~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Gombrowicz_Witold

wtorek, 29 lipca 2014
1413. Across the Universe...

  

Ni żywej duszy, a jednak wciąż spotkania. Ponad ścierniskiem myszołowy – para, muszą gniazdować w tym małym zagajniku, widuję je codziennie, jak zataczają kręgi, krzyczą; gdzie indziej zaś jak helikopter zawisa pustułka. Spod nóg, szeleszcząc w trawie, pierzchają jaszczurki. Ja wałem, wzdłuż – a w poprzek sarna z młodym. Na łące spłoszony lis kryje się w krzakach. Nie widzę zbyt wyraźnie, a raczej nie zapamiętuję dobrze – tam w przydrożnych zaroślach to białorzytki czy gąsiorki? Na kłosie chyba trzciniak. Słońce, rozległość, cisza. To drobne podniecenie, luz, jakie zapewnia shirtless. Byle nie siedzieć w domu, bez końca tak, smakować…

  

„Spokój. Zatopienie, zapatrzenie, zasłuchanie. (…) Słodki sen słonecznie-gorący spowijał zioła, kwiaty, góry, żadne źdźbło nie drgnęło. Ja się nie ruszałem”

                                    [Witold Gombrowicz, Kosmos].

   

sobota, 04 lipca 2009
641. Sex Parade - czyli Słoneczna ekstaza...

  

Może i nieco kiczowate, ale uznajmy to za namiastkę estetyki campu lub też za wymierzoną w otoczenie prowokację; może i dziecinne, ale przecież i tak wyglądam na znacznie młodszego niż mój wiek mógłby na to wskazywać; może gustowne tylko na plaży lub nad jeziorem, ale prowincja i tak nie powinna się w tym zorientować – czwarty dzień pod rząd maszeruję sobie na ogrody działkowe w śnieżnobiałych Hawaiian shorts w wielkie niebieskie kwiaty. W niczym innym mężczyzna nie wygląda dla mnie równie podniecająco. Zwłaszcza, jeśli to jedyna rzecz, jaka okrywa jego opalone ciało… 

   

                              „Nagości wiecznie młoda, witaj!

                              Młodości wiecznie naga, witaj!

                              Nagości młodo nago młoda

                              Młodości nago młodo naga”

                                                  [Witold Gombrowicz, Operetka].

  

Dziwiąc się własnemu zapałowi, koszę kolejne z naszych czterech trawników. Pierwszy raz w życiu, kosiarką bynajmniej nie spalinową lub też elektryczną, więc i wysiłek przy tym znaczny, bo trawa niemiłosiernie wyrosła. Przyjemnie tak się spocić podczas pracy. I zmysłowo to musi wyglądać. Tylko nie ma kto mi pleców emulsją ochronną posmarować…

  

Poparadowałbym sobie po jakiejś Ustce albo innych Międzyzdrojach, w upale, z kimś równie rozgrzanym u boku… 

  

czwartek, 19 lutego 2009
567. O uporze godnym lepszej sprawy...

   

                    Homme sans moeurs et sans religion…

                                        [Aleksander Puszkin, Dama Pikowa].

   

                    dass kein Name mich täuscht,

                    dass mich kein Dogma beschränkt

                                        [Johann Wolfgang Goethe, Herman i Dorota].

  

Ten mój − rzadki, co prawda − zapał do wdawania się w światopoglądowe spory, zabierania głosu w sprawach, o których nie mam pojęcia, do wydawania sądów i wysuwania jałowych argumentów, za którymi nie stoją żadne przekonania, bo przecież z równą swadą gotów byłbym bronić przeciwnego stanowiska niż to, za jakim się rzekomo opowiadam. Skąd to we mnie, po co? Z wrodzonej przekory, dla pobudzenia dyskusji, podświadomej chęci ośmieszenia się? Tymczasem brnę dalej i w efekcie jak u Gombrowicza: „im mądrzej, tym głupiej”.

Jak można mówić o pryncypiach, gdy nie jest się do niczego przekonanym i w głębi ducha każdemu przyznaje się jego racje? Albo też wsadza się kij w mrowisko wyłącznie dla czystej satysfakcji bycia przeciw...

  

„I trzymajmy się zasady, tym mocniej, im dotkliwiej onieśmiela, tym hardziej, im głębiej grzęźniemy w stracone pozycje, tym konsekwentniej, im drastyczniej nas zdeterminowano − żadnej pokory wobec opatrzności, nawet jeżeli jest najabsolutniejszym absolutem. Niech na nic nie liczy poza obojętnością, którą otrzyma w rewanżu za własną obojętność.

Chłód za chłód” [Eustachy Rylski, Po śniadaniu].

  

czwartek, 02 października 2008
498. O urodzinowym kontekście raz jeszcze...

  

„Wzrastająca moja wrażliwość na kalendarz. Daty. Rocznice. Okresy. Z jakąż pilnością oddaję się teraz tej buchalterii dat. Tak, tak… dlaczegóż nie zapisywałem każdego dnia mego od chwili, gdy nauczyłem się pisać? Miałbym dzisiaj wiele tomów, wypełnionych tymi zapiskami, i wiedziałbym co robiłem dwadzieścia siedem lat temu, o tej samej godzinie. Po co? Życie przecieka przez daty, jak woda przez palce. Ale przynajmniej pozostałoby coś… ślad jakiś…

Moja kończąca się historia zaczyna mi sprawiać rozkosz wprost zmysłową. Zanurzam się w niej, jak w rzece niesamowitej, która dąży do wyjaśnienia. Powoli wszystko się uzupełnia. Wszystko się zamyka. Zaczynam już odczytywać siebie, choć z trudem i jakby przez mętne okulary. Jakże dziwne: na koniec, na koniec zaczynam widzieć własną twarz wyłaniającą się z Czasu. Towarzyszy temu przedsmak nieodwołalnej ostateczności. Patos”

                              [Witold Gombrowicz, Dziennik, 1958].

  

Samotny dzień w wietrznym, „mostami zasnutym” mieście miał dzisiaj przypieczętować moje opuszczenie („Moje miasto przestrzeni rozbitek”, śpiewa Maria Peszek). A zamiast tego były aż trzy od dawna wytęsknione wiadomości, kilka kasztanów, nowa marynarka z pagonami („Bankomatowe moje miasto z wyobraźnią”) i nawet coś w kształcie uśmiechu na dodatek... Lubię Wrocław − na dobre i na złe...

  

„Miasto moje

W Tobie moje niepokoje”…

  

piątek, 02 lutego 2007
194. Nie tak, nie to...

  

Jak to było u Gombrowicza?

„Poniedziałek – ja. Wtorek – ja. Środa – ja. Czwartek – ja. Piątek”.

  

Dlaczego nie umiem być mężczyzną?

A może – dlaczego nie umiem być tak zwanym „normalnym człowiekiem”?

A może – dlaczego nie umiem „być”?

Dlaczego nie chcę?

  

Wszystko jest „nie tak”.

Nieśmiałość. Wstydliwość. Subtelność. Przewrażliwienie. Delikatność. Lęki. Kompleksy. Uprzedzenia. Niesamodzielność. Zdziecinnienie. Brak doświadczeń. Dziewiczość. Abstynencja. Prostackie imię. Za niski wzrost. Za grube włosy. Za ciemne oczy. Za żółte zęby. Za wydatny podbródek. Za małe dłonie. Za cienkie ręce. Za długie nogi. Zbyt sterczące łopatki. Za mały, za krzywy penis. Za słaba, za krótka erekcja. Przedwczesny wytrysk. Za mało siły. Brak oddechu przy wysiłku. Płaskostopie. Łuszczyca. Zbyt wiele książek, filmów, myśli uczuć – za mało tematów do rozmowy. Brak kogokolwiek do rozmowy. Zbyt irytujący rodzice. Zbyt obcy krewni. Zbyt głośne szepty za moimi plecami. Niepotrzebne studia. Nie do skończenia doktorat. Za mało pieniędzy. Całkowita osobność. Zbędność. Obojętność. Trwanie w stanie czystym.

Wszystko jest „nie tak”, „nie to”.

I zazdrość – tak wyglądać, to mieć, to potrafić, na to się odważyć.

  

Mówią mi, że muszę zaakceptować to, na co nie mam wpływu. Czyli, że muszę zaakceptować wszystko. Czy oni wiedzą, co to znaczy zmusić się do wszystkiego? Zabić samego siebie, by narodzić się na nowo?

  

środa, 08 listopada 2006
165. Lęk II

  

„Leżałem w mętnym świetle, a ciało moje bało się nieznośnie, uciskając strachem mego ducha, duch uciskał ciało i każda najdrobniejsza fibra kurczyła się w oczekiwaniu, że nic się nie stanie, nic się nie odmieni, nic nigdy nie nastąpi i cokolwiek by się przedsięwzięło, nie pocznie się nic i nic. Był to lęk nieistnienia, strach niebytu, niepokój nieżycia, obawa nierzeczywistości, krzyk biologiczny wszystkich komórek moich wobec wewnętrznego rozdarcia, rozproszenia i rozproszkowania”.

                              [Witold Gombrowicz, Ferdydurke]

  

A teraz strach, że się jednak zdarzy, stanie, zmieni, nastąpi, zacznie…

Lęk istnienia, niepokój życia…

  

22:49, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi