~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: filmy

niedziela, 24 lutego 2008
383. Brak

  

Ktoś znany prawie, podziwem za to zupełnym darzony, wykreślił mnie z blogowej listy miejsc polecanych; ktoś inny, zapoznawany od niedawna, lecz z równą tamtemu fascynacją, na liście podobnej umieścić mnie raczył. Obaj słusznie to czyniąc, na wdzięczność mą zasłużyli. Pierwszy bardziej nawet, bo kara słuszniej mi się należy niźli nagroda…

  

Dzisiejsze zachwyty...

I Okudżawa w oryginale, o wiosną odchodzącej piechocie, rekonstruowany słowo po słowie, nuta po nucie gdzieś w zakamarkach pamięci... I Majestic (USA’2001, reż. F. Darabont), prostota w duchu najlepszego Franka Capry, o czarze kina, amerykańskich wartościach, których wcale nie trzeba ujmować w cudzysłów, i o krzyczeniu J’accuse! gdy krzyczeć rzeczywiście jest potrzeba... I chłopiec ze słońcem we włosach, co wciąż nie odpowiada na list jednak (zbyt późna decyzja) wysłany... I Ewa Bieńkowska o Apollo i Dafne Berniniego: „gładkość ciał, chropawość kory, kruchość listków, rozrzucone włosy”... I różane świty Lorraina na ze czcią przewracanych kartach albumu, i krwawe zachody Turnera, i to, co na żywo za wieczornym oknem, co przekraczać się zdaje całe bogactwo palety ludzkiego wypowiedzenia:

   

                    „A niebo, niebo – to twój Buonarroti!”.

                                        [Osip Mandelsztam. Przeł. S. Pollak]

  

I mimo całego tego nasycenia brak. Ciągły brak czegoś jeszcze… Co najważniejsze. Pożądane. Wciąż niezaznane. Już niemożliwe…

Dzisiejsze zmysły...

  

wtorek, 31 lipca 2007
255. Michelangelo Antonioni (1912-2007)

  

Żegnając wczoraj Bergmana powstrzymywałem się od uwag o końcu pewnej epoki w kinie ze względu na Antonioniego. I oto dziś przychodzi wiadomość, że i jego zabrakło. Znamienne, iż ci dwaj umarli w tym samym dniu – podobnie Szekspir i Cervantes odeszli równocześnie 23 IV 1616 roku. Obaj, Bergman i Antonioni, należeli do największych indywidualności kina, do artystów uparcie poszukujących, stawiających bolesne pytania, niepokornych i osobnych. Obaj, eksplorując wymiary i kondycję człowieczeństwa, wydźwignęli kino do rangi, jaką osiąga największa literatura.

Przestrzeń kina Antonioniego rozpościerała się między motywami niepokoju, ucieczki, złudzenia, tajemnicy i fatum; za pomocą zupełnie nowego języka filmowego mówił on o zagubieniu człowieka w budzącym lęk nieprzejrzystym i nieczytelnym świecie. „Brak pewności jest znamieniem naszych czasów”, powiedział kiedyś. Zostały po nim niezapomniane sceny: rojowisko giełdy i finałowe ujęcie ulicy w „Zaćmieniu”, bicie dzwonów w „Przygodzie”, mgła i zimna czerwień w „Czerwonej pustyni”, gra w tenisa nieistniejącą piłeczką w „Powiększeniu”, eksplozja świata konsumpcji w „Zabriskie Point”, pustynia i niepokazane widzom, dokonujące się za wychodzącą przez okno kamerą zabójstwo w „Zawodzie – reporter”. Spoza „zimnych” i długich sekwencji tego piewcy alienacji i niemożności porozumienia przebijało dyskretnie przeczucie czegoś nieuchwytnego i nieokreślonego, oddającego jednak naturę świata i związków międzyludzkich, czegoś prawdziwie metafizycznego. Nie ma większego wymiaru sztuki…

  

poniedziałek, 30 lipca 2007
254. Ingmar Bergman (1918-2007)

  

Odszedł…

Jedne z najwcześniejszych moich wrażeń, jakie pamiętam do dziś spośród nadzwyczaj licznych i bogatych doświadczeń filmowych, to biała twarz Śmierci (Bengt Ekerot), rozpaczliwe pragnienie rycerza Antoniusa Blocka (Max von Sydow), by Bóg dał dowód swojego istnienia i laicki pragmatyzm giermka Jönsa (Gunnar Björnstrand), który w oczach palonej czarownicy dostrzegał jedynie pustkę i otchłań śmierci. Tak, kino zaczęło się dla mnie od „Siódmej pieczęci”. A potem była podróż profesora Isaka Borga (Victor Sjöström) w głąb własnej podświadomości do krainy dzieciństwa („Tam, gdzie rosną poziomki”), elegia pożegnania z młodością i nieuchronność życiowej obojętności w „Letnim śnie”, starcie sił nadprzyrodzonych z poznaniem naukowym w „Twarzy”. Pamiętam żywo gwałt i zemstę w „Źródle”, splot religii i seksualności w wizjach Boga-pająka z filmu „Jak w zwierciadle”, mszę, którą w pustym kościele pastor po utracie wiary odprawia dla kochającej go ateistki, by uwierzyć choć w ludzką wspólnotę („Goście Wieczerzy Pańskiej”). Pamiętam absolutną pustkę i głód miłości w przepojonym seksem świecie „Milczenia”, poczucie winy, które łączy w jedno twarze Liv Ullmann i Bibi Andersson w „Personie”, noc pustoszącego szaleństwa w „Godzinie wilków”, objawiający potęgę sztuki śmiercionośny spektakl w „Rytuale”. Pamiętam pasyjną agonię w „Szeptach i krzykach”, halucynacyjny koszmar rodzącego się totalitaryzmu z „Jaja węża”, bolesną rozmowę matki i córki w „Jesiennej sonacie”, wreszcie teatralny żywioł „Fanny i Aleksandra”. Pamiętam dziesiątki innych obrazów, bo miałem szczęście widzieć niemal wszystkie jego dzieła – od pierwszych do tych ostatnich.

Największe filmy Ingmara Bergmana były reżyserskim przeżyciem osobistego dramatu egzystencji, projekcją jego duszy, zapisem poczucia winy i lęku, spowiedzią i psychoanalizą, i dzięki temu właśnie stały się uniwersalnym zapisem condition humaine. Może teraz współczesny Strindberg zazna spokoju, odszedłszy tam, gdzie rosną poziomki…

  

15:27, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 12 maja 2007
227. Rozkład

  

Oglądam film „Niewinne” (Włochy / Francja’1976) Luchino Viscontiego. Ostatni film tego reżysera, w swoim czasie niedoceniony, dziś wciąż mało znany. A jednak znakomity. Znakomity do tego stopnia, że nawet ja, który podczas seansu mówię tym największym, jak powinna poruszać się kamera i ile ma trwać ujęcie, co wyciąć, a co uwydatnić i przeciągnąć (tak jakbym miał pojęcie o sztuce filmowej) – nie mam tu większych zastrzeżeń. Nie jest to co prawda „Lampart”, ani tym bardziej „Zmierzch bogów”, a jednak trzeba ten obraz uznać za godny mistrza testament. Film o kłębiących się namiętnościach, o ludziach, którzy się oszukują, o ludziach w maskach, o rozkładzie i bankructwie. Film-pożegnanie ze światem, który odszedł w przeszłość na zawsze. I z kinem, które się w tej formie skończyło…

  

Tagi: filmy
23:56, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (1) »
sobota, 05 maja 2007
225. Kuszenie

  

Odrywając się od tego, czym powinienem się zajmować przez cały dzień – ach, skupić się, wyłączyć! – zerkam ukradkiem do telewizora i fragmentami – rano, po południu – przypominam sobie film Wilde (Wielka Brytania’1997; reż. Brian Gilbert). Nie wiem, czy to postać Oscara tak mnie przyciąga, czy też Jude Law jako lord Alfred Douglas. Bo czyż można sobie wyobrazić coś równie pięknego jak on? I cóż mi innego pozostało, jak patrzeć i podziwiać...

Pokusa jest jedyną rzeczą, której nie potrafię się oprzeć [Oscar Wilde].

  

środa, 21 marca 2007
206. Pożar

  

Dzisiejsze odkrycie – film Piękna wieś pięknie płonie (Jugosławia’1996), reż. Srdjan Dragojević. Ze wszystkich obrazów o bratobójczym konflikcie na Bałkanach ten zrobił na mnie największe wrażenie. Niezwykłe połączenie brutalizmu z liryzmem, scen wstrząsających z czarnym humorem, zręczne żonglowanie kilkoma planami czasowymi. I ludzie – niegdyś tworzący ułudę wielonarodowej wspólnoty, a przecież przeżarci wzajemnymi pretensjami i stereotypami, które w końcu wyszły ze sfery żartów i rozpętały piekło. Ostatecznie wszyscy i tak lądujemy na tym samym oddziale w szpitalu.

Był kiedyś piękny kraj, który nazywał się...

  

Tagi: filmy
23:50, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 03 marca 2007
203. Prawda

  

Oglądam film Wszyscy albo nikt (Chiny’1999), reż. Yimou Zhang. Historia zdawałoby się nieefektowna (13-letnia nauczycielka na głębokiej prowincji), opowiedziana w sposób najprostszy z możliwych, a jednak przykuwa przed ekranem i z każdą minutą wciąga coraz bardziej. Cóż tak porusza? – życiowa prawda? obraz nędzy? zagubienie dzieci? egzotyka tak odległa, tak bliska?

Ostatnia scena – dzieci zapisujące na tablicy pojedyncze ideogramy, oznaczające podstawowe elementy rzeczywistości ludzkiej – przepiękna, niemalże kino w stanie czystym. Niczym dotknięcie jakiejś tajemnicy, odkrycie czegoś, co jest tuż obok nas, co sobie uświadamiamy, lecz nie potrafimy tego wyrazić. Największe sceny w historii kina są właśnie o tym. A przy tym absolutny ascetyzm formalny – poezja...

  

                         „Bo wiedząc o swym pokrewieństwie

                         Z wszystkim, co jest i będzie potem,

                         Musi się w końcu jak w herezję

                         W niewiarygodną wpaść prostotę”

                                                  [Borys Pasternak. Przeł. W. Woroszylski]

  

niedziela, 31 grudnia 2006
184. Wstrząśnięty i zmieszany...

  

Oglądam film „Wesele” (Polska’2004; reż. Wojciech Smarzowski). Porażające kino. Kolejny raz okazuje się, że właśnie komedia, groteska, przerysowanie pozwalają najtrafniej uchwycić istotę danego zjawiska. Tym trafniej, że przecież w tym przypadku ani razu się nie zaśmiałem, zszokowany wręcz – to dobre słowo – przedstawionym obrazem i mistrzostwem technicznym filmu. Rzadko mam tego rodzaju przyjemność. Jest to dzieło niemal na miarę Wyspiańskiego; metafora, co nie traci na aktualności. „A to Polska właśnie…”, niech ją wszyscy diabli...

  

Koniec roku.

Jakoś nigdy to wydarzenie nie miało dla mnie specjalnego znaczenia. Godzina „0.00” była swego rodzaju ciekawostką telewizyjną, oglądaną następnego dnia w serwisach informacyjnych. Nuda – od Nowej Zelandii po Los Angeles wygląda to tak samo. O ile codziennie przesiaduję do późna, tak 31 grudnia mam ochotę położyć się spać przed północą. Ale czy dadzą człowiekowi spokojnie usnąć?

  

Jutro jest pierwszy dzień kolejnego roku twojego życia.

Przeraża mnie ten upływ czasu. Przygnębia. I zawstydza...

  

piątek, 24 listopada 2006
171. Nie ma odwrotu...

  

Oglądam film „25 godzina” (2002, reż. Spike Lee). Znakomity obraz. Rzadko kiedy w dzisiejszym kinie coś tak mi się podoba. Film o skrywanej furii, o bierności, o bezsilności. O zmarnowanym życiu. A gdzieś w tle, na drugim planie – zranione miasto. Żyjące dalej, ale niepotrafiące zapomnieć. Koledzy-strażacy, których już nie ma; wielka dziura w Ground Zero; dwa wielkie słupy niebieskiego światła bijące w otchłań nieba – eteryczna namiastka tego, co stało tu niegdyś... Nowy Jork po 11 września.

Wszystko mogłoby być inaczej – mówi finał filmu.

Ale nie będzie…

  

Tagi: filmy
23:26, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 30 sierpnia 2006
130. Musíme si pomáhat

  

Znowu filmowo.

„Musimy sobie pomagać” (2000, reż. Jan Hrebejk). Niezwykły film.

My nie potrafimy opowiadać o bolesnej przeszłości w konwencji tragikomedii, niejednoznacznie, bez ostrych podziałów i patetyzmu. A tuż obok – przyzwoitość przeplata się z podłością, patriotyzm z kolaboracją, przegrani i zwycięzcy wychodzą poharatani moralnie. Znamy to ze swojego podwórka? – znamy. Ale my nie umiemy dać temu wyrazu.

Czechy – niby za miedzą, a przecież inna planeta.

   

poniedziałek, 28 sierpnia 2006
128. Der Zauberer

  

Oglądam trzygodzinny film fabularny „Hitler – narodziny zła” (2003, reż. Christian Duguay). Oczywiście, znane to dobrze, analizowane po wielokroć, ale – fascynujący jest ten obraz, jak miernoty i frustraci pną się w górę, zdobywają władzę, wynoszeni przez innych frustratów, przy obojętności pozostałych, wspierani przez tych, którym wydaje się, że zdołają zachować nad wszystkim kontrolę. I ten czar, jaki rozsiewa wokół siebie zło, to zaczadzenie, to heglowskie ukąszenie, ta wiara, ta magia. Hitler jako sztukmistrz na jarmarku… Jako hipnotyzer…

  

Co rzeczywiście dla mnie nowe w filmie – sylwetka dziennikarza Fritza Gerlicha (1883-1934). Warto zapamiętać.

Do zwycięstwa zła wystarczy bezczynność dobrych ludzi (Edmund Burke).

  

Dziwny ciąg skojarzeń. Z rozważań o nazizmie przeszedłem do wspomnień o powieści „Poddany” Heinricha Manna (to niemieckie umiłowanie munduru i porządku). Jak Heinrich, to i Thomas, a więc „Mario i czarodziej”, ale i „Śmierć w Wenecji” – i oto film o Hitlerze okazuje się być nagrany na tej samej kasecie, na której kiedyś utrwalono film Viscontiego według Manna. Przed chłopcem Adolfem pojawił się na chwilę chłopiec Tadzio. Więcej się nie spotkają…

     

Tagi: filmy
23:55, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
niedziela, 21 maja 2006
79. Czas niszczy wszystko

  

Z piekła do raju i z powrotem.
Oglądałem wczoraj na kanale TV4 słynny film Nieodwracalne (2002) Gaspara Noé. 12 scen, a mówi się tylko o tych dwóch rzeczywiście wstrząsających. Zabójstwo i gwałt. Opowieść prowadzi od kręgów piekła (wirowanie kamery) do raju – ale przecież film opowiadany jest od końca. Sielski finał tego obrazu nie jest finałem opowieści. Jest jej początkiem. Nie ma więc nadziei, choć do niej doszliśmy. Tragicznego biegu wypadków nie da się odwrócić. I nie będzie happy endu ani triumfu sprawiedliwości ani nawet prozaicznej (a przecież zrozumiałej) zemsty, bo – mało kto to zauważa – ale to nie gwałciciel został ukarany.

  

Nadzwyczaj mocne kino. I tak właśnie trzeba było to opowiedzieć.

Reżyser nieźle nami manipuluje: ponieważ oglądamy film od końca, dopiero po kilkudziesięciu minutach „usprawiedliwiamy” zabójstwo z jego początku, ale przecież już zapomnieliśmy jak wyglądał ów zabity, więc przyjmujemy, że to gwałciciel. Ten, który mordu dokonuje, mamy więc powód podchodzić do niego z rezerwą, okazuje się być tym łagodnym i spokojnym, który wciąż powstrzymuje przyjaciela przed szaleństwem. Szukający zemsty chłopak dziewczyny na przyjęciu budzi niechęć i wątpliwości, co do swojej wierności i odpowiedzialności. Gesty i słowa ze sceny gwałtu są powtórzeniem aktu miłosnego kochanków z finału (czyli początku). Z czerwonego podziemia piekieł (klub „Odbytnica”) przenosimy się do zielonego ogrodu. A opowieść o świecie rozpasania wraca w finale do mieszczańskiej stabilizacji i myśli o dziecku.
Ponieważ zabójstwo rzekomego gwałciciela oglądamy na początku, a potem gwałt, uświadamiamy sobie, że zemsta nie cofa tego, co się stało, nie odwraca przeszłości, nie unicestwia tragedii.

  

A co jest naprawdę wstrząsającą refleksją po seansie? Że przyzwyczailiśmy się do przemocy w kinie, do zbanalizowania zła. Jesteśmy jak ten człowiek, co w scenie gwałtu pojawia się w tle, przypatruje się przez chwilę i odchodzi. Tyle że my oglądamy wszystko od przodu, podeszliśmy bliżej. I nie odwracamy wzroku. A jutro obejrzymy inny film...

Kiedy kino przekracza granice? Czy wtedy, gdy pada w nim kilkadziesiąt trupów, wszystko odbywa się szybko i kwitowane jest zabawnym powiedzonkiem, czy wtedy, gdy oglądamy ze szczegółami jedną śmierć, na serio.

  

Ten film może oburzać. Na pewno szokuje. Nie jest dla każdego. Ale warto...

  

Tagi: filmy
19:29, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (7) »
wtorek, 18 kwietnia 2006
62. Uczucia

  

Oglądam dziś Szalonego Piotrusia (1965, reż. Jean-Luc Godard).

Utkwiła mi w głowie pewna fraza: Nie można z Tobą rozmawiać. Nie masz myśli, tylko uczucia…

Dobre…

Pewnie dlatego tak rzadko tu piszę. I pewnie dlatego zmarnowałem to, o czym poniżej, czego nie potrafię nawet nazwać.

Znowu apatia. Mam depresję? Całe życie?...

  

Tagi: filmy
19:05, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5
 
Archiwum
Tagi