~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: filmy

niedziela, 09 maja 2010
780. Niebo, czyściec, piekło...

  

Niedzielnie, filmowo i, tak jakoś wyszło, rosyjsko – „Euforia” (2006) Iwana Wyrypajewa, „Wygnanie” (2007) Andrieja Zwiagincewa, „Ładunek 200” (2007) Aleksieja Bałabanowa. Kolejno: zachwyt, napięcie i nuda (okazuje się, co dość zaskakujące, że brzydota i okrucieństwo nie robią już najmniejszego wrażenia)…

Malarskie, wysmakowane kadry, szerokie ujęcia, głębokie plany, powolne najazdy kamery – jak często mi to wystarcza, jakże zbędne się przy tym wydają dialogi i cała fabuła. A na ogół pod tym wszystkim jeno pustka. Zupełnie jak w moim pisaniu…

  

Tagi: filmy
19:21, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 05 maja 2010
778. Something special...

  

Kwiaty bzu, owocowych drzew, kasztanowców. Mleczów żółć – w jedną noc przemieniona w dmuchawce. Co dzień ślimak – wciąż ten sam? wciąż w tym miejscu? (skojarzenie z Piknikiem… Strugackich, dlaczego?). W pracy dwójka stażystów, nudziarze – coś tłumaczę, wreszcie ktoś niż ja niżej. Przysypianie na Próbie orkiestry – zawód sprawia Fellini, jak wszyscy. Czytam w kuchni, bo „mój” pokój zajęty – nie mam ćwiczyć gdzie, chodzę spać rozdrażniony. I mam dość nudnych tych wyliczanek – więcej czegoś się chce, pragnie żyć lub przynajmniej móc pisać…

  

„Najbardziej charakterystyczną cechą wszystkiego, co istnieje, jest monotonia”

               [Vladimir Nabokov, La Veneziana. Przeł. M. Kłobukowski].

  

20:18, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 22 marca 2010
760. List-less...

  

Inaczej jakoś, więcej coś niż o jałowych dniach i jałowymi słowy – potrafić, chcieć, zrealizować umieć. Bo cóż, że znów w sobotę dwa pociągi, i Wrocław, fryzjer, pierwszy mój różowy T-shirt. Że rabat znów wysoki, gdzie ostatnio – więc Iwaszkiewicz drugi, więc Nabokov, Roth najnowszy, Grossman. Że rozśpiewane Cienie zapomnianych przodków w telewizji. Że czyjeś oczy, buty, kurtka, torba, uczesanie… Ta comiesięczna wyliczanka, to od do sobie ciągłe wyznaczanie. Czekanie wciąż, rosnące wciąż zmęczenie. I do pisania niechęć, koszmaru codzienności słowem nie-obejmowalność...

  

niedziela, 29 listopada 2009
709. Delicious...

  

Ania, słońce i Wrocław – czegóż więcej trzeba? Na kanapie w ciemnej sali Coffee Planet odkrywam smak gorącej czekolady, następnie obfity i wyborny obiad w przerobionej ku memu zaskoczeniu na samoobsługową Bazylii. Do kina, jako że wciąż nie grają w mieście nagrodzonej Złotą Palmą Białej wstążki(Austria / Niemcy / Francja / Włochy’2009; reż. Michael Haneke), idziemy na Dom zły(Polska’2009; reż. Wojciech Smarzowski). Film hipnotyzujący, doskonale wyreżyserowany i skadrowany, koncertowo też zagrany; mocne i bezlitosne dopełnienie Weselasprzed pięciu lat (por. 184), a przy tym tragikomiczna alegoria PRL-u...

O zmierzchu, na zatłoczonym i zastawionym świątecznymi straganami Rynku próbuję grzanego wina (zatrzymujemy sobie na pamiątkę rozkoszne kubeczki w kształcie bucików), a potem piwa imbirowego w Academusie. Wracam na pociąg lekko oszołomiony i pobudzony, łapczywie zerkając na mijanych chłopców…

Tyle kolejnych dla mnie pierwszych razów, tyle gadania i radości – można nieomal zapomnieć o tym wszystkim, co na co dzień…

   

                              „i było mi tak dobrze

                              jakby

                              mnie nie było”

                                        [Tadeusz Różewicz, bajka].

  

Żeby tak inni również mogli odkryć moją drugą twarz. Żebym umiał im ją pokazywać, uśmiechać się, tyle nie marudzić. I lubianym przez to być, tej sympatii ludzkiej zakosztować – częściej, niż kilka razy w roku…

  

niedziela, 15 listopada 2009
702. Sunday, Bloody Sunday...

  

Weekend z trzema serialami, w tym Dexter. O braku uczuć, przybieranych wobec ludzi maskach i seryjnym mordowaniu – w sam raz dla mnie…

Już kilka osób zwracało w tym roku uwagę na moje fizyczne podobieństwo do aktora – nie wiedzą, że jeszcze bliżej mi do konstrukcji psychicznej bohatera. Taka świadomość zabija…

 

„Tylko ukrywanie prawdy przed najbliższymi pomoże ci przetrwać, a ich ochronić, gdy coś pójdzie nie tak” [Dexter, sezon pierwszy]...

  

Tagi: filmy
21:45, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 05 listopada 2009
698. Curative...

  

Film Wszystko jest iluminacją (USA’2005, reż. Liev Schreiber). Pomysłowa, niepozbawiona uroku, ale też wyraźnie przekłamana w stosunku do literackiego pierwowzoru adaptacja. Bo wspomnienie z bycia ofiarą to nie to samo, co rozliczenie ze współudziału w zbrodni. W efekcie zaś tylko wzruszenie – a była szansa na prawdziwe katharsis

  

Niewybredne żarty w pracy o seksie i uświadamianiu. Niby jak miałem się poczuć, nie znając tego pierwszego i wciąż wykazując braki w drugim? Nie potrafię rozmawiać w taki sposób, nie czuję się dobrze słuchając...

   

Lekarz po latach, tym razem poważnie, z powodów niesezonowych. I, jak zawsze, rozczarowanie pobieżnością, brakiem dostatecznej informacji. Ale i skierowanie na dalsze badania. I na pewien upokarzający zabieg. I umówienie się do jeszcze innego specjalisty. Zaczyna się kolejna bolesna odyseja…

  

Co wieczór zwijam się z płaczu na podłodze, gdy tylko zamkną się za mną drzwi od łazienki. Nikt tego płaczu nie usłyszy. Wyczerpuje to ogromnie, więc pomaga…

  

czwartek, 17 września 2009
675. "Tylko guziki nieugięte"...

  

Nad grobami polskich oficerów spór o wyższości ludobójstwa nad zbrodnią wojenną – podobno to w imię prawdy historycznej i pamięci o przeszłości. Licytowanie się na wielkie słowa i oskarżanie o zdradę. Kompletna ignorancja właściwa tak zwanym „prawdziwym patriotom”. Wstyd wreszcie i niesmak z powodu tego wszystkiego…

  

Kilka dni temu oglądam Katyń (Polska’2007) Andrzeja Wajdy. Film nie bez wad, a przecież wielki i ważny – wszystkie zresztą pretensje wobec niego bledną podczas seansu. Ta kobieca (nieoczywista przecież) perspektywa, złożoność postaw, obraz podwójnie mordowanego narodu w kleszczach dwóch totalitaryzmów – poddanego fizycznemu wyniszczeniu i upokorzonego kłamstwem… Nie można było tego inaczej nakręcić, nikt inny by się za to nie wziął…

  

środa, 29 lipca 2009
651. "Daremne żale, próżny trud" - czyli Pożegnania...

  

Oferta pracy – która mogłaby być tą właśnie – jest już nieaktualna, gdy się o niej dowiaduję. To kolejny z uroków mieszkania tu i teraz, bo ogłoszenia w prasie i Internecie nie wystarczają – czytać trzeba także te na sklepowych witrynach. Człowiek jednak przyzwyczaja się do swoich niepowodzeń. I do braku nadziei na lepsze…

  

Tak więc to pewnie ostatni już Wrocław gdzieś do września. I poprzedni fryzjer, dwa razy tańszy niż ten ostatnio, bo teraz nawet wygląd trzeba kalkulować. Czy raczej – wygląd zwłaszcza…

A festiwal Era Nowe Horyzonty kolejny rok nie potrafi mnie do siebie przyciągnąć. Osobliwe. Zawsze tylko retrospektywy ciekawiły, pokrywając się jednak z moją znajomością co najmniej części filmów tam pokazywanych – ciekawiły zatem, zniechęcając.

A przecież tym razem decyduję się – zbyt wielkie wrażenie zrobili niegdyś w telewizji Desperaci (Węgry’1965) i mistrzowskie Gwiazdy na czapkach (Węgry / ZSRR’1967), by wobec Miklósa Jancsó przechodzić obojętnie. Agnus Dei (Węgry’1970) nie ma już, niestety, siły i precyzji poprzednich obrazów tego reżysera (i następne też odstręczają swym alegorycznym do niezrozumienia hermetyzmem), ale też warto było znów zobaczyć ten swoisty balet śmierci, osaczającą postaci, krążącą w pustej przestrzeni kamerę, te długie, powolne ujęcia, wieloplanowość kadru, zredukowane do minimum kwestie aktorów (i młodego Daniela Olbrychskiego, któremu zawsze tak do twarzy było z zarostem i bujną czupryną). Kino w stanie czystym – tak je właśnie rozumiem, takie lubię...

I dobrze było wyjść do ludzi, minąć się w hallu z Krzysztofem Zanussim, posiedzieć wśród zaskakująco licznej – na czymś takim! o tak wczesnej porze! – widowni. Z boku, milcząco, samemu…

Tak strasznie samemu…

  

* * *

Wczoraj zmarł Igor Przegrodzki. Aktor wybitny absolutnie, wielbiciel wysublimowanych młodzieńców…

Wszyscy się gdzieś ostatnio wyprowadzają...

 

sobota, 30 maja 2009
624. Realizm magiczny - czyli "Perła w koronie"...

  

Zbyt wiele lat minęło od pierwszego z tym dziełem spotkania, by cokolwiek z niego zapamiętać. Ale i lepiej tak: bogatszy dziś o setki innych obrazów, mogłem teraz więcej dostrzec, bardziej przeżywać, prawdziwie docenić. Ale już oczu od niego oderwać nie mogłem − zachwyt absolutny, zachwyt i podziw wielki: dla każdego kadru, każdej sceny i nuty. Urzekająca symbioza realizmu i poezji, etnografizmu i baśniowości, światła z ciemnością połączenie, tragedii z humorem, rozmachu z intymnością… W dniach rozstrzygania się losów upadłych polskich stoczni film o strajku górników w II Rzeczpospolitej, broniących swego miejsca pracy − droższego ponad własne życie. Bo można je ludziom odebrać, ale nie wolno go niszczyć

  

Tagi: filmy
19:52, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (2) »
środa, 20 maja 2009
619. O tym, że "lack of money is the root of all evil"...

  

Po raz pierwszy od ponad miesiąca, od powrotu stamtąd Wrocław. Ta sama co ostatnio fryzjerka, tylko bardziej. Penetrowanie przebudowanej wewnątrz nie do poznania i rozbudowanej Renomy − od toalet po dalekosiężne widoki na miasto z dachu. Ładnie, elegancko, drogo. Wymarzone białe trampki na pożegnanie z kupowaniem ubrań. Długie chwile w ponoć drugim największym w Polsce Empiku, gdzie też odkrycie, że właśnie wydano na DVD Andrieja Rublowa Tarkowskiego (a po paru godzinach informacja o tym w „Polityce”) − moje kolejne nieosiągalne pragnienie po białym i czarnym pakiecie Bergmana. Z obowiązku i bez przekonania Zachodnia kraina Burroughsa w Świecie Książki. Przechadzanie się w słońcu po ulicach, ciepło na rozpalonej skórze. Nowe na wszystko spojrzenie, bo nieuniknione porównania z Warszawą. Tęsknota…

Na kolację słodka bułka z masłem i rzodkiewki, potem dwa listy, jeszcze później odpowiedź na ogłoszenie o pracę. W jeden dzień budżet zmniejszył mi się o jedną trzecią. Następna taka jednodniowa wycieczka najwcześniej pod koniec czerwca… Chyba że wygram jutro dziewięć milionów…

  

22:17, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 28 kwietnia 2009
605. Tego jeszcze nie było - czyli "Full Frontal Nudity"...

  

Zaczęło się od nadzwyczaj erotycznego poranka − jeszcze tu takiego nie miałem. I w gruncie rzeczy to wcale nie jest przyjemne: ten dotkliwy brak, głód, nieobecność, nieznajomość, tęsknota. Ale jak się zaczęło, tak i musiało się skończyć...

  

Przyznaję, że miałem pewne obawy, że musiałem się sam przed sobą przełamać. Ale to naprawdę była niepowtarzalna okazja zrobienia czegoś − na moją miarę − szalonego. Zdecydowałem się więc i, wystrojony najbardziej jednoznacznie jak się tylko dało, poszedłem tam, wstąpiłem i nie żałowałem. Dzisiejszy pokaz bardzo oryginalnego musicalu w redakcji Krytyki Politycznej to dla mnie najlepsza zabawa od lat. Było śmiesznie i wzruszająco, bardzo profesjonalnie od strony wokalnej i bez żadnych granic w sferze wizualnej, co zresztą okazało się nadzwyczaj naturalne i w żadnej mierze nie obsceniczne. Do domu wracam powoli w pierwszy tu stosunkowo ciepły wieczór, wciąż się uśmiechając i objadając lodami − moją nagrodą za odwagę...

  

Ta myśl z ekranu, że być nagim to coś więcej niż być rozebranym...

To wyśpiewane, wykrzyczane, wyłkane: Pragnę Cię, pragnę Cię, pragnę Cię...

Ci inni na widowni, co patrzyli tak samo jak ja na Naked Boys Singing...

  

23:15, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
592. Giganci - czyli "The Flights of the Minds"...

  

W tych dniach ostatnich, między przygotowaniami do podróży, która odwlekła się nieco, dzięki czemu jednak uda się pełniej, mocniej, bardziej wszystko przeżyć − dokształcam się w studiowaniu tego, co zbędne, a więc najbardziej dla mnie interesujące, czas spędzam ze swoimi ulubieńcami. A zatem kolejno: Shakespeare. Stwarzanie świata Stephena Greenblatta, Michał Anioł George’a Bulla, Leonardo da Vinci. Lot wyobraźni Charlesa Nicholla i Tomasz Mann. Życie jako dzieło sztuki Hermanna Kurzke. Ależ to się czyta − zwłaszcza, że wszystkich bohaterów coś jeszcze obok geniuszu łączy. Coś delikatnego, co przebija w tle, znacząco rzutuje, ale nie sprowadza do samego siebie całego człowieka i jego aktywności…

Tradycyjnie zaznaczam sobie co poniektóre fragmenty − bo moje życie to w dalszym ciągu głównie historie innych

  

Przypominam sobie, z jaką intensywnością jakiś czas temu oglądałem absolutnie fenomenalny, trzyczęściowy film fabularno-dokumentalny Mannowie − powieść stulecia (Niemcy’2001, reż. Heinrich Breloer), jaką psychodramą były dzieje tej rodziny. A w centrum tego świata On − tak mały w swej wielkości, bezduszny, obłudny, skryty, zalękniony, łasy pochlebstw i zaszczytów. Jak ogromnie go kocham za to wszystko…  

  

wtorek, 31 marca 2009
585. Powrót do Brideshead / Howard’s End / Breslau...

  

Kurier przywozi walizkę tuż przed moim wyjściem z domu. Chyba ładna − długo rozpakowuję, oglądam i ledwie zdążam na pociąg. W biegu przez park szlag trafia fryzurę…

Idziemy z Tomkiem (za darmo!) na wczesnopopołudniowy seans (nie byłem w kinie od trzynastu miesięcy, pierwszy zaś raz jestem z kolegą) − film w klimatach tak lubianych przeze mnie obrazów tercetu Merchant-Ivory-Jhabwala, może nieco emocjonalnie chłodny, a wobec katolicyzmu tendencyjny, ale za to Ben Whishaw do podziwiania (te marynarki, swetry, szale, kapelusze, ta grzywka opadająca na czoło). Potem nasz wspólny spacer z przystankiem w Bibliotece Miejskiej, a w pociągu do domu koleżanka, z którą dojeżdżałem na studia dziewięć lat temu. Dosiadam się...

 

To był nadzwyczaj promienny dzień. I tylko ja w tym wszystkim − w obu przypadkach z takim trudem podtrzymujący rozmowę, milczący, nieumiejący reagować, zażenowany sobą, z nieustannym poczuciem winy…

 

Ten film był w jakiejś mierze o mnie i o moim otoczeniu…

  

czwartek, 26 marca 2009
583. O tym, że "narration is typical of this director’s style”…

  

Podróż do Nowej Ziemi (USA’2005). Ależ to jest mistrzowsko sfilmowane, zmontowane, wyreżyserowane. Czwarty film Terrence’a Malicka i czwarty raz dzieło skończone w swej doskonałości. Jeśli trzeba milczeć latami i kręcić ledwie raz na dekadę, by powstało arcydzieło, to jest to godziwa cena…

  

W trakcie seansu chwytam szybko za długopis, żeby to wynotować: „Miłość łączy ludzi. Może ich też rozdzielić”

Taki mam styl myślenia, tak mi się przydarzyło, tak właśnie to interpretuję...

  

Tagi: filmy
14:36, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 marca 2009
581. Notatki na marginesach...

  

Trzeci już bodaj tydzień czytam kolejne tomy Historii literatury światowej, najbardziej jednak zainteresowany zamieszczonymi w niej fragmentami konkretnych utworów (ciekawe przy tym, że publikowanych w prasie urywków nowych książek nie czytam z założenia). Kilka spostrzeżeń w toku lektury:

− lista pisarzy-samobójców jest znacznie dłuższa od niekrótkiego przecież spisu, który sobie niegdyś sporządziłem;

− udział kobiet w twórczości literackiej minionych wieków również przynosi wiele ciekawych nazwisk, zbyt rzadko niestety pamiętanych;

− (odnośnie już samej książki) niechlujność edytorska i redakcyjna owocują niezliczonymi wprost literówkami, urwanymi zdaniami, stylem rozchwianym od banału do naukowości, a nawet błędami rzeczowymi (Fryderyk II Hohenstauf utożsamiony z Fryderykiem I Barbarossą, w notce o poezji Paula Celana pojawia się tytuł przypisanej mu powieści Louisa-Ferdinanda Céline’a itp.) i dyskusyjnym rozłożeniem akcentów (22 strony poświęcone Faustowi wobec 5 na całego Szekspira). Jakżeż ja nie znoszę podobnej amatorszczyzny…

  

Historia przemocy (USA/Niemcy’2005, reż. David Cronenberg) byłaby znacznie lepsza, gdyby nie można było tak łatwo przewidzieć, co będzie w następnej scenie. A potem czytam, że to „próba ucieczki od utartych klisz gatunkowych”. Coś zbyt łatwo dają się dogonić owi uciekający...

  

Zaczynam zapełniać swój warszawski notesik. Na początek adresy, godziny otwarcia i ceny biletów do kilku muzeów. Chcę, żeby to były niezwykle intensywne dni…  

…zwłaszcza, że zamierzam w przyszłym miesiącu spotkać się w trzech miastach z pięcioma osobami, które już znam, i z czterema kolejnymi, dopiero do odwirtualizowania. Dni więcej warte niż całe dotychczasowe życie…

 

Spróbuję więc zaprzeczyć słowom T. S. Eliota o okrucieństwie kwietnia − choć i tak tylko te siedem wersów warto z niego ocalić. Jedna z herezji, jaka mi właśnie przychodzi do głowy: nic by się wielkiego nie stało, gdyby nagle zniknęła cała literatura anglojęzyczna (poza Szekspirem, rzecz jasna). Jeśliby jednak stało się to z polską lub rosyjską, świat musiałby przestać istnieć...

Bezczelność sądów jest przywilejem ignorantów...

  

niedziela, 15 marca 2009
578. Podskórne melodie...

  

Rozdroże Café (Polska’2005; reż. Leszek Wosiewicz). Ależ ten film nachalnie czerpie ze Zbrodni i kary Dostojewskiego − całe wątki, motywy, sceny, postacie… To się nie mogło udać.

Nawet najgorszy jednak polski obraz zawsze przykuwa moją uwagę − jest w tym pewien rodzaj naiwności: wystarcza mi samo brzmienie naszej mowy, by mieć poczucie dotknięcia rzeczywistości. Tymczasem filmy z zagranicy to tylko kino

Z piosenkami jest na odwrót − nie mogę się powstrzymać od śmiechu, gdy słyszę polskie śpiewanie. Nierozumienie słów to u mnie pierwszy krok do należytego odbioru muzyki, bo akurat głos ludzki jest mi najbardziej zbędnym z instrumentów…

  

Czytam nie rozumiejąc, patrzę nie dostrzegając, słucham w sobie nie czując. Mam tylko wyobrażenia wewnętrznego wibrowania...

  

Tagi: filmy
22:01, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (3) »
piątek, 06 marca 2009
574. O niczym - czyli Rozczarowania...

  

Życie wtłacza nas w takie tryby, że od tygodni nie możemy się umówić na spotkanie, a ledwie parę kilometrów okazuje się odległością, która bardziej nas oddala od siebie, niż umożliwia zawiązanie koleżeństwa. Zawodzi też Pocałunek kobiety-pająka (USA/Brazylia’1985, reż. Hector Babenco) − tak ponoć egzotyczny i wyrafinowany. Zapominam wciąż (wstydzę się?) pogratulować komuś realizowania jego pasji i osiągania na tym polu sukcesów − ja żadnej z tych rzeczy mieć już nie będę. Bardzo satysfakcjonujące za to dla mnie Kartki wydarte z „dziennika gliwickiego” (↓) − trudno się nie identyfikować z takimi wątpliwościami wobec samego siebie...

W żaden sposób nie potrafię opisać tego, co się ostatnio (nie) dzieje…

  

„[10 V 1955] Przez wszystkie lata, odkąd zacząłem myśleć, od młodości do dnia dzisiejszego, czekałem i będę czekał. Tylko w dzieciństwie było spełnienie. I nie było wielkiego czekania. (...)

[16 VII 1955] Wypełnia się mój czas. Bez względu na to, co czynię. W ciszy. Czy i przez kogo zostanie ona przerwana? Odchodzą dni podobne do siebie jak zapałki w pudełku. (...)

[21 V 1957] Rzucić się jeszcze raz w pogoń. Gonić czas, który ucieka, dopaść go, połknąć. Czas ucieka, ucieka, ucieka. Czuję w głowie, jak czas ucieka. Czuję w sobie (całym), jak czas »ucieka«” [Tadeusz Różewicz].

  

sobota, 20 grudnia 2008
537. O "niedobrej miłości" (tytuł z Nałkowskiej zaczerpnięty, ze streszczenia jedynie znany)...

  

Tradycyjny szał nerwów i wzajemnych przekleństw przy sprzątaniu przed katolickimi świętami. Obłuda tego wszystkiego. I jeszcze oni…

Nie to, że każdego dnia doprowadzają mnie do wściekłości, rozdrażnienia lub płaczu; że przez nich czuję się skrępowany nawet we własnym pokoju; że są tak okropnie inni… Najbardziej uwiera mnie to, że w żaden sposób nie potrafię odpowiedzieć na ich miłość do mnie…

  

Po nocach wciąż w myślach obrazy wulgarnego, oderwanego od uczucia seksu albo masowej śmierci pośród fantastycznych w swej spektakularności batalii. Niezaznane nigdy potencje; Érōs i Thánatos. Ale nie dlatego codziennie budzę się zmęczony...

   

          „Kiedyż się straszny ten mój sen zakończy?”

                    [William Shakespeare, Tytus Andronikus. Przeł. L. Ulrich].

  

Wieczorem dane mi jest obejrzenie w telewizji filmu Plac Zbawiciela (Polska’2006; reż. Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze). Jakie to... znane, widziane wokół, przeżyte. Hipnotyzujące. A finał zawsze ten sam...

  

wtorek, 04 marca 2008
388. Madness

  

Były zapewne w ostatnich miesiącach dni z niższą temperaturą i silniejszym wiatrem, ale takiego zimna jak dziś dawno nie doświadczyłem. Rozdygotany spieszę wczesną porą – jak wczoraj, choć w miejsce znacznie odleglejsze i dotąd niezapoznane – na kolejny seans. Jak gdybym chciał z nawiązką nadrobić te moje paroletnie kinowe niebytności; kto wie zresztą, jak wiele czasu upłynie, nim znów nadarzy się okazja. Marzę o takich wieczornych wyprawach z kimś, a dostępne są mi tylko poranne, z samym sobą. Nie najgorsze to chyba jednak towarzystwo…

Do celu docieram zmarznięty i wyczerpany, o mało przy tym nie gubiąc się w czeluściach świątyni konsumpcji. Natłok tego wszystkiego – sklepów, towarów, zaułków – przyprawia o szaleńczy zawrót głowy.

  

Wczoraj widziałem mistrzostwo, dzisiaj zobaczyłem wielkość. Wybieram bez wahania to drugie, choć Oscary przypadły pierwszemu. Nie mogło być inaczej. Wizja Ameryki jako kraju zapomnianych wartości i powszechnego mordu musi być tam mimo wszystko łatwiejsza do strawienia niż finałowe szyderstwo z fałszywych proroków, co złodziejstwo nazwali objawieniem. Za dużo takich opętanych kaznodziei uspokaja współcześnie sumienie Nowego Świata, niegdysiejszej Ziemi Obiecanej

Psychodelia bogactwa i religii, co trawi dziś Amerykę jak choroba, bo też z gorączki (czarnego złota czy raju wolności) się zrodziła. Pieniądze i wiara, chciwość i obłuda, sycące się nawzajem upokorzeniem każdego, kto staje im na drodze – tak długo, w końcu poleje się krew

  

Napotykani za każdym razem na wrocławskich ulicach ludzie mówiący do siebie, do kogoś wyobrażonego obok, kłócący się z cieniami, objaśniający coś powietrzu; moi współnosiciele nieszczęścia. Obłęd to, samotność czy egoizm? Przyjmuję każdą diagnozę i nie obiecuję poprawy…

  

Tagi: filmy
21:48, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 03 marca 2008
387. Sceny i ujęcia

  

Przyklejony do szyby w zatłoczonym przedziale wyglądam zwiastunów wiosny. Klucze powracających ptaków czarnymi smugami przecinają niebo. W powietrzu rozkrzyczane gęsi, na wodzie kaczki, po zamokłych polach przechadzają się kolejne pary żurawi, a zorane bruzdy obsiadło stadami coś jeszcze skrzydlatego, trudnego do sklasyfikowania z racji zbyt dużej odległości… Gdzieś za moimi plecami grupa damsko-męska żartami umila sobie drogę do pracy. Dwoje z nich znałem kiedyś, przed paru laty zaledwie, co już się wiecznością wydają. Czy też się tak wówczas śmiałem – już nie pamiętam…

  

Po kilku latach przerwy, pierwszy raz od czasów Aleksandra, idę do kina. W ciemnej, pustawej sali (usiadłem nie tam, gdzie bilet mi nakazywał) rozgrywa się mroczne misterium rzezi, równie niepojętej jak milczenie Boga nad preriami Teksasu, pośród których wzrok nie znajduje żadnego oparcia. Szeryf Bell ma przynajmniej sen o czuwającym przy ognisku ojcu („...and I knew that whenever I got there he would be there. And then I woke up”). Co jest naszym fundamentem dzisiaj, co daje nam pewność? W czym możemy upatrywać nadziei? Budzimy się ze snu i dostrzegamy jedynie absurd pustki…

Wychodząc po seansie mimowolnie podsłuchuję młodą grupę moich niedawnych współwidzów, którzy kpiącymi pytaniami starają się pokryć własne niezrozumienie zakończenia, tak konsekwentnie przecież wyprowadzonego z całości filmu. Mijam ich zirytowany, bo właśnie tacy jak oni nadają teraz ton. Rzeczywiście, to już nie jest kraj dla starych ludzi

  

W Instytucie pani z działu dydaktyki przekazuje mi szeptem na korytarzu poufną wiadomość, że studenci bardzo sobie chwalą moje zajęcia i wystawiają mi najwyższe oceny. Aż się zdziwiłem. Wracam uskrzydlony do domu i nie mogę się powstrzymać od uśmiechu na widok chłopca, który naprzeciwko mnie łakomie pałaszuje udka kurczaka i frytki z KFC. Za oknem lecą żurawie

  

1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi