegdaj w Łodzi (por. 596), tym razem inwitują na południowy Mokotów. Jadę w pierwsze warszawskie odwiedziny. Cudowny wieczór – godziny gadania, mieszkanko urocze dzięki mnóstwu książek, gospodarze przechodzący samych siebie (z przyjemnością obserwuje się relację między nimi), kolacja i deser wyborne, och i ach. Zachwycam się – i proszę z rewizytą!...

  

„Ważne było to, że coś go z nimi łączyło. Spierał się z nimi, ale czuł do nich przy tym gorącą sympatię. Już ich nawet dłużej nie słuchał, tylko myślał o tym, że jest szczęśliwy; znalazł towarzystwo ludzi, wśród których nie istnieje ani jako matczyny syn, ani jako uczeń klasy, lecz jako on sam. I pomyślał, że człowiek może być w pełni sobą tylko wtedy, gdy jest w pełni pośród innych ludzi”

                   [Milan Kundera, Życie jest gdzie indziej. Przeł. J. Illg].

  

17:29, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi