~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Herbert_Zbigniew

wtorek, 29 sierpnia 2017
1636. How to Lose Friends & Alienate People...

Powstrzymywałem się przed kolekcjonowaniem „znajomych” na Facebooku, bo nie zajmują mnie powszechnie współdzielone treści, fascynacje – te wszystkie śmichy-chichy i co-ja-pacze-memy, selfies, zdjęcia jedzenia i filmiki (a tak naprawdę – jakich ja mogłem mieć znajomych? Wszak bez kontaktu i z krewnymi, i z „kolegami” czasów liceum czy ze studiów, przez lata też bez pracy). Niedawno stosunkowo się upubliczniłem, wysłałem zaproszenia do paru osób z firmy, sam kilka też dostałem. I oto już to małe grono wystarczyło, by to, przed czym się chciałem schronić, zbladło wobec odkrytych innych myśli, treści. Pogarda, rasizm, stereotyp, poparcie pewnych słów i postaw – tak obrzydliwe w formie, że aż przez kilka dni nie daje mi spokoju. Jak gdyby nie wystarczał rynsztok sączący się z obozu rządzącego i szmatławców, brunatne nienawistne szczucie, potęgujące wciąż histerię, nacjonalizm. Nie, nie będziemy znajomymi, choć nasze biurka dzieli co dzień kilka metrów. Żadnych na piwo wyjść i wspólnych grilli – nic poza sferę obowiązków. „Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach”…

czwartek, 07 kwietnia 2011
927. "Nasza odmowa niezgoda i upór" [Zbigniew Herbert]...

  

Wczoraj w pracy wielkie pakowanie: opróżnianie szafek, szuflad, półek; dziesiątki kartonów, pudełek, torebek; setki segregatorów, katalogów, papierów – selekcja, co przydatne, co wynieść do archiwum; przewożenie części na nasze nowe miejsce. Dzisiaj zaś transport mebli – biurka, regały i szafy, kontenerki z szufladami, komódki i krzesła. Z niedoboru męskich (i w ogóle) rąk nie uniknąłem znoszenia tego po schodach, ładowania na przyczepę, wciągania wszystkiego do budynku przez okno (wózek widłowy podawał nam kolejne rzeczy na pierwsze piętro) i ustawiania na miejsce. Wygnani z eleganckiego biura do baraku, zabraliśmy wszystko, co się dało, zostawiając tych, którzy mają zająć naszą dotychczasową przestrzeń – bez niczego. I nawet zgrabnie nam udało się urządzić. Gdyby jeszcze pominąć łazienkę typu zaszczany pociągowy kibel bez ciepłej wody, brak zlewu w kuchni, nieszczelne okna i pogłos na open space, widok na wysypisko śmieci, sufit pomalowany jakąś olejną farbą i kryty azbestem dach – można by uznać te warunki za tymczasowo dopuszczalne…

  

Poza tym w firmie rewolucja – łączenie starych (ognia z wodą), tworzenie nowych działów, kadrowe przesunięcia i niesnaski; upokarzanie, zajeżdżanie najbardziej doświadczonych pracowników, krycie nowoprzyjętych, pieprzących wszystko durniów. Nowa struktura – przechodzę pod Kierownika Produkcji. I byłby to (Mr Sexy i Ciastek na wyciągnięcie ręki) nawet plus – gdyby nie bagaż doświadczeń i tegoroczne plany. Dlatego szóstą dla siebie ofertę – tę właśnie, na którą czekałem 20 miesięcy – uznałem za spóźnioną. I powiedziałem „nie”, jeszcze nim padły szczegóły, „mieliście dosyć czasu”. Za trzy tygodnie będę już wolnym człowiekiem – jaka wyzwalająca ulga!…

  

„– Ależ co to ma znaczyć? – zawołał szef działu personalnego (…). – Jesteśmy z pana bardzo zadowoleni! I dlaczego nagle wymówienie? Dlaczego?

Uśmiechałem się i siliłem na uprzejmy ton.

– Bo ja nie znoszę tego miejsca. I wszystkich państwa. Wszystkich. Pana też. Każdego z osobna.

Odtąd w urzędzie pośrednictwa pracy miałem opinię trudnego” 

                 [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

Gdziekolwiek indziej będzie zapewne teraz gorzej, trudniej, biedniej – ale przynajmniej będzie to gdziekolwiek indziej

  

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
768. Kwestia smaku...

 

Ten hipnotyzujący przejazd prezydenckiej trumny z lotniska do Pałacu, wstrząsający obraz towarzyszących mu podczas tej drogi tłumów, padających pod koła samochodu kwiatów (i tylko masowe fotografowanie konduktu aparatami w telefonach wprowadza jakiś dysonans – cóż to za funeralne pamiątki? co za atrakcje dla krewnych i potomnych?). Teraz dopiero zaczynam wierzyć – nie, zaczyna do mnie powoli docierać – że TO naprawdę się dwa dni temu wydarzyło…

  

Czy śmierć człowieka stawia w innym świetle jego życie, poglądy, działania? Czy należy żałować swojej wobec niego krytyki? Czy zasada „o zmarłych dobrze albo wcale” prowadzi wprost do apologii, a męczeństwo wystarcza do przepustki na Wawel? Czy prawicowi publicyści muszą teraz łaskawie rozgrzeszać polski naród, bo wreszcie stara się on, rzekomo, odpokutować swoją wobec Lecha Kaczyńskiego winę? I czy na pewno mówiąc tak – się mylą?...

Nie wyrzekam się, wypowiadanych nawet tu, opinii. Ale też, autentycznie poruszony, z szacunkiem wielkim chylę w milczeniu głowę…

  

Gdy spada „bezcenny kapitel ciała / głowa” [Zbigniew Herbert] w pamięci najwyraźniej ostają się symbole, pojedyncze gesty i wypowiedziane słowa. Z bardzo dobrych dwóch kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego zostanie pijackie chwianie się nad grobami w Charkowie; z miernej zaś prezydentury Lecha Kaczyńskiego – śmierć w płomieniach w drodze na mogiły w Katyniu. I tak jak należała mu się sromotna przegrana w tegorocznych wyborach, tak zasługuje on obecnie na najwyższe hołdy. Ot, kolejne z polskich paradoksów – i równie dobrze niesłuszne to uproszczenia, jak sprawiedliwe osądy…

  

czwartek, 17 września 2009
675. "Tylko guziki nieugięte"...

  

Nad grobami polskich oficerów spór o wyższości ludobójstwa nad zbrodnią wojenną – podobno to w imię prawdy historycznej i pamięci o przeszłości. Licytowanie się na wielkie słowa i oskarżanie o zdradę. Kompletna ignorancja właściwa tak zwanym „prawdziwym patriotom”. Wstyd wreszcie i niesmak z powodu tego wszystkiego…

  

Kilka dni temu oglądam Katyń (Polska’2007) Andrzeja Wajdy. Film nie bez wad, a przecież wielki i ważny – wszystkie zresztą pretensje wobec niego bledną podczas seansu. Ta kobieca (nieoczywista przecież) perspektywa, złożoność postaw, obraz podwójnie mordowanego narodu w kleszczach dwóch totalitaryzmów – poddanego fizycznemu wyniszczeniu i upokorzonego kłamstwem… Nie można było tego inaczej nakręcić, nikt inny by się za to nie wziął…

  

piątek, 31 lipca 2009
652. Alienacje Pana Cogito...

  

Kobieta pułkownika Daniela Katza – trójkąt miłosny z traumą wojny bałkańskiej w tle –  okazuje się tak staromodna, konwencjonalna i przewidywalna, że z ulgą docieram do ostatniej strony. Przy czymś takim można zwątpić w możliwość kontynuowania dziś tradycyjnych modeli powieściowych. Albo raczej zaczyna się wierzyć w potęgę banału. Na przeciwnym biegunie zaś – Podręcznik dla inkwizytorów António Lobo Antunesa: obraz zdegenerowanego kraju pod rządami prawicowej dyktatury w relacji kilkunastu narratorów o upadku czołowego prominenta reżimu Salazara. Temat jak z Marqueza, forma jak z Vargasa Llosy, a mimo to jest wielka świeżość w tym niezamierzonym naśladownictwie, jest napięcie i czytelnicza satysfakcja…

I jeszcze, gdzieś pomiędzy, przed i po także Beerholm przedstawia Daniela Kehlmanna, Zabójstwo z premedytacją Slobodana Selenicia, Kadysz za nienarodzone dziecko Imre Kertésza, Labirynt nad morzem Zbigniewa Herberta i napoczęte dwutomowe Opowiadania Julio Cortázara…

Że niby w międzyczasie coś mi ucieka, przecieka przez palce? Takiej egzystencji jak moja i tak nie przyjmuję do wiadomości. Ignoruję ją, przeczekuję…

  

„Życie bez czytania jest niebezpieczne, trzeba zadowolić się samym życiem, a to niesie ze sobą pewne ryzyko”

          [Michel Houellebecq, Platforma. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

sobota, 04 kwietnia 2009
587. "Pan Cogito obserwuje w lustrze swoją twarz"...

  

…„wciąż blady bladością zdającego egzaminy, w okularach plus cztery dioptrie, co nadawało mu wygląd młodego erudyty, któremu obce są zmysłowe rozkosze, zważywszy, że nie pił i nie palił i wciąż pozostawał prawiczkiem”

                    [Manuel Vicent, Pieśń Morza. Przeł. W. Ignas-Madej].

  

Czyżby właśnie o to chodziło, czyżby nawet jego własna powierzchowność zdradzała go na każdym kroku? Bo coś najwidoczniej musi być nie tak, coś dostrzegalnego tylko dla innych − odstręczającego, niedającego się określić ani skorygować, głębszego niż lęk w oczach i niepewność ruchów...

  

„Przy każdej okazji kontrolował i poprawiał swój wygląd; nie przepuścił ani jednej witryny sklepowej, by nie rzucić na nią krótkiego spojrzenia. Im baczniej obserwował własną postać, tym bardziej stawała się ona świadoma, ale także bardziej uciążliwa i bolesna”

                    [Milan Kundera, Życie jest gdzie indziej. Przeł. J. Illg].

  

piątek, 13 lutego 2009
564. Do przerwy 1:3 - czyli "Gra Pana Cogito"...

  

Udało się, mimo kłopotów z lokalizacją miejsca i niepracującego dziś Działu Kadr, złożyć swoją kandydaturę do jednego z wrocławskich urzędów skarbowych. Nie udało się kupić wypatrzonej tydzień temu kurtki-marynarki z pagonami, o jakiej marzyłem całe życie: w całym mieście nie ma już mojego rozmiaru − no, chyba że w zielonej, zamiast czarnej wersji. Nie udało się też z nikim spotkać, bo i nie ma już z kim…

W głowie uporczywa myśl, że to, co robię, co może mnie czekać, o co się staram − nie przynosi mi żadnej satysfakcji. I w kontrze − że gdybym tylko mieszkał na swoim i mógł się samodzielnie utrzymać, mógłbym być równie zadowolony z siebie, jak Paweł. Tyle by mogło wystarczyć. „Bez psychoterapii, bez wsparcia przyjaciół, bez wnikliwych analiz swojej duszy”, bez pisania tutaj. Ale to już i tak byłoby zbyt wiele…

  

„Niektórym udaje się wszystko, innym (prawie) nic” 

                    [Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

  

Bo przecież się oszukuję: na wszystko byłbym gotów, gdybym tylko miał Ciebie. Tyle energii i wiary się przez to marnuje...

  

środa, 11 lutego 2009
563. ..."to sleep; / No more" - czyli "Pan Cogito biada nad małością snów"...

  

„Te noce są okropne. Sen / odpycham precz jak ciężki zapach”… − napisałby Borowski. Nie mogę zasnąć, nie mogę spać ani leżeć, ani nawet wygodnie się w łóżku ułożyć. W jednej pozycji wytrzymuję nie więcej niż pięć minut, po czym odwracam się na drugi bok i szukam przeciwnego brzegu podłużnej poduszki. Ręce pod głową, pierzyna między nogami, pościel zimna, jak lubię. W końcu, nie wiedzieć kiedy, udaje się zasnąć, ale im bliżej ranka, tym częstsze przebudzenia, tym bardziej zmięte prześcieradło i tym większe zmęczenie. Kołowrót kilkunastominutowych stanów pełnej świadomości i jakby jej utraty podczas przyśnięć, ciemności w pokoju i pustki spania. Pustki, bo nic mi się nie śni − nawet tej nagrody więc mi w życiu odmówiono. Braki uzupełniam wieczornymi marzeniami…

Podnieść się rano z łóżka to heroiczny wysiłek, wymagający godzinnych przygotowań. Ale przynajmniej na tym polu codziennie zwyciężam…

  

„Ziemia niczyja przebudzenia jest jak ruchome piaski, tylko przesuwające się w odwrotnym kierunku, albo jak bagno, podnoszące się ku górze trzęsawisko, z którego człowiek stopniowo się wyłania, ale mimo to nie ma się z czego cieszyć” [Attila Bartis, Spokój. Przeł. A. Górecka]. 

     

piątek, 21 listopada 2008
523. O dolinach rzek świętych i piaskach między stronicami, z urywków od Zbigniewa H. wykorzystaniem...

  

Nie rozgrzewa ani kołdra po szyję, ani odkurzony dziś płaszczyk, ani herbata z malinowym sokiem − wciąż drętwieją mi palce. Ściana białego puchu od razu zasypuje samochody − nie ma nic równie przygnębiającego jak mroźne dni na szarym blokowisku w prowincjonalnej dziurze. Puste ulice, wymarłe miasto, nawroty depresji i samotność bez końca…

Zmienianie zatem klimatu, bo nad Eufratem, Nilem, Indusem cieplej i jakby słoneczniej; podróżowanie tam, gdzie „ruiny świątyń widma ogrodów i domów”; przedzieranie się „przez uśpione bazary / miasta traktatów kryptoportyki (…) przez uchyloną zasłonę Izydy / korytarze jak lustra oprawione w ciemność / milczące inicjacje i niewinne orgie / przez opuszczone sztolnie mitów i religii”; szukanie towarzystwa odległych (nie)znajomych, których „imiona są jak muzyka przejrzyste i bez znaczenia”: Lugalzagesi, Naramsin, Szamsziadad, Utuhengal, Suppiluliumas, Tukultininurta, Tiglatpilesar, Aszurnasirapli, Barhadad, Amenhotep, Salmanasar, Merenptah, Jeroboam, Asarhaddon, Kyaksares, Necho, Nabopolassar, Ćandragupta, Aśoka, Siddhartha… Może nie wszyscy z nich wydają się być sympatyczni, ale przynajmniej zawsze są pod ręką. W tym sensie nigdy nie zawodzą jako namiastka przyjaciół, wiele także obiecują przygód „pośród długich mów wodzów / bitew oblężeń zarazy / gęstej sieci intryg / dyplomatycznych zabiegów”…

Śnieg pada, zima idzie, a życie mnie boli − i właśnie dlatego klasycy

  

środa, 15 października 2008
504. O moim z nimi życiu na antypodach - czyli: Że "ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę"...

  

„− Z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, z dnia na dzień jestem coraz nieodwracalniej poza sobą. Ma się rozumieć, zajęty sobą, ale z zewnątrz. Z zewnątrz, mamo. Nie mogę przestać siebie obserwować. Z braku innych zajęć to wydaje mi się najbardziej… pouczające. Na przykład zdarza mi się być sobą zaskoczonym albo że siebie nie rozumiem. Bywam też sobą oczarowany lub z siebie dumny. Ale zawsze z zewnątrz. Dlatego moje sądy o sobie samym są kategoryczne i ostateczne. Więc kiedy mówię, że męczy, to męczy, kiedy mówię, że nudzi, to nudzi. Czy mama to zrozumiała?

− Co, Aleks?

− To, co powiedziałem.

− Nie.

− A starała się mama?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

− I Bogu dzięki. Byłoby mi przykro, gdybym naraził mamę na tak płonny wysiłek” [Eustachy Rylski, Człowiek w cieniu].

   

środa, 14 maja 2008
427. Amicitia

  

Napisałem wczoraj, zrywając (dlaczego właściwie? Nie był mi bardziej obcy niż inni, a miał wszelkie dane, by być bardzo bliski) jednodniowy listowny kontakt: „Nie mam Ci nic do zaoferowania”. A winienem był (chciałem) powiedzieć: „Nie mam nikomu…” Teraz on nawet się nie dowie, jak bardzo żałuję...

  

Błąd zasadniczy polega na tym, że w najzwyklejszej choćby znajomości podświadomie szukam – obok wspólnoty odczuwania – czegoś w rodzaju satysfakcji estetycznej. Miałaby to być swego rodzaju rekompensata za nieobecność w moim życiu miłości. Potrzebuję się kimś zachwycić. I dlatego właśnie nie mam kolegów… 

   

                    „usiadłem nieruchomo

                    z załzawionymi oczami

                    wypełniony pustką

                    to znaczy pożądaniem”

                                        [Zbigniew Herbert, Objawienie].

  

Szukać przyjaźni, a nie miłości; dawać od, a nie tylko żądać dla; wyrzekać się pychy i egoizmu; patrzeć w serca zamiast na twarze – uczyć się tego wciąż...

  

piątek, 26 października 2007
324. Gwałt

  

Ranek zaczął się niewinnie, a właściwie na odwrót – rozkosznie, w pełnej zgodzie z sobą i swoimi najskrytszymi pragnieniami. A potem… 

   

                    „Strach, w ciemnościach przetrząsając rzeczy…”

                                   [Anna Achmatowa. Przeł. S. Pollak]

  

Moje notatki, zeszyty, dziennik sprzed czterech lat, szuflady w biurku, informacje w telefonie, w komputerze – wyśledzone, odszukane, przejrzane, zbrukane interpretacjami, w których pogarda mieszała się z przerażeniem. Brutalne, niespodziewane wejście w moją intymność, trwające już chyba od jakiegoś czasu. 

   

                    „Wszystko zrabowane, zaprzedane…”

                                   [Anna Achmatowa. Przeł. S. Pollak]

  

I pytania, wciąż to samo pytanie, i będące potwierdzeniem milczenie, a potem zaprzeczenia, wypieranie się, które wciąż nie rozwiewało wątpliwości, i próby uniku, załagodzenia sytuacji – inny temat, inny problem, porzucenie tamtego, który nie dla mnie przecież jest problemem, zapomnienie – choćby tylko na czas jakiś…

Ale to, co najważniejsze, udało się dzisiaj ocalić. Nic więcej nie mam...

   

                    „i tylko sny nasze nie zostały upokorzone”. 

                                   [Zbigniew Herbert, Raport z oblężonego Miasta]

  

poniedziałek, 28 listopada 2005
3. Ciemność

  

Nic. Pustka. Otchłań jałowej pustyni.

Życie mi przecieka między palcami.

Całkowita apatia, bezczynność, brak jednej myśli.

Brak celu, konsekwencji działania. Brak przyszłości.

Spadam w jakąś wielką, głęboką dziurę, a światła z góry już nie widać... 

            

                    nie jest to przepaść Pascala

                    nie jest to przepaść Dostojewskiego

                    jest to przepaść

                    na miarę Pana Cogito

         

                    dni bezdenne

                    dni budzące grozę

                                        [Zbigniew Herbert, Przepaść Pana Cogito]

   

czwartek, 24 listopada 2005
1. Zbędność

  

Dlaczego właściwie Dziennik człowieka zbędnego? Czyżby z wciąż żywej fascynacji Pieczorinem? Z poczucia nieprzystawalności do współczesnego świata, niepotrzebności?... Tłamszę w sobie niezadowolenie, gniew, pogardę, ale nie mam sił, by cokolwiek zmienić. Umiem tylko myśleć, analizować, rozprawiać, ale nie działać. I chyba właśnie o tym to będzie. A the rest is silence...

   

               Tak czy owak musiałeś zginąć Hamlecie nie byłeś do życia

               wierzyłeś w kryształowe pojęcia a nie glinę ludzką

               żyłeś ciągłymi skurczami jak we śnie łowiłeś chimery

               łapczywie gryzłeś powietrze i natychmiast wymiotowałeś

               nie umiałeś żadnej ludzkiej rzeczy nawet oddychać nie umiałeś

                                   [Zbigniew Herbert, Tren Fortynbrasa]

  

Archiwum
Tagi