~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Achmatowa_Anna

piątek, 13 stycznia 2012
1053. Bloodlands...

  

Po kilka tytułów naraz, zakładki w pięciu tomach jednocześnie – nowa praktyka, mająca ułatwić powrót do czytania. Raczej bez prozy (choć 2012 zacząłem z ostatnim Houellebecqiem), którą lepiej od razu, całościowo. Dzienniki, opracowania historyczne, biografie i dzieje kultury. Już teraz wiem, że wśród najważniejszych moich lektur tego roku znajdzie się z pewnością książka Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem Timothy’ego Snydera. Niezwykle wartościowa, a w pewnych punktach odkrywcza też pozycja, przywracająca twarze Zamienionym W Wielką Liczbę…

    

„W połowie XX wieku w środku Europy reżimy nazistowski oraz sowiecki wymordowały około czternastu milionów ludzi. Skrwawione ziemie – obszar, gdzie zginęły wszystkie ofiary – rozciągają się od środkowej Polski po zachód Rosji poprzez Ukrainę, Białoruś i kraje bałtyckie. W okresie konsolidacji narodowego socjalizmu i stalinizmu (1933-1938), wspólnej niemiecko-sowieckiej okupacji Polski (1939-1941) oraz wreszcie wojny niemiecko-sowieckiej (1941-1945) region ten dotknęła przemoc na skalę nieznaną wcześniej w dziejach. Jej ofiarami padły przede wszystkim narody zamieszkujące omawiane tereny: Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, Polacy, Rosjanie i Bałtowie. Wspomniane czternaście milionów wymordowano w ciągu zaledwie dwunastu lat, od 1933 do 1945 roku, gdy władzę sprawowali jednocześnie Hitler i Stalin. Chociaż w połowie opisywanego okresu ich ojczyzny ogarnęła pożoga, ludzi tych należy bez wyjątku zaliczyć do ofiar morderczej polityki, nie zaś działań wojennych. Druga wojna światowa rozwinęła się w najbardziej śmiercionośny konflikt w historii, a co drugi z żołnierzy, którzy polegli na polach bitewnych całego świata, padł właśnie tu – na skrwawionych ziemiach. Nikt spośród tych czternastu milionów zabitych nie był jednak żołnierzem służby czynnej. Większość stanowili kobiety, dzieci i starcy, wszyscy bezbronni; wielu z nich pozbawiono wcześniej dobytku z ubraniami włącznie.

(…) Zbrodnie Stalina kojarzy się często z Rosją, a Hitlera – z Niemcami, lecz najstraszliwsze wydarzenia w Związku Radzieckim rozegrały się na jego nierosyjskich peryferiach, a naziści generalnie zabijali poza terytorium Niemiec. Za symbol okropności XX wieku uważa się obozy, a jednak większość ofiar narodowego socjalizmu i stalinizmu nie zginęła w obozach koncentracyjnych. Te nieporozumienia co do lokalizacji i metod masowych mordów przesłaniają nam rzeczywisty obraz okropności XX wieku. (…)

Sama liczba ofiar może nam utrudnić wyobrażenie sobie każdej z osobna. »Imiona ich zawsze bym chciała pamiętać – pisała rosyjska poetka Anna Achmatowa w swoim Requiem – spisałam je wszystkie, lecz spis mi odjęto« [przeł. E. Siemaszkiewicz].

(…) Znacznie łatwiejszą do przełknięcia opcją (…) jest identyfikowanie się z ofiarami zamiast zrozumienia warunków historycznych, które dzieliły one ze sprawcami i gapiami na skrwawionych ziemiach. Identyfikacja z ofiarą oznacza radykalne odseparowanie się od sprawcy. Strażnik w Treblince, który zapuszcza silnik, lub oficer NKWD, który pociąga za spust, nie jest mną – jest osobą zabijającą kogoś takiego jak ja. Trudno jednak powiedzieć, czy ta identyfikacja z ofiarami niesie dodatkową wiedzę, lub czy ten rodzaj dystansowania się od mordercy jest postawą etyczną. Nie jest wcale oczywiste, czy redukując historię do moralitetu, stajemy się moralni.

Przypisanie sobie roli ofiary nie prowadzi niestety samo w sobie do właściwych wyborów moralnych. (…) Każda wielka wojna i masowy mord w XX wieku rozpoczynały się tak samo: napastnicy lub sprawcy twierdzili najpierw, że są niewinni i dzieje im się krzywda. (…)

Ofiary były ludźmi i prawdziwa identyfikacja z nimi musi polegać na uchwyceniu ich życia, nie zaś ich śmierci. Ofiary z definicji nie żyją i nie mogą się bronić przed sposobem, w jaki inni wykorzystują ich śmierć. Łatwo jest uświęcać politykę lub tożsamość śmiercią ofiar. Mniej przyjemne, lecz ważniejsze moralnie jest zrozumienie działań sprawców. Zagrożenie moralne nie polega wszak na tym, że moglibyśmy stać się ofiarą, lecz na tym, że moglibyśmy być sprawcą albo gapiem. Kusi stwierdzenie, że nazistowski morderca wymyka się próbom zrozumienia. (…) Odmówienie człowiekowi natury ludzkiej uniemożliwia jednak stosowanie etyki.

Poddanie się tej pokusie – uznanie innych ludzi za pozbawionych człowieczeństwa – oznacza zbliżenie się do stanowiska nazistów, nie zaś zdystansowanie się od nich. Uznanie, że nie możemy innych poznać, równa się porzuceniu prób zrozumienia, a tym samym rezygnacji z historii. (…)

Nasza współczesna kultura upamiętniania przyjmuje za oczywistość, że pamięć zapobiega mordom. Nęcąca jest koncepcja, że jeżeli ludzie umierali tak licznie, musieli oddać życie za jakąś wartość najwyższą, którą można ukazać, rozwinąć i zachować, upamiętniając ją politycznie we właściwy sposób. Na następnym etapie tą wartością najwyższą okazuje się naród. Miliony ofiar musiały paść, by Związek Radziecki mógł wygrać Wielką Wojnę Ojczyźnianą lub Ameryka swoją »dobrą wojnę« (»good war«). Europa musiała odebrać lekcję pacyfizmu, Polska musiała zyskać legendę wolności, Ukraina – swoich bohaterów, Białoruś musiała dowieść swoich cnót, a Żydzi – wypełnić syjonistyczne przeznaczenie. Wszystkie te późniejsze racjonalizacje, choć przekazują nam ważne prawdy na temat polityki i psychologii narodowej, mają jednak niewiele wspólnego z pamięcią jako taką. O zabitych się pamięta, lecz zabici nie pamiętają. Władzę sprawował ktoś inny i ktoś inny zadecydował o tym, jak umarli. Później ktoś jeszcze inny decyduje, dlaczego. Gdy sensu szukamy w zabijaniu, pojawia się ryzyko, że więcej zabijania przyniesie więcej sensu.

Tutaj tkwi być może cel historii – gdzieś pomiędzy odnotowywaniem śmierci a jej nieustanną reinterpretacją. Jedynie historia masowego zabijania może połączyć w jedno liczby ze wspomnieniami. Bez historii wspomnienia stają się prywatne, co oznacza dzisiaj – narodowe, a liczby stają się publiczne, czyli służą za instrument międzynarodowej rywalizacji o tytuł męczenników. (…) Po zakończeniu II wojny światowej i ponownie po upadku komunizmu nacjonaliści na skrwawionych ziemiach (i poza nimi) popuścili cugle fantazji w opisie rozmiaru doznanych krzywd, roszcząc sobie w ten sposób prawo do niewinności. (…)

Poza Polską nie docenia się rozmiaru polskich cierpień. Nawet polscy historycy rzadko wspominają o Polakach z ZSRR, których zamorzono głodem w sowieckim Kazachstanie i na sowieckiej Ukrainie na początku lat trzydziestych lub zastrzelono podczas stalinowskiego wielkiego terroru końca lat trzydziestych. Nikt nie dostrzega, że Polacy w Związku Radzieckim ucierpieli w latach trzydziestych bardziej niż jakakolwiek inna europejska mniejszość narodowa. Nieczęsto przywołuje się uderzający fakt, iż w 1940 roku sowieckie NKWD dokonało na okupowanych ziemiach wschodnich Polski większej liczby aresztowań niż na reszcie terytorium Związku Radzieckiego. Wskutek bombardowania Warszawy w 1939 roku zginęło mniej więcej tylu Polaków, ilu Niemców w nalocie na Drezno w 1945 roku. Dla Polaków bombardowanie to oznaczało zaledwie początek jednej z najkrwawszych okupacji wojny, podczas której Niemcy zabili miliony polskich obywateli. W czasie samego powstania warszawskiego liczba polskich ofiar przekroczyła liczbę Japończyków zabitych wskutek zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Mieszkający w 1933 roku w Warszawie Polak niebędący Żydem miał mniej więcej takie same szanse dożycia 1945 roku jak mieszkający w 1933 roku w Niemczech Żyd. Podczas wojny zamordowano niemal tylu niebędących Żydami Polaków, ilu w Auschwitz zagazowano europejskich Żydów. W Auschwitz zginęło zresztą więcej Polaków niebędących Żydami niż Żydów z dowolnego kraju europejskiego z wyjątkiem dwóch: Węgier oraz samej Polski.

(…) Pomimo zaiste straszliwych strat Polska jest kolejnym przykładem polityki zawyżania doznanych krzywd. (…) Polacy niebędący Żydami musieli znosić niewyobrażalne trudności w porównaniu z ludnością pod okupacją niemiecką w Europie Zachodniej. Pomimo to Żydowi w Polsce zadana z premedytacją śmierć groziła podczas wojny piętnastokrotnie częściej niż Polakowi nie-Żydowi.

W ciągu dwunastu lat obydwa reżimy wymordowały celowo czternaście milionów ludzi. To moment, który ledwie zaczynamy rozumieć, nie wspominając o całkowitym jego ogarnięciu. Powtarzając zawyżone liczby, Europejczycy uwalniają miliony duchów ludzi, którzy nigdy nie żyli. Takie widma mają niestety siłę. To, co zaczyna się jako rywalizacja na polu martyrologii, może kończyć się jako martyrologiczny imperializm. (…) Gdy z równania usuniemy historię, liczby pną się w górę, a pamięć zamyka w sobie; stanowi to zagrożenie dla nas wszystkich. (…)

Ofiary pozostawiły po sobie żałobników. Zabójcy pozostawili liczby. Dołączenie po śmierci do wielkiej liczby oznacza rozpłynięcie się w strumieniu anonimowości. Pośmiertny zaciąg do rywalizujących stronnictw pamięci narodowej umacnianej liczbami, do których zaliczono czyjeś życie, oznacza utratę indywidualności. Równa się zapomnieniu przez historię, która wychodzi z założenia, że każde istnienie ludzkie jest nieredukowalne. W całej swojej złożoności historia jest tym, co wszyscy mamy, i tym, czym możemy się wszyscy dzielić. Nawet więc, gdy znamy poprawne liczby, musimy dołożyć wszelkiej staranności. Prawidłowa liczba nie wystarcza.

Każdy zapis śmierci sugeruje niepowtarzalne życie, nie może go jednak zastąpić. Musimy potrafić nie tylko określić liczbę zabitych, lecz wyliczyć z osobna każdą ofiarę jako człowieka. Spośród wielkich liczb jedną, która ostaje się przy dokładnej analizie, jest ta dotycząca Holocaustu: 5,7 miliona zabitych Żydów, z tego 5,4 miliona z ręki Niemców. Tę liczbę, podobnie jak wszystkie inne, trzeba jednak postrzegać nie jako 5,7 miliona, a więc abstrakcję, którą niewielu zdoła ogarnąć, lecz jako 5,7 miliona razy jeden. Nie oznacza to uogólnionego obrazu Żyda, którego 5,7 miliona razy spotyka abstrakcyjna śmierć. Oznacza to niezliczone jednostki, które trzeba niemniej policzyć, pośrodku ich życia (…).

Obchody pamięci organizuje się wokół okrągłych liczb – dziesiątek, setek, tysięcy; o umarłych łatwiej jest jednak pamiętać, gdy liczby nie są okrągłe, gdy ostatnią cyfrą nie jest zero. (…)

Jeżeli chodzi o historię masowego zabijania na skrwawionych ziemiach, we wspomnieniach trzeba zachować milion (razy jeden) leningradczyków zamorzonych głodem podczas oblężenia, 3,1 miliona (razy jeden) różnych jeńców sowieckich zgładzonych przez Niemców w latach 1941-1944 lub 3,3 miliona (razy jeden) różniących się od siebie chłopów ukraińskich zagłodzonych przez reżim sowiecki w latach 1932-1933. Dokładnych liczb nigdy nie poznamy, wśród nich kryją się jednak pojedynczy ludzie (…).

Każdy z 681 692 ludzi zastrzelonych podczas stalinowskiego wielkiego terroru lat 1937-1938 miał własną, inną historię (…). Każdego z 21 892 polskich jeńców wojennych rozstrzelanych przez NKWD w 1940 roku śmierć zastała pośrodku życia. (…)

Reżimy nazistowski i sowiecki zamieniły ludzi w liczby, spośród których część możemy tylko szacować, część umiemy zaś odtworzyć ze sporą precyzją. Jako naukowcy musimy określić te liczby i przedstawić je we właściwym kontekście. Jako humaniści musimy nadać im z powrotem ludzki wymiar”

                [Timothy Snyder, Skrwawione ziemie. Przeł. B. Pietrzyk].

  

poniedziałek, 31 października 2011
1018. Proses moroses...

 

I znów – jak latem – najpierw prognozy pogody na kolejne dni pozwalają snuć dalekosiężne plany zdjęciowych sesji, kolejnych tras, wypraw nawigowanych spacerownikami, a potem rzeczywistość rozwiewa te marzenia o odpowiednim świetle i kolorze nieba – a zamiast tego mgły i chmury, wiszące wciąż ciężko ponad ziemią. Szarość i przygnębienie. „Wspomnienie słońca w sercu półmartwe, / Płowieje trawa”… Kotki kurzu przebiegające od tygodni po podłodze, zimne palce wystukujące w klawiaturę, na stole zaległe gazety, kupony Lotto, zbędne paragony. Totalna pustka – bo i wyrzeczenie się już czegokolwiek. Spokój, trwanie bez jakiejkolwiek aktywności – masz wreszcie, czego chciałeś…

„Znikły z kanałów blask, falowanie / Wody wystygłej. / Tutaj już nigdy nic się nie stanie – / O, więcej nigdy!” [Anna Achmatowa. Przeł. J. Pollakówna].

  

piątek, 21 maja 2010
785. Après moi le déluge...

  

Dopiero koniec tygodnia przynosi dwa krótkie, słoneczne popołudnia. Śladu nie widać na chodnikach po ciągnących się całymi dniami ulewach, po tej dudniącej nawałnicy, która nie dawała mi spać jeszcze dziś nad ranem. Gdy wracam z pracy, radośnie śpiewają mi ptaki; uśmiecham się przewrotnie, kiedy dwie nastolatki mówią „Ą, Ę” na widok mojej marynarki z pagonami i fantazyjnie zawiązanej na szyi długiej chustki. Na ulicach od wczoraj przystają grupki dyskutujących ludzi, gdzieś w dali słychać syreny przejeżdżających pojazdów, z megafonów odczytywany jest apel do mieszkańców o pomoc przy usypywaniu wałów…

   

                         „Newa groziła przyborem fali

                         I miasto żyło w obawie powodzi”

                                   [Anna Achmatowa. Przeł. L. Podhorski-Okołów].

  

W myśli, że jakiś kataklizm lub też eksplozja w fabryce mogłyby teoretycznie zmieść tę przeklętą dziurę z powierzchni ziemi, jest tyleż grozy, co dziwnej złośliwej satysfakcji…

  

19:46, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 18 kwietnia 2010
771. ..."et lux perpetua luceat eis"...

  

Na odległość, choć tak zarazem mocno, bezpośrednio (żal jednak, że nie bliżej, tam, choćby przez krótki moment), wciąż w oszołomieniu pewnym, we wzruszeniu. Wczoraj w Warszawie pożegnanie, dzisiaj w Krakowie pogrzeb – podwójny, królewski, pierwszy z dziewięćdziesięciu pięciu. Trudno to ciągle ogarnąć, trudno w tym nie uczestniczyć. Pierwszy akt się dokonał, a przecież to ledwie początek

   

                    „Nie, nie pod obcych gwiazd korowodem,

                    Nie pod skrzydłami nieojczystych sił,

                    Z moim podówczas byłam narodem,

                    Tam, gdzie mój naród, na nieszczęście, był”

                                        [Anna Achmatowa, Requiem. Przeł. L. Lewin].

   

19:42, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
sobota, 30 stycznia 2010
738. The terms of surrender...

  

„Dlaczego Ismail nawet nie próbował się bronić – nie wiadomo. Być może musiał przetrawić to oszczerstwo w sobie, w ciszy. Niewinność często milknie w obliczu nienawiści. Stał chwilę, nieruchomo, jak ofiara sparaliżowana swoim przeznaczeniem, wiedząc doskonale, że przeznaczenie to nie przypadek, ale naturalna konsekwencja kluczowych faktów, wymuszonych, nie zawsze zrozumiałych, tak jak czasami niezrozumiała jest samotność, żądza rozkoszy i zemsty albo współczucie i egoizm. Może nawet się nie zdziwił”

              [Susana Fortes, Albański kochanek. Przeł. W. Ignas-Madej].

  

Po raz kolejny obiecuję sobie, że już nie dam się więcej zaskoczyć, że trzeba pozbywać się dowodów. Ale też tyle wpadek przez te ponad dwa lata, że chyba brak mi elementarnego instynktu, nie umiem nauczyć się dbać o własne bezpieczeństwo…

Zaskakuje mnie jednak spokój, z jakim ostatnio stawiam mamie czoła – kiedyś spazmy, płacz, niemożność wydobycia głosu; teraz próby wyjaśnień, wywalczenia nawet czegoś, obronienia. Jestem może nieco odważniejszy? Chyba nie, zbyt wiele bowiem w tym bierności i pokory. Obojętność to, przyzwyczajenie, zemsta odłożona na później? – czy brak sił na walenie w mur, brak już łez… 

   

                    „Nie ma dumniejszych, prostszych od nas

                    Ludzi, o bardziej suchym oku”

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. W. Woroszylski].

  

Nie ma już zdjęć, wizytówek, profili (stała obok, dopilnowując kasacji wszystkiego); tych złudnych szans, że kiedyś wreszcie chociaż spojrzy ktoś, że zatrzyma się i przemówi. A przecież trzydzieści miesięcy od ich założenia i tak nie przyniosło efektów. Nie wiem, jak i gdzie szukać, co zrobić może taki ktoś, jak ja…

Warunki kapitulacji. To mógłby być tytuł mej powieści, gdybym potrafił stworzyć więcej coś niż tylko naśladowanie debiutu Houellebecqa…

 

W dwa dni udaje się „zrekonstruować” dziesięć książek. Pozostaje to jedynie przepisać. A w nocy zielona okładka, maczkiem zapisane strony – śni mi się mój utracony zeszyt…

  

wtorek, 24 lutego 2009
569. Nieustannie ta Achmatowa - czyli "Kwiaty naszego niespotkania"...

   

               „Sami z naszym obłędem i ulubionym kwiatkiem

               Widzimy, że naprawdę nie ma już o czym pisać.

               A raczej, że trzeba pisać o tych samych starych sprawach

               W ten sam sposób, powtarzając w kółko to samo,

               Żeby miłość mogła dalej trwać i zmieniać się stopniowo”

                              [John Ashbery, Późne echo. Przeł. P. Sommer].

  

Szkoda, że tak być najwidoczniej musi, że tak się to gdzieś rozpływa i już nic o sobie nie wiemy, bo też już żadnych listów, żadnych telefonów… Że nic Cię to już nie obchodzi i pewnie mnie nawet nie czytasz − a przecież piszę tu tylko po to, byś wiedział, co się u mnie dzieje. Przy odrobinie szczęścia zobaczymy się może raz na pół roku i nie wyjdziemy poza ogólnikowe „Cześć! Co słychać?”, bo nawet grzeczność jest teraz krępująca. I tylko pożegnalny uścisk Twojej ręki będzie się odciskał zagłębieniem w mojej dłoni aż do następnego spotkania…

  

A może tak właśnie jest lepiej? Bo co z tego, że jedynie przy Tobie mógłbym w pełni rozkwitnąć, skoro Ty przy mnie nieodwołalnie musiałbyś zwiędnąć… 

   

               „Gdybyś był o te kwiaty zazdrosny,

               Proszę cię, daj spokój.

               Są dla mnie absolutnie niczym”

                              [John Ashbery, Wazon z kwiatami. Przeł. P. Sommer].

  

wtorek, 16 września 2008
489. Donatio

   

                    „Tę ostatnią już rocznicę świętuj”…

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. S. Pollak].

  

Wrzesień był wtedy cieplejszy, więcej też obiecywał. Zaraz po naszym pierwszym spotkaniu kupiłem Mu książkę, której bezskutecznie poszukiwał. To już rok, jak nie udaje mi się mu jej przekazać. Miał to być pierwszy w moim życiu prezent, jaki komuś sprawię, a dziś jest mi niczym wyrzut sumienia. Ciekawe, czy On jeszcze pamięta, że chodziło o Dzienniki Sylvii Plath…

  

Wiem, że nie powinienem o tym pisać, ale o tym, co się teraz w domu i ze mną dzieje, pisać nie jestem w stanie…

  

czwartek, 28 sierpnia 2008
479. La Mariée était en noir

  

Spośród ośmiu zatrudnionych miesiąc temu osób przedłużenia umowy o pracę doczeka sześć. Nie będę jedną z nich − jak usłyszałem, mam dużą wiedzę z wielu dziedzin, ale brakuje mi tego czegoś w kontaktach z klientami (ja bym raczej powiedział, że tego czegoś brakuje mi w relacjach z kimkolwiek). Tym samym mój jedyny pomysł na życie wyczerpał się ostatecznie. Jak gdybym nie miał teraz innych zmartwień, jak gdyby nic innego się ostatnio nie wyczerpywało…

Nie trwał zbyt długo ten mój mariaż z nową (jakąkolwiek) formą działalności. Przynajmniej nie będę już musiał służbowo ubierać się na czarno, przy czym nie tyle sam kolor mnie męczył, co ta codzienna monotonia wobec skromności mojej garderoby. A przecież i tak, od kilkunastu już lat, od roku, od miesiąca jestem w stanie żałoby. Nie wiem, jakim cudem jeszcze to wytrzymuję… 

   

                    „Nie, to nie ja jestem, to cierpi ktoś inny,

                    Bo ja bym tak nie mogła. A to, co się stało,

                    Niechaj okryją szczelnie czarne kiry

                    I niech zabiorą światło…

                                                       Noc” 

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. E. Siemaszkiewicz].

  

poniedziałek, 25 sierpnia 2008
477. Consolatio

  

Już druga z moich byłych studentek miała okazję odkryć, że jej pan magister sprzedaje teraz książki. Ja zaś dopiero teraz wracam wspomnieniem do tamtego, tak nieodległego w czasie, a bez żalu przecież zamkniętego, etapu w moim życiu; do tego, jak wielką wagę przykładałem, by moi wychowankowie zapamiętali trójczłonową kompozycję klasycznego trenu, i jak wspólnie analizowaliśmy wczesną lirykę przyszłej Anny Wszechrosji, szukając w kolejnych utworach języka gestów, słów w pół urwanych, znaczenia przedmiotów. Żaden temat nie był mi nigdy tak bliski… 

   

                    „Porzucił mnie, gdy pełnia była,

                    Mój druh kochany. Trudna rada. 

                    Żartował: »Linoskoczko miła,

                    Jak zdołasz żyć do listopada?«

   

                    Odpowiedziałam mu jak bratu,

                    Bez scen zazdrości, bez maniery, 

                    Lecz powetować mi tej straty

                    Nie mogą nowe płaszcze cztery”

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. L. Podhorski-Okołów].

  

Nie zmagam się co prawda z porzuceniem, tylko z milczeniem (a sytuacja jest na tyle niezręczna, że pewnie będzie się ono jedynie przedłużać, choć naprawdę nie ma powodu, by się mnie / mną / przy mnie krępować − ja chcę tylko pogratulować i być świadkiem szczęścia innych), ale też, podobnie jak ona, musiałem wstąpić ku samopocieszeniu na zakupy (zamiast na obiad). W efekcie nie tylko pierwszy raz skorzystałem z przysługującego mi jako pracownikowi dwudziestoprocentowego rabatu przy nabywaniu najnowszej książki Normana Daviesa, ale stałem się również posiadaczem… kapelusza. Wciąż nie bardzo wiem, jak do tego doszło…

A te wszystkie utarte slogany na moich zajęciach o „liryce kobiecej duszy”… − to nieprawda. Od zawsze przeczuwałem, że wcale nie ma płci − są tylko ludzkie uczucia, emocje, spojrzenia…

  

„Miłość łączy, i łączy na zawsze. Czynienie dobra łączy, czynienie zła rozłącza. Rozstanie to inna nazwa zła; to także inna nazwa kłamstwa. Tak naprawdę istnieje tylko wspaniałe, ogromne i wzajemne powiązanie”

   [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

niedziela, 22 czerwca 2008
447. Wahlverwandtschaften

   

                    „Nigdy nie byłem niczyim rówieśnikiem”…

                                        [Osip Mandelsztam. Przeł. M. Leśniewska].

  

A mimo tego poczucia mojej całkowitej odrębności, niedopasowania, samoistności i nieprzystawalności, wciąż otrzymuję nowe listy, odbieram specyficzne głosy i słowa – dowody współodczuwania, próby utożsamienia się, wreszcie kolejne wyrazy zdziwienia, że jest-ktoś-taki-jeszcze: „Jak można pisać takie rzeczy? – które wgniatają w ziemię, rozdeptują na miazgę, rozmazują na blacie? Jak można, będąc kimś innym, odrębnym, wwiercać się tak do czyjegoś mózgu, mówić o sobie jego słowami, jak można tak wyrażać myśli, pragnienia, potrzeby, lęki i urojenia innych?”

To, co zdawało się być indywidualne, okazuje się więc doświadczeniem zbiorowym, na swój sposób uniwersalnym, ponadjednostkowym, nie-tylko-moim. Przekonałem się już o tym kilkakrotnie, a jednak za każdym razem jest to zaskakujące. „Iluż jeszcze jest takich odrętwiałych, nakarmionych fantazmatami, doświadczonych przez myśli, a nie działanie?”

Moja odpowiedzialność za innych, jaka w tym wszystkim, gdzieś na drugim planie się kryje, a zarazem wykradanie i upublicznianie przeze mnie demonów ich intymności; moja niemożność obejścia się bez nich… 

   

                    „Jestem waszym głosem, żarem waszego tchnienia, 

                    odbiciem jestem waszych twarzy. 

                    Choć skrzydeł daremnych daremne są drgnienia, 

                    będę z wami, cokolwiek się zdarzy”

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. A. Ziemny].

  

sobota, 19 kwietnia 2008
412. Inferno

   

                              ...Nessun maggior dolore

                    che ricordarsi del tempo felice

                    nella miseria...

                                        [Dante Alighieri, La Divina Commedia].

  

Przestałem być trwale szczęśliwy z chwilą opuszczenia murów przedszkola. To znaczy, że mój koszmar – to, co teraz – ciągnie się już od dwudziestu lat. Tamten czas wspominam z uśmiechem, był najlepszym, co mnie w życiu spotkało, jedynym: prawdziwym rajem, beztroską zabawą, wesołym towarzystwem, akceptacją, rozkoszną kuchnią, dającą się przyswoić wiedzą, wielkim ogrodem („dietskij sad” w całej dosłowności) i przyjaznym lasem – śmiem wątpić, by jakieś inne przedszkole na świecie dysponowało takimi wspaniałymi terenami…

I kto by mógł wówczas przypuszczać, że tak się to wszystko skończy… 

   

                    „Gdyby ktoś ci pokazał, tak skorej

                    Do radości, przez wszystkich lubianej,

                    Carskosielskiej grzesznicy przekornej, 

                    Co się kiedyś z twym życiem stanie…” 

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. S. Pollak].

  

Żałosne to wszystko. Lasciate ogni speranza...

  

czwartek, 20 marca 2008
397. Śnieg

  

Próbując dociec przyczyn tego wszystkiego, cofam się w pamięci ku coraz to odleglejszym wspomnieniom, bolesnym obrazom, dotkliwym ranom, i miast odpowiedzi znajduję tylko kolejne pytania, jeszcze jedne z całego szeregu wątpliwości. Źródła mojego strachu, wszystkich kompleksów i zahamowań, mojej samoizolacji… fundamenty otaczającej mnie próżni…

Pamiętam, choć nie powinienem… Twarz, wciśniętą w śnieg po powaleniu mnie od tyłu na ziemię… Szydercze kartki przyczepiane mi na plecach… Ślady oplucia, dopiero w szatni na kurtce dostrzegane… Drwiny na sali gimnastycznej… Przezwiska… 

   

                    „I wszędy było mi oszczerstwo towarzyszem.

                    Przez sen, jak skrada się, słyszałam i wciąż słyszę”

                              [Anna Achmatowa, Oszczerstwo. Przeł. W. Woroszylski].

  

A może to ja? Przeze mnie? Przez ówczesne przekonanie, że nie podzielam pasji i rozrywek moich rówieśników... Przez długie, prowokująco falujące włosy?... Lęk przed piłką… Erudycyjną wyższość prymusa…

Źródła – wokół mnie i we mnie…

W efekcie zaś zostałem sam, z całym tym bagażem nie-do-udźwignięcia, nie-do-wypowiedzenia, nie-ma-komu-do-wyznania. A przecież, choć tak wielu najprostszych a wciąż nieznanych rzeczy doświadczyć bym pragnął, brutalne lekcje z przeszłości wiele mi dały. Nawet jeśli obecnie nie jestem dzięki nim silniejszy… 

    

                    „Tyle już we mnie rzucono kamieni, 

                    Że mi niestraszny i rzucony świeżo. 

                    Mój potrzask w kształtną wieżę się zamienił,

                    Wśród wież wysokich stał się smukłą wieżą.

                    Jej budowniczym wielkie składam dzięki, 

                    Niech się nie znajdą w trosk i smutków matni. 

                    Stąd wcześniej widzę promienie jutrzenki,

                    Tu tryumfuje słońca błysk ostatni”

                              [Anna Achmatowa, Samotność. Przeł. L. Lewin].

  

Dziś staram się pokryć swoje koszmary bielmem zapomnienia. Tego pierwszego dnia wiosny, gdy za oknem sypie śniegiem. Innym, na szczęście, niż wtedy, gdym go musiał kosztować…

  

wtorek, 12 lutego 2008
377. Der Abschied

  

Słucham ostatniej pieśni z Das Lied von der Erde Mahlera.

Ten finał, co mógłby trwać bez końca – jak szmer fal, muskających z czułością brzeg, coraz cichszych w miarę naszego odchodzenia w głąb lądu, gdy najpierw znika z oczu samo morze, potem w uszach zamiera nawet echo, a my pozostajemy z samym tylko wspomnieniem, równie niekształtnym co woda… Ewig… ewig…

Zmierzch dnia, zmierzch życia – muzyka przechodzi w ciemność jakby umierała. I cisza. Już zawsze… na zawsze…

  

„Pozostaję w szponach przeszłości, wszystkiego, co utraciłem, teraźniejszości wypełnionej samotnością… Wiesz, że takie nastroje miewam od czasów młodości. Nigdy nie było nikogo, z kim coś by mnie łączyło, z kim mógłbym podzielić się doświadczeniami, pomysłami i nadziejami” [Gustav Mahler, 1894].

   

Przez całe życie tylko raz byłem gotów się otworzyć, tylko raz poczułem czyjeś ciepło. Ale żar (nie mój) wygasł, a dom pozostał pusty. Jak mam uwierzyć, że jeszcze się zdarzy, że znów…? 

   

                    „Ale uprzedzam o tym was,

                    Że żyję ten ostatni raz”

                              [Anna Achmatowa. Przeł. W. Grodzieńska].

  

Nie wiem, czym zawiniłem, że mnie to wszystko spotyka. Widać, zasługuję na wiele, dlatego też wiele będzie mi zabrane…

Żegnam się więc zawczasu – ze wszystkim, czego mieć nie będę...

   

niedziela, 10 lutego 2008
376. Raz jeden...

  

Niby się uczyć trzeba, pisać, do zawodowego przygotowywać (to już za dni parę!)… A ustawicznie tylko prywatne roztrząsam, wyrzec się czegoś próbuję, coś sobie wciąż przypominam… Bo niby jak mam zapomnieć? To już sześć miesięcy przecież – przeszłyby bez śladu, gdyby nie każda godzina odliczana, każde słowo i każde milczenie…

   

                    „To pierwsze dziś jest nasze święto, 

                    To święto, co zwie się rozstaniem”

                              [Anna Achmatowa. Przeł. J. Iwaszkiewicz].

  

Świętuję sobie w samotności tę półrocznicę niezaistniałego naszego, co się już nigdy i z nikim nie zdarzy… 

   

                    „Raz jeden każde życie eksploduje. Każde”

                              [Sándor Márai, Pierwsza miłość. Przeł. F. Netz].

  

Moje wybuchło wtedy. Na krótko i niezauważenie…

  

sobota, 02 lutego 2008
372. Et si tu n’existais pas...

  

Boli mnie nierównoczesność, nieadekwatność, jednokierunkowość – moich sygnałów, prób, oczekiwań. Ten dojmujący brak wzajemności – we wszystkim. A przecież mnie ostrzegałeś…

Nie musiałem się zakochiwać, byś przesłonił mi sobą innych. Ale w drugą stronę to jakoś nie działa. Bo czy zauważyłbyś w ogóle moją nieobecność? Zbyt wielu Cię otacza, bym uwierzył, że tak...

   

                    „A ci, z którymi Pan Bóg nas rozłączył,

                    Świetnie obeszli się bez nas – i nawet

                    Wszystko wyszło na lepsze…”

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. S. Pollak]

  

Znikasz, wymykasz się, ukrywasz. Nie chcesz. Nie mówisz. Nie dzielisz.

Jak gdyby Cię nigdy nie było…

Tymczasem to mnie nie ma, brak dla mnie miejsca. A jeśli nawet w Twoich myślach nie, to już nigdzie…

  

I pomyśleć, że gdybyś nie istniał, nie znałbym nawet tej tęsknoty. Może dla Ciebie byłoby tak nawet lepiej, ale nie dla mnie...

  

wtorek, 08 stycznia 2008
361. Peccatum veniale

  

Trzymasz mnie od tego z daleka, a ja i tak tkwię w samym środku. Ale masz rację, nie rozumiem w pełni, dlaczego obaj się tak męczycie. Twoja odmowa nie była przecież większym występkiem, niż oczekiwania Tamtego. Tutaj obaj zgrzeszyliście po równo. Chociaż nie – Ty jak zwykle wolałeś cierpieć z powodu uniknięcia czegoś niż zdecydować na to i po czasie dopiero stwierdzić, że jednak się nie udało. Wciąż unikasz tego, czego i tak nie unikasz. I teraz dwaj najbliżsi sobie na świecie ludzie udają, że nawzajem zadali sobie ból, bo jeden przestraszył się drugorzędnych przeszkód, choć to siebie najbardziej się boi, a drugi się podporządkował, gdy usłyszał „nie”, choć w oczach tego pierwszego słusznie widział „tak”.

Nie jeden drugiemu, ale każdy z Was sobie musi najpierw wybaczyć. Moja rola się już skończyła, bo obaj jesteście tak samo współ/nie-winni… 

   

                    „Tajemny mur w zbliżeniu ludzkim bywa,

                    Namiętność nie pokona go ni miłość – 

                    Choćbyś do warg w palącej ciszy przywarł,

                    Choćby z pragnienia serce ci krwawiło”.

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. Z. Braude]

  

czwartek, 03 stycznia 2008
357. Ich grolle nicht

   

                    „Popiołem dla mnie jest innych uznanie, 

                    Pochwałą – nawet twoje urąganie”. 

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. Z. Dmitroca]

  

Nie, nie gniewam się, choć me serce krwawi. Bo cóż mi po najcieplejszych choćby słowach od nich wszystkich (dziękuję Ci, P., za wzruszenie cudownymi życzeniami), skoro o wiele bardziej mnie obchodzi chłód Twojego milczenia – szczęśliwyś, że nie wiesz, jak ono jest wymowne (a skoro nie wiesz – toś pewnie teraz szczęśliwy). Inni, którzy są obecnie (od zawsze, na zawsze) przy Tobie, radością swoją przesłonią Ci mój smutek, a myśl, że przynajmniej Ty żyjesz w pełni i żyć tak będziesz, ogrzewa i mnie. Miast ronić łzy – błogosławię zatem naszej rozłące. Za wszystkich, za wszystko…

  

piątek, 26 października 2007
324. Gwałt

  

Ranek zaczął się niewinnie, a właściwie na odwrót – rozkosznie, w pełnej zgodzie z sobą i swoimi najskrytszymi pragnieniami. A potem… 

   

                    „Strach, w ciemnościach przetrząsając rzeczy…”

                                   [Anna Achmatowa. Przeł. S. Pollak]

  

Moje notatki, zeszyty, dziennik sprzed czterech lat, szuflady w biurku, informacje w telefonie, w komputerze – wyśledzone, odszukane, przejrzane, zbrukane interpretacjami, w których pogarda mieszała się z przerażeniem. Brutalne, niespodziewane wejście w moją intymność, trwające już chyba od jakiegoś czasu. 

   

                    „Wszystko zrabowane, zaprzedane…”

                                   [Anna Achmatowa. Przeł. S. Pollak]

  

I pytania, wciąż to samo pytanie, i będące potwierdzeniem milczenie, a potem zaprzeczenia, wypieranie się, które wciąż nie rozwiewało wątpliwości, i próby uniku, załagodzenia sytuacji – inny temat, inny problem, porzucenie tamtego, który nie dla mnie przecież jest problemem, zapomnienie – choćby tylko na czas jakiś…

Ale to, co najważniejsze, udało się dzisiaj ocalić. Nic więcej nie mam...

   

                    „i tylko sny nasze nie zostały upokorzone”. 

                                   [Zbigniew Herbert, Raport z oblężonego Miasta]

  

poniedziałek, 08 października 2007
308. Pamięć II

  

Przypomniano mi dzisiaj coś z bardzo odległej przeszłości, o czym nie dość, że zupełnie zapomniałem, to aż trudno mi uwierzyć, że w ogóle mogło to mieć miejsce – był to jakiś zupełnie nieistotny drobiazg, a jednak zdziwiłem się ogromnie. Kolejny już raz zastanawia mnie i ciekawi mechanizm pamięci. To, że coś znika z niej bezpowrotnie albo zostaje na zawsze, choć jest – wydaje się – tylko zbędnym balastem. To wreszcie, że czegoś, pomimo wszelkich starań, usunąć z pamięci się nie daje i rzutuje to na całe nasze późniejsze życie. 

     

                    „Z pamięci twojej tamten dzień wykreślę,

                    By wzrok twój pytał bezradnie zdumiony…”

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. I. Piotrowska]

   

Pamiętanie, zapominanie, przypominanie. Coś trwa bez końca, coś znajduje swój drugi początek…

    

piątek, 21 września 2007
291. Zawód

   

               „Rzekł chłopiec: »Jakże to bolesne!«

               Bardzo mi żal chłopca.

               Tak niedawno jeszcze snuł marzenia wczesne

               I gorycz była mu obca”. 

                         [Anna Achmatowa. Przeł. W. Denhoff-Czarnocki]

  

Ten dzień, co miał być jutro – dzień tak wytęskniony i po wielekroć wyobrażony, tak długo przygotowywany i oczekiwany, dzień, do którego prowadziły wszystkie poprzednie, dzień tak idealny, bo cóż mogło nam przeszkodzić, skoro wszystko sprzyjało – ten dzień, co miał być, ten dzień zatem – tego dnia nie będzie. I nie mam nawet kogo przeklinać w swojej bezsilności. Bo przecież nie Ciebie. Nie za to, że nie żałujesz tak, jak ja...

   

               „A serce zbolałe już słyszy

               Z oddali wieść potajemną.

               Ja wiem: on żyje, on dyszy,

               On smutku nie dzieli ze mną”. 

                         [Anna Achmatowa. Przeł. Z. Dmitroca]

  

I znowu czekanie, ciągłe czekanie, znowu miejsca, które przypominają – tylko czas i przestrzeń, wciąż tylko czas i przestrzeń, które nas ograniczają i bolą, wciąż i wciąż czas i przestrzeń, co dają niegasnącą nadzieję…

   

               „Kochamy przeto surowe,

               Mnogowodne ciemne miasto,

               Kochamy nasze rozłąki

               I krótkich spotkań godziny”.

                         [Anna Achmatowa. Przeł. L. Lewin]

  

Miałem Cię jutro zabrać nad rzekę...

  

 
1 , 2
Archiwum
Tagi