~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: filmy

wtorek, 17 maja 2011
945. Contemptus mundi...

  

Oglądam nagrodzony ubiegłoroczną Złotą Palmą w Cannes film „Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia” (Tajlandia’2010; reż. Apichatpong Weerasethakul). Świat duchów i baśni, przenikających się rzeczywistości, świat prawdziwych wspomnień i przeżyć – odchodzący w przeszłość, umierający, zastępowany przez bezduszną fikcję telewizyjnego ekranu, bierne wchłanianie spreparowanych wrażeń, zapominanie tego, co najważniejsze. Kino jako pamięć

Wędrówka przez dżunglę – praeparatio ad mortem, powrót do źródła (jaskini pierwotnego wcielenia), transgresja – kojarzy mi się z podobną sceną w widzianym niedługo przedtem „Lesie w żałobie” (Japonia/Francja’2007; reż. Naomi Kawase): śmierć starca i uśmiech dziewczyny, wyzwolenie i porozumienie dwojga tak sobie obcych, a podobnie uwięzionych w skorupie własnych, tonących w bólu światów…

A na dodatek wczoraj jeszcze „Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna” (Korea Południowa’2003; reż. Kim Ki-duk). Surowa lekcja przeżywania, znaczona błędami droga od egoizmu do altruizmu, kołowrót ludzkiej niedoskonałości, przemijanie i wiecznotrwałość natury. Do kontemplowania, smakowania, podziwiania… Istota wszystkiego w pojedynczych, harmonijnych chwilach…

  

„Żyć nie jest szczęściem. Żyć: nieść przez świat swoje bolesne ja.

Ale być, być jest szczęściem. Być: przemienić się w fontannę, w kamienne naczynie, w które wszechświat spływa jak ciepły deszcz”

                   [Milan Kundera, Nieśmiertelność. Przeł. M. Bieńczyk].

  

czwartek, 05 maja 2011
940. Modern Talking...

  

Na „Salę samobójców” (Polska’2011; reż. Jan Komasa) trafiamy do kina Ars. Sala „Salon”, bilety w trzecim rzędzie, który okazuje się… ostatnim (w sumie 20 miejsc). Seans czterokrotnie przerywa zacięcie się na kilka minut projektora. Nikt z obsługi nie pojawia się choćby ze słowem wyjaśnienia, chichoczemy zatem sobie, rozbawieni absurdem sytuacji, snując domysły, jak też wyglądać może sala „Aneks” (wnęka na szafę? Dopiero później okazuje się, że jednak nasza była tą najmniejszą). Przy wyjściu zgłaszamy swe pretensje i obiecują nam darmowe wejście na dowolny obraz dnia następnego. Ale nazajutrz już się nie zjawiamy…

Sam zaś obejrzany film… W pewnych wymiarach nowatorski, bardzo współczesny, poruszający niepodejmowane jeszcze u nas dotąd wątki. Ale zbyt dużo tego, zbyt pobieżnie, naciąganie. Wystarczyłoby prościej, mniej przerysowań, ozdobników, bez tego „latania awatarów”, milionerów – dramat z podwórka byłby bardziej przejmujący, bliższy widza. I jeszcze te utarte rozwiązania, gotowe klisze… Świeży głos polskiego kina oparty na schematach…

A jednak wartościowe jakoś to, zapadające w pamięć. Bo przecież – na kilku aż poziomach – to bardzo moja jest historia…

  

środa, 30 marca 2011
924. Gomorra italiana...

  

„Boski” (Włochy’2008; reż. Paolo Sorrentino) – to się nazywa autorskie podejście do tematu. Ściskająca za gardło satyra na Giulia Andreottiego. Koncertowo zrealizowane. Genialnie zagrane. Boskie!...

 

Ci Włosi. Mają najpiękniejsze krajobrazy i kolory nieba, ze dwie trzecie światowych skarbów sztuki, świetną kuchnię, zachwycający design, od razu rodzą się śpiewakami i instynktownie gustownie ubierają – a jednak ich telewizja to cyrk, zaś polityka to kryminał w burdelu. Niczym łajno nawożące bujne kwiaty, bez którego nie mogłyby zaistnieć…

Podobnie mówił Orson Welles jako Harry Lime w „Trzecim człowieku” (Wielka Brytania’1949; reż. Carol Reed) o czasach Borgiów. Sześćdziesiąt (i sześćset) lat później, a nic się nie zmienia. Mają to widać we krwi, a dziedzictwo kultywować potrafią…

  

Tagi: filmy
20:43, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 26 marca 2011
922. Stop-klatki...

  

„Mroczny rycerz” (USA / Wielka Brytania’2008; reż. Christopher Nolan), czyli realistyczny Batman 2. Popkultura najwyższych lotów…

  

W ostatnich miesiącach „Pogwarki” (1972) i „Kalina czerwona” (1975) Wasilija Szukszyna; „Pokój przychodzącemu na świat” (1961) Władimira Naumowa; po raz drugi już „Czterdziesty pierwszy” (1956) i „Był sobie dziad i baba” (1965) Grigorija Czuchraja; „Dworzec białoruski” (1970) Andrieja Smirnowa; „Trzeba przejść i przez ogień” (1967) i „Temat” (1979) Gleba Panfiłowa; absolutnie mistrzowski „Dworzec dla dwojga” (1982) i „Zapomniana melodia na flet” (1988) Eldara Riazanowa…

W każdym, choćby i nieudanym radzieckim filmie drga podskórnie jakiś poruszający ludzki dramat lub ujawnia się subtelnie żywiołowy komizm; zawsze jest co najmniej jedna scena, wymiana zdań, spojrzenie, gest, ujęcie kamery czy postać w tle, w których zawiera się więcej życia i naturalności, a przy tym jest więcej artyzmu niż w najdoskonalszych produkcjach z Zachodu. W najbardziej nawet zakłamanych propagandówkach lśni zawsze ten okruch prawdy…

  

Elizabeth Taylor (1932-2011). Pierwsza aktorka, która zrobiła na mnie wrażenie. Fiołki jej oczu zwiędły przed trzema dniami ostatecznie…

  

21:04, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 08 marca 2011
914. Multi-Culti...

  

Wbrew początkowym śniegowo-deszczowym prognozom, trzeci już (por. 762, 763, 843, 844) pobyt tam okazał się bardzo słoneczny – zresztą, z A. pogoda zawsze dopisuje. Multimedialne Podziemia Rynku (Kraków średniowieczny) i Fabryka „Emalia” Oskara Schindlera (Kraków czasu okupacji 1939-1945) zachwycają – technologicznym zaawansowaniem, zmyślnością aranżacji, gigantyczną wprost masą informacji. Nic lepszego w życiu nie widziałem – Muzeum Powstania Warszawskiego to przy nich przestarzały skansen. A poza tym wspólne spacery, posiłki, oglądanie w sklepach torby dla mnie i nieudanych „Biesów” (Francja’1988; reż. Andrzej Wajda) w telewizji (Lambert Wilson mógłby w tej charakteryzacji grać z powodzeniem Oniegina, ale Stawrogin z niego raczej kiepski), śmiechy, wygłupy, przytulania… To naprawdę nie w porządku, że rzeczywistość zmusza do tak szybkiego powrotu…

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

czwartek, 03 marca 2011
912. Im-perfect...

  

Po długich latach mojego nań wyczekiwania, obejrzany nareszcie „Barry Lyndon” (Wielka Brytania’1975; reż. Stanley Kubrick) nieco rozczarował. Przygotowywałem się na zachwyt arcydziełem, perfekcji niestety zabrakło. Ale i tak uwodzą pewne sceny, kapelusze i twarz Marisy Berenson, zdjęcia we wnętrzach, rozjaśnionych jedynie światłem świec, nadające całości tę specyficzną, mglistą miękkość, niczym na obrazach Hogartha, Reynoldsa czy Gainsborough, którego „Poranny spacer” należy do moich dzieł ulubionych. Szczególnie jednak z filmu zapadło w pamięć – poza znaną mi już „Sarabandą” Haendla – „Andante con moto” z Schubertowskiego Tria Es-dur op. 100. Kilkakrotnie melodia jak gdyby przystaje, gubi się, w ośmiu nutach próbuje złapać rytm, zanim wróci na utarte tory i wszystko znów zacznie od nowa. Właśnie w owym precyzyjnie zaplanowanym „wahaniu” wyraża się prawdziwa doskonałość…

  

Tagi: filmy
20:50, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 lutego 2011
910. Apart Together...

  

W „A jeśli to miłość?” (ZSRR’1961; reż. Julij Rajzman) szkolna i środowiskowa nagonka na zakochaną parę (czy może: tejże pary wobec drwin i kontroli nie tak znów wrogiego otoczenia uległość) niszczą świeżość rozkwitłego uczucia. W „Razem czy osobno” (Chiny’2010; reż. Quanan Wang) dawni kochankowie spotykają się po kilkudziesięciu latach wymuszonej przez Historię rozłąki i przez moment Ona jest nawet gotowa opuścić dla Niego swoją rodzinę, w czym zresztą Mąż nie widzi jakiegoś większego problemu. Dwie dość abstrakcyjne sytuacje, lecz to w staruszkach więcej życia, prawdy, uczucia…

  

My z A. też trochę tak – bez siebie i dla siebie. Czym mogłoby to być, gdybym coś więcej, mocniej, bardziej? Nie można mieć lepszego przyjaciela i mało komu zdarza się podobne szczęście. A jednak wciąż nie mogę wyzbyć się wrażenia, że coś wycieka, mija coś bezpowrotnie, jakaś ogromna szansa. Ciepło i spokój, tak mało mi przecież wystarcza...

  

„(…) nie myśl, że jestem na Ciebie wściekła. Po prostu smutno mi i samotnie. Byłeś dla mnie taki życzliwy, a ja chyba nie mogę nic dla Ciebie zrobić. Zawsze jesteś zamknięty w swoim własnym świecie i choć pukam i wołam: »Hej, Watanabe!«, podnosisz tylko na chwilę wzrok i od razu znowu się zamykasz”

                               [Haruki Murakami, Norwegian Wood.

                           Przeł. D. Marczewska i A. Zielińska-Elliott].

  

piątek, 04 lutego 2011
902. Pod czułą kontrolą...

  

Obejrzeć obsesyjną „Matkę” (Korea Południowa’2009; reż. Joon-ho Bong), przedtem zaś wrócić do domu i odkryć, że wszystkie Twoje ubrania, a zwłaszcza bielizna, zostały jej rękoma na nowo poskładane w kosteczkę i równiutko ułożone w szafkach… Zrozumieć w jednej chwili, co znaczy powiedzenie o zagłaskiwaniu kota na śmierć…

  

Zrobić Ci herbatę?... Wyprasować koszulę?... Nie smakuje Ci? Zjesz, jest dobre... Ojciec Cię podwiezie... Wstawaj już... Zgaś już światło... Co tam piszesz?... Masz jakieś plany, znów chcesz nas czymś zaskoczyć?...

  

„Po trudach dnia córka wrzeszczy na matkę, żeby ta wreszcie pozwoliła jej prowadzić własne życie. Już choćby ze względu na wiek powinna mieć do tego prawo, drze się córka. Matka każdego dnia odpowiada, że matka wie lepiej niż dziecko, bo nigdy nie przestaje być matką”

                        [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

poniedziałek, 17 stycznia 2011
894. Déjà vu...

  

Wokół mnie wciąż sytuacje, dialogi, obrazy, które musiałem już widzieć i słyszeć, przysiąc bym mógł, że całkiem niedawno się śniły. Wszystko więc, co przeżywane na jawie, jest niby kopia – a przecież powtarzam bez wprawy…

   

Przeglądam ponownie krótkie opowiadanie Sándora Máraia „Wytłumaczenie” o ostatnich godzinach Dantona (jakiś fragment powrócił w pamięci, sprawdzić go na szybko zatem chciałem), a kilka dni później natrafiam na telewizyjną rejestrację spektaklu „Sprawa Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej w reżyserii Jana Klaty ze Sceny na Świebodzkim we Wrocławiu. Ta popkulturowość, slapstick, groteska – nawet przemawiają; chciałbym znów zasiąść (często tak móc!) na widowni…

Kiedy indziej zaś, dość przypadkowo, film „Anthony Zimmer” (Francja’2005; reż. Jérôme Salle) z Zośką (Marceau) i Olbrychskim. Kilka minut po obejrzeniu czytam o premierze „Turysty” (USA/Włochy/Francja’2009; reż. Florian Henckel von Donnersmarck) i z opisu fabuły od razu się domyślam, że to remake pierwszego. Mama się trochę kocha w Johnny’m Deppie (ja także bardzo lubię, choć nie erotycznie) i chciałaby to zobaczyć. Wolałbym jednak, żeby poszła na „Zabiłem moją matkę” (Kanada’2009; reż. Xavier Dolan). Mnie pewnie też by się przydało. Czy obydwoje zobaczylibyśmy na ekranie siebie? Czy o nas film bardziej dramatem byłby czy żałosną farsą?...

  

piątek, 07 stycznia 2011
889. Les Liaisons dangereuses...

  

Powoli wracam do czytania – ubiegły rok był w tej materii wprost rekordowo skąpy. A przecież nie wolno mi marnować najmniejszej okazji, jeśli w perspektywie już kilku miesięcy chciałbym (? – muszę!) opuścić „dom mój: cztery ściany wiersza”. Jak drobny procent z tego półtora tysiąca tytułów ugryzłem? – nie zdążę za nic. I co się z nimi później stanie?... Jak ja się odnajdę bez sycenia oczu przemyślnie ustawionymi grzbietami i piętrami półek, bez szorstkiej pieszczoty obwolut, lakierowanych okładek, białych stronic. Czyż w istocie nie miałem więcej niż wszyscy kochanków? I czy nie były to przypadkiem zbyt niebezpieczne związki?…

Od niechcenia na razie opowiadania Maraia, Nabokova, Mishimy, z niezaspokojoną nadzieją „Norwegian Wood” Murakamiego. No i filmy. Zwłaszcza „Pod dobrą gwiazdą” (Saturno contro, 2007; reż. Ferzan Ozpetek) zostawia dobre wrażenie. Ładnie się toczy i zwalnia ta historia (i ładnie Krzysztof Świrek w recenzji w „Kinie” 2008, nr 6 pisze, że nie chodzi tu już o tolerancję wobec homoseksualnej odmienności, ale o współodczuwanie, wyjście poza etykietkę „inności”). Coraz bardziej hipnotyczna także w miarę seansu „Samarytanka” (2004) Kim Ki-duka. W zakończeniu dopatruję się trawestacji ofiary Abrahama. Za to „Maria Antonina” (2006; reż. Sofia Coppola) zawodzi na całej linii – bez pomysłu, bez jakiejkolwiek emocji. Byłem święcie przekonany, że finał uratuje cały obraz (tak jak Los w ostatnim roku życia pomógł się zrehabilitować bohaterce) i, zaskoczony, nie mogłem uwierzyć w koniec przed najważniejszym. Cała para w gwizdek zatem: w koafiury, pantofelki z kokardkami i atłasy. Ta wydmuszka tylko dzięki temu daje się oglądać – bo ja wielbię osiemnastowieczny zbytek, pióra, kapelusze, surduty w kwiatuszki… Chciałem kiedyś Stawroginem, Pieczorinem zostać, chciałem też bardzo Valmontem…

  

czwartek, 14 października 2010
854. Into the Wild...

  

Oglądam „Wszystko za życie” (USA’2007; reż. Sean Penn). Współczesny Walden, przejmująco straceńczy, na domiar złego prawdziwy… Wyrzec się wszystkiego, odejść jak najdalej, włóczyć bez celu, porzucać innych za sobą, poczuć istnienie za cenę unicestwienia. I ukarać ich wszystkich za dotychczasowe – milczeniem, obojętnością, zapiekłą pogardą. Rather than love, than money, than faith, than fame, than fairness… give me truth…

 

Kiedy po raz pierwszy pomyślałem o ucieczce z domu? Kiedy rodzice po raz pierwszy chcieli mnie wyrzucić? I kiedy zrodziła się pokusa, by ta warszawska wyprawa – już nie białego człowieka do natury, ale dzikusa do cywilizacji – te mające starczyć na rok, odkładane obecnie pieniądze – posłużyły tylko na smakowanie codzienności bez konieczności szukania nowej pracy, na przyjemności i kontemplację, a potem, jak się już poczuje cokolwiek i zazna: uśmiechnie, dotknie, zobaczy, powącha te namiastki – przerwać to gwałtownie jednym gestem, ostatnim aktem poetów. Wrażenie całkiem sensownego zakończenia po takim właśnie, nareszcie szczęśliwym etapie…

Some people feel like they don’t deserve love. They walk away quietly into empty spaces, trying to close the gaps of the past…

  

poniedziałek, 20 września 2010
843. Splendeurs et misères...

 

Kraków u schyłku lata robi jeszcze lepsze wrażenie niż za pierwszym razem, wiosną tego roku – zielono wciąż i słonecznie, z nowymi też atrakcjami.

  

      

  

      

  

      

  

Jeszcze w noc piątkową wyjątkowy pokaz filmu „Shortbus” (USA’2006; reż. John Cameron Mitchell) w Kinie Pod Baranami – kontrowersyjny ponoć, a w istocie zabawny i życiowy obraz (a seksu nawet za mało, jaka tam pornografia!). Sobota do podziwiania – na początek barwne bogactwo Kościoła Mariackiego. Zadzieram głowę do góry, na zasadzie porównania przypomina się Lubeka...

  

                  

  

                  

  

                  

  

Potem targ staroci na Rynku Głównym, malarstwo polskie w otwartych właśnie po remoncie Sukiennicach, czyjeś śluby w kolejno odwiedzanych świątyniach, „Bóg Ojciec – Stań się!” Wyspiańskiego u franciszkanów, katedra na Wawelu i dziedziniec zamku, gdzie zacząłem bawić się w modela – dawno upragniona sesja przynosi świetne portrety; dzień kończy się na wieczornym Kazimierzu…

  

      

  

                  

  

      

  

A gdzieś w tym wszystkim dziwne roztrzęsienie, napięcie, stres, płaczliwość, żal do siebie. Bo tego, co ogromnie pożądane, osobie, co najlepsza i najbliższa – dać się nie potrafi. Chce, ale nie może…

  

niedziela, 05 września 2010
837. Portret podwójny we wnętrzu...

  

Późno w nocy „Parę osób, mały czas” (Polska’2005; reż. Andrzej Barański). Hipnotyzująca niemal szczerość, intymność, prozaiczna codzienność tego obrazu o wyjątkowej przyjaźni niewidomej depresantki z nieżyciowym poetą. A zaraz potem jakieś dziwne, nagłe, chwytające za gardło wzruszenie – i w poduszkę płacz, spazmatyczny, jak kiedyś. Że nikogo przy sobie, że się nowych poznawać nie umie, że nikt wcale nie zwraca uwagi; że tu męczy, tam znowu zaś lękiem napawa; że nie starcza i nie daje radości, że marnuje się to, kim być by mogło; że od lat, w każdy dzień, kilkakrotnie, w głowie się pojawia jedno imię – nieodstępne i przesłaniające wszystko, wciąż to samo…

  

niedziela, 15 sierpnia 2010
828. The Ballad of Maxwell Demon...

  

W niedzielę przed tygodniem na leżance u Niej oglądamy „Idola” (Wielka Brytania / USA’1998; reż. Todd Haynes). Przed oczami wciąż obrazy z tego filmu, po głowie chodzą kolejne piosenki – ściągam całą ścieżkę dźwiękową, nucę sobie pojedyncze zdania, słowa i urwane frazy: „Satellite of Love”, „See her tumbling down”…, „I came down like water / For the age of solar / Hail to the father / Kiss your sons and daughters”…, „Baby’s On Fire”…

Cały ten szalony, rozwichrzony glam i kicz, owa tęczowa estetyka kampu w tym przypadku do mnie – ku własnemu zaskoczeniu – mocno trafia. I nieważne, ile pustki za tym było, że się stało złotą klatką dla niosących seksualną rewolucję jej autorów. Cenię sobie takie ogółowi rzucanie wyzwania, taką wolność absolutną, wymyślanie siebie. Współgra to, jak czuję, z przywiezionym z podróży nastrojem, moim kolejnym wcieleniem – nie wiem, na ile trwałym, odważnym…

W jakimś sensie wracam do początków: kiedyś się zamknąłem w sobie, chroniąc przed wrogością świata – potem tamto przekonanie o własnej lepszości ustąpiło miejsca lękom i kompleksom – teraz zaś na nowo pragnę się dowartościować, uzewnętrznić to, co dobre we mnie, piękne i niezwykłe, nie bać, jak popatrzą inni, co mogą powiedzieć… 

„He’s got nothing to protect but his pride”…

Śniło mi się, że idę na jakąś imprezę z różowym boa na szyi...

     

piątek, 13 sierpnia 2010
827. "When We Two Parted" - And After...

  

Na ostatni seans wybieramy „Rewers” (Polska’2009; reż. Borys Lankosz). Dobre i zabawne, ale nie tak świetne, jak o tym pisano. Czasu brakło na „Wszystko, co kocham” – z powodów paru bardzo odpowiednie…

Kilkakrotnie, długo się żegnamy; przerażeniem mnie napełnia myśl, że wracam. W autobusie siedzę z tyłu, z rozwrzeszczaną hołotą chlejących roboli. Nawet film puszczają mi ten sam, co tydzień wcześniej. Po zamianie szybkiej miejsc wtulam się w okno i że śpię – udaję. Będę musiał znosić ten wulgarny rechot jeszcze parę godzin…

Obserwacja wyniesiona przez tydzień pobytu: bardzo urodziwy naród, ci Duńczycy, Niemcy, ci młodzi mężczyźni. Każdy dzień przynosił więcej wrażeń niż trzydzieści lat spędzonych w Polsce. Jacy są zadbani wszyscy, ubrani, pachnący. A potem przesiadka w Hamburgu – i te swojskie mordy, smród petów i piwa, ten powrót do gleby, rodzimego błota…

Wolny marsz do domu po przyjeździe, strach, że znów, od nowa…

  

piątek, 06 sierpnia 2010
822. Sønderborg (Danmark)…

  

Autobus (uwagę będzie tu wciąż zwracać witanie się kierowców z każdym pasażerem – nawet jeśli wymuszone wewnętrznymi przepisami, to przecież i tak sympatyczne) przekracza niezauważalną granicę z Danią, po czym droga wije się wzdłuż północnego brzegu fiordu, nazywanego w naszej terminologii Zatoką Flensburską. Rozświetlona tafla wody, na której nieustannie majaczą żagle i maszty małych jachtów. Wokół schludne miasteczka i wioski, czerwone domki z odsłoniętej cegły. Urocze to wszystko, malownicze…   

  

      

  

                  

  

Ciągły ruch w Sonderborgskim porcie, zaskakujące wystawianie towaru przed sklepy światowych marek na deptaku Perlegade, dyskretna klasa nowego budownictwa, cisza w zaułkach z duńskimi chatkami jak dla skrzatów i na przystani...

  

      

  

      

  

      

  

Na lokalnym cmentarzu nieopodal Sankt Marie Kirke odkrywam zdumiony stojaki z konewkami i grabiami do ogólnego użytku – i nikt nie niszczy, nie kradnie! Bawi mnie patrzenie na podnoszący się wciąż i opadający Kong Christian X’s Bro, zachwyca nowoczesna architektura Alsion...

  

      

  

      

  

      

  

Chodzę radosny i beztroski, słońce opala mi nosek. Jest cudownie, prawdziwa joie de vivre

  

      

  

Wieczorem, w naszym prywatnym najmniejszym kinie świata, oglądamy „Samotnego mężczyznę” (USA’2009; reż. Tom Ford). Piękne, wysmakowane i w tej elegancji nieco chłodne. Oczu za to nie mogę oderwać od Nicholasa Houlta. Słodziutkie ciasteczko z wisienką. Rozmarzam się…

  

czwartek, 05 sierpnia 2010
821. Flensburg...

  

Zagubienie na peronach wrocławskiego dworca PKS, przedłużające się wyczekiwanie na opóźniony autobus, strach, żeby czegoś nie pomylić lub przeoczyć. Wreszcie jest, ruszamy przed dwudziestą drugą. Do poduszki nam serwują film „Avatar” (USA’2009, reż. James Cameron); zasypiam po nim, budząc się na mgnienie podczas krótkich postojów. Zaskakuje duża liczba innych polskich autobusów, skala podróży rodaków… Mkniemy kolejnymi godzinami – autostrady, drogi ekspresowe omijają miasta, więc obraz Zachodu mieć będę dopiero na miejscu. Nad ranem jeszcze przesiadka, co że mogła nastąpić – Ania uprzedzała, ale że nie było to wiadome, więc kolejna chwilowa niepewność: czy też dobrze wsiadam, czy mi nie zgubią bagażu. Ostatecznie bezpiecznie docieram – Ona się zjawia tak szybko, że zaskoczony nie zdołałem jej dość mocno uściskać...

  

      

  

Flensburg okazuje się przyjemnym, malowniczo położonym miastem. Koniec fiordu tworzy wąski, naturalny port – nawet tutaj w wodzie pluskają się wielkie meduzy. Do przystani zacumowane jachty, ludzie na promenadach; po porannej mgle wychodzi ciepłe słońce...

   

                  

  

      

  

Patrzę na ulice, domki, kamienice, szyldy – we wszystkim jest jakiś posmak nowości, czegoś do tej pory nieznanego. Zapewne to też wpływ języka – dziwne i w pewnym sensie zabawne uczucie: słyszeć wokół siebie wyłącznie niezrozumiały niemiecki i duński, zdawać w każdej sprawie na jedną jedynie osobę. Jej tylko mogę tak bezgranicznie zaufać…

  

                  

    

      

  

                  

  

      

  

Ładnie tu, aż jestem tym zdumiony. Zapowiada się coś więcej niż przyjemnie...

  

      

  

sobota, 31 lipca 2010
818. Gender studies...

  

Okazuje się, że są, istnieją gdzieś, na poły wirtualni: chłopcy podobni tobie, rówieśni, po trzydziestce, co też jeszcze nikogo, z nikim; bojący się nawet wyjść z domu; dla których pierwsze spojrzenie, zetknięcie z drugim gejem, pójście w branżowe miejsce czy słów kilka – są jak odkrycie, szok, zbawienie, powiew innego świata… Niechaj więc potępione będzie wszystko, co każe nam tak późno się przebudzić…

  

W kontrze do osobistych doświadczeń O TYM filmów kilka – melancholijne „Noce wiosennego upojenia” (Chiny / Hongkong / Francja’2009; reż. Lou Ye); tyleż irytujące narracyjnie, co rozbrajające postacią głównego bohatera „Śniadanie na Plutonie” (Irlandia / W. Brytania’2005; reż. Neil Jordan); i może najciekawsze, najbliższe dramatowi mej rodziny „C.R.A.Z.Y.” (Kanada’2005; reż. Jean-Marc Vallée). Zastanawiam się, czy wcześniej oglądałem coś takiego – i że najwyższy czas przeczytać jakąś gejowską książkę…

Odnaleźć się próbuję w opowieściach, co nie o mnie…

  

Tagi: filmy homo
21:52, alexanderson
Link Komentarze (4) »
sobota, 24 lipca 2010
815. Opus magnum...

  

Niedawne drugie, po tym z dzieciństwa, spotkanie z „Wojną i pokojem” (1965-67) według Bondarczuka – równie niezapomniane, co przed paru laty powtórna (pierwsza jeszcze w siódmej klasie szkoły podstawowej) lektura literackiego pierwowzoru. Film pełen niedociągnięć technicznych i błędów – a jednocześnie dzieło skończone i doskonałe; wierne duchowi oryginału i w pełni autorskie zarazem. Mistrzostwo i zadziwiająca nowoczesność pewnych ujęć, ruchów, najazdów kamery; pomysłowe rozkładanie akcentów; przejmujący liryzm i porażający rozmach – zachwyciłem się po raz kolejny... Gigantyczna, wieloplanowa sekwencja bitwy pod Borodino wciąż pozostaje dla mnie największą, najpiękniejszą sceną batalistyczną w dziejach kina – tak jak powieść Tołstoja (po wieloletnim okresie zafascynowania Dostojewskim) stawiam obecnie ponad wszystko, co zdarzyło mi się w życiu czytać… I do niczego chyba z taką lubością nie wracam…

  

środa, 26 maja 2010
787. Sceny i obrazy...

  

Dzięki nowemu operatorowi telewizji kablowej – po latach mam, nareszcie, TVPKultura i AleKino! – nadrabiam filmowe zaległości. Oglądam pewnie teraz więcej niźli czytam, dostosowuję rytm życia do godzin emisji i znowu nagrywam po nocach. Kilka głośnych swego czasu festiwalowych tytułów: „Złe wychowanie” (2004) Pedro Almodóvara (ogromne rozczarowanie, kiepsko napisany scenariusz, choć Gael García Bernal w kobiecej peruce wygląda zjawiskowo); przejmujące surowym realizmem „Dziecko” (2005) braci Dardenne; „Wiatr buszujący w jęczmieniu” (2006) Kena Loacha, mimo kilku mocnych, pięknych scen nie wnoszący raczej do tematu nic nowego ponad chociażby takiego „Michaela Collinsa” (1996) Neila Jordana; „Aviator” (2004) Martina Scorsese (tak dopieszczony i perfekcyjny, że aż zupełnie dla widza obojętny); „Życie i cała reszta” (2003) Woody’ego Allena (czyli: o nadużywaniu cierpliwości widzów nieumiejętnością godnego zejścia ze sceny).

Najbardziej w tym wszystkim wartościowe, sięgające najgłębiej „Siostry magdalenki” (2002) Petera Mullana i „Pianistka” (2001) Michaela Haneke – dotykają osobistych obszarów, znanych z codziennego doświadczenia. Bardzo to doceniam, kiedy tak kino umie ranić…

  

Tagi: filmy
20:12, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi