~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: filmy

piątek, 18 października 2013
1309. Horror vacui...

         

Kino i jego magia – wędrówka do niedostępnych widzom światów, iluzja uczestnictwa, wyrwania z codzienności, zatopienia. I czar kosmosu – zabójczy powab pustki, milcząca otchłań, przygniatający bezgraniczny ogrom. Człowiek w tej próżni, samotność bezwolnego dryfu na orbicie (cóż bardziej przerażającego?), wyzbycie podstaw zaczepienia – oparcia nóg na lądzie; małość i słabość, rozpacz i strach – zarazem zaś determinacja, żeby walczyć. Odzyskać wiarę w życie, wrócić – bo najpiękniejsza w tych kosmicznych filmach jest właśnie Ziemia, nasz punkt odniesienia…

      

      

  

      

  

…Ale tym razem nie zadziałało niemal nic. I wielki ekran IMAX, i nawet efekt trójwymiarowości, którego nie dostrzegłem (!). Wypatrywałem „Grawitacji” (USA / Wielka Brytania’2013; reż. Alfonso Cuarón) od miesięcy, zwiastuny oglądałem z zachwyceniem, istnym drżeniem. Perfekcja zdjęć i dźwięku, zdumiewająco zaaranżowany spektakl, szczegół, głębia. Nic – sprawiony sobie z wyrzeczeniem prezent się nie udał. Film obiektywnie dobry, lecz przecież miał czarować. Znów to, co się tyczy innych, mnie omija. Zbytnio przyziemny, wyzbyty już fantazji jestem? – czy też od rzeczywistości i emocji, tego co ludzkie oraz ziemskie, oderwany...

  

Tagi: filmy
23:42, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 06 października 2013
1305. Life goes on...

   

Dni intensywne, wędrówki wczesnym rankiem, zdjęcia, wrażenia, chwile. W poniedziałek Pole Mokotowskie i Cmentarz Żołnierzy Radzieckich. We wtorek karykatury na Koziej i Teatr Telewizji – „Ksiądz Marek” (1997; reż. Krzysztof Nazar) według Słowackiego. Hipnotyzujący efekt, jaki wywiera ta przepiękna, pełna ekspresji polszczyzna, nieznany wcześniej apokaliptyczny tekst. Na tle wybitnej obsady (Krzysztof Globisz, Mariusz Bonaszewski, Igor Przegrodzki, Janusz Michałowski, Janusz Gajos, Jan Frycz, Mirosław Baka, Artur Żmijewski) błyszczy Daniel Olbrychski (Kosakowski), a wszystkich i tak przesłania Magdalena Cielecka – Żydówka Judyta (Mój Bóg nie wisiał na ćwieku, / Nie pił octu i piołunów, / Ale stał na wielkiej górze / Pośród dwunastu piorunów / W czarnej i ognistej chmurze / I rozbłyskał się na całe niebiosa: / Otóż ten Bóg teraz broni / Każdego mojego włosa). Środa to wycieczka pod sam Łowicz, w czwartek – zwyczajowo już – Wilanów. W telewizji „Ogłaszam was Chuckiem i Larrym” (USA’2007; reż. Dennis Dugan) – świat się kończy, jeśli komedia z Adamem Sandlerem to najlepszy „gejowski” film, jaki widziałem. W piątek Moczydło i sztuczna rzeka w Parku Szymańskiego, sobota w Łazienkach i Ogrodzie Botanicznym. Tęcza w fontannie – pan obok z lustrzanką musi przyznać, że u mnie wyszła lepiej (mam sporo braków, lecz zawsze wiem, gdzie stanąć). Kolejne wiewiórki, co – jak w Skaryszewskim – wciąż łapią się za serce. I Janusz Palikot skręcający od Sejmu w Park Ujazdowski. Dziś chwila załamania i zamknięcie się w domu, jutro zaś znów, od nowa…

  

piątek, 05 lipca 2013
1269. „Tylko Twoja dłoń... stały ląd”...

  

Oglądam „Debiutantów” (USA’2010; reż. Mike Mills). Chwyta mnie za gardło i wywołuje łkanie, ilekroć on z nią, on bez niej (Anna: Why do you leave everyone? Why did you let me go? Oliver: Maybe because I don’t really believe that it’s going to work and then I make sure that it doesn’t work…). Ból, jak co dnia zresztą. Strach, roztrzęsienie, furia, wokół wzburzone morze

Znów znaleźć się w Twoich ramionach, wypłakać się, ukoić. Poczuć, powąchać, dotknąć. Wspominam na okrągło, bo tak tylko mogę cokolwiek zaznać…

  

„Życie, autentyczne życie, jest ponoć walką, niesłabnącym działaniem i szukaniem samopotwierdzenia, nasza wola swoją tępą głową wali w mur tego świata, i takie tam dyrdymały, ale kiedy spojrzę wstecz, widzę, że zawsze zużywałem większość energii na proste poszukiwanie schronienia, wygody i, przyznaję, przytulnego miejsca. (…) Przez całe życie tak naprawdę chciałem tylko jednego: chciałem być ukryty, chroniony i strzeżony, chciałem zaszyć się w miejscu, które byłoby ciepłe jak łono, skulić się w nim, ukryć przed obojętnym spojrzeniem nieba i groźnymi knowaniami powietrza. To dlatego przeszłość jest dla mnie takim schronieniem, wędruję do niej ochoczo, zacieram dłonie i zostawiam za sobą zimną teraźniejszość i jeszcze zimniejszą przyszłość”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

  

sobota, 06 kwietnia 2013
1241. A planety szaleją, szaleją, szaleją...

  

„Melancholia” (Dania / Szwecja / Francja / Włochy / Niemcy’2011; reż. Lars von Trier). Oglądam późną nocą, walcząc z tak ogromną (zdarzającą się coraz częściej) sennością, że musi zaburzać to mój odbiór tego filmu. Powtórzony kilku(nasto)krotnie motyw z Wagnerowskiego „Tristana i Izoldy”, tak piękny i lubiany, zaczyna w końcu irytować. Kirsten Dunst pokazuje piersi, a że dla amerykańskich aktorek to nieczęste, dostaje nagrodę w Cannes. Bo też wybitnie festiwalowe jest to kino – w tym sensie, że podpisane przez kogo innego już by na festiwal nie trafiło. Przeraźliwie manieryczne – dokładnie tak, gdyby spełniła się moja fantazja o byciu kim innym, sam bym kręcił…

  

Tagi: filmy
23:58, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 20 marca 2013
1234. Gomorra polacca...

  

„Drogówka” (Polska’2013; reż. Wojciech Smarzowski) – nadzwyczaj zręcznie operujące techniką i montażem kino – połowa ujęć z kamer przemysłowych i filmików nagrywanych komórkami, co ma swoje znaczenie dla fabuły, a poprzez swoją wycinkowość przydaje niezwykłego wrażenia realizmu, „życiowości” i bliskości. Świetne aktorstwo, wiele zabawnych scen i trafnych, socjologicznych wręcz (mimo przerysowania) obserwacji o polskiej obyczajowości, jakkolwiek stopniowo z niemal skeczowego początku historia przeradza się w kafkowski koszmar z ponurą diagnozą w finale. „Smarzowszczyzna” zatem, jaką znamy i kochamy, jakiej się po tym reżyserze spodziewamy (por. 184, 709, 1067): lekceważenie prawa, morze wódy i obsesja seksu (brawurowa kreacja odmienionego fizycznie Arkadiusza Jakubika). Polska w sztok pijana, rozkradana i bezradna; kraj łapówek i przekrętów, niewybaczający, niebiorący jeńców. Gówno, w którym nieustannie się taplamy, oswojone piekło tuż za naszym progiem…

Bardzo podoba mi się wykorzystanie Warszawy jako natural(istycz)nej scenerii dla przedstawionych zdarzeń – bez pocztówkowo-kolorowych widoków z komedii romantycznych; wyłącznie nieeksponowane przez kamerę tło, w którym jednak mieszkaniec stolicy (ogromna w tym przyjemność) nieustannie odnajduje tak znane sobie miejsca. Warszawa rozkopana budową drugiej linii metra, brudna, szara; miasto zmęczone, dyszące spalinami; konkretne tu i teraz jak rzadko w polskim kinie…

   

środa, 13 marca 2013
1232. Quem di diligunt...

  

„Car” (Rosja’2009; reż. Paweł Łungin) i Bóg – film niczym komentarz do książki Uspieńskiego; nieuniknione porównania do drugiej części dylogii Eisensteina (wąż tłumu na śniegu, sprofilowany cień na ścianie jako dosłowne wręcz cytaty). A przy tym dzieło autorskie, świeże, barwne, wierne realiom i znakomicie rozegrane. Starcie osobowości, racji, postaw. Szaleństwo władzy, pokuta-rozpasanie. Naiwność-siła wiary. Uległość oraz opór... Ruś rozanielona, sama się oddająca w jarzmo; piekło na ziemi czynione ze strachu przed Sądem Ostatecznym. Samotność pomazańca, w finale nicość tyrana bez poddanych (Puszkinowskie „lud milczy”), którzy by gięli karki…

Gdy zaczynam oglądać, gdzie indziej objawia swe oblicze nowy papież. Tylko przez krótki czas stado się mogło obywać bez pasterza…

  

                „Ludzkość niekiedy ma to szczęście, że nikt jej nie zbawia”

                      [Pascal Quignard, Albucjusz. Przeł. T. Komendant].

  

czwartek, 24 stycznia 2013
1215. Gwiazdy milczące...

  

Dwie kobiece twarze zgasłe w dniach ostatnich; podobne i tak różne te odejścia. Jedna wydobyta z mroku anonimowości przed paroma laty, prywatność, co stała się publiczna; druga, już dekady temu w blasku sławy, wycofuje się stopniowo, w cień usuwa, popada w zapomnienie. Pierwszą poznajemy, gdy wiekowa, przeorana zmarszczką czasu i historii, obowiązkiem, rolą. Druga już na zawsze młoda, zjawiskowo piękna, biel wśród czerni, taśmą wygładzone lico. Matka ważnych Braci. Żona wybitnego Męża. Obca – bliska. Diabły – i Anioły. Samolot i „Pociąg”. Histerycznie rozgłośniony pogrzeb. Śmierć niezauważona, cicha. Spotykają się gdzieś teraz, przechodząc w inny wymiar, podają udręczone ręce, do siebie uśmiechają…

    

Jadwiga Kaczyńska (1926-2013)

Lucyna Winnicka (1928-2013)

  

sobota, 10 listopada 2012
1187. „Są w ojczyźnie rachunki krzywd”...

  

Korzystam z urodzinowej promocji w sieci Cinema City (a wraz ze mną wielkie tłumy – kupuję jedne z ostatnich biletów). Jak w lutym (por. 1067, 1069) idę na dwa polskie filmy po kolei, oba z Maciejem Stuhrem.

Artystycznie „Obława” (2012; reż. Marcin Krzyształowicz) jest o niebo lepsza, społecznie „Pokłosie” (2012; reż. Władysław Pasikowski) ma szansę okazać się ważniejsze. Pierwszy film prowadzony jest z maestrią (ładnie się splata ten czworokąt ludzkich losów, odwracających postaw i wymiarów zdrady), drugi – szyty nieco grubymi nićmi (zgrane do cna schematy thrillera, horroru i westernu, przerysowanie scen, typów z drugiego planu). U Krzyształowicza przykładowo niepokoi las; u Pasikowskiego próbuje się nas lasem straszyć; pierwszy paradoksalnie przykuwa uwagę powolnością, drugi chwilami drażni swoim nerwowym stylem…

Jednakże po „Do piachu” Tadeusza Różewicza i spektaklu Kazimierza Kutza według niego obraz partyzantki można dopełnić jedynie paroma niuansami – w tym sensie „Obława” niczego nie odkrywa, mierzy się co najwyżej z naszym zbyt laurkowo czarno-białym podejściem do historii. „Sąsiedzi”, „Strach” i „Złote żniwa” Jana Tomasza Grossa domagały się zaś wykrzyczenia wreszcie na ekranie tego, co długo nienazywane i ukryte – „Pokłosie” próbuje zatem w swej publicystyce historię uobecnić, łopatologicznymi środkami gatunkowego kina trafić pod strzechy, co kiedyś rozbłysły płomieniami. Nie jest to o dziadach ani ojcach – to my sami. Dopóki bowiem trwa zmowa milczenia, pogromy i ukrzyżowania dokonują się współcześnie, naszymi już rękami…

   

                    „Słuchaj, Jezu, słuchaj, Ryfka, Sie Juden,

                    za koronę cierniową, za te włosy rude,

                    za to, żeście nadzy, za to, żeśmy winni,

                    obojeście umrzeć powinni

                                   [Władysław Broniewski, Ballady i romanse].

  

środa, 07 listopada 2012
1186. Illusion never changed into something real...

  

Film „Wyśnione miłości” (Kanada’2010; reż. Xavier Dolan). Ładnie wyglądają, oryginalnie ubierają, chodzą na kolejne imprezy, kupują prezenty, w żadnej scenie nie muszą na to zarabiać i jeszcze co chwila pieprzą się z kimś nowym. Bardzo tam są, kurwa, nieszczęśliwi…

  

„(…) wobec ludzi, którzy nie zaznali prawdziwych trudów życia albo zaznali ich w niewielkim tylko stopniu, odczuwał coś w rodzaju zazdrości”

                    [Yukio Mishima, Zimny płomień. Przeł. H. Lipszyc].

  

niedziela, 04 listopada 2012
1185. Szkice z podróży na zachód...

  

Dwa pełne dni u rodziców – i dwa w podróży there and back. Nie chciałem, lecz wypadało – nie byłem wszak przed rokiem i na pogrzebie babci. Długie kolejki staczy na Centralnym w środę (choć można bilet szybciej, w Punkcie Obsługi Klienta Intercity – siedząc), a jednak pustki przedziałowe w czwartek – pociąg-widmo. Pan naprzeciwko, obgryzający tłuste kości z mięsa; ja z zapasami „Polityk” sprzed miesięcy – dwa typy w pierwszej klasie.

  

                 „[1952] Snobs i plebs. Pięć liter. I takie samo znaczenie”

                       [Sándor Márai, Dziennik. Przeł. T. Worowska].

 

Dorosły chłopak, ojca całusem witający w Piotrkowie Trybunalskim. Lekka szarówka, spowijająca wciąż niedoszlifowany klejnot – Wrocław Główny; opóźniam nieco dalszą jazdę, żeby się przyjrzeć zmianom tego, co tak znane. A po przyjeździe szybko obiad, błotne brnięcie na cmentarz, śliczny tam modny chłopiec, chłód i ciemność…

W domu, jak zwykle, coś nowego, odkąd pieniądze przestały być problemem. Szafa na wymiar w przedpokoju, gustowny czajnik, lustrzanka ojca – trzeci już raz dziedziczę jego poprzedni sprzęt (Nikon P500); trochę siedzimy razem – niech mama się nacieszy. Piątek, sobota – odpoczynek: tort i książka. Męczy noblista tegoroczny: pierwszy z wydanych dotąd w Polsce dwóch tytułów – bez wartości. Podobnie „Ogród Luizy” (Polska’2007; reż. Maciej Wojtyszko) jeszcze w świąteczny wieczór – dobre intencje, same klisze i zero reżyserii… Spacer na stację, prom przez Odrę, z kontuzji wyleczone kopie wersalskich figur. I łabędzie. Przygnębiający obraz ruder, bloków, kiepskich trzydziestu lat, straconych szans i lęków. Pamiętaj, skąd uciekłeś, od czego nie uwolnisz…

  

         Nigdy nie przychodźcie do miejsca, w którym niegdyś umieraliście”

             [Jurij Andruchowycz, Dwanaście kręgów. Przeł. K. Kotyńska].

 

Dzisiaj już tłumniej na kolei, więcej patrzenia w okno (trudno się skupić na lekturze – sąsiedzi od Lublińca ględzą). Kot w sadzie, bażant w polu i plafon z chmur na niebie. Na jakimś murze „Kocham Cię, Kuleczko” – też Ciebie w myślach tak nazywam. Bezbiletowe Romki (?) w Brzegu na Opolszczyźnie – przekleństwa, wyszarpywany z wagonu wózek z dzieckiem, plucie… W torbie zapas bigosu, więc kilka dni bez głodu. Jutro do pracy… Jestem.

  

poniedziałek, 27 sierpnia 2012
1159. Begins - Falls - Rises...

   

Sprawiam sobie w weekend odwlekany wciąż ostatnio prezent – trzecie (por. 1067, 1069), pewnie już ostatnie tego roku kino. Żeby zakosztować technologii IMAX, jadę aż na Powsińską (do Sadyba Best Mall, gdzie robiłem zakupy trzy lata temu, mieszkając wówczas trzy tygodnie przy Burgaskiej) – decyduję się jednak na wyprawę nieco późno, docieram więc w ostatniej chwili (trwają już reklamy) i w kasie szybko (a potem po omacku, potykając się na schodach w zaciemnionej sali) wybieram miejsce w ostatnim rzędzie, który nie w pełni zapewnia oszołomienie ogromem ekranu. Ale rzeczywiście: takiego jeszcze nie widziałem, podobnie jak równie wyraźnych napisów bez żadnej literówki. Lecz i tak najważniejszy był w tym wszystkim film, którego zwiastun oglądałem niemal każdego dnia już od tygodni…

  

Spośród wszystkich superbohaterów amerykańskiej popkultury tylko jeden od dzieciństwa budził moją fascynację – pewnie dlatego, że pozbawiony ponadludzkich mocy. Nigdy nie zetknąłem się z graficznymi opowieściami o nim, ale wciąż miło wspominam mroczne intro animowanej serii i dwa filmy Tima Burtona (na kolejne dwa, Joela Schumachera, spuszczam litościwie zasłonę przemilczenia). Podskórnie jednak oczekiwałem czegoś jeszcze, czując, że w tej historii zawiera się większy potencjał, choć nie umiałem go dokładnie nazwać. Chciałem chyba tragedii, nie komiksu. Dopiero trylogia Christophera Nolana („Batman – Początek” 2005; „Mroczny rycerz” 2008; „Mroczny rycerz powstaje” 2012) przyniosła spełnienie moich wyobrażeń o Batmanie. Na nowo odczytane wątki, urealnienie świata i pogłębienie psychologii postaci, aktualne dylematy naszych czasów, wydobycie Bruce’a Wayne’a spoza maski Człowieka-Nietoperza pozwoliły – przy całej spektakularnej widowiskowości tych trzech filmów – stworzyć coś więcej niż tylko błahe kino rozrywkowe. Nawet jeśli trzecia część nie ma już tego posmaku nowości, co „jedynka” i nie przebija mistrzowskiego epizodu środkowego, to przecież stanowi przyzwoite ukoronowanie i zamknięcie cyklu – przyjemnie było patrzeć, jak powracają w niej pewne zdania (Why do we fall?), a znane już sceny zyskują dopełnienie. Trudno mi nawet nie myśleć teraz o trylogii jak o jednej całości…

  

      

  

Ujmuje mnie jej swoisty patos: nieutulony ból przeszłości, anonimowe poświęcenie, maska przesłaniająca prawdziwe „ja” – a może wydobywająca je dopiero na powierzchnię (there is something out there in the darkness, something terrifying, something that will not stop until it gets revenge... Me), odkrywanie w sobie tego, z czym pragnęło walczyć (I see now what I have to become to stop men like him), strach, jaki trzeba w sobie przełamać, a potem na nowo wzbudzić, dosięgnięcie dna i „powstanie z martwych”, siła zbiorowej nadziei, nawet jeśli opiera się na kłamstwie (Sometimes the truth isn’t good enough, sometimes people deserve more. Sometimes people deserve to have their faith rewarded...) i powszechna potrzeba symbolu, w który można by wierzyć (if you make yourself more than just a man, if you devote yourself to an ideal, and if they can’t stop you, then you become something else entirely. A legend, Mr. Wayne). Cena, jaką się płaci za swoje wybory (You either die a hero or you live long enough to see yourself become the villain), droga, z której już nie da się zawrócić (Bruce, don’t make me your only hope for a normal life), utrata tych, których chciało ochronić i kochało. Jak to człowieka łamie. Samotność, na jaką samemu się skazuje…

 

– There’s nothing out there for me.
And that’s the problem. You hung up your cape and your cowl, but you didn’t move on, you never went to find a life, to find someone...

– Alfred... I did find someone.

– I know, and you lost her. But that’s all part of living, sir. But you’re not living. You’re just waiting, hoping for things to go bad again.

  
21:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 14 lutego 2012
1069. ...„et lux in tenebris lucet”...

  

Na „Różę” w ubiegłym tygodniu (por. 1067) szedłem z wielkimi oczekiwaniami, dziś z góry nastawiłem się nieco, powiedzmy, sceptycznie. Tymczasem „W ciemności” (Polska / Niemcy / Francja / Kanada’2011; reż. Agnieszka Holland) w mroku sali kinowej jaśniało czymś rzadko na ekranie spotykanym. Te latarenki w ciemnych kanałach (soczystość tej czerni), na zbliżeniach rzutujące światło w kierunku widowni – niezwykły efekt, jakby zatarcia granic, odwrócenia perspektywy. A w tym prawdziwi ludzie, ich emocje, słabości, realizm szczegółów świata wokół (może tylko zbyt łatwo rozpoznać w filmowym Lwowie warszawską ulicę Mostową), mieszające się języki (polski, ukraiński, jidisz, niemiecki, bałak), chciwość, brud, seks, nadzieja, rozpacz. Życie samo. I była miłość w getcie – nie przypadkiem obraz dedykowano Markowi Edelmanowi

Pokazać to wszystko, bez hołdów, laurek, uproszczeń, z dwuznacznościami moralnymi. Odkryć instynktowność w dojrzewaniu do bohaterstwa. Siłę przetrwania i pokłady dobra w piekle, które niektórzy chcieli widzieć jako karę boską. Jakbyśmy potrzebowali Boga, by karać się nawzajem…

  

czwartek, 09 lutego 2012
1067. „Ten podły czas, pora burz”...

  

Od kilku już miesięcy narastająca chęć wybrania się do kina. Czasem nawet proponowanie tego innym. Kolejne tytuły, co ciekawiły, które by się chciało: „Szpieg” (Wielka Brytania / Francja / Niemcy’2011; reż. Tomas Alfredson), „80 milionów” (Polska’2011; reż. Waldemar Krzystek), „Wymyk” (Polska’2011; reż. Greg Zglinski), „Daas” (Polska’2011; reż. Adrian Panek), „Mission: Impossible – Ghost Protocol” (USA’2011; reż. Brad Bird), „Code Blue” (Dania / Holandia’2011; reż. Urszula Antoniak), „Musimy porozmawiać o Kevinie” (Wielka Brytania / USA’2011; reż. Lynne Ramsay)… Wciąż jednak coś przeszkadza (zimno, ktoś nie chce, nie może, źle się czuję), godziny w najtańszych kinach nie pasują. Dopiero dziś, sam, wreszcie…

Na „Różę” (Polska’2011; reż. Wojciech Smarzowski) czekałem długo, jak tylko dowiedziałem się, że kręcą. A nowych filmów tego wadzącego się z polskością jak Wajda reżysera wypatruje się z niecierpliwością (por. 184, 709)… Tym razem spokojniej, przeźroczyściej, ciszej – bo też dopiero tak brutalniej, mocniej, głośniej. Może i nie do tego stopnia, nie tak płynnie i emocjonalnie, jak liczyłem (zobojętniałem? odczuwając historię jako sumę milionów tragedii pojedynczych jednostek nie jestem już w stanie zobaczyć niczego nowego, składającego się na jej obraz, czego bym nie znał, nie widział?) – a przecież pięknie. Brakowało w polskim kinie takiego realistycznego dopełnienia do westernowego „Prawa i pięści” (Polska’1964; reż. Jerzy Hoffman i Edward Skórzewski), zilustrowania zagospodarowywania Ziem Odzyskanych (Gdzie las spalony, wiatr zmęczony, noc i front. / Gdzie niezebrany plon, / Gdzie poczerniały głóg) poprzez gwałt, mord, przemoc, szaber, wypędzenia, poniżenie, zniszczenie. Całą tę wykarmioną na wojnie i rozrosłą się tuż po niej ohydę, na której wszystko zbudowano (I spójrz – ziemia ciężka od krwi, / Znowu urodzi nam zboża łan, złoty kurz)… A pośród tego ludzie, okaleczeni, odrzuceni, ciągnący na polski Dziki Zachód (Ze świata czterech stron, / Z jarzębinowych dróg) i miejscowi, usiłujący żyć dalej, żyć na nowo (Przyjmą kobiety nas pod swój dach / I spójrz – będą śmiać się przez łzy), niemający do stracenia już nic poza okruchami, tracący całość ich świata. Chwile wytchnienia od koszmaru, przerywane wybuchami zwierzęcego bestialstwa („wojna jako niekończąca się walka o kobiece ciało, wojna szukających zaspokojenia samców”, pisze Paweł T. Felis). Nadzieje i brak wszelkich złudzeń (Za dzień, za dwa, / Za noc, za trzy, / Choć nie dziś)…

  

środa, 11 stycznia 2012
1052. Images and imaginations...
  
„Senność” (Polska’2008; reż. Magdalena Piekorz) i „Tetro” (USA / Argentyna / Hiszpania / Włochy’2009; reż. Francis Ford Coppola) – szelest papieru w każdej scenie, w każdym dialogu. Sama wykoncypowana literackość – co w tym przypadku znaczy: zero kina / życia. Pretensje do bycia czymś. Napisy końcowe jak przebudzenie po męczącej nocy…
A właśnie – ocknąłem się po ósmej, już wiedząc, że tym razem nie usnę; nie byłem tak wymordowany, tak bezsilny jak dotychczas (a przecież położyłem się, jak zwykle, tuż przed trzecią) – niemal od razu mogłem wstać, być w formie. Czyżbym więc (zaraz pojawia się nadzieja) po tylu miesiącach nagle się wyleczył? Ot, tak – niczym Fiodor Michajłowicz z hazardu (że katar przeszedł, skoro minęło siedem dni, nie trzeba chyba pisać)? A skoro porównanie do obsesji – zakup kolejnych butów. Dziś przyjechały, trzewiczki ocieplane od Riekera – poprzednie zdzierałem bodaj pół dekady. Nie tyle pragnienie więc tym razem, co konieczność (ale w odkrytej tak niedawno, już ulubionej zajefajnej marce wyprzedaże, więc byłaby na czasie jakaś wygrana w Totka – jak dotąd tylko trójki: dwadzieścia cztery złote)…

W snach także wciąż bez żądz – jakieś fabuły sensacyjne, mocno filmowe nawet (rosyjscy szpiedzy w Turcji? pościgi, strzelaniny). Lecz mnie w nich nie ma raczej. A tej, z którą rozmawiam nim zapadnie ciemność – już na pewno…

 

                    „Oto, kochana, przymykam powieki,

                    słyszysz ich szelest – ku tobie znak,

                    słyszysz, podnoszę je ruchem tak lekkim…

                    …Ale czemu ciebie tu brak”

                              [Rainer Maria Rilke, Cisza. Przeł. J. Brzostowska].

  

niedziela, 08 stycznia 2012
1051. Zaopiekuj się mną...

  

Mrozów i śniegu ciągle nie ma, lecz wystarczyło raz zasiedzieć się wieczorem w jednej bluzce. I oto w moim magicznym domu coś złapałem, się przyplątało jakieś leciutkie przeziębienie. Może grzejniki miałem zakręcone, gdy je jesienią napełniano wodą – i teraz grzeją nie dość mocno, w mieszkaniu dziewiętnaście stopni lub poniżej. W efekcie w todze z koca przychodzi spędzać mi te dni ostatnie, kichając wciąż, smarkając; w lekturze nowy Houellebecq, oglądam „Wszystkich innych” (Niemcy’2009; reż. Maren Ade – gorzkie) i „Króla Lwa” (USA’1994 – klasyczny jeszcze Disney, tuż sprzed rewolucyjnych obrazów Pixara i DreamWorksu – które wolę). Jako lekarstwa jedynie Ibupromy, sok malinowy do herbaty i jabłuszka. Na szczęście bez gorączek, dreszczy, osłabienia – bez kogoś, kto zrobiłby rosołek i podał do łóżeczka. Mężczyzną chorującym trzeba się opiekować niczym bezbronnym dzieckiem, a ja świetnie się czuję w roli małego chłopca…

  

niedziela, 27 listopada 2011
1031. Pro-active...

 

W środę drugie spotkanie z Markiem i spacer na Kopiec Powstania Warszawskiego, skąd kapitalny widok na wieżowce w Centrum – tyle że, choć dzień pogodny nadzwyczajnie, mgła je przysłoniła. I tylko od południowej strony ponad opromienione białe kłęby wybijały pojedyncze drzewa, górne piętra bloków, energetyczne słupy. Onirycznie na swój sposób i bajkowo. Trzeba tu będzie powrócić…

  

      

  

W piątek odwiedzam XX Targi Książki Historycznej w Arkadach Kubickiego, ale tak sporo koniecznych zakupów w najbliższych tygodniach, że wyszedłem jedynie z „Vademecum Wilanowa”. Na deser jeszcze długo odkładany darmowy seans w ramach 5. Festiwalu Filmów Rosyjskich „Sputnik nad Polską” (wygrałem zaproszenie w internetowym konkursie) – po długich wahaniach wybrałem wreszcie „Suchodoły” (Rosja’2011; reż. Aleksandra Strielianaja) według Bunina, ale jego lepiej jednak czytać niż oglądać. A w sobotę widowisko na Chłodnej w ramach obchodów rocznicy wybuchu powstania listopadowego – pokazy musztry z udziałem młodzieżowej grupy rekonstrukcyjnej i fragmenty z Wyspiańskiego. Wieczorem były jeszcze walki na mieście i zdobywanie Arsenału, ale za zimno już dla mnie na takie zabawy o tej porze. Z debaty Rekonstrukcja miasta jako próba ocalenia pamięci / element tożsamości współczesnego miasta / mit w Domu Spotkań z Historią też musiałem zrezygnować… Dziś siedzenie w domu, przeglądanie zaległych czasopism – jeszcze sporo innych atrakcji się nadarzy…

  

piątek, 02 września 2011
991. Na powierzchni poematu i w środku...

  

„Złota Palma w Cannes za metafizyczny poemat »Drzewo życia« stanowi ukoronowanie niezwykłej twórczości Terrence’a Malicka, amerykańskiego poety i filozofa, jednego z najbardziej oryginalnych filmowców naszych czasów.

Malick jest autorem zaledwie pięciu filmów. Skromny dorobek, jak na dojrzały wiek artysty (68 lat), obrósł legendą i przysporzył mu sławy wizjonera, zajmującego się tematami, do których nie tylko Hollywood podchodzi na ogół bardzo ostrożnie. Wiara, przemijanie, sens życia, dialog z przeznaczeniem, a wszystko to przy pozorach konwencjonalnej, niemal sensacyjnej opowieści, snutej z niejasnej perspektywy, jakby ponadziemskiej, ustawiającej widza nie w samym sercu gorącej historii, tylko gdzieś z boku, obok niej.

  

      

  

O narodzinach nieprzeciętnego talentu zaczęto mówić blisko cztery dekady temu, kiedy nikomu nieznany Amerykanin z Teksasu, były dziennikarz »Life«, »New Yorkera«, »Newsweeka«, napisał, wyprodukował i wyreżyserował szokujący dramat »Badlands« – fatalistyczne studium bezmyślnie brutalnej odysei pary młodocianych morderców. Rzecz niby podobna do kultowego »Bonnie i Clyde«, a jednak bardzo się od niej różniąca, wystudzona, inaczej rozkładająca akcenty. Malick nie wyjaśnia przyczyn popełnianych zbrodni, nie wdaje się w społeczne analizy ani krytykę kultury masowej, nie lituje się ani nie sympatyzuje z przestępcami. Przygląda się im z oddalenia, w mikro- i makroskali jednocześnie. Czyniąc niedostępną, dziką przyrodę niemym świadkiem ich upadku. A jedynym odautorskim komentarzem – zwierzenia czytane z pamiętnika nastolatki.

»Drzewo życia« (…) ma zbliżoną konstrukcję, ale tak się ma do głośnego debiutu jak skromna aria do chóru operowego, wykonującego requiem przez niezliczony zespół śpiewaków. Rozmach przytłacza. Obraz zdumiewa polifoniczną, wielowątkową kompozycją. Tematyka wydaje się nie do ogarnięcia. Rozpad rodziny, trauma wyniesiona z dzieciństwa, przemiana ojca w tyrana, do tego ewolucja przyrody, stworzenie świata, kosmiczna podróż przez miliardy lat świetlnych, opowiadana na przemian głosami różnych postaci w epickim wymiarze. Intymna modlitwa zostaje zestawiona z widowiskowymi obrazami formowania się z pyłu kosmicznego gwiazd i planet, narodzin pierwszego żywego organizmu, dziwnego zachowania dinozaurów, okazujących współczucie, co wywołuje szok, bo czegoś podobnego w kinie od czasu »2001: Odysei kosmicznej« nie było.

Konfrontując ludzkie cierpienie (z powodu utraty dziecka) z teorią Wielkiego Wybuchu Malick nie jest szaleńcem, choć pozornie wygląda na to, że nie panuje nad strumieniem barwnych obrazów, ilustrujących tajemnicze procesy zachodzące we Wszechświecie. Na tym jednak polega jego innowacyjny, eseistyczny styl, rozwijany i doskonalony z filmu na film. Ma przekraczać ramy zwykłej, realistycznej narracji, wprowadzać widza w trans i nakierowywać go w stronę abstrakcyjnych rozważań. W »Drzewie życia« są to pytania o kwestie fundamentalne: co nas łączy ze zwierzętami, jaki jest cel ewolucji, w czym się przejawia duchowość człowieka, skąd pochodzi zło?

Czy warto traktować serio filmowca porywającego się z motyką na słońce, czyli wykorzystującego narzędzia sztuki popularnej do poruszania się po terenie zarezerwowanym dla kosmologów, filozofów, teologów, badaczy nauki? Czy łącząc ze sobą tak odległe i nieprzystające sfery, nie wykazuje się ignorancją, nie ośmiesza, nie wystawia na próbę cierpliwości widzów? Można mu to wszystko zarzucić, machnąć ręką, ale jeszcze lepiej spróbować to zrozumieć.

Malick nie udziela wywiadów, nie promuje swoich filmów, nie odbiera nagród. O jego życiu prywatnym prawie nic nie wiadomo. W Internecie trudno nawet znaleźć aktualne zdjęcie reżysera, różniące się od kilku stale dostępnych, powielanych przy każdej okazji. Woli pozostawać w cieniu, co w czasach masowego dobijania się do sławy wydaje się niezrozumiałe, wręcz anachroniczne. Rodzi nawet podejrzenia, że kryje się za tym przemyślna strategia rozbudzania ciekawości poprzez celowe unikanie rozgłosu.

(…) Z sobie wiadomych przyczyn reżyser chce (…), by przemawiały za niego tylko dzieła. Podobnie jak ukrywający się przed mediami wielcy pisarze: Thomas Pynchon czy J.D. Salinger.

(…) Całkowicie obojętny na konwencje, tworzy kino wyraziście autorskie. Pracując w amerykańskim show-biznesie od 38 lat, odstaje od stylu i obyczajów panujących w Hollywood. Nigdy nie nakręcił typowego filmu komercyjnego, mimo że zatrudnia duże nazwiska i korzysta z wielkich budżetów. Na pierwszy rzut oka uderza dopracowana w najdrobniejszych szczegółach strona wizualna. Zamiast snuć atrakcyjną, szybką akcję, stara się wydobywać nastrój, kontemplować piękno, zwłaszcza dzikiej, obojętnej przyrody. Natura jest zawsze niemym świadkiem dramatycznych wydarzeń, o których opowiada. Jej potężna, mroczna siła kontrastuje lub dopełnia okrucieństwo działań człowieka, tworząc ramy, w jakich się porusza.

W obrazach bajecznych pejzaży, sunących obłoków, rozświetlanych przez słoneczne promienie, zieleni traw falujących na wietrze, dinozaurów i planet zawsze chodzi o uchwycenie magicznego momentu, w którym widz odniósłby wrażenie, że ogląda je pierwszy raz w życiu w stanie absolutnego zachwycenia. Jeszcze przed nazwaniem rzeczy po imieniu. Jest w tym próba dotknięcia jakiejś pierwotnej niewinności człowieka, dotarcia do źródeł ludzkiego poznania, obcowania z wielką tajemnicą.

Malick burzy linearną narrację, zmienia punkty widzenia, wprowadza wielu narratorów. Dodaje spowalniające fabułę natchnione komentarze, wygłaszane spoza kadru przez różne osoby (nawet jeśli mają za chwilę umrzeć), mówione jakby ex post, z perspektywy czasu dokonanego, odwołujące się do sumienia i prawdziwych intencji, które najczęściej będą się rozmijały z rzeczywistym przebiegiem sytuacji. (…) Słowa wygłaszane są szeptem, żarliwie, z głębi duszy, która doskonale wie, jak nie popełniać błędów, które muszą być popełnione.

W połączeniu z ekstatycznym pięknem obrazów buduje to w filmach Malicka wrażenie intymności jak na spowiedzi, a jednocześnie niezwykły dystans. Nie sposób zidentyfikować się emocjonalnie z bohaterami ani dokonać jednoznacznej oceny ich zachowań. Zwłaszcza gdy co innego się słyszy, a co innego widzi. To rodzi niepokój niemający nic wspólnego z ironią ani moralną wyższością. Zmusza do stawiania pytań tym bardziej zdumiewających, że wciąż mamy do czynienia z ambitnym kinem rozrywkowym: o różnicę pomiędzy wrażliwością, językiem a światem, o sens cierpienia i przemijania, o nieprzewidywalność i nieciągłość ludzkich zachowań, o korzenie samotności.

Jego filmy przypominają bardziej buddyjskie przypowieści niż zwyczajowe moralitety. Sprawiają wrażenie, jakby zostały wyrwane z objęć czasu. Ludzkie istnienie staje się w nich widoczne w perspektywie dłuższej niż odrębny, przelotny byt jednostkowy czy nawet fragment losu jednego pokolenia. Jawi się jako ogniwo łańcucha niekończącego się procesu odradzania form życia na Ziemi i w kosmosie. Zostaje wzięte pod lupę, zobaczone z zewnątrz, jakby zawieszone w wieczności. Dzieje się tak, nawet jeśli przedmiotem opowieści są historyczne wydarzenia. Takie jak operacja sił amerykańskich na wyspie Guadalcanal na Pacyfiku podczas II wojny światowej (»Cienka czerwona linia«), rozpoczynająca się w filmie ujęciem krokodyla wpatrzonego w dżunglę, kończąca zaś widokiem kiełkującego nasiona w lagunie. Czy słynny XVII-wieczny romans kapitana Johna Smitha z Pocahontas, który stał się mitem założycielskim współczesnej Ameryki (»Podróż do Nowej Ziemi«), gdzie wchłonięcie starej cywilizacji przez kolonizatorów ukazane jest w taki sposób, jakbyśmy nie należeli do żadnej.

Bohaterowie Malicka umierają młodo. Stwarzają wrażenie, jakby byli powiązani ze sobą etycznym rdzeniem, jakby posiadali wspólną duszę, której każdy jest tylko cząstką. Tym, co ich spina, jest wyczulenie na własne dobro, pragnienie szczęścia, marzenie o znalezieniu się w ogrodzie Eden, gdzie panuje odwieczna harmonia. Wbrew pozorom dotyczy to również seryjnych zabójców z »Badlands« i namiętnej pary kochanków, popełniającej zbrodnię w »Niebiańskich dniach«. Dla nich to marzenie spełnia się poprzez zabijanie, bo każdą przeszkodę na drodze do upragnionego celu usuwają naciskając spust rewolweru.

Z racji rozległego spojrzenia, starającego się oddać złożoność i komplikację wielu postaw naraz, filmy te nazywane są poetyckimi symfoniami, a sam Malick mistykiem, panteistą, poszukiwaczem transcendencji. I nie ma w tym przesady.

(…) Malick studiował filozofię na Uniwersytecie Harvarda i w Magdalen College w Oxfordzie. (…) Przygotowywał pracę doktorską z Heideggera, której nie skończył, bo nie zdołał się porozumieć z promotorem co do jej zawartości. Przetłumaczył na angielski esej »Vom Wesen des Grundes«. Gruntownej znajomości ontologii niemieckiego filozofa zawdzięcza to, że jego filmy zawierają niezbędną dawkę sceptycyzmu. Podważają powszechne mniemanie, że materia jest poznawalna i wygląda tak, jak ją odbieramy zmysłami. U Malicka doświadczenie zmysłowe jest tylko częścią szerszego doświadczenia, którego nie sposób nazwać, rozpoznać ani w ogóle dostrzec. Wyczuwamy jego obecność (poprzez piękno), ale dostęp do niego jest zamknięty. Prześwit prawdziwej rzeczywistości możliwy jest tylko dzięki etyce. Przebudzeniu sumienia.

  

      

  

We wszystkich filmach, ale najbardziej dobitnie w »Drzewie życia«, mówi o śmierci i Bogu. Tak naprawdę tylko te dwie rzeczy go interesują. Śmierć jako brama i przejście do następnego etapu ekspansji nieskończonego Wszechświata, którego kierunku nie można zrozumieć ani przewidzieć. Bóg – jako tęsknota do raju, do ekstazy przynoszącej radość i spokój. Oraz jako niemy świadek ludzkich zmagań z bólem i cierpieniem, tożsamy lub nie z przyrodą. Malick nie pyta, czy Bóg istnieje. Ani czym (kim) jest. Dla niego sam fakt ewolucji jest dowodem obecności sił potężniejszych od człowieka, które władają nie tylko nami, ale całą energią rozrzuconą w przestrzeni międzygwiezdnej. Spiralna galaktyka, przybierająca kształt kosmicznego oka, pojawiająca się na początku i na końcu filmu, stanowi tego poetycką ilustrację”

           [Janusz Wróblewski, Wielki Malick, „POLITYKA” 2011, nr 24].

  

środa, 31 sierpnia 2011
990. A Space Odyssey: 2011...

  

Z półtorej godziny chyba przebierałem się przed wyjściem, w efekcie zaś ledwie zdążyłem dojechać do Centrum i dobiec do kina Luna na czas. A w planach były jeszcze zdjęcia wzdłuż Marszałkowskiej, obiad gdzieś w okolicach Placu Zbawiciela, szukanie jakichś wąskich spodni do moich (dwóch już!) par wysokich butów – zbyt letnio ubrany jednakże wrócić musiałem zmarznięty do domu zaraz po seansie „Drzewa życia” (USA’2011; reż. Terrence Malick)…

Po czterech arcydziełach reżyserowi zaczął zgrzytać nieco ów płynny styl, który dotychczas był jego największą siłą, a dla mnie (zwłaszcza w „Cienkiej czerwonej linii”, „Podróży do Nowej Ziemi” – por. 583) kwintesencją kina. Zabrakło czegoś z dotychczasowej szczerości, emocji, muzyczności, strumieni świadomości bohaterów, doskonałości narracji i montażu. A jednak mnóstwo przecież przejmujących kadrów z życia rodziny, spojrzeń, gestów, pytań – i nigdy „Lacrimosa” Zbigniewa Preisnera nie brzmiała równie mocno jak przy sekwencji stwarzania świata

Gdyby zamierzyć mniej, może by dało się osiągnąć jeszcze więcej?...

  

      

  

„Kręcone w wielkiej tajemnicy przez trzy lata dzieło Malicka to zuchwały eksperyment, niemający odpowiednika w amerykańskim ani światowym kinie. Opowieść o rodzinnej tragedii (utracie dziecka) została przez reżysera potraktowana jako punkt wyjścia do głębinowych rozważań o istocie naszych relacji z Bogiem, kierunku ewolucji Wszechświata, zawartości mitologicznej pamięci i o tym, co po nas, jako gatunku, zostanie. Już sama skala i rozmach tematyczny filmu, nie mówiąc o patosie stawianych pytań, budzą wątpliwości. No bo jak traktować serio reżysera, który podejmuje się zebrać i streścić w skromnych dwóch i pół godzinach projekcji odwieczną mądrość filozofów?

A jednak, co by nie mówić, Malick wychodzi zwycięsko z tej próby. W karkołomny intelektualnie sposób, za to imponująco wizualnie – udaje mu się skonfrontować ogień z wodą. Łączy żarliwość religijnego spojrzenia z darwinizmem. Ludzkie cierpienie z teorią Wielkiego Wybuchu. Zwątpienie z cudem rajskiego dzieciństwa. Okrucieństwo natury z jej niewysłowionym pięknem. Bezgraniczną miłość matki z buntem i pierworodnym grzechem. Montowany jak esej, w formie swobodnego strumienia świadomości film pomija zupełnie realistyczne kwestie psychologiczne, przechodząc z marszu w sferę symboliczną i do stawiania pytań metafizycznych.

Rozpoczyna się od przypomnienia cytatu. Bóg pyta wiernego i sprawiedliwego Hioba: »Gdzie byłeś, kiedy ja ustanawiałem prawo na Ziemi? Odpowiedz, jeśli chcesz zrozumieć«. Echem tych słów jest żal matki, która tracąc w niewyjaśnionych okolicznościach swego kilkuletniego syna pyta Boga: dlaczego? Gdzie byłeś? Czy wiedziałeś? Ilustracją jej lamentu są olśniewająco piękne widoki wybuchów na Słońcu, wulkanicznego dymu, podziału komórkowego, czarnych dziur i majaczących na odległym horyzoncie galaktyk. Obrazy układają się w długi, prawie półgodzinny medytacyjny ciąg robiący równie szokujące wrażenie co słynna, finałowa sekwencja »2001: Odysei Kosmicznej«.

Kubrick strącał osobowego Boga z piedestału, zastępując go kosmicznym, czarnym monolitem. Agresji i ciągle udoskonalanej sztuce zabijania przypisywał kluczową rolę w procesie ewolucji. Malick, panteista, świadomie i bardzo przewrotnie nawiązujący do filmu Kubricka – odwrotnie. Zachowuje postawę Hioba: wierzy w miłosiernego Boga, mimo lawiny nieszczęść, spadającej na głowy jego bohaterów. »Szukam cię, Boże« – to zdanie często powraca w »The Tree of Life«. Kołem napędowym ewolucji, przyspieszającym narodziny homo sapiens jest u niego moment zaistnienia bezinteresownego dobra w przyrodzie. Dlatego pojawiają się w filmie drapieżne dinozaury, które zamiast dopaść bezbronną ofiarę, nie atakują jej tylko się wycofują.

Brad Pitt gra ojca rodziny, wychowującego z żoną trzech synów na prowincji (w latach 50. XX wieku). Ma tam wspaniały dom i ogród. Jest czuły, wyrozumiały, troskliwy z drugiej strony – surowy, bezwzględny, domagający się posłuszeństwa i nieznoszący sprzeciwu. Przypomina starotestamentowego Jahwe. Wyznaczając niewidoczną granicę na trawniku stwarza i niszczy rajską idyllę dzieciństwa chłopców. Pasuje do tej roli, wierzy mu się w każdym geście. Seana Penna jest zdecydowanie mniej. Pojawia się na ekranie zaledwie w kilku krótkich scenach. Gra jednego z synów już w wieku dorosłym, który jak duch tropi wspomnienia, odwiedza zapamiętane miejsca i spotyka rodziców w marszu śmierci ku nieznanej przyszłości”

          [Janusz Wróblewski, relacja z Cannes dla Polityka.pl, 17 V 2011].

  

piątek, 01 lipca 2011
962. Szklana pogoda (II)...

  

Jutro mają przyjechać (i wreszcie dowieźć mi książki) rodzice – o ile nie odstraszy ich fala deszczu i ochłodzenia, która raczej nie pozwoli należycie zaprezentować im w weekend niewątpliwych uroków stolicy. Skończy się jeszcze na siedzeniu w moim mieszkaniu – tak jak dziś transmisja telewizyjna zastępuje mi bezpośrednią obecność na koncercie na Placu Defilad, inaugurującym polską prezydencję w Radzie UE (wciąż trzyma mnie lekki katar, jakiego nabawiłem się w pociągowych przeciągach w ubiegłą sobotę)…

We wtorek opalałem się na górce w Parku księcia Janusza, planowałem to również na środę i czwartek, ale chmury zepsuły mi plany i humor. Dni i wieczory przed ekranem zatem – „Paragraf 46” (Wielka Brytania’2003; reż. Michael Winterbottom); „2012” (USA / Kanada’2009; reż. Roland Emmerich); „Sherlock Holmes” (Wielka Brytania / USA / Niemcy’2009; reż. Guy Ritchie); „Agora” (Hiszpania’2009; reż. Alejandro Amenábar); „Parnassus” (Wielka Brytania / Kanada / Francja’2009; reż. Terry Gilliam); „Alicja w Krainie Czarów” (USA’2010; reż. Tim Burton). Widowiskowe to wszystko, kolorowe, odświeżające (Holmes) lub mordujące tradycję (Alicja), zawierające w sobie coś (Winterbottom) lub za fasadą puste (Gilliam), ale bez większych uniesień… Tydzień przemieszkiwania bardziej, codzienności niż przygód i odkryć. Do zapamiętania, że i takie będą…

  

sobota, 04 czerwca 2011
951. „Avant le grand silence” (M. Maeterlinck, 1934)...

  

Nie-czytanie od miesięcy, nie-bywanie nigdzie, ogólne nie-dzianie. Zapominanie o koniecznym-do-upamiętnienia, pomijanie ważnego, rozmyślanie nicości. Przysypianie przed końcem nocnych dokumentów („Śmierć człowieka pracy”, Austria / Niemcy’2006; reż. Michael Glawogger), wrażenia nieodnotowane z transmisji spektakli, obrazów rodzin spajanych wzajemną nienawiścią – „Utwór o matce i ojczyźnie” ze Współczesnego w Szczecinie (reż. Marcin Liber według Bożeny Keff), „Zmierzch bogów” z gdańskiego Teatru Wybrzeże (reż. Grzegorz Wiśniewski na podstawie filmu Luchino Viscontiego)…

Domowe wściekłości, uczucia do tych z zewnątrz stygnące przez odległość. Przygotowania pełne dylematów, szczęśliwe marnotrawstwo czasu. Wciąż z ludźmi, lecz największe radości sam dla siebie. Jaskółki za oknami, truskawki, gołe nogi. Niewypowiedziane, nie-do-opisania. Nie odzywać się już, nikomu ani słowa. Uwertura do tego, co nastąpi…

  

                    „Naszej nicości najgłębszą gramatykę

                    Język bliski zaniku najdoskonalej chroni”

                                        [Tony Harrison, Arka. Przeł. B. Zadura].

  

1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi