~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Cwietajewa_Maryna

sobota, 24 marca 2012
1088. Nadzieja rozstrzelana - czyli: 24 marca (1925)...

 

Nie umiałem tak – na odległość, od czasu do czasu, zaczynając za każdym razem od początku, przyzwyczajając do mówienia i dotyku, oswajając. Po obcych miastach, wynajętych pokojach, co kilka miesięcy (dlatego też ja w tej Warszawie – miało być u mnie i łatwiej, my dwoje, już bez krakowskiego zwiedzania). Przemożna tęsknota i spazmy przy pożegnaniach. Naj-bliżsi sobie – i zawsze tacy dalecy. Aż w końcu do tych kilometrów dochodzą kolejne dystanse… Los zawsze mi daje coś tak, żeby to zaraz utracić…

 

                    „Ta roz-ległość: wiorst i przestrzeni…

                    Roz-stawili nas, roz-sadzili,

                    Byśmy grzeczni oboje byli

                    Na przeciwnych dwóch krańcach ziemi.

  

                    Ta roz-ległość: wiorsty i dale…

                    Rozrąbali nas, rozlutowali,

                    Ręce rozpiąwszy ukrzyżowali

                    I nie wiedzieli, że to jest aljaż

  

                    Naszych natchnień i naszych ścięgien…

                    Nie rozszczepili – ale rozprzęgli.

                    Rozwarstwili…

                                        Rowem i ścianą

                    Rozdzieleni – to jest rozstanie

  

                    Konspiratorów: wiorsty i dale…

                    Nie rozstroili – roztasowali.

                    Po zapadłych kątach tej ziemi

                    Jak sieroty porozdawali.

  

                    Który to już marzec – od tej chwili?

                    Niby talię kart nas rozrzucili!”

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. S. Pollak].

  

piątek, 12 grudnia 2008
533. O końcu (nie! o kontynuacji) - czyli: Wieczne pokusy i wątpliwości jak ostatnio...

   

                    „A może wyższe to zwycięstwo

                    Nad czasem i nad przyciąganiem − 

                    Tak przejść, by nawet cień najlżejszy, 

                    Tak przejść, by nawet cień na ścianie

   

                    Nie został…

                                        Może by tak − odmową

                    Zmóc? Z luster wykreślić się i z czasu?

                    Przez Kaukaz wzorem Lermontowa

                    Przemknąć, nie poruszywszy głazów?

   

                    A może − wyższa to pociecha,

                    Móc palcem Sebastiana Bacha

                    Organowego nie tknąć echa?

                    Tak zetleć, by ni szczypty prochu

  

                    Na urnę…

                                        Może oszustwem − trwanie

                    Zmóc? Wypisać siebie z ziemskiej roli?

                    Po czasie jak po oceanie

                    Przemknąć, nie poruszywszy toni…

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. J. Salamon].

  

sobota, 27 września 2008
495. O "Wielkim Błękicie" - czyli: Ku pamięci jednego i zapomnieniu drugiego...

  

Miał to coś. Na początku bezradną wściekłość albo szelmostwo chuligana, pod koniec straceńczą rezygnację i pogodę mądrości. Nieuchwytność męskiego magnetyzmu. Fascynujące było obserwować, jak pięknie się starzeje − ten, którego niegdyś, zapatrzony w cukierkowe twarze z okładek, miałem za nieco „kanciastego”, zbyt surowego z tą jego skrywaną brutalnością. Zawsze jednak przykuwał uwagę tak, że nie można było oczu od niego oderwać. I właśnie oczy miał niezapomniane.

Dziś lazur jego spojrzenia roztopił się w niebie na wieczność. Bo Paul Newman nie żyje… 

   

                    „Otchłanie oczu chłopięcych. Lotu łuki!

                    Dla płonących dusz − wody lustro. 

                    Oazy − żeby każdy łyknął i upił, 

                    I żeby zachłysnął się pustką”

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. J. Salamon].

  

Zachowywałem dotąd tę strofę z myślą wykorzystania jej w zupełnie innych okolicznościach − miała mówić o mojej miłości, o urzeczeniu zakochaniem; miałem wreszcie to poczuć albo też zdobyć wzajemność. Ale jestem już nieco dojrzalszy i zmieniły mi się priorytety, nadzieje i pisarskie strategie…

  

wtorek, 01 lipca 2008
452. Obsessio

  

Jak Ty wciąż nic nie rozumiesz! Jak bardzo zrozumieć nie chcesz…

A ja już nie umiem inaczej. Wiem, nie wolno mi, ale czy ja cokolwiek jeszcze kontroluję? Zapatrzyłem się w Ciebie bezgranicznie i zaślepiły mnie własne nadzieje… 

   

                    „Piję – wciąż pragnę. Wdech – i ogromny wydech,

                    I głuchy łomot krwi wzburzonej fal.

                    Tak nocami, budząc ze snu Dawida,

                    Zachłystywał się nim król Saul”

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. J. Salamon].

  

A może po prostu brak mi innych, właściwszych tematów? Tylko cóż może być piękniejszego niż takie nieodwzajemnienie...

  

poniedziałek, 19 maja 2008
430. Szafot

  

W trosce matczynej, że sobie dziewczynę, cichą, znaleźć w końcu muszę;

w zajęciach o Buninowskim „porażeniu słonecznym”, które ledwie

wyobrazić, wyśnić, sobie mogę; pod parasolami wiosennych

blondynek i w spojrzeniach chłopców chmurnych;

w ogłoszeniach o pracę, gdzie „ambitnych,

doświadczonych, kreatywnych…”,

w dojazdach, w tęsknocie

za głosem tamtym

– siebie nie

widzę.

  

To ostrze gilotyny, co nade mną od tak już dawna wisi, żem nie tylko przyzwyczaić się doń, ale i zupełnie zapomnieć o nim zdążył – kiedyś przecie spaść musi. Na cóż więc mi czekać? O czym pisać, innych mamić, tracić?... 

   

                    „Andrzej Chénier wstąpił na rusztowanie.

                    A ja wciąż żyję – i to jest wielki grzech.

                    Są takie czasy – żelazne – bez ech.

                    I śpiewać w prochu – to żadne śpiewanie”

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. S. Pollak].

  

piątek, 18 stycznia 2008
364. The Nightmare of Reason
   
Przeglądając dopiero co kupioną biografię Franza Kafki pióra Ernsta Pawla ( jak zwykle
– zamiast zacząć czytać, kartkuję jedynie, dotykam, oglądam ze wszystkich stron, ale być może próbuję też w ten sposób „zaprzyjaźnić” się z każdą nową książką, ugłaskać ją i może nawet przeprosić za to, że odkładam lekturę na później) natrafiam na enigmatyczne, lecz porażające zdanie z listu Kurta Tucholskyego, napisanego na kilka tygodni przed jego samobójczą śmiercią:
  
                    „Tak dokładnie jest ze mną: jeszcze nie i już nie...”
  
I znowu tekst odarty z pierwotnego kontekstu staje się moim tekstem, czyjeś życie przyjmuję za część życia własnego. Inaczej nic by się w nim przecież nie działo, a ja nie umiałbym nawet wyrazić tego, co czuję.
Książki, wiersze, pojedyncze zdania ratują mój rozum od jego zimnej obojętności, jałowości myśli i uczuciowej apatii. Bez nich życie (takie życie!) byłoby koszmarem nie do zniesienia. Wolę mieć dzięki nim otwarte oczy i męczyć się, wiedząc przynajmniej, co tracę, niż wieść jałowe życie, nie poznawszy prawdziwych wzruszeń...

  
                    „I to już wszystko, co płaczem, pokorą,

                    Pochlebstwem człek wyżebrać zdołał.
                    I to już wszystko, co z sobą zabiorę
                    W krainę niemych ucałowań...

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. A. Mandalian]
  
Nie wiem, dlaczego łudziłem się, że w tych dniach ostatnich, po tym, co się stało, jednak zauważysz moje milczenie, że się zainteresujesz, może nawet przejmiesz. Że zapytasz. Ale nie. Moja pewność za każdym razem okazuje się tylko ułudą zmąconego marzeniami umysłu. Wciąż zapominam, że relacjami między ludźmi – tak jak snem
– nie rządzą prawa logiki.
Sny mi jedynie zostały, bo zasnąć, to jakby umrzeć. Koszmary mam na jawie... 
  
niedziela, 06 stycznia 2008
360. Dum spiro, spero

  

Najpierw, wbrew intencjom, popełniasz błąd, za który rzeczywiście mógłbyś się jeszcze winić (ale, na bogów, nie samobiczować!), a zaraz potem, pod wpływem emocji, świadomie robisz głupstwo, bo zły na siebie myślisz, że to, coś teraz uczynił, będzie dla innych lepsze. Rezygnujesz z czegoś, co już nie tylko Twoim było udziałem i nie siebie jedynie w ten sposób karzesz, choć to właśnie Tobie będzie teraz najgorzej (naprawdę myślisz, że innych w ten sposób ratujesz?). Możesz się skryć przed drugimi, ale od siebie samego nie uciekniesz, siebie nie skasujesz, a ja też Cię nie wykreślę. Na dodatek zakleiłeś sobie usta – właśnie teraz, gdy powinieneś krzyczeć. Będę więc mówił za Ciebie. Ty możesz się poddać, ale ja tego nie zrobię, bo nie o siebie walczę… 

   

                    „Obejmuję cię widnokręgiem

                    Gór, granitową koroną skalną. 

                    (Bawię cię rozmową, bajki przędę – 

                    By ci lżej się oddychało, mocniej spało). 

                    […] 

                    …Kręgiem klombu i studni kręgiem,

                    Kędy kamień dojdzie zsiwiały!

                    I sieroctwa wzajemną poręką –

                    Samotnością mą doskonałą!

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. S. Pollak]

  

piątek, 04 stycznia 2008
358. Tristia

  

A więc myliłem się wczoraj. Ten raz jedyny chciałbym się nie mylić. Moje błogosławieństwo było Ci jak klątwa, nadzieja moja była Twą rozpaczą.

Nie zabronisz mi jednak przeżywania tego wraz z Tobą, nawet jeśli nie mogę być przy Tobie i nie potrafię Ci pomóc, bo przecież wiem, jak jątrzą ranę słowa otuchy i jaka pustka zionie z wyciągniętych ku pociesze rąk. Jak zwykle masz rację – płacze się zawsze w samotności, wobec siebie jest się zawsze samemu… 

   

                    „Tak żądłem krew tknięta – bez jadu

                    Żałośnie się żaląc – łka! 

                    Tak w miłości wżalamy się padół:

                    Wpadamy – w spadanie: bez dna”. 

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. J. Salamon]

  

To ja wciąż odrzucam miłość innych, dlatego nie licytuj się ze mną na bezduszność i okrucieństwo, bo zawsze przegrasz. Nie jesteś w stanie zniechęcić mnie do siebie.

Wciąż cierpisz, próbując uniknąć cierpienia – wciąż szczęścia się boisz. A przecież, tak czy owak, jedno wiąże się z drugim. Prawdziwa ironia losu, że to ja muszę teraz dodawać Ci odwagi i sił, mówiąc to, co sam wiesz przecież najlepiej…

  

poniedziałek, 31 grudnia 2007
355. Resume

   

                    „Jest taka chwila – jak zrzucone brzemię,

                    Chwila nauki, dla każdego czysta,

                    Gdy dumę w sobie ukrócić umiemy – 

                    Nieodwracalna, święcie uroczysta”.

  

Poza mną – miesiące poznawania. Osiągnąwszy dwadzieścia siedem lat, zacząłem wchodzić w dorosłość, a przecież jestem dopiero u początku tej drogi, drogi, której podświadomie chyba nigdy nie zamierzałem przebyć do końca. W przeciągu tych kilkunastu tygodni dowiedziałem się więcej, niż przez całe życie – dlatego też każda z tych nowopoznanych spraw jest z góry spóźniona o lat parę co najmniej. Żal, wstyd, upokorzenie wobec samego siebie – ale nic to. Uświadomiłem sobie, że odczuwany przeze mnie pociąg do mężczyzn nie ogranicza się (jak myślałem przez lata) jedynie do ich twarzy, jednocześnie zaś, teraz dopiero ujrzawszy nagie ciało ludzkie (wciąż nie na żywo, wciąż jeszcze), mogłem dzięki temu odkryć własne, a tym samym to, że od dawna cierpię na chorobę hemoroidalną w stadium zaawansowanym, że nie umiejąc dotąd dotykać własnej męskości (nie wiedząc, co znaczy ją mieć), nie umiałem też zadbać o jej właściwą higienę i w efekcie nigdy nie osiągam pełnej erekcji, a w ciągu minuty drobny nawet dotyk doprowadza mnie do finału, który jednak nie przynosi żadnej satysfakcji. Mogłem też zauważyć, że każdy drobny wysiłek fizyczny zapiera mi dech w piersi, że z powodu choćby głośnego śmiechu czy lekkiego pochylenia ujawnia się i nabrzmiewa mi pionowa żyła na czole, a w sercu zdarza się odzywać nieprzyjemnemu kłuciu. Wciąż nie nauczyłem się też golić bez podrażniania szyi, od zawsze czerwonej od pryszczy, i nadal nie umiem wytłumaczyć fryzjerce, o co mi chodzi – poznałem za to tajniki smażenia jajecznicy (zrobiłem ją już dwa razy!). Nie wiem, jak się obsługuje pralkę, ale mikrofalówkę już tak. Po czternastu latach nauki dalej nie potrafię sklecić zdania po angielsku. Zrozumiałem, jak błędny był wybór moich studiów, zwłaszcza zaś, jaką ogromną pomyłkę stanowi doktorat, który opóźnił wszystko o cztery lata, którego ukończyć nie umiem i nie chcę – dał mi on za to duże pieniądze, które beztrosko i w całości na nieprzeczytane książki i nienoszone ubrania wydane zostały. Co znaczy gospodarować też już zatem wiem.

   

                    „O, ta godzina, na czyn nas – jak głosy

                    Przyzywająca z czasu samowoli!

                    O, ta godzina, gdy jak ciężkie kłosy

                    My pod ciężarem schylamy się swoim”.

  

Przede mną – tygodnie działania. Rezygnacja lub skreślenie, nauka tego i tego (tym trudniejsza, im to łatwiejsze i banalniejsze dla innych), szukanie i próbowanie, wyjazd na dni kilka, by się przekonać (samemu po raz pierwszy), wymknięcie się ukradkiem już ostateczne, by zacząć (samemu na zawsze)… 

   

                    „Czasie nauki! Lecz znany, widzialny

                    Dla nas świat inny – jeszcze zorza płonie,

                    Błogosławionaś ty – idąca za nim,

                    Godzino samotności niezmierzonej!” 

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. S. Pollak]

  

niedziela, 14 października 2007
314. Fantomy

  

Jałowość dni, myśli, działań. Tej fizyczno-mentalnej dwoistości, która nie pozwala mi zwrócić się ani w jedną, ani w drugą stronę. Owej kondycji psycho-seksualnej, która wciąż jeszcze nie została zdefiniowana przed samym sobą i w pełni oswojona – do tego wręcz stopnia, że ustawicznie powątpiewa we własne istnienie, bo czyż nie jest tak, że to, co wyobrażone przed snem i o świcie, wykuwa się na siłę w mojej głowie, miast przychodzić samo, od wewnątrz i rozpalać moje członki bez udziału umysłu? Ale w końcu – tylko te fantomy są jakoś realne w moim życiu, bo ono samo jest czymś na kształt ułudy. 

   

                    „Jest podobieństwem tylko

                    Wszelka nietrwałość”. 

                              [J. W. Goethe, Faust. Przeł. A. Pomorski]

  

Jałowość poszukiwań, jałowość ewentualnych związków – nigdy w istocie nieurzeczywistnionych. Jałowość tego, co mnie nie czeka – bo czego może spodziewać się mężczyzna zapatrzony w twarze innych mężczyzn? Za ile lat, za ile zmarszczek, stanie się to niesmaczne dla mnie samego? Tak – istotą homoerotyzmu jest młodość…

  

Moje największe bodaj pragnienie – absolutna niezależność i wolność. Byłaby ona jednak okupiona krańcową samotnością, bo, pamiętam przecież z Kieślowskiego, wolność jest przeciwieństwem miłości.

  

Są ludzie, którzy nie potrafią – nie radzą sobie, nie umieją, nie chcą się pogodzić, starać, znosić… Gdy to w końcu zrozumieją – odchodzą. Ciągle mi się zdaje, że kiedyś wreszcie otworzę okno – i stąd wyjdę. Na wolność. 

   

                    „Niech pęt mnie dziennych ucisk ominie,

                    Zrozumcie – ja wam śnię się jedynie”. 

                              [Maryna Cwietajewa. Przeł. W. Słobodnik]

  

sobota, 22 września 2007
292. Z Tobą...

  

Każda minuta dziś jak wspomnienie – tego, czego nie było, a być miało. Pamięć o nieurzeczywistnionym.

Rada od A.: daj ptakowi fruwać – przecież powróci do właściciela. Jednakże czekam na Ciebie bez nadziei. Wypowiadam szeptem, bardzo powoli to, czego nie chcesz słyszeć. „Cała okazałość / Skrzydeł – to tylko trzepot / Powiek – przed Tobą” [Maryna Cwietajewa. Przeł. J. Salamon]. 

  

Mówisz: nabierz dystansu... Mówisz: są dla Ciebie inni... A ja mówię: inni nie będą jak Ty...

Ale nie bój się – do cierpienia jestem już przyzwyczajony. To miłość może być czymś nowym. Mam prawo i do tej lekcji. With or without you...

  

sobota, 31 marca 2007
211. Powłoka

  

Przeglądam się w witrynach sklepów, jakbym szukał drugiego siebie – innego, lepszego, sprowadzonego do samej fizyczności. Przy wszystkich swoich słabościach i wahaniach zawsze podobałem się samemu sobie. I to nawet w sensie erotycznym. Moje lustrzane odbicie oddaje sam wygląd, jest jak kostium, za którym kryje się prawda, a zatem niczym nie może zrazić. Jest czystą zewnętrznością.

Tego samego szukam u innych. Z pewnym zdziwieniem zauważyłem ostatnio, że nie zwracam już uwagi na kobiety. Kolekcjonuję w myślach mijanych na ulicy młodych mężczyzn. Nie znam ich i nigdy nie poznam. Są tylko eksponatami do podziwiania. To poszukiwanie, to oglądanie i uwielbienie, zamienia się powoli w obsesję...

  

                     „O, móc być chłopcem twoim jasnowłosym...”

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. J. Salamon]

    

niedziela, 11 marca 2007
204. Ucieczka

  

Jest źle, nie do wytrzymania. Każde miejsce, każdy ruch, wszystko, na czym spocznie mój wzrok – budzi irytację. Każda myśl, każdy czyn – są jak przewina. Nie tak, nie to…

Uciec stąd – ale przecież moje „ja” będzie mnie gonić…

  

                    Dalej! Za granice ostateczne

                    Stacyj! Rozumiesz – z ciała precz chcę

  

                    Wyjść! (W powiek opadających godzinie

                    Czyż z odzieży naszych wychodzimy?)

  

                    …Poza tamtej strony granicę:

                    Nad Styksem!...

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. S. Pollak]

  

wtorek, 11 lipca 2006
100. A bout de souffle

  

To już po raz setny.

Udało się. Dotrwałem. Zwyciężyłem – przekonuję sam siebie.

Poprzedni blog, parę lat wcześniej, został zarzucony po kilku tygodniach. Potem, parę lat później, był dziennik w wersji papierowej, prowadzony sumiennie od pierwszego stycznia do pierwszego maja pewnego roku, nieróżniącego się od lat przed nim i po nim. Szybko zaczął się też ów dziennik ograniczać do odnotowywania przeczytanych książek. Po kilka tygodniowo. Dużo wtedy tego było. Wtedy – jeszcze czytałem. Dziś tylko kupuję.

W każdym razie – w moim pisaniu prędzej czy później przychodzi znużenie. W głowie powstaje pustka. Rodzą się wątpliwości i pytania – o cel, o sens.

  

A więc i na tym polu wszystkie moje blogi, dziecinne jeszcze pamiętniki i dzienniki oddają to, jakim jestem, dają wyraz niezdecydowaniu, apatii, zwyczajnemu lenistwu. Rezygnuję z nich jak ze wszystkiego, czego się wyrzekam, z życiem samym...

Ale nie chcę się poddać tym razem.

Nie wiem jak, nie wiem, po co, jak długo, ale będę to ciągnąć dalej – aż do samoudręczenia. Do utraty tchu.

  

                    Nie odbierzesz mi duszy żywej!

                    Tak, gdy pędzi zaciekły gon –

                    Pochyliwszy się – własną żyłę

                    Przegryzający – koń

  

                    Arabski

                              [Maryna Cwietajewa. Przeł. S. Pollak].

  

środa, 01 marca 2006
47. Imię

  

               Twoje imię – ptaszyna w rękach,

               Twoje imię – zimno sopelka,

               Jedno jedyne ust poruszenie,

               Twoje imię – sylaba, drgnienie,

               Schwytana w locie piłeczka,

               W ustach srebrny dźwięk dzwoneczka.

  

               Kamień rzucony na dno strumienia

               Pluszcząc zapłacze twoim imieniem.

               W lekkim tętencie kopyt po nocy

               Rozgłośnie imię twoje się toczy.

               Wypowie nam je u skroni

               Dźwięczny szczęk broni.

  

               Twoje imię – ach, tak nie można! –

               Twoje imię – pocałunek ostrożny

               W lekki chłód nieruchomych powiek,

               Twoje imię – pocałunek śniegowy.

               Błękitny łyk, lodowy, źródlany.

               Z twoim imieniem – sen nieprzespany.

                              [Maryna Cwietajewa. Przeł. S. Pollak]

  

Marzy mi się wciąż, że powiem to tej/temu, której/któremu nigdy tego nie powiem...

  

wtorek, 24 stycznia 2006
31. Bez końca

  

I znowu – spotkanie. Kilka razy minęliśmy się na korytarzu. Będziemy tak przechodzić mimo siebie bez końca. I do końca będzie mnie prześladować wygięcie jej szyi.

  

               Nie miłość, ni uczucie namiętne,

               Jesteś pociągiem, którym jadę bez wątpienia

  

               W Nieśmiertelność…

                                 [Maryna Cwietajewa, Ucieczka. Przeł. S. Pollak]

    

niedziela, 15 stycznia 2006
28. Nie!

  

Jak długo jeszcze? Ile można?

Z każdym dniem narasta poczucie niezgody na świat taki, jakim jest. I z każdym dniem świat odrzuca mnie coraz bardziej...

  

                    Już nie chcę dłużej – być.

                    W tym Bedlamie zła

                    Już nie chcę dłużej – żyć.

                    Pośród wilczych stad

  

                    Już nie chcę dłużej – wyć.

                    Z rekinami pól

                    Grząskie grunta ryć

                    Płynąc – twarzą w dół

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. A. Słucki].

  

Niczym Iwan Karamazow codziennie zwracam bilet. Na świat bezmyślny twój / Odpowiadam: – Nie!

Jak długo jeszcze może to trwać?

Obawiam się, że do końca. I bez końca...

  

Archiwum
Tagi