~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Tuwim_Julian

niedziela, 22 listopada 2015
1527. I can’t get no...

  

„Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku” [Julian Tuwim]. Jedzie się w świt pochmurny, wraca, gdy ciemno już, w biurze na oknach grube żaluzje – słońce widuje się tylko w weekendy, na co dzień mglisty księżyc. Długie czekanie na zimnym peronie wśród pustkowia, zapchany z Wrocławia pociąg – przypomina się studencki czas dojazdów, kiedy nie przesłaniało nic odmętów czarnych myśli. Praca niby wprost dla mnie (ćwierćinteligent, co woli być robolem), ale za dużo jej, nie daje się ogarnąć; listy nie mają końca, a tempo jest za szybkie. W dodatku popełniam błędy – ja, tak chorobliwie perfekcyjny. I ludzie wciąż mi obcy… Źle się z tym wszystkim czuję, jestem zmęczony, jest tylko sen i praca. Najgorsza zaś świadomość, że oby jak najdłużej – nie trafi się chyba nic lepszego, na żadnym polu nie daje mi życie satysfakcji…

     

„(…) pewność, jakiej nie da się zapomnieć, że nie ma nigdzie na świecie kobiety, przyjaciela, domu, książki, nawet nałogu, za których sprawą mógłbym poczuć się szczęśliwy”

                     [Juan Carlos Onetti, Krótkie życie. Przeł. T. Murzyńska]. 

   

piątek, 07 stycznia 2011
889. Les Liaisons dangereuses...

  

Powoli wracam do czytania – ubiegły rok był w tej materii wprost rekordowo skąpy. A przecież nie wolno mi marnować najmniejszej okazji, jeśli w perspektywie już kilku miesięcy chciałbym (? – muszę!) opuścić „dom mój: cztery ściany wiersza”. Jak drobny procent z tego półtora tysiąca tytułów ugryzłem? – nie zdążę za nic. I co się z nimi później stanie?... Jak ja się odnajdę bez sycenia oczu przemyślnie ustawionymi grzbietami i piętrami półek, bez szorstkiej pieszczoty obwolut, lakierowanych okładek, białych stronic. Czyż w istocie nie miałem więcej niż wszyscy kochanków? I czy nie były to przypadkiem zbyt niebezpieczne związki?…

Od niechcenia na razie opowiadania Maraia, Nabokova, Mishimy, z niezaspokojoną nadzieją „Norwegian Wood” Murakamiego. No i filmy. Zwłaszcza „Pod dobrą gwiazdą” (Saturno contro, 2007; reż. Ferzan Ozpetek) zostawia dobre wrażenie. Ładnie się toczy i zwalnia ta historia (i ładnie Krzysztof Świrek w recenzji w „Kinie” 2008, nr 6 pisze, że nie chodzi tu już o tolerancję wobec homoseksualnej odmienności, ale o współodczuwanie, wyjście poza etykietkę „inności”). Coraz bardziej hipnotyczna także w miarę seansu „Samarytanka” (2004) Kim Ki-duka. W zakończeniu dopatruję się trawestacji ofiary Abrahama. Za to „Maria Antonina” (2006; reż. Sofia Coppola) zawodzi na całej linii – bez pomysłu, bez jakiejkolwiek emocji. Byłem święcie przekonany, że finał uratuje cały obraz (tak jak Los w ostatnim roku życia pomógł się zrehabilitować bohaterce) i, zaskoczony, nie mogłem uwierzyć w koniec przed najważniejszym. Cała para w gwizdek zatem: w koafiury, pantofelki z kokardkami i atłasy. Ta wydmuszka tylko dzięki temu daje się oglądać – bo ja wielbię osiemnastowieczny zbytek, pióra, kapelusze, surduty w kwiatuszki… Chciałem kiedyś Stawroginem, Pieczorinem zostać, chciałem też bardzo Valmontem…

  

wtorek, 18 sierpnia 2009
661. Ab realibus ad realiora...

  

W Śnie o kobietach pięknych i takich sobie Samuela Becketta znajdujemy taki oto ustęp: „Może to przedwczesne. Może zapisaliśmy to zbyt wcześnie. Ale niech tak zostanie” [przeł. B. Kopeć-Umiastowska i S. Magala]. Ta pierwsza powieść dwudziestosześcioletniego pisarza, wydana dopiero po jego śmierci, okazuje się najbardziej bełkotliwym utworem, z jakim zdarzyło mi się dotąd zetknąć. Marnuję na to coś ponad tydzień, w efekcie tracąc siły na czytanie w ogóle…

Coś tam jednak udaje się zaliczyć w międzyczasie – kolejno idą: Szatańskie tango László Krasznahorkaia, Ojciec i ojciec Karela van Loona, Likwidacja Imre Kertésza, Matka odchodzi Tadeusza Różewicza, Utajona harmonia Mariny Mayoral, Martwa natura z wędzidłem Zbigniewa Herberta, Trzynasta dama José Carlosa Somozy. Permanentna wyliczanka, która niczemu dobremu nie służy…

  

Moja odwieczna niechęć do zbiorów opowiadań – wszystko przez ten nawyk czytania od razu, w całości. Mile jednak zaskakują dwa tomy Julio Cortázara – wciągają, trzymają w napięciu, wywołują uśmiech przy końcowych puentach. A w Magii Sándora Máraia zakładka utknęła gdzieś wiele tygodni temu – bo takie to dziewiętnastowieczne, choć niby tam i tu nierealność, czwarty wymiar, oniryzm. Co przecież, w gruncie rzeczy, podoba się, bo my daily life is not at all interesting… 

   

                    „Tajemniczeją rzeczy, fantastycznieją zdania, 

                    I mówić coraz trudniej, i milczeć coraz boleśniej”

                                                  [Julian Tuwim, Życie codzienne].

  

Archiwum
Tagi