~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Jelinek_Elfriede

niedziela, 29 marca 2015
1466. Co ludzie powiedzą?...

  

– Co się tak uparłeś na te żółte spodnie? Żeby chodzić w nich codziennie całą zimę (akurat od grudnia do marca nosiłem niebieskie i jakoś nie było problemu). Jeden tylko chłopak w mieście w żółtych. Przecież nie lubisz, jak się na Ciebie patrzy. A tu wystawiasz się na pokaz, wszyscy się przyglądają i rzeczywiście, jeszcze coś sobie pomyślą…

Mieliśmy iść do sklepu razem, ale tak podskoczyło mi ciśnienie, że szybko wychodzę sam (żeby nie musiała się mnie wstydzić). Klnę na głos całą drogę. Życie podporządkowane chwilowym opiniom idiotów. Kastrowanie, rugowanie indywidualności, zastraszanie. Można się przeciwstawiać, ale trzeba wciąż wysłuchiwać; można się łudzić, że już spokój, ale od tego nie sposób do końca się uwolnić…

    

          „Kto szuka, ten zawsze znajdzie coś gorszącego, na co skrycie liczy”

                           [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

23:45, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 19 stycznia 2014
1347. Price Tag...

  

Po miesiącu od złożenia wniosku przez Internet, mogę wreszcie odebrać hologram uprawniający do Karty Warszawiaka (szczęśliwie bowiem za 2012 rok zeznanie podatkowe składałem w stolicy). Cóż mi jednak po niej, skoro zimowa aura nie zachęca obecnie do wychodzenia z domu – dopiero powyżej trzech w tygodniu wyjazdów do Centrum i z powrotem opłaca mi się bilet trzymiesięczny (skończył mi się wraz z początkiem stycznia). Nie stać mnie na niego zresztą – stać już na niewiele. Trzymam się postanowień, by jednak jeść obiady, choć więcej imponderabiliów w tym, niż smaku, odżywczości. Bary cenowo przegrać muszą z tą nędzą przyrządzaną w domu – paczka gotowych pierogów za 4 złote starcza mi na dwa dni, krokietów za 9 na trzy. To pozwala nie wychodzić poza limit 3 złotych na obiad. Przestałem kupować jakiekolwiek ciastka na zakąskę, pozwalam sobie jeszcze na zaledwie jedną, najmniejszą kostkę czekolady dziennie (choć jak się wreszcie skończy, nie wiem, czy wezmę w sklepie nową). Zarzuciłem piątkową „Wyborczą” (program telewizyjny spisuję z Internetu), nie mogę zrezygnować z „Polityki”. U fryzjera byłem ostatnio w październiku. Kilka ciekawych polskich filmów w kinach (nawet za 8 zł), parę książkowych marzeń – nierealne…

Trwanie na marginesie, w poczuciu ciągłego wyrzeczenia, omijania. Najgorsze zaś, że nawet znalezienie pracy nic nie zmieni – zawsze będzie góra tysiąc kilkaset złotych pensji, z niej 85 czy 90% na mieszkanie, do tego narastająca wściekłość, wyczerpanie. Bez celu i osiągnięć, przyjemności, zupełnie po nic, sam sobie i jedyny winny…

   

                     „Za darmo jest tylko śmierć, a i ona kosztuje życie”

                        [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

czwartek, 21 listopada 2013
1323. Les Poisons...

  

W skrzynce pocztowej znajduję „Fakt” – darmowe wydanie na 10-lecie (4 miliony egzemplarzy!). Przyznaję się: przejrzałem – pierwszy raz bowiem miałem to coś w rękach. Z miejsca też mogę stwierdzić: był to raz ostatni. Trudno jednak nie dostrzec, wchodząc do tramwaju, podróżując metrem, widząc krzyczące te nagłówki i kolaże, dla jak wielu rodaków to dzienne źródło wiedzy o ich świecie

Trzeba być upośledzonym umysłowo, by to czytać – jakiegoż jednak skurwienia charakteru trzeba, żeby w tym pracować…

  

„Człowiek, który starannie kawałkuje własną małżonkę oraz dzieci i wsadza do lodówki w celu późniejszej konsumpcji, nie jest bardziej barbarzyński od gazety, która to wszystko opisuje”

                        [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

sobota, 30 marca 2013
1238. Prawo posiadania...

  

Śnieżna Warszawa, Felicjan Dulski krążący po korytarzu pociągowym, szary Wrocław. Znów u rodziców, gdzie niegdyś azyl i więzienie, a teraz kolejne rewolucje: przemalowane, przestawione, część książek wyniesiona, pochowana. Nowe za to sweterki, piżama w różową kratkę z reniferem – wyprawka dla małego chłopczyka, czekoladki. Drzwi wciąż otwarte, lęk, że ktoś zobaczy, co też piszę. Przestrzeń, do której trzeba się na nowo przyzwyczajać; ja już nie stąd, na krótko tylko wpadający stamtąd. To już nie moje – jak gdybym wcześniej mógł się tu czuć u siebie i o czymś decydować…

  

„Matka przypomina, że córka nie ma własnego pokoju, ponieważ to, co w swojej manii wielkości nazwała swoim pokojem, w rzeczywistości też należy do matki. W tym mieszkaniu, póki ono jest jeszcze moje, wszystko ustalamy razem, i matka ujmuje w słowa to, co zostało ustalone”

                        [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

niedziela, 13 marca 2011
916. Untouchable...

  

Tylko pod opuszkami palców jakieś czucie – gładkość i miękkość cudzych piersi, pośladków, ud i ramion. Wyłącznie lekki dreszcz spotykających się naskórków. Błogość i bierność, odpływająca ciągle sztywność. Bez podniecenia, uniesienia, bez radości. Bo w środku nic, za mało, za męcząco. Zniecierpliwienie szybkie, rozczarowanie tym, zażenowanie sobą. Każdorazowy płacz zamiast zaspokojenia. Lęki, pytania, wstyd. Nie możesz się powstrzymać jednak ni próbowania wyrzec…

I tylko to kim jesteś, do czego jesteś zdolny, czy kiedyś to poczujesz (por. 745, 756, 774, 783, 801), czy da się z kimś – gdy nie potrafi z osobą Ci najbliższą…

  

„Wszystko, co fizjologiczne i cielesne, jest dla Eriki wstrętne i bezustannie upośledza jej prosto wytyczoną drogę. Być może Erika nie jest upośledzona jak kaleka, ale niewątpliwie ma ograniczoną swobodę ruchu. Większość ludzi mianowicie porusza się czule w stronę jakiegoś Ty, w stronę partnera. To jest to, czego mogliby pragnąć. Jeśli jakaś koleżanka w konserwatorium weźmie Erikę pod rękę, Erika aż się wzdryga od takiej bezczelności. Nikt nie ma prawa dotykać Eriki, może się na niej osadzać jedynie lekkie jak piórko brzemię sztuki (…). O takiej osobie mówi się zazwyczaj, że jest nieprzystępna. I nikt do niej nie przystępuje. Wszyscy wolą ją omijać. Godzą się na opóźnienie i czekanie, żeby tylko nie wejść w styczność z Eriką. Niektórzy na cały głos zwracają na siebie uwagę, Erika nie. Niektórzy machają, Erika nie. Są tacy i tacy. Jedni podskakują w miejscu, jodłują, wydzierają się. Erika nie. Bo oni wiedzą, czego chcą. Erika nie”

                        [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

piątek, 04 lutego 2011
902. Pod czułą kontrolą...

  

Obejrzeć obsesyjną „Matkę” (Korea Południowa’2009; reż. Joon-ho Bong), przedtem zaś wrócić do domu i odkryć, że wszystkie Twoje ubrania, a zwłaszcza bielizna, zostały jej rękoma na nowo poskładane w kosteczkę i równiutko ułożone w szafkach… Zrozumieć w jednej chwili, co znaczy powiedzenie o zagłaskiwaniu kota na śmierć…

  

Zrobić Ci herbatę?... Wyprasować koszulę?... Nie smakuje Ci? Zjesz, jest dobre... Ojciec Cię podwiezie... Wstawaj już... Zgaś już światło... Co tam piszesz?... Masz jakieś plany, znów chcesz nas czymś zaskoczyć?...

  

„Po trudach dnia córka wrzeszczy na matkę, żeby ta wreszcie pozwoliła jej prowadzić własne życie. Już choćby ze względu na wiek powinna mieć do tego prawo, drze się córka. Matka każdego dnia odpowiada, że matka wie lepiej niż dziecko, bo nigdy nie przestaje być matką”

                        [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

środa, 19 stycznia 2011
895. Carry on!...

  

Co by, zapewne słusznie, nie powiedzieć – przy wszystkich moich złych nawykach, zahamowaniach, manieryzmach – miniony rok, tragicznie przecież się zaczynający, był jednak najbardziej pogodnym, odnotowującym drobne smaczki życia, obfitym w nowe doświadczenia i podróże, ubarwionym zdjęciami, wreszcie zaś – najbardziej rozerotyzowanym (już nie tęskniącym platonicznie za Jedynym, a wyłapującym żądnym wzrokiem każdy towar, który znalazł się w polu widzenia) rozdziałem tej tu pisaniny. Oceniam to nie samo w sobie, lecz jako proces przemiany – a postęp, co cieszy, jest duży…

  

„Wiele rozgrywa się w myślach i wzbogaca człowieka, część należy jednak czynnie wprowadzić w czyn”

            [Elfriede Jelinek, Wykluczeni. Przeł. A. Majkiewicz i J. Ziemska].

  

Żeby przyspieszyć i działać, zaczynam sam sobie stawiać zadania. Zapisuję strony w kalendarzu, kolejne punkty, drobne sprawy, o których należy pamiętać. To zrobić, nad tym się zastanowić, to załatwić – część od razu, inne do końca tygodnia, resztę później, możliwie do czerwca.

W poniedziałek, korzystając z życzliwych sugestii, nowe CV – z pojedynczych kiedyś skromnych linijek nagle się zrobiły teraz aż dwie strony; dziwię się wręcz (tak to bogato wygląda), że coś jednak w swym życiu zrobiłem, jak korzystnie też umiem się sprzedać. Wczoraj list z ofertą współzamieszkania (i odpowiedź, co nie pozbawia nadziei). Dzisiaj zakup tak odkładanego gadżetu. A do tego planowanie już krakowskich spotkań – w marcu, na przełomie kwietnia-maja – rezerwacje na apartamenty; myśl o Anglii (znów zagraniczne wakacje), szukanie lekarstw, kalkulacje: co, ile i kiedy…

Po raz pierwszy przyszłość nie jest białą plamą – coś widnieje w tej mgle, coś jest już ustalone. Idę coraz szybciej po tej drodze, zaliczając kolejne etapy…

  

niedziela, 05 grudnia 2010
875. A Moveable Feast...

  

Piąta rocznica mego tu notowania minęła jakoś niezauważenie – przeoczyłem chyba, pominąłem, zupełnie zapomniałem. Inne problemy, tematy, wrażenia; inni niż kiedyś czytelnicy, utrata dawnych złudzeń i nadziei… Może i lepiej tak: po prostu pisać – zamiast przydawać znaczenie…

  

„Poza literaturą, którą może opanować każdy, kto umie mówić, jeden lepiej, a drugi gorzej, a którą pewni ludzie, którzy nie mogą sobie na to pozwolić, by jakąś lepszą metodą przerastać swe otoczenie, zarezerwowali dla siebie, Rainer niestety żadnej rzeczy nie uczynił sobie poddaną. A literatura może spełnić wiele z tego, czego pragnie Rainer”

           [Elfriede Jelinek, Wykluczeni. Przeł. A. Majkiewicz i J. Ziemska].

   

wtorek, 30 listopada 2010
873. Hunger...

  

Napisać, że w konkursie Agory wygrywam po raz czwarty (trzeci z rzędu), to już żadna przy wtorku wiadomość. Zwłaszcza, że zdjęcia opublikowane tu w niedzielę (też zgłoszone) podobają mi się bardziej niż dziś nagrodzone. Mało kto bierze udział w tej zabawie – stąd pewnie moje sukcesy. A jednak miło, że synteza: 1) zrodzonego w ubiegłym roku hobby fotograficznego; 2) zamiłowania do estetyzmu, harmonii, symetrii; 3) wyrosłego z dziecinnych zabaw klockami zainteresowania architekturą i wznoszenia w marzeniach wymyślnych budowli; 4) długich spacerów i od niedawna wojaży – przynosi takie owoce…

Wszystko to z żądzy uznania, powodzenia – na jakimś polu. Jakimkolwiek…

  

„Wytresowano ją właśnie do brylowania. Została nauczona, że jest słońcem, wokół którego wszystko się kręci, wystarczy tylko, aby się nie ruszała, a już niezwłocznie pojawią się satelity i zaczną ją adorować. Ona wie: jest lepsza, bo wszyscy bez przerwy jej to mówią. Lepiej tego jednak nie sprawdzać”

                         [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

sobota, 25 września 2010
845. Ein Zerfall (II)...

  

Ledwie zdążyłem wrócić, mama burzy mi spokój – jakieś dziwne pretensje, że nie mówię wszystkiego, nie dopuszczam jej do najgłębszych, intymnych pokładów; moja orientacja jako nurtujący ją problem, zwłaszcza w świetle ostatnich zachowań – pyta mnie (ta nadzieja w podtekście!), czy się coś odwróciło, czy dziewczyny zajmą teraz miejsce chłopców. Nie wiem, czy odpowiedź – fakt, nieco dwuznaczna – w pełni ją pozbawi owych złudzeń…

A w istocie chodzi o naszą nieumiejętność prowadzenia elementarnej rozmowy, przebywania ze sobą, o jakąś zapiekłą niechęć z mojej strony, która coraz bardziej musi być widoczna – odczytywana jest jako nienawiść, wstręt, pragnienie, by wreszcie, na zawsze stąd odejść… Aż tak bardzo nie możesz wytrzymać?...

  

„Matka obawia się, że Erika się zastanawia, i daje tym obawom wyraz. Kto nie mówi, może sobie coś myśleć. Matka domaga się otwartego wypowiadania myśli, a nie gryzienia się w środku. Trzeba mówić matce, o czym się myśli, żeby była poinformowana. Matka obawia się ciszy. Czy córka jest żądna zemsty? Czy odważy się na jakieś bezwstydne słowa?”

                       [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

 

Przyglądamy się od lat, jak postępuje rozpad tej rodziny – żadne z nas nie ma ochoty, sił ani zdolności, żeby to powstrzymać…

           „Rodzice i dzieci nie są stworzeni do tego, żeby mieszkać razem” 

                 [John Maxwell Coetzee, Hańba. Przeł. M. Kłobukowski].

  

niedziela, 04 kwietnia 2010
765. Ceremonie...

  

Dwa razy do roku ten sam, uparty rytuał sprzątania, zakupów, gotowania – przede wszystkim zaś szalonych nerwów, przekleństw, kłótni, palpitacji serca. I zawsze, nieodmiennie jedno z drugim, tak by nie skrywać nawet panującej wokoło obłudy. Jeszcze by tego brakowało, by ktoś nas w dni owe odwiedzał. Bo cóż my właściwie świętujemy? – kwadrans mięsnego śniadania, przyzwyczajenie jednej ledwie z trzech osób, by przedpołudnie niedzielne spędzać regularnie w kościele…

Podskórnie gdzieś boję się ciągle dni wolnych, przerw w pracy, weekendów. Tych potencjalnych ich pytań i rozmów, ust otwierania konieczności. Widzę swoje skulenie, rozedrganie, oczekiwanie na atak, gdy mam pozostać w domu. Już setki razy zdarzyło mi się podskakiwać ze strachu, dostawać niemal zawału, gdy mama wchodzi do pokoju, a ciszę przerywa ton jej głosu. Jakoś mi się to z innymi nie zdarza. Przewrażliwione dziecko, lecz przecież z jakiegoś powodu. Strach, stres, napięcie, łzy i poniżenie – jedyne skojarzenia z katolicką rodziną. Tylko czytana właśnie powieść o kurestwie i burdelach w wiktoriańskim Londynie daje mi pewne wytchnienie…

  

W myślach klnę w najordynarniejszy sposób i wyzywam od wszystkich diabłów. Coraz mocniej walę się pięściami w tył głowy. Tak tylko mogę się szybko uspokoić. Dobrze, że nie wiedzą, jak złym, wściekłym, zepsutym (nie w sensie seksualnym, niestety, bo to mi się choćby raz jeszcze nigdy nawet nie przyśniło – choć z drugiej strony moje skłonności to przecież dla nich szczyt plugastwa), okropnym jestem człowiekiem, bo już i teraz ich rozczarowanie musi być ponad siły. Moje także dawno temu przebrało wszelką dopuszczalną miarę...

  

„Kto wie, do czego jestem jeszcze zdolny (…). Wiem tylko, że jestem zdolny do niewyobrażalnie okrutnych rzeczy i muszę się powstrzymywać, żeby tego nie robić. (…)

Wewnętrznie Rainer całkowicie odłączył się od swojej rodziny, na zewnątrz tego jeszcze nie widać”

            [Elfriede Jelinek, Wykluczeni. Przeł. A. Majkiewicz i J. Ziemska].

  

19:45, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 19 marca 2010
759. Calling you...

  

Klucze, tony i dźwięki wśród jasnych, wiosennych przestworzy – krzyżujące się w powietrzu skrzydlate pięciolinie. Dzikie gęsi powracają z zimowych wywczasów: kilkanaście takich odwróconych V na niebie dzień ubarwia, wywołuje uśmiech. Pismo każe (Mat 6, 26) – patrzę więc, zadzieram głowę, słucham. Te donośnie gaworzące stada ponad głową – brzmią jak ku czemuś wezwanie. Kuszą, obiecują coś, nurtują. Przepływają mimo, nikną gdzieś w oddali. I zostawiają samego – w dole, na uboczu...

  

„ONA czuje się wyłączona ze wszystkiego, bo jest ze wszystkiego wyłączana. Inni idą dalej, niekiedy nawet ją przekraczają. Tak malutką wydaje się przeszkodą. Wędrowiec idzie dalej, a ona zostaje przy drodze jak zatłuszczony papier śniadaniowy, co najwyżej podfruwa odrobinę na wietrze. Papier nie może daleko ulecieć, butwieje tu, na miejscu. To butwienie trwa lata, lata pozbawione jakiejkolwiek odmiany”

                      [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

czwartek, 01 stycznia 2009
544. O nauczce z Sylwestra zamiast upojnej nocy...

  

Uświadamiam sobie właśnie, że nigdy nie doświadczyłem nie tylko rodzinnych Świąt, ale i szampańskiej sylwestrowej zabawy, choćby i cichej w kameralnym gronie. A przecież mogłem być wczoraj gdzie indziej, pierwszy raz poza domem − całą noc tego żałowałem…

Jeśli czegoś powinno mnie to nauczyć, to że nie wolno odmawiać. Bo w moim przypadku każda nowa szansa jest zarazem ostatnią…

  

Życzenie na Nowy Rok − poczuć się wreszcie potrzebnym, tak żeby nic beze mnie nie mogło się dla kogoś odbywać, żeby moja nieobecność była od razu zauważana.

Marzenia mi się nigdy nie spełniają…

  

„Nie jesteśmy niezbędni! Jeśli w ogóle wolno nam żyć, to najwyżej w pamięci ukochanego zwierzęcia, któremu przynieśliśmy jedzenie, albo ukochanego człowieka, któremu sami oddaliśmy się do zjedzenia”

                    [Elfriede Jelinek, Pożądanie. Przeł. E. Kalinowska].

  

wtorek, 01 kwietnia 2008
403. Lust

  

Jestem na tyle krytyczny wobec własnej osoby, że czasem mogę sobie pozwolić na bezgraniczny autozachwyt. Jak wczoraj, wszystko dziś jest we mnie doskonałością. Idealna fryzura, w której żaden kosmyk i lok nie jest przypadkowy; subtelnie współgrające ze sobą w tonacjach niebiesko-biało-czarnych buty, skórzana kurtka, sweterek, dżinsy, torba, szalik, bielizna. Perfekcja tego przemykającego w witrynach sklepowych chłopca wynagradza mi fakt, że nikt nigdy się za nim nie ogląda. Piękno osiąga pełnię, gdy niczemu nie służy, bo każda sztuka jest bezużyteczna

Jak wczoraj, korzystając z pięknej pogody, włóczę się po Wrocławiu, znowu odkrywając nowe dla siebie miejsca, choć też powtarzam w dużej mierze znany mi już szlak, niegdyś, na jedynym moim niesamotnym spacerze pokazany. Tamto się jednak nie wróci, a i nic nowego nie zdarzy…

  

„Nikt nie zna lepiej swojego ciała, swojego domu, niż jego właściciel, co jednak nie znaczy, że można od razu zapraszać do niego innych ludzi. Dlaczego inny człowiek nie powinien nas kochać? I dlaczego tego nie robi?

                    [Elfriede Jelinek, Pożądanie. Przeł. E. Kalinowska].

  

A więc łuk Uniwersytetu, Wyspa Słodowa, Ostrów… U wejścia do katedry mały chłopiec wręcza mi święty obrazek, mówiąc, że zbiera na wycieczkę. Całkowicie zaskoczony dopiero po chwili orientuję się, o co chodzi i wygrzebuję z portfela złotówkę. Nie wiem, ile kosztuje miłosierdzie, ale chyba starczyło.

Wnętrze świątyni zaskakuje mnie swoją małością, nieporządkiem, brudem. Właściwie, to wszedłem do środka z nadzieją, że bez trudu znajdę jakąś informację o możliwości wspięcia się na wieżę. Niczego jednak takiego nie widzę, wobec czego zniechęcony przechadzam się po bocznej nawie. Przed ołtarzami, kaplicami, obrazami modlą się pojedynczy ludzie – zadziwia mnie, nie wiedzieć czemu, ich obecność. Ktoś krzywo patrzy na moje założone z tyłu ręce (gdyby wiedział, że przy wejściu zignorowałem misę z wodą święconą i nie ukląkłem); nie śmiem przeciąć w poprzek głównej nawy i wycofuję się tą samą drogą. Dopiero na zewnątrz przypomina mi się, że coś otrzymałem (kupiłem?) i sięgam do torby, by zobaczyć, cóż to. Św. Szymon z Lipnicy, patron studentów – jak wyczytuję na odwrocie – kanonizowany w Roku Pańskim 2006.

A potem barokowy ogród Papieskiego Fakultetu Teologicznego, most Pokoju, wspinaczka na Wzgórze Polskie, i powrót bulwarem Dunikowskiego. Spacer pożarł moje godziny konsultacji i zjawiam się w Instytucie tuż przed zajęciami. Nic to, już od dawna ignoruję wszystkie swoje uczelniane zobowiązania, chcąc mieć jak najmniej do czynienia z tą instytucją. Jeszcze tylko trzy miesiące muszę wytrzymać, naciągając solidarne państwo na płacenie mi za nic…

Studenci piszą sprawdzian, a ja mogę sobie czytać kolejną powieść, wzorowe antyporno. To samo w pociągu – obok mnie grupa katolików w średnim wieku żartuje przy piwie o wyższości wyrabianego przez Hitlera mydła nad dzisiejszymi środkami chemicznymi. „Antysemityzm jest wszędzie na świecie, ale co poradzę na to, że boli mnie właśnie ten polski” – mówi Gołda Tencer w ostatniej „Polityce”. Całe życie muszę się bać innych mężczyzn, całe życie w nich wątpić, nawet z samym sobą nie godząc…

W łazience oddaję się sobie – mechanicznie jak zawsze, jak zawsze też idzie to błyskawicznie. To jedno na świecie jest pewne...

  

„Mężczyzna wystaje z siebie w wianuszku szczeciniastych włosów i pożądania. W ten sposób mężczyźni rosną, oni i ich szybko opadające dzieła. Pewniej stoją drzewa w lesie” [Ibidem].

  

Archiwum
Tagi