~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Puszkin_Aleksander

piątek, 17 lutego 2012
1070. Z cyklu: „The Winter’s Tale”…

  

Nie śnieżyło przez miesiąc, dopiero w środę i dzisiaj. Od jutra ma się topić – trzeba było uwiecznić, brodzić niczym dziecko przez zaspy, się-zachwycać

  

                    „(…) biel calutki dwór oplotła

                    Z kulami klombów i parkanem;

                    Na szybie haftowane wzory,

                    Na dworze zlot wesołych srok,

                    Lodowe srebrne drzew bisiory

                    I okolicznych wyżyn stok

                    Pod miękką, skrzącą się pościelą:

                    Dokoła aż pałało bielą”

                                   [Aleksander Puszkin. Przeł. A. Ważyk].

  

      

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

      

  

czwartek, 19 lutego 2009
567. O uporze godnym lepszej sprawy...

   

                    Homme sans moeurs et sans religion…

                                        [Aleksander Puszkin, Dama Pikowa].

   

                    dass kein Name mich täuscht,

                    dass mich kein Dogma beschränkt

                                        [Johann Wolfgang Goethe, Herman i Dorota].

  

Ten mój − rzadki, co prawda − zapał do wdawania się w światopoglądowe spory, zabierania głosu w sprawach, o których nie mam pojęcia, do wydawania sądów i wysuwania jałowych argumentów, za którymi nie stoją żadne przekonania, bo przecież z równą swadą gotów byłbym bronić przeciwnego stanowiska niż to, za jakim się rzekomo opowiadam. Skąd to we mnie, po co? Z wrodzonej przekory, dla pobudzenia dyskusji, podświadomej chęci ośmieszenia się? Tymczasem brnę dalej i w efekcie jak u Gombrowicza: „im mądrzej, tym głupiej”.

Jak można mówić o pryncypiach, gdy nie jest się do niczego przekonanym i w głębi ducha każdemu przyznaje się jego racje? Albo też wsadza się kij w mrowisko wyłącznie dla czystej satysfakcji bycia przeciw...

  

„I trzymajmy się zasady, tym mocniej, im dotkliwiej onieśmiela, tym hardziej, im głębiej grzęźniemy w stracone pozycje, tym konsekwentniej, im drastyczniej nas zdeterminowano − żadnej pokory wobec opatrzności, nawet jeżeli jest najabsolutniejszym absolutem. Niech na nic nie liczy poza obojętnością, którą otrzyma w rewanżu za własną obojętność.

Chłód za chłód” [Eustachy Rylski, Po śniadaniu].

  

sobota, 30 sierpnia 2008
480. Signifying nothing

  

I pomyśleć, że inni, w tym samym wieku, snują plany, rozwijają się zawodowo, gromadzą rzeczy, urządzają się w życiu, zapuszczają korzenie, utrwalają relacje, szukają i znajdują, doświadczają, i nawet jeśli ostatecznie pozostają sami − przy tej kondycji to na ogół nieuchronne − zostają im przynajmniej wspomnienia i wypracowana pozycja. Bo trzeba mieć z czego rezygnować i na co obojętnieć… A ja się tylko powtarzam w tym żalu za niezaistniałym i nieosiągalnym − bez ambicji i przywiązania do samego istnienia, bez szans na osiągnięcie czegokolwiek. W dzieciństwie w ramach mechanizmu obronnego miałem się za lepszego, a teraz nie nadaję się nawet na sprzedawcę. Od lat nie opuszcza mnie rozczarowanie, a każdy dzień jest jedynie mijającym bez najmniejszego choćby śladu przechodnim półcieniem. I tyle właśnie znaczę dla innych…

Odwieczny brak sensu i niedawna utrata sensu. Aż za bardzo to wszystko męczące… 

   

                    „Nie mam celu, nie chcę świata,

                    Serce puste, umysł płonny

                    I udręką mnie przygniata

                    Rozgwar życia monotonny”

                                        [Aleksander Puszkin. Przeł. J. Tuwim].

  

poniedziałek, 14 kwietnia 2008
410. Bieszenstwo

  

Najpierw czytam w pociągu: „Oczekiwanie i tęsknota czyni ludzi szalonymi” [Aharon Appelfeld, Badenheim 1939. Przeł. H. Szafir – opowieść o „czarodziejskiej górze” ogarniętej epidemią żydostwa]… Potem na zajęciach, omawiając ze studentami Małego biesa Fiodora Sołoguba, powtarzam im za podręcznikiem, że kiedy człowiek skupia się wyłącznie na samym sobie (fiksacja narcyzmu), wówczas zapomina o całym świecie – a ponieważ on nie przestaje istnieć i musi dawać o sobie znać, to zaczyna prześladować. Tak rodzi się paranoja… Wreszcie tradycyjnie już nieudana wizyta u fryzjera szarpie mi wściekle nerwy…

Dzień z pewnością obłędny – nie wiem, czy taki wyjątkowy… 

    

                    „O Boże, nie daj mi zwariować!”

                                        [Aleksander Puszkin. Przeł. J. Tuwim].

  

piątek, 25 stycznia 2008
368. Peregrinatio

  

Miał to być dzień intensywnej pracy, pisania i tworzenia, ale złożone samemu sobie obietnice najtrudniej jest chyba spełnić. Pomysł odebrania dziś właśnie nowego dowodu osobistego, z koniecznością spaceru w odległe rejony mojego miasteczka się wiążący, rejony na uboczu głównego nurtu życia leżące i dawno już przy tym niewidziane – wcielony w życie został i plony obfite a nieoczekiwane przyniósł. Wyprawa w konkretnym celu we włóczęgę poznawczą się zmieniła, a ja sam z petenta stałem się turystą i eksploratorem, stąpającym po własnych śladach z odległej przeszłości, które czas zdążył już niemal bezpowrotnie zatrzeć. Oglądałem niegdyś znane, przypominałem sobie zapomniane…

   

                    „Dziesięć minęło lat od tego czasu –

                    I w życiu mym niejedna zaszła zmiana,

                    I sam, podległy ogólnemu prawu,

                    Zmieniłem się – w tym miejscu wszakże znów

                    To, co odeszło, wraca do mnie żywe,

                    I zda się, żem po gajach owych błądził

                    Zaledwie wczoraj”. 

                                        [Aleksander Puszkin. Przeł. W. Woroszylski]

  

Wszędzie majaczyły mi cienie dawnego Dyhernfurthu…

Stare Miasto, które – choć centrum ordynacji (Fideikommiss und Seniorat) – nigdy w pełni miejskich kształtów nie nabrało, służąc jedynie za zaplecze pałacowego majątku, jakkolwiek lokowane było przywilejem cesarskim Leopolda I w Roku Pańskim 1662 wedle planu przemyślanego i wciąż czytelnego. Gdzieś tu Sabataj Bassa z Kalisza rozwinął swoją słynną na cały kontynent hebrajską poligrafię, której dopiero konkurencja Berlina i Frankfurtu mogła zagrozić. Stojący obok budynek tandetnie dziś zielonej remizy strażackiej wzniesiono w przeddzień Wiosny Ludów przy finansowym wsparciu Rotszyldów jako synagogę dla tutejszej gminy – biesiadne tańce odbywają się (wciąż jeszcze?) tam, gdzie starsi w wierze bracia dzisiejszych mieszkańców nabożnie wielbili Tego, Który Jest. Na rezydencji dawnych zarządców Śląska nie znać już ani mistrzowskiej ręki K. G. Langhansa, ani o stulecie późniejszej przebudowy, przenoszącej nad Odrę strzeliste wzory francuskiego renesansu z doliny Loary – po wejściu Sowietów do opuszczonego miasta naziści raz jeszcze uderzyli, by zatrzeć ślady ukrywanej przed światem produkcji gazów bojowych i zbrodni na więźniach popełnianych w dwóch tutejszych filiach złowieszczego obozu Gross-Rosen; płonący w wyniku tej akcji pałac był jedną z ostatnich ofiar szaleństwa, które popchnęło najbardziej kulturalny naród Europy na skraj nie tylko moralnej przepaści. Czy winić za pożar należy bardziej generała Sachsenheimera, czy porucznika Maksymowa – nie dziś już rozstrzygać. Z tarasu na tyłach w ogólnych tylko zarysach odbudowanej rezydencji, w której niegdyś chroniono pamiątki po nieszczęsnej Marii Antoninie, a dziś wyświetla się amerykańskie komedie, widać ostatni w tej części kraju prom przez rzekę – dowód, że nawet zachodnia Polska zdaje się tkwić jeszcze w XIX stuleciu. Obok tak zwana oficyna (dawny Mały Pałac); przez powojenne dziesięciolecia popadająca w ruinę, dziś pięknie odrestaurowana dzięki środkom unijnym po powodzi tysiąclecia – nawet katastrofy przynoszą zatem coś dobrego, nawet tragedie mogą się kończyć happy endem. Tu mieści się Urząd, cel podróży mej główny. Wchodzę, czekam, odbieram, kwituję.

Po wszystkim kieruję się do parku – niegdyś angielskiego w swoich (znów Langhans!) założeniach projektowych, dziś zdecydowanie polskiego w ogólnym zaniedbaniu. Pływające po stawie kaczki-krzyżówki są jedynie szarym wspomnieniem po latami obecnych tu łabędziach; pamiętam też zarośla trzciny i tataraku – dziś nagie nabrzeża obnażają nędzę domku na środku akwenu, żałośnie sterczącego na palach ponad obniżonym lustrem wody. Przelatujący z pnia na pień niebieskawordzawy kowalik ciągnie mnie między drzewa. Wiem podświadomie, gdzie zmierzam – i oto sprofanowane po wielekroć i zrujnowane mauzoleum von Hoymów, ślad po czasach, gdy tradycję i przeszłość otaczano religijną niemal czcią. Zawsze przerażała mnie martwota tego miejsca – gdy stały tu trumny, z pewnością miało w sobie więcej życia.

Gdzieś w górze zaskakująco dziś silny wiatr rozpoczyna swój ryk – strzelające w niebo nagie gałęzie i konary dołączają kolejno do chóru i wysoko ponad moją głową tworzą niezwykłą symfonię trzasków, skrzypień i stuków. Zapomniałem już, jak las potrafi śpiewać, jak słońce uśmiecha się spoza drzew...

Wracam do domu, pomiędzy bezduszne blokowiska z epoki późnego Gierka, zmęczony i zmarznięty, z ogromną satysfakcją jednak. Chciałbym Cię kiedyś zabrać na podobny spacer. A jeszcze bardziej – żebyś to Ty zechciał pójść ze mną…

  

czwartek, 27 września 2007
297. Podróż

    

Ruszasz, choć przecież siedzisz w miejscu, przyklejony do szyby w przeładowanym wagonie. Torba uwiera cię w prawe ramię, ale nie masz dość miejsca, by do niej sięgnąć. Samotne drzewa w polu (istota polskości dla ciebie), myszołów nad zeschłymi badylami kukurydzianych łodyg, zmęczeni życiem ludzie pracujący pośród jabłkowych sadów, pierwsze żurawie, rozwalające się poniemieckie stodoły – wszystko przechodzi przed twoimi oczami zanim zdąży w pełni zaistnieć. Zostaje tylko tło. Tu – harmider przyziemnych rozmów, melodie telefonów komórkowych. Nie słyszysz ich jednak. Tam – spokój, okrutna obojętność natury, niczym objawienie wieczności. Trwanie (wciąż najważniejsze dla ciebie słowo). Mgła spowijająca las na horyzoncie. Aż w końcu już tylko biel, biel pustego nieba…

Potem ciemność – półmrok peronu, na którym nikt nigdy na ciebie nie czeka, i setki twarzy, których nawet nie dotkniesz spojrzeniem. Przemykasz się niepostrzeżenie wzdłuż ścian śmierdzącego bezdomnością dworca – zdecydowanie, najpiękniejszy w Polsce. Wkraczasz do Miasta, recytując w myślach Leningrad Mandelsztama...

Po wakacyjnej przerwie powracasz do instytucji, z którą poza obowiązkami już nic cię nie wiąże. Tak, jak zawsze Puszkin – „Znowu odwiedziłem / Ziemi zakątek, kędym…” Mówisz każdemu „Dzień dobry” ze spokojem, bo wiesz, że te słowa nic nie znaczą – zdążyłeś już zapomnieć, że to ciebie się wita pierwszego. Żółte ściany na zewnątrz, żółte w środku. W Rosji żółtym domem nazywają dom wariatów. To właśnie mu zawdzięczasz – myśl o psychiatrze. Jeśli się uda, pójdziesz do niego we wtorek, gdy tylko opuścisz te przeklęte mury. Na tydzień zaledwie, niestety…

Potem znowu peron – zdaje się, że zawsze ten sam. Czekasz. Chodzisz wzdłuż i wszerz, choć potworne zmęczenie nieomal paraliżuje ci nogi, a w głowie temat przewodni z Całkowitego zaćmienia szarpie bezlitośnie nerwy dziwnym niepokojem. Tuż obok mija cię pociąg, i jeszcze jeden, i wreszcie nadjeżdża trzeci – patrzysz w jego żółte (znów!) oczy i, szukając przerwy między kołami, masz (wiadomo!) nieuchronne skojarzenia literackie. Skojarzenia-pragnienia. Ale nie, nie tym razem, jeszcze nie teraz – dopiero w nocy, w trupio zimnej pościeli stalowy chłód kolejowej szyny przeniknie przez twoją skórę i zatrzyma na szyi. Dopiero wtedy wrócisz, dopiero wtedy zgaśnie świeca Anny Kareniny…

  

wtorek, 07 marca 2006
48. Mistrz

  

Ta zawiść Polaków wobec siebie, to wzajemne podstawianie sobie nogi, to potępianie innych i przekonanie o własnej nieomylności, ta łatwość wydawania wyroków, to czarno-białe postrzeganie świata i ludzkich wyborów.

Ta nienawiść powszechna, ta pogarda dla elit i ludzi rzeczywiście wielkich, którzy umieli coś stworzyć, osiągnąć, zyskać poklask świata.

To lubowanie się w opluwaniu, niszczeniu, wyśmiewaniu, lekceważeniu.

Ta miernota powszechna, brutalna, triumfująca…

To, co robiono z Miłoszem, Kuroniem, Turowiczem, Jeziorańskim, co się robi z Michnikiem, Mazowieckim, z (nie waham się tu) Kwaśniewskim, Balcerowiczem – przechodzi moje wyobrażenia o ludzkiej podłości i głupocie…

  

Osiemdziesiąte urodziny Andrzeja Wajdy.

Znam się co nieco na literaturze, historii, malarstwie i kinie – i dlatego nie mam wątpliwości: jest to jeden z największych artystów polskich XX stulecia, na polu kinematografii jeden z największych w świecie. Nie ma drugiego artysty filmowego, którego twórczość byłaby tak organicznie związana z „duchem” jego narodu, który by w takim stopniu formował świadomość społeczną, wzbudzał powszechne dyskusje i spory, obalał i tworzył mity, demaskował i formował nas takimi, jacy jesteśmy.

Trzeba to wiedzieć, gdy się zabiera dziś głos, a nie krzyczeć, gdy nie ma się pojęcia o czasach, o okolicznościach i możliwościach, dziś, gdy odwaga potaniała, a głowę podnosi niemające nic do zaoferowania chamstwo.

Zresztą – prawdziwa wielkość broni się sama…

  

               I naród w sercu mnie po wieczny czas utwierdzi

               Za to, żem lutnią w swój nielitościwy wiek

               Wysławiać wolność śmiał i wzywał miłosierdzia,

                    I szlachetności uczuć strzegł.

  

               Posłusznie, muzo, czyń, co boży duch rozkaże,

               Niech cię nie nęci laur, nie straszy obelg chór,

               Jednaką miarą mierz pochwały i potwarze,

                    A z głupcem się nie wdawaj w spór

                                   [Aleksander Puszkin. Przeł. J. Tuwim]

  

Archiwum
Tagi