~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: filmy

wtorek, 05 września 2017
1638. Lo straniero...

„Krew Saamów” (Szwecja / Norwegia / Dania’2016; reż. Amanda Kernell). O tym, jak wdrukowują w ciebie pogardę do tego, co twoje; jak chcesz od siebie / swoich / swego uciec – pragniesz i dążysz za cenę wyrzeczenia. Stajesz się kimś i jednocześnie nikim, zostajesz sam ze sobą. Opresja społeczeństwa, rozpacz poszukującej świadomości – wszystko w zaciętej twarzy, w spojrzeniu bohaterki. Realizm i oniryzm; przepiękne, wstrząsające kino. I mimo całej tej lapońskiej egzotyki wiesz, czujesz, że to znowu ty – „obcy, bezdomny, nigdzie nie przynależny, nie pożądany i nie pożądający niczego” (Eugene O’Neill, Zmierzch długiego dnia. Przeł. W. Komarnicka i K. Tarnowska). Ty jednak będziesz uciekał tylko w głąb, drugi już raz się nie wyrwiesz…

22:33, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 17 lipca 2017
1628. Self-limiting...

„Nie jestem inteligentna, tylko świadoma. Wystarczy mi, że zauważam – nie muszę opisywać”

[z filmu Noc (Włochy / Francja’1961); reż. Michelangelo Antonioni].

Tagi: filmy
23:09, alexanderson , Wierszo- / blogopisanie
Link
środa, 19 października 2016
1595. Genocidum atrox...

Po niemal roku w kinie, czwarty raz na Smarzowskim (Krwi dziś widziałem tak wiele! / Takie straszne nieboszczyki! / Taki mord i takie zbrodnie). „Wołyń” (Polska’2016). Wielkie, uczciwe kino – jakkolwiek ta ambicja wyjaśnienia nieogarnionego ciąży niekiedy nad dramaturgią filmu w czysto deklamacyjnych scenach, będących jedynie „ilustracją”, nie zaś „okruchem życia”, które z takim mistrzostwem w rwanych ujęciach potrafi oddawać ten reżyser. Obraz skrajnie realistyczny, pełen symboli przy tym. Pozorna idylla na otwarcie, w której wyczuwa się podskórne wrzenie, pogardę i urazy, chęć odwetu (te trądy / Trzeba zupełnie wyleczyć, / A choćby ziemię skaleczyć / W leczeniu, wrzód wyrżnąć trzeba). Wesele, co zapowiada krwawe gody (Świat was widział jak krwawe upiory / Tańcujące w pożarach, ohydni!); sceny obrzędów, zabaw (obcięcie warkocza na progu, przyjęcie chusty mężatki, bójka na cepy, przerzucanie płonących polan), które powtórzą się następnie w orgiach przemocy (Ręce wznieść, słomą okręcić / I całego oblać smołą; / Potem przez księdza poświęcić / I czarną figurę smolną / Podparłszy, gdy zechce się walić, / Na samym wierzchu – zapalić / I przez wieś prowadzić wolno / Jako świecznik zapalony; / A ciągle niech biją w dzwony, / Póki zgore żywa świéca, / Okropna ludu gromnica, / Świecąca buntu trupowi) albo zyskają nowy kontekst. Szerokie spojrzenie na Europę wschodnią z opłotków niemal tylko jednej wsi. Polacy, Ukraińcy, Żydzi. Zmienne granice i systemy; ideologie i religie – ci siewcy nienawiści (Wczoraj noże święcono w kościele), napięcia klasowe i narodowościowe (Rizat! – Taj że budè strach to / Na te pany). Patriotyzm źle pojęty, co nakazuje się wyzbyć człowieczeństwa. I ślepa zemsta. Lawirujący ludzie, usiłujący się odnaleźć w tym chaosie, jakoś przeżyć – podporządkować się oznacza czasem zabić. Pomoc od wroga i śmierć z bratniej ręki. Zacieśniający się krąg przerażenia (Lud nasz cały dokoła / Zbuntowany). Spojrzenie przez szczeliny, z pozycji ofiar – to najstraszniejsze jedynie migawkami, jakby kamera rzucała tylko okiem, by zaraz się odwrócić, „nie chcieć widzieć” – w tym sensie to nie polskie „Idź i patrz” (ZSRR’1985; reż. Elem Klimow), chociaż wędrówka finałowa poprzez piekielne kręgi narzuca takie analogie. Ciała na strzępy (Teraz wszystko krwią zbryzgane, / Co uniknęło grabieży. / Trupy ludzkie bez odzieży / I na ziemi, i na łóżkach, / Na krwią ociekłych poduszkach; / Dziatki porąbane srodze / I na ceglanej podłodze / Porzucone, i z puchówek / Pierze śnieżące podłogi. / Sama pani – widok srogi! – / Dziateczki swoje bez główek / Za nóżki zimne, zielone / Trzymała; ach, jedną raną / Zabita; bo otworzone / Miała żywota świątnice), psychiki zdruzgotane – jedynie w mirażu otępieńczym pozory ocalenia, chwila na oddech. Lub dopiero za Styksem… Niepogrzebani, zapomniani. Pokój duchom na tym smętnym cmentarzu

[Cytaty kursywą: „Sen srebrny Salomei” Juliusza Słowackiego].

poniedziałek, 10 października 2016
1594. Bez znieczulenia. 1926-2016...

To było więcej coś niż tylko samo Kino. Bo było to bez analogii w świecie filmu zespolenie – to, jakie tylko w Polsce się przydarza w takiej skali – Artysty i Narodu. I tak jak kino jest XX-wieczną odmianą i syntezą: malarstwa, muzyki, literatury, tak On się sytuował wśród największych – snom naszym panujących, dawców wzruszeń, wieszczów, pokrzepicieli, rozdrapywaczy ran i odprawiaczy narodowych egzorcyzmów…

Mickiewicz i Słowacki. Chopin, Norwid. Malczewski, Wyspiański i Żeromski. Andrzej Wajda

Tak wiele kadrów, dziesiątki nieśmiertelnych scen, wrytych w nasze myślenie o nas samych. Można osiągnąć więcej? Tak wejść w pamięć?... Odszedł tuż po czterdziestym filmie, w nim znowu kostium trafił w punkt, w nerw czasów (to czuł jak nikt, jego obrazy zdobywały dzięki temu drugie życie). Artysta niezależny został więc Jego testamentem. Sam pozostanie pod naszymi powiekami już na zawsze…

23:03, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
piątek, 27 maja 2016
1566. Great Expectations (II)...

Nic już. Jedynie praca i wyczerpanie po niej. A że się kładę późno – nie dziwota. Śpię w nocy 4,5 godziny. Popołudniami przysypianie – utraty przytomności. Czekało się na wiosnę, słońce, ciepło, a teraz wciąż znużenie, nie ma się jak oswoić z dobrą zmianą. Dopiero przed tygodniem pierwszy – i jedyny dotąd – raz krótkie spodenki (dwa lata temu chodziło się tak od początku kwietnia). Bo też to pierwsze moje wakacje będą pracujące. Pod stadionem za to co dnia wysportowana młodzież – na rolkach, deskorolkach i rowerach; wykorzystują połacie betonowe. Kilku już chłopców bez koszulki. Żurawi mniej na polach, za to dziś małe sarny. Czytam zbyt wolno, mniej. Z wrażeń telewizyjnych nastrojowy Jarmusch („Tylko kochankowie przeżyją”, 2013) i Sorrentino („Wszystkie odloty Cheyenne’a”, 2011); do tego Szekspir razy dwa według Warlikowskiego („Burza” z TR Warszawa, rejestracja 2008, i „Poskromienie złośnicy” z Dramatycznego, rejestracja 2005) i kiedyś już widziany „Król Edyp” z Ateneum według Holoubka (rejestracja 2005). Wydaję trzy tysiące w jeden dzień – książki, ekstrawaganckie nieco buty (Nike Air Max) i przede wszystkim nowy obiektyw (dotąd jedynie dziedziczyłem kolejne aparaty, teraz zaczynam się dokształcać, chcę rozwijać). Za trzy tygodnie dłuższy urlop i podróż, nowe miejsca. Wreszcie się coś zadzieje...

„Gdy byliśmy młodzi, życie w wielu swoich przejawach było bezruchem, albo tak tylko nam się dziś wydaje; trwały, czekający na coś bezruch; jakaś czujność. Czekaliśmy w naszym jeszcze nieukształtowanym świecie, przyglądając się badawczo przyszłości (…), jak żołnierze w polu, wypatrując tego, co musi nadejść”

[John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

23:22, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 22 marca 2016
1554. Spectatores...

Oglądamy jednocześnie, choć niezależnie, w różnych pokojach, „Kupca weneckiego” (USA / Wielka Brytania / Włochy / Luksemburg’2004; reż. Michael Radford). Mnie przyciąga tekst, ją Al Pacino i Jeremy Irons. Ona się cieszy z tego, „jak przerobili Żydka”, komedią miłosnych perypetii. Ja widzę tragedię – człowieka, co traktowany niczym pies, znajduje nagle szansę, by ukąsić, ale opresja otoczenia wpycha go w jeszcze większe poniżenie; łajdaka, któremu się należy ludzka godność (fenomenalne, jak antysemicki stereo-typ wygłasza tu swoiste credo humanizmu, apologię równości). Mama jest widzem z epoki Szekspira, ja z czasów postkolonializmu i po Shoah. W tym domu nie ma sensu wymieniać się z kimkolwiek wrażeniami…

czwartek, 26 marca 2015
1465. There and Back (II)...

 

I znowu do Wrocławia na doczepkę. I tak jak przed trzema tygodniami (por. 1461) – trasy te same (Rynek, Ostrów), wstyd przed wyciąganiem aparatu, sklep jeden i bezowocne przymierzanie: żałosne, jak skromna jest moja garderoba – nie mam ni jednej koszuli, garnituru, wyjściowych spodni, butów czy marynarki; ubieram się casualowo (?), półsportowo z przetartych szmat – do miejsc, gdzie chociażby na rozmowie kwalifikacyjnej obowiązuje jakiś dress code, lękam się nawet zgłaszać. Z zazdrością patrzę na młodych ludzi, jak w prosty (wyrafinowany?) sposób zyskują modny look, podczas gdy ja od wielu lat nie umiem kupić dżinsów, obciąć się u fryzjera…

Remontujący przejście podziemne na Świdnickiej krzyczą mi za plecami „Homo niewiadomo!” – widocznie barwa cytryny na nogawkach to nazbyt wiele jak na otwartość „miasta spotkań”. A może błędnie, nie pierwszy raz już tłumaczenia szukam w ubraniu – podczas gdy to mimika, gest, sposób chodzenia mnie zdradzają (musi być w środku coś, czego sam nie znam; lęk i nieśmiałość paradoksalnie owocują prowokacją). Pizza w „Sycylii”, zwiędłe krokusy i tanie książki z wydawnictwa Czarne. Z pociągu marsz do domu przez zmierzchający park, wskazuję mamie kosa na gałęzi, w ruinach mauzoleum Hoymów śmieje się (pije?) młodzież; przed snem „Zabójca” (Włochy / Francja’1961; reż. Elio Petri) z Mastroiannim. I tyle – może kiedyś, znów, po coś i na chwilę, uda się wyrwać tam, lecz trzeba tutaj wrócić…

  

23:15, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 04 marca 2015
1460. Na zadupiu swego losu...

  

„To jest coś gorszego niż Rumunia. Zły sen, zły sen o tym, że wcale się nie śni”.

  

Telewizyjna wersja spektaklu „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” (2015; reż. Agnieszka Glińska) z warszawskiego Teatru Studio. Objawieniem jest dla mnie brawurowy Marcin Januszkiewicz. A że to pierwsze zetknięcie z Dorotą Masłowską – choć nie, mimo trzech podejść nie mogłem zdzierżyć choćby pierwszego kwadransa „Wojny polsko-ruskiej” (Polska’2009; reż. Xawery Żuławski) – to i hipnotyzujący tekst. Maski i klisze, zagubienie, strach, że się wypadnie z…, strach, że trzeba wrócić do… Pustka, jałowość i nieważne, czy tylko odreagowujesz zabawą w dziada na melanżu, czy też na co dzień również musisz robić za „Rumuna”…

  

„DŻINA:

Wiesz co? Bo najgorsze kurwa jest, że świat chce zrobić z człowieka szarą szmatę salutującą w szeregu, przechodnia przechodzącego przez jezdnię. Pasażera kurwa tramwaju powiewającego na rurce z taką twarzą, o. Bez żadnych wypustek. Bez żadnej twarzy. Takiego jak ty. Człowieka-wędlinę. Ja nie chcę taka być.

(…)

PARCHA:

Szczerze mówiąc, mimo wszystko podświadomie obawiam się, że mogę nie otrzymać życia wiecznego. To znaczy Bóg wie, że teoretycznie byłem lepszy lub gorszy, ale dobry i w tym świetle byłem w porządku, ale z kolei Kościół katolicki się przypierdoli ze swoimi dogmatami, spowiedziami, postami i udupią mnie. Mnie. Księdza Grzegorza udupią”

  

22:40, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 27 grudnia 2014
1448. Skrzywdzeni i poniżeni...

   

Po wielu latach znów „Pelle zwycięzca” (Dania / Szwecja’1987; reż. Bille August). W dzieciństwie jeden z pierwszych filmów, które mi odsłoniły surowy obraz życia, klęskę zamierzeń, wyzysk i upodlenie. Tak bardzo, że w głowie pozostały sceny, których nie ma – zaskoczyło oglądane ponownie zakończenie. Miast starca płaczącego w błocie (jak w pamięci), był chłopiec, co wyrywa się, rusza po nowe życie. Może więc gdybym inaczej zapamiętał wtedy, poszedłbym w ślad odwagi syna – nie naśladował biernej bezsilności ojca…

Ale prawdziwa uczta to „Zarządca Sansho” (Japonia’1954; reż. Kenji Mizoguchi) – jedno z największych dla mnie odkryć w tym fascynującym poznawaniu dawnych filmów. Rzecz, o której wcześniej nie wiedziałem, co już jest samo w sobie rzadkie, niesłychane. Precyzja w zakomponowaniu każdego ujęcia, głębia i ostrość kadrów, wykorzystanie scenerii przyrody – bodaj czy nie jedne z najlepszych zdjęć w historii kina. A całe piękno to, by przezwyciężyć bezmiar podłości ludzkiej i ludzkiego cierpienia. Trzy wstrząsające sceny: skowyt okaleczonej matki nad morskim urwiskiem – płacz za odebranymi jej podstępem dziećmi; spoza gałęzi filmowane samobójstwo siostry, która poświęca się dla brata – powolne wchodzenie do jeziora sylwetki widzianej od tyłu, odwrót kamery w momencie kulminacji, kiedy kieruje się na starą niewolnicę, jej drżące ręce złożone w geście hołdu, i tylko kręgi rozchodzące się na tafli wody; syn po wyrzeczeniu się zaszczytów, który w oślepłej kulawej starusze, na plaży, gdzie tsunami zniosło całą wioskę, uznaje własną matkę – odnalezienie się po latach, happy end zlany łzami rozpaczy…

Rzadko się zdarza podobne połączenie podziwu ze wzruszeniem – najwyższy wymiar Sztuki, bo właśnie w dotknięciu Życia i Nieszczęścia kryje się Prawda, z tym można się identyfikować…

   

                 „Każda istota, której przyszło przeżyć dolę ludzką, jest mną”

                 [Marguerite Yourcenar, Zapiski doPamiętników Hadriana”.

                                      Przeł. H. Szumańska-Grossowa].

  

22:47, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 10 grudnia 2014
1445. Delusiones...

  

Na marginesie „Opowieści księżycowych” (Japonia’1953; reż. Kenji Mizoguchi) – nie mała rzeczywistość przywodzi do tragedii, lecz wielkie urojenia

   

Tagi: filmy
21:50, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 29 października 2014
1438. Caritas patiens est...

  

Znów w naszym kinie, z ojcem na „Bogach” (Polska’2014; reż. Łukasz Palkowski) – kolejki do kasy, jakich tu chyba nigdy nie widziano, projekcja z tego względu ma jakieś 20 minut opóźnienia. Niezrozumiała dla mnie popularność tego filmu – przeciętny biograficzny dramat o rzeczywiście nadzwyczajnych dokonaniach, obraz przaśności lat 80-tych, jak one bez polotu, zrealizowany raczej schematycznie (nie widzę rzekomej błyskotliwości scenariusza, inwencji reżysera, który by wyszedł poza ilustrację). W za dobrej formie jest od paru lat rodzima kinematografia, bym miał uwierzyć, że to najlepszy polski obraz roku – już raczej coś na miarę cyklu „Prawdziwe historie” TVN-u, nie za to się przyznaje Złote Lwy…

Za to już „Miłość” (Francja / Austria / Niemcy’2012; reż. Michael Haneke) jest dziełem skończonym i wybitnym, ze wszech miar godnym Złotej Palmy. Oglądam w telewizji z prawdziwym podziwem i wzruszeniem, wciąż myśląc przy tym o Ani. Pewnie to dziwne, ale już wiele razy wyobrażałem sobie, że się nią opiekuję, że chora jest albo umierająca – może w ten sposób w oczach własnych chciałem się wydać bardziej męski, silniejszy i odpowiedzialny; przesłonić tym poczucie winy oraz wstydu, że nie umiałem jej wysłowić mojego oddania, nie mogłem się z nią pieprzyć. A teraz jak gdyby umarła – znów sam jestem. Jak, po cóż dalej żyć bez kogoś, kto się wydawał Tobie całym światem, jedynym jego sensem…

  

„Miłość jest darem bezlitosnym, ponieważ nic nie pociesza po jej stracie. Miłość jest związana ze zgubą: zguba ją sprawdza.

To najsilniejszy ból.

Można sformułować negatywną definicję miłości: miłość jest tym, co pozostawia nieutulonym w żalu.

Ona nigdy się nie kończy. (Dlatego pozostawia nieutulonym w żalu. Jest nieskończona. Miłość, w przeciwieństwie do seksualności i do małżeństwa, jest nieskończona). Nie jest pewne, czy dla gatunku ludzkiego istnieje coś takiego jak żałoba.

Nic nie zwróci zapodzianego daru.

Bo nic mu nie dorówna”

                     [Pascal Quignard, Życie sekretne. Przeł. K. Rutkowski].

   

czwartek, 23 października 2014
1437. Czas Apokalipsy...

  

Z rodzicami w lokalnym Domu Kultury na „Mieście 44” (Polska’2014; reż. Jan Komasa) – pierwszy raz tam po latach: nowe fotele, przestrzenny dźwięk, cyfrowe projektory, lecz cóż – dalej maleńki (w miażdżącym porównaniu z Wrocławiem i Warszawą) ekran wiszący gdzieś w głębi nad sceną. Czułem się jak przed telewizorem, niemal zupełny brak efektu kinowej sali, wejścia w głąb filmu. Pewnie po części stąd dość kiepski jego odbiór. Czekałem bowiem z nadzieją, śledziłem proces powstawania, z pojedynczych informacji, krótkich fragmentów budowałem sobie w głowie obraz, który miał wreszcie być TYM – pełną rozmachu i emocji wizją, prawdą o ludziach i piekle. Dwa przecież najbliższe mi, nierozerwalnie związane tematy, Powstanie i Warszawa, na samo wspomnienie których ściska się serce (mieszkanie na Woli wszak zobowiązywało) – i zupełna obojętność wobec tego, co widziane na ekranie, ani jednej sceny odczuwanej (a jestem nadzwyczaj podatny na wzruszenie), zaledwie kilka mogących się podobać ujęć… Niepotrzebny ten osławiony już slow motion, ten bullet-time, popkulturowo-kiczowate chwyty, ukłon do nastolatków, ale też nie w tym problem. Brakuje scenariusza, krwistych postaci, przeżycia zamiast grania. Za dużo może wiem z historii, zbyt wiele pewnie filmów już widziałem, by móc się przejąć taką inscenizacją wojny. Nie starczy wszystkiego pokazać, trzeba to umieć wygrać na ekranie, opowiedzieć. Malowniczo leje się krew z nieba, rysuje góra trupów i wisielcy w szpitalu, ale to nie horror cywilów z „Idź i patrz” (ZSRR’1985; reż. Elem Klimow), nie duszna agonia z „Kanału” (Polska’1956; reż. Andrzej Wajda). Potencjał był ogromny, efekty wizualne świetne, schemat wędrówki przez dzielnice dobry – a jednak nie w pełni się udało… Mam w głowie własny film, tak wielki, że nie sposób go nakręcić, do głębi wstrząsający; i tylko na murach i kamieniach można go oglądać…

   

22:50, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 20 lipca 2014
1411. King of Summer...

  

Od świtu słońce niemiłosiernie nagrzewa mój pokój, jest w nim potwornie duszno. Od lat najmłodszych znoszę, przez kolejnych trzydzieści – nie tyle nawet się przyzwyczaiłem, co nie zauważałem, bo brałem to za normę. Zastanawiam się, jak mogło wpłynąć to na mój fizyczny rozwój – czy stąd ten płytki oddech, brak tchu podczas wysiłku (wykluczający nawet seks), ta słabość, anemiczność, chudość? Tyle drobiazgów domaga się wyjaśnień, tyle powodów, by szukać za nie winnych…

Upały i tak w tym wszystkim są najlepsze. Przyszły, choć chciałem wcześniej, gdy nie było rodziców. Próbuję jednak się nacieszyć, po kryjomu – wychodzę niby to na miasto, kryć mam się w cieniu, a tak naprawdę włóczę się po okolicznych polach, bezdrożach, ścieżkach pośród łąk, wzdłuż nadodrzańskich wałów. Odkrywam drogi nieschodzone – i pomyśleć, ile podobnych fantazji w ostatnich latach, a nie wiedziałem, że wokół tyle możliwości, przez całe życie nie przyszło mi do głowy, że można tu, wystarczy poza obszar, w dzikość, na skraj sąsiednich wsi, poboczem. Pod słońcem, w pyle i po sianie, bez koszulki. Dwa dni i cztery podobne wyprawy – luz, przygoda! Gdyby tak jeszcze z kolegą, ech… À propos – film „Królowie lata” (USA’2013; reż. Jordan Vogt-Roberts) – urocze, zabawne, cudowne! Że rodzice to coś beznadziejnego i że najwspanialsza rzecz na świecie – bycie chłopcem. O tym, czego nie dane było zaznać – zbytnio dorosły w młodych latach, teraz staram się czas (i los) odwrócić, w dziecko bawić. Powrócić rozpaczliwie tam, gdzie się formuje start na to, kim będziesz, co w swoim życiu możesz…

  

        „(…) przeszłość, tak jak i przyszłość, można sobie tylko wyobrażać”

                     [Enrique de Hériz, Kłamstwa. Przeł. W. Charchalis].

  

środa, 26 marca 2014
1373. Skill with people...

  

Większość wokół zapatrzona w ekrany smartfonów (pisząc to, upewniam się odnośnie tożsamości desygnatu – nie mam, nie używam, tkwię jeszcze przed epoką touchscreenów), rozmawiająca z kimś po drugiej stronie przez telefon. Że jest ktoś do kogo, że jest o czym, po co, że się umie z miejsca odpowiadać, że swobodnie, że taka w tym wprawa – wciąż te moje Ameryki odkrywanie, światu-się-dziwienie, podglądanie…

  

They make it look so easy. Connecting with another human being. It's like no one told them it's the hardest thing in the world

                                 z serialu Dexter (sezon 5, odc. 12).

   

Jutro przyjazd mamy (pierwszy raz pociągiem), moje pierwsze wieczorowe wyjście (żeby ją odebrać). Ona (póki-m tu) chce jeszcze skorzystać ze stolicy, ja muszę zacząć się przyzwyczajać: tam sam już nie będę…

  

23:37, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
środa, 05 lutego 2014
1354. Filmowo mi...

  

Jeden z odcinków serialu przyrodniczego BBC „Świat z lotu ptaka” (Wielka Brytania’2012): żurawie nad Wenecją i zamkiem Chenonceau, bernikle obrożne nad Mont Saint-Michel i białymi klifami Dover, bociany nad Stambułem i szpaki ponad Rzymem; poezja w stanie czystym. W poprzednich tygodniach nieco męczącej psychologii: „Erratum” (Polska2010; reż. Marek Lechki), „Enen” (Polska’2009; reż. Feliks Falk), „Wymyk” (Polska’2011; reż. Greg Zgliński). Spore wrażenie robi „Pieta” (Korea Południowa’2012) Kim Ki-duka, choć wcześniej trzeba było przetrwać jego „Arirang” (Korea Południowa’2011). W jeden też wieczór dwa obrazy duetu Steve McQueen – Michael Fassbender pod rząd: „Głód” (Wielka Brytania / Irlandia’2008) i „Wstyd” (Wielka Brytania’2011). Nie wiem, co bardziej imponuje: maestria reżysera czy aktorskie ekstremum. Dzień później dla odmiany „Mała Miss” (USA’2006; reż. Jonathan Dayton i Valerie Faris) – cudnie pogodny film, w którym wszak wszystkie wątki źle się kończą. W piątek odchodzi 101-letnia Nina Andrycz (o damie stanowi ironia) i 92-letni Miklós Jancsó (wciąż żywe moje zachwycenie baletem śmierci w jego hipnotyzujących „Desperatach”, Węgry’1965, i „Gwiazdach na czapkach”, Węgry / ZSRR’1967), w sobotę 83-letni Maximilian Schell (urodziwemu mężczyźnie najlepiej w niemieckim mundurze), w niedzielę 46-letni Philip Seymour Hoffman (złoty strzał marnuje talent pierwszej wody). W poniedziałek rozmieniający się nieco na drobne Stephen Frears („Tamara i mężczyźni”, Wielka Brytania’2010), wczoraj dość słaby późny Fritz Lang („Ponad wszelką wątpliwość”, USA’1956), dziś intrygująca nawet, zarazem zaś fatalna ekranizacja Teodora Parnickiego („Tylko Beatrycze”, Polska’1976; reż. Stefan Szlachtycz) i próba zrozumienia fenomenu „Wejścia smoka” (Hongkong / USA’1973; reż. Robert Clouse)

Zamknięty w domu kręcę swój własny film. Hunger i Shame piszą mi codzienne scenariusze…

  

niedziela, 29 grudnia 2013
1340. Wojciech Kilar (1932-2013)...

  

Miał niebywały talent do melodii – szerokich fraz, tematów rzewnych i miłosnych, zapętlających się i tych nerwowych, szarpiących podrygiwań jak tykanie diabolicznego mechanizmu. Niekiedy smyczki w tle niesłyszanego dotąd dzieła wchodziły w tak specyficzną „góralskość”, że w ciemno można było zgadywać autora. Współtworzył polskie kino na równi z największymi reżyserami, operatorami, aktorami. Nie sposób wyobrazić sobie dziesiątek filmowych scen bez jego „podkładu”, co potrafił zdominować cały obraz. Ostatecznie zostaje w pamięci to, co najpiękniejsze: kadry i muzyka. Poniekąd był malarzem…

  

poniedziałek, 23 grudnia 2013
1337. In God We Trust...

  

„Lourdes” (Austria / Francja / Niemcy’2009; reż. Jessica Hausner) i „Ludzie Boga” (Francja’2010; reż. Xavier Beauvois). Gdy mam jakoś określić (pod pewnym względem przeciwstawne) oba filmy, ciśnie mi się na usta słowo „czysty”. Przepięknie jest to prowadzone – dokumentalność, dająca efekt autentyzmu, dbałość o każdy kadr i wyciszenie. Z boku, bezstronnie, zbliżając się do ludzkiego zawierzenia. Bo wszak nie Bóg, lecz człowiek wobec Niego jest ciekawy – z tymi bez odpowiedzi pytaniami, rozczarowaniem i cierpieniem, nadzieją i miłością, ofiarami…

  

niedziela, 15 grudnia 2013
1334. El Orance - Peter O’Toole (1932-2013)...

  
Ależ to była twarz – łagodność i szaleństwo jednocześnie. Kradł innym spektakl nawet z drugiego planu, na pierwszym potrafił otrzeć się o geniusz (dwa razy Henryk II). Ale ze wszystkich jego świetnych ról i tak mogłaby zostać tylko jedna – takimi przypadkami światowe kino ilustruje swą historię. Od moich młodych lat zachwyt błękitem jego oczu na tle piasków; wielbłądy – żaglowce pustyni, zdobyty pociąg, straszliwe i upajające „Żadnych jeńców!”. Aktor przesłonił niegdyś odgrywaną postać, dziś Lawrence się rozpłynął w miraż na horyzoncie Arabii…

  

23:50, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 21 października 2013
1310. „Mnie pomsta, ja oddam”...

  

W kinach nowa „Carrie” (USA’2013; reż. Kimberly Peirce) według Stephena Kinga (jedno z tych najsłynniejszych nazwisk, z którymi nigdy nie chciałem się zapoznać), a mi przypomina się poprzednia wersja (USA’1976; reż. Brian De Palma), oglądana lata temu, późną nocą, w łóżku (pewnie też po kryjomu, bo trzeba było „światło gasić, cicho być i rano wstawać”). Co zrobiło wówczas na mnie największe wrażenie to obraz szkolnego poniżenia i stłamszenia nastolatki w matczynym domu, atmosfera religijnej bigoterii, ignorancja w sprawach seksu, własnej cielesności (szok z odkrycia przez protagonistkę menstruacji). Wykluczenie z grupy, uznanie za dziwadło – i narastający gniew na cały świat, aż chciałoby się go do szczętu spalić, innych zabić. Uświadamiam sobie nagle, że to o mnie – i o ile dłużej ciągnął się ten mój bezkrwawy koszmar…

Arcyobrońca pedofila z Tylawy, biskup Józef Michalik, występujący przeciwko edukacji seksualnej w szkołach, mówi, że „każde dziecko wie, jak jest zbudowana koleżanka czy kolega i nie musi do tego przy świadkach dochodzić”. Już ja najlepiej wiem, że jednak nie każde. I jak się z tą niewiedzą przez lata funkcjonuje, jaką tajemnicą, nieobjaśnioną przez nikogo, mogą być własne reakcje lub ich – brany za normę – brak. Jak się to bez-dojrzewania-dorastanie przenosi na inne sfery, wyklucza z kontaktów, oducza emocji, poczucia wartości siebie i samego życia, wpływa nawet na podejmowane prace i status materialny. Równie dobrze można by gwałcić mnie w dzieciństwie – byłbym dziś podobnie pełen lęku i rozbity. I nikt za to nie przeprosi, nikt się nie czuje winnym. Zostaje tylko wściekłość za własne wypaczenie, mordercza zawiść, że innym się udało nie być tobą…

  

„Jedną z rzeczy, jedną z bardzo wielu rzeczy, których się o sobie nauczyłem, albo z których zdałem sobie sprawę (…), jest to, że zawsze szukam czegoś lub kogoś, na kim mógłbym się zemścić. Nie wiem, za co miałbym się mścić ani jak dokładnie miałaby wyglądać ta moja zemsta. Przypominam w tym moją matkę: czekała, aż świat przeprosi ją za bezimienne krzywdy, które – jak sądziła – jej wyrządził. Podobnie jak ona nie mogę pozbyć się przekonania, że jest jakaś wina, którą należałoby kogoś obarczyć, że są do wyrównania jakieś rachunki. Ja mogę czekać, nie spieszę się, mogę czekać na właściwy moment, ale jestem pewien, że zostanę pomszczony, w jakiś sposób, w jakimś czasie. Być może, kiedy nadejdzie owa chwila, dowiem się, jaka była ta pierwotna obraza, ta pierwsza krzywda. Jest we mnie chaos; sam dla siebie jestem obcy”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

piątek, 18 października 2013
1309. Horror vacui...

         

Kino i jego magia – wędrówka do niedostępnych widzom światów, iluzja uczestnictwa, wyrwania z codzienności, zatopienia. I czar kosmosu – zabójczy powab pustki, milcząca otchłań, przygniatający bezgraniczny ogrom. Człowiek w tej próżni, samotność bezwolnego dryfu na orbicie (cóż bardziej przerażającego?), wyzbycie podstaw zaczepienia – oparcia nóg na lądzie; małość i słabość, rozpacz i strach – zarazem zaś determinacja, żeby walczyć. Odzyskać wiarę w życie, wrócić – bo najpiękniejsza w tych kosmicznych filmach jest właśnie Ziemia, nasz punkt odniesienia…

      

      

  

      

  

…Ale tym razem nie zadziałało niemal nic. I wielki ekran IMAX, i nawet efekt trójwymiarowości, którego nie dostrzegłem (!). Wypatrywałem „Grawitacji” (USA / Wielka Brytania’2013; reż. Alfonso Cuarón) od miesięcy, zwiastuny oglądałem z zachwyceniem, istnym drżeniem. Perfekcja zdjęć i dźwięku, zdumiewająco zaaranżowany spektakl, szczegół, głębia. Nic – sprawiony sobie z wyrzeczeniem prezent się nie udał. Film obiektywnie dobry, lecz przecież miał czarować. Znów to, co się tyczy innych, mnie omija. Zbytnio przyziemny, wyzbyty już fantazji jestem? – czy też od rzeczywistości i emocji, tego co ludzkie oraz ziemskie, oderwany...

  

Tagi: filmy
23:42, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi