~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Nabokov_Vladimir

czwartek, 11 sierpnia 2016
1583. Jej punkt widzenia (I)...

„(…) za każdym razem myślała: »Kiedyż on wreszcie się rozkręci?« – ale jednocześnie bawił ją, a nawet trochę wzruszał jego brak pewności siebie i fakt, że bez jej pomocy prawdopodobnie nie rozkręci się nigdy. Stopniowo jednak irytacja zaczęła brać górę”

[Vladimir Nabokov, Król, dama, walet. Przeł. L. Engelking].

„John był przyjacielem w czasie, gdy na mojej życiowej drodze pojawiły się wyboje, podporą, na której czasem się wspierałam, ale nie mógłby stać się moim kochankiem w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Do autentycznej miłości potrzeba dwojga pełnych ludzi, którzy muszą do siebie pasować jak jin i jang, kontakt i wtyczka. Jak mężczyzna i kobieta. My nie pasowaliśmy do siebie. (…) John nie był stworzony do miłości. Nie był tak skonstruowany, by się dopasowywać lub żeby ktoś mógł dopasować się do niego. Był jak sfera. Jak szklana kula. Nie dało się do niego podłączyć”

[John Maxwell Coetzee, Lato.

Sceny z prowincjonalnego życia III. Przeł. D. Żukowski].

poniedziałek, 15 lutego 2016
1546. Choć za oknem coraz jaśniej...

„Jego myślami rządziła ta sama monotonia, co jego działaniami, a ich następstwo odpowiadało porządkowi dnia. (…)

A za tymi miarowymi codziennymi myślami, jak za słowami napisanymi na szkle, rozpościerała się ciemność, ciemność, w którą nie należy spoglądać”

[Vladimir Nabokov, Król, dama, walet. Przeł. L. Engelking].

wtorek, 22 września 2015
1513. Flopped...

 

Dwa dni czekania na telefon – miał wczoraj być (specjalnie proszono mnie o numer), a ja byłem pewien przyjęcia, myślałem nawet, że będzie to jedynie podanie terminu rozpoczęcia. Lecz cisza, znowu nic, znów pewnie złe wrażenie (i to bez standardowej rozmowy kwalifikacyjnej). Czy działa się czy tylko czeka – zawsze klapa…

 

„Zaczął drobiazgowo, z mnóstwem pedantycznych powtórzeń opowiadać jakiś nudny, żałosny epizod i czuło się, że właśnie z takich epizodów od dawna składa się jego życie, a w dziedzinie upokorzeń i porażek, ciężkich cykli haniebnego nieróbstwa i równie haniebnej harówki, wieńczonych nieuniknionymi awanturami, dawno już stał się zawodowcem”

                          [Vladimir Nabokov, Lik. Przeł. M. Kłobukowski].

  

22:39, alexanderson
Link
niedziela, 16 lutego 2014
1358. L’immortelle maladie...

   

Wrażenie intensywne, że nic nie ma sensu, nie warte starań jest, niczemu już nie służy. Spojrzenie w przyszłość, wstecz: wyłącznie rafy, o które się rozbijam, ciągłe bariery, szkody. Bagaż przeszłości i wyniesione z niej kalectwo (ciała, ducha), brak szans i uraz do całego świata, umieranie…

  

„(...) nawet jeśli w rzadkich chwilach pewności siebie próbował sobie przedkładać, jak nieracjonalne są te jego mgliste udręki, wspomnienie podobnych męczarni było nazbyt świeże i za często powtarzały się one w coraz to nowych okolicznościach, aby potrafił się od nich uwolnić. Samotności jako sytuacji można zaradzić, ale jako stan ducha jest ona nieuleczalną chorobą

                       [Vladimir Nabokov, Lik. Przeł. M. Kłobukowski].

   

czwartek, 11 lipca 2013
1271. The Final Cut...

  

Koniec projektu w KRS-ie (jeszcze w finalny dzień znoszą kolejne teczki, z którymi – sam już tylko będąc – w ostatniej chwili nadążam się uporać), koniec też czegoś więcej, zamierzonego dalej. Rankiem rozmowa w centrali pod Warszawą (do nowych doświadczeń wpisuję wsiadanie do pociągu na Wschodnim z powodu remontu Mostu Średnicowego, a w drodze powrotnej jazdę z Otwocka SKM-ką; na latarni przy Powiślu dostrzegam piękny okaz samczyka pustułki) – wracają do niesłusznych pretensji o rzekome opóźnienie pracy, upierają przy swoich błędnych wyliczeniach, fałszywych terminach. Próbują zrobić wrażenie informacją, że firma dopłaca do tego interesu od 9 czerwca. Ale tym razem nie przyjmuję już oskarżeń i ripostuję szeregiem argumentów, które też trudno im zbić. Mam swoje źródła informacji, jako jedyny byłem tam od początku do końca i wiem, jak się naprawdę przedstawiała sytuacja: skala, charakter robót. Nie zamierzam się więc tłumaczyć za błędy i oderwane od rzeczywistości wyobrażenia kierownictwa. Ani – wobec tak rozbieżnego stanowiska – kontynuować tej współpracy, na którą ciągle liczą (!). Spisujemy odręczną notatkę o rozwiązaniu umowy za porozumieniem stron…

...a po kilkunastu minutach, jak już dotarło do nich, co się stało (ewidentnie wziąłem tę firemkę byłych wojskowych i specsłużb z zaskoczenia), zapraszają do archiwizacji w kolejnej instytucji na trzy miesiące i zgadzają na mój warunek podwyżki o 200 zł do 1600 na rękę. Plus zwrot za wszystkie ewentualne dojazdy pod Warszawę. A zatem do tego stopnia współ-spieprzyłem projekt, że jestem niezbędny przy następnym (a przedstawione przeze mnie informacje każą się zastanowić nad postępowaniem firmy w kolejnych przetargach). Tyle że trzy razy większy metraż do przerobienia w tak samo długim czasie wydaje się kolejną miną, na której mogę się wyłożyć. No i od dawna nie mam już do tych ludzi zaufania (zacząłem nawet podejrzewać, że założono nam podsłuch); zbyt dużo amatorszczyzny, braku komunikacji i krętactwa, zbyt wiele z mojej strony sił i nerwów…

Odpowiedzią na tę propozycję ma być moje stawienie się w firmie w poniedziałkowy ranek. Lecz raczej się w ten dzień na żadne podwarszawskie wycieczki nie wybieram…

  

Kolejny raz stawiam na ostrzu noża swoje życie, przyjmując niepewny los, stan zawieszenia, możliwe bankructwo marzeń, które udało się z przenosinami tu osiągnąć. Towarzyszące mi od jeszcze szkolnych czasów tendencje samobójcze przynajmniej na polu zawodowym zyskują dzięki temu bardziej praktyczny wymiar…

   

„Po powrocie do Berlina przyszedł do mnie, bardzo się zmienił, usiadł cicho, położywszy ręce na kolana, i opowiadał; bez końca powtarzał, że zmuszony jest zrezygnować z posady, błagał, żeby go puścić, mówił, że dłużej nie może, że nie ma już sił być człowiekiem. Ma się rozumieć, puściłem go”

            [Vladimir Nabokov, Obłok, jezioro, zamek. Przeł. L. Engelking].

   

wtorek, 12 marca 2013
1231. Kryptonim: Farewell...

  

Stał blisko w tramwaju zatłoczonym. Kurtka z brązowej skóry, siwawy komin-szal, bez palców rękawiczki. Włosy do przodu i z lekka podniesione. Oczy zaspane; przyblakły błękit albo zieleń – zerkałem zbyt ukradkiem. Ręka w kieszeni z tą wszech-chłopięcą swobodą, której nie umiem podrobić... Taki zwyczajny – wszyscy tacy, lepiej przy tym ubrani, ostrzyżeni; ktoś do nich dzwoni, z kimś gadają, mają spotkania, forsę, plany. Podglądam, pozostając w cieniu, bez słowa i jakiegokolwiek ruchu. Wcześniej wysiadać będą, pójdą w przeciwną stronę ich wzrok się na mnie nigdy nie zatrzyma...

      

„Czy przyszło mi do głowy, że może widzę go po raz ostatni?

Oczywiście, że przyszło. Właśnie to sobie pomyślałem: widzę cię po raz ostatni. Właściwie zawsze tak myślę, o wszystkim i o wszystkich. Moje życie jest nieustannym pożegnaniem z przedmiotami i osobami, które często nie zwracają najmniejszej uwagi na te gorzkie, krótkie, niepoczytalne pozdrowienia”

        [Vladimir Nabokov, Pamięci L. I. Szygajewa. Przeł. M. Kłobukowski].

  

poniedziałek, 10 grudnia 2012
1199. The Meaning of Life...

  

Niczemu nie służy, do niczego nie prowadzi, nie wynagradza krzywdy, nie rekompensuje ułomności, zmusza do niechcianego, nie spełnia obietnic, mnoży przeszkody, odbiera ci wszystko po kolei. Nie cieszy, nie daje najmniejszej satysfakcji, przynosi mniej niż innym. Jest tylko gniciem, samotnym czekaniem na zdechnięcie…

 

„(…) przycisnął powieki palcami i przelotnie ujrzał przed sobą ziemskie życie, zupełnie obnażone i zrozumiałe, a zarazem upiorne w swoim smutku, upokarzająco bezcelowe, jałowe, odarte z cudów...”

                      [Vladimir Nabokov, Wigilia. Przeł. M. Kłobukowski].

  

środa, 08 lutego 2012
1066. Eclipse (II)...

  

„Powodowany temperamentem solisty grawitował ku solipsyzmowi, kojarząc go z solą ziemi i z łacińskim określeniem słońca. Nie uświadamiał sobie, że zaszywa się przez to w ciemny kąt… Ponieważ jednak był przewrażliwiony (…), nie mógł się oprzeć wrażeniu, że coś jest nie tak… że coraz bardziej odgradza się od życia, a przełącznik w jego solarium odmówi w końcu posłuszeństwa. Żałosny stan, mający swój początek w reakcji szczerego młodzika na grubiaństwo świata, w który wtłoczono jego porywczą młodość, w czasach sukcesów pisarskich wystawiany na pokaz jako modna maska, nabrał teraz nowej ohydnej realności. Napis na deseczce zdobiącej pierś nie obwieszczał już: »Jestem artystą-samotnikiem«; niewidzialne palce zmieniły litery, abyśmy mogli przeczytać: »Oślepłem«”

                               [Vladimir Nabokov, Prawdziwe życie

                         Sebastiana Knighta. Przeł. M. Kłobukowski].

  

      

  

niedziela, 10 lipca 2011
967. Exclusively...

  

„Nie potrafię się uwolnić od przekonania, że miłość w samej swej istocie dotknięta jest skazą. Przyjaciele mogą się pokłócić albo oddalić, tak samo bliscy krewni, ale bez tej zadry, patosu, fatalności, która nieodłącznie związana jest z miłością. Przyjaźń nigdy nie przybiera tak potępieńczych min. Dlaczego, co się właściwie dzieje? Nie przestałem cię kochać, ale nie mogę już dłużej całować tej drogiej, przygaszonej twarzy, musimy się rozstać, musimy się rozstać. Czemu tak jest? Skąd ta tajemnicza wyłączność? Można mieć tysiąc przyjaciół, ale kochać się wolno tylko z jedną. Nie chodzi mi o harem: mówię o tańcu, nie o gimnastyce. A może to jednak do pomyślenia, że mocarny Turek tak kocha każdą ze swych czterystu żon, jak ja kocham ciebie? Bo gdy powiem »dwa«, zaczyna się liczenie i nigdy się już nie kończy. Istnieje tylko jedna liczba rzeczywista: Jedność. A miłość jest wedle wszelkich oznak najlepszym przykładem tej osobliwości”

                               [Vladimir Nabokov, Prawdziwe życie

                         Sebastiana Knighta. Przeł. M. Kłobukowski].

  

poniedziałek, 28 marca 2011
923. Pars pro toto...

  

Zamiast szukać mieszkania w Warszawie, przeglądać ogłoszenia, kalkulować, pytać – sporządzam listę rzeczy, które chciałbym stąd zabrać. Jakie to dla mnie typowe – przesłaniające mi całość drobiazgi, nieumiejętność określania priorytetów, kunktatorstwo. A jednak ten wybór czterdziestu filmów na DVD, tyluż płyt z muzyką i stu pięćdziesięciu książek (zaledwie 10% stanu bibliotecznego) pozwoliłby oswoić jakoś przyszłą, choćby i najskromniejszą nawet, przestrzeń – uspokaja mnie ta myśl, łagodzi lęk przed nowym, przed działaniem. Pozwala sobie wmawiać, że przygotowania trwają…

Wrażenie, jakby najważniejsze zdawało się zupełnie nieistotne...

  

„(…) ścigała swe mrzonki bez przekonania, kapryśną, krętą drogą, już to mocno z niej zbaczając, już to zapominając o niej w pół kroku; tak właśnie w taksówce zapomina się parasola”

                               [Vladimir Nabokov, Prawdziwe życie

                         Sebastiana Knighta. Przeł. M. Kłobukowski].

  

czwartek, 19 sierpnia 2010
830. Unique...

  

Trudno na nowo przywyknąć, w tym wszystkim kolejno odnaleźć, być znów tu, gdy się tam ciągle jest, chce przebywać – gdzie swoboda, pełna pierś, mój/czyjś uśmiech; dotyk, filmy, alkohol, ciepłe łóżko. Urlopowiczem stałem się momentalnie, do pracy wracam kilka dni, wciąż nie wierząc… Jeszcze większa świadomość, że ten życia obecny rytm, ludzie wokół, miasto, zajęcia – nie dla mnie (lecz wytrzymam jeszcze, bo jest cel, szansa, nadzieja odmiany). Że nie będę się przystosowywał, spojrzeń bał, płakał, przejmował kpinami – jest muzyka przecież, książki, barwy nieba. I dopiero tak, całkiem skupiony na sobie, znajdę chwilę spokoju, dotrwam do chwili wolności…

  

„Sebastian, chcąc nie chcąc, zdał sobie sprawę (…), że choćby nowe otoczenie najmądrzej i najsłodziej schlebiało jego dawnym rojeniom, on sam, a raczej najbardziej drogocenna część jego osobowości, znosić będzie tę samą co dotychczas beznadziejną samotność. Bo też właśnie samotność była dominantą życia mojego brata, im zaś troskliwiej los dbał o to, aby czuł się on na świecie jak u siebie w domu, im umiejętniej podrabiał rzeczy, których Sebastian pragnął (a raczej tak mu się zdawało), tym wyraźniej człowiek będący przedmiotem owych starań uświadamiał sobie, że nie pasuje do obrazka – ani tego, ani żadnego innego. Zrozumiawszy wreszcie problem do końca, jął z ponurą zaciętością pielęgnować w sobie świadomą sztuczność niby rzadki talent lub pasję, i wtedy dopiero zaczął czerpać satysfakcję z jej bujnego, wręcz monstrualnego rozrostu, już nie przejmując się tym, że jest niesympatyczny i niezdarny; to jednak nastąpiło znacznie później.

Z początku musiał się rozpaczliwie bać, że nie zrobi tego, czego od niego oczekują, albo co gorsza zrobi to niezręcznie. (…) mój brat miał poczucie niższości, bo pragnął stać się bardziej angielski niż sama Anglia; wiecznie mu się to nie udawało, ale wciąż próbował, aż w końcu zrozumiał, iż zdradza go nie tyle zewnętrzność, nie tyle manieryzmy, wtrącane pod dyktando modnego slangu, ile samo usiłowanie, aby stać się takim jak inni i postępować na ich modłę, podczas gdy w istocie wisi nad nim błogosławieństwo, skazujące go na odosobnienie w granicach własnego jestestwa

                               [Vladimir Nabokov, Prawdziwe życie

                         Sebastiana Knighta. Przeł. M. Kłobukowski].

   

środa, 05 maja 2010
778. Something special...

  

Kwiaty bzu, owocowych drzew, kasztanowców. Mleczów żółć – w jedną noc przemieniona w dmuchawce. Co dzień ślimak – wciąż ten sam? wciąż w tym miejscu? (skojarzenie z Piknikiem… Strugackich, dlaczego?). W pracy dwójka stażystów, nudziarze – coś tłumaczę, wreszcie ktoś niż ja niżej. Przysypianie na Próbie orkiestry – zawód sprawia Fellini, jak wszyscy. Czytam w kuchni, bo „mój” pokój zajęty – nie mam ćwiczyć gdzie, chodzę spać rozdrażniony. I mam dość nudnych tych wyliczanek – więcej czegoś się chce, pragnie żyć lub przynajmniej móc pisać…

  

„Najbardziej charakterystyczną cechą wszystkiego, co istnieje, jest monotonia”

               [Vladimir Nabokov, La Veneziana. Przeł. M. Kłobukowski].

  

20:18, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 30 marca 2010
763. "Speak, Memory!"...

  

Firmowy zapierdziel, domowy brak prywatności. Już po dwóch dniach trudno doprawdy uwierzyć, że jeszcze w niedzielę tam byłem. Tak mało udało się na fotografii uwiecznić – zbyt oszołomiony byłem w tych pierwszych godzinach. Na dodatek nie wziąłem swojego aparatu, więc Ania użyczyła mi własny. Ale wyciągnąłem go dopiero schodząc z wawelskiego wzgórza – w międzyczasie zmierzchać się zaczęło, widoki pewne i miejsca pozostały gdzieś za nami, pominięte, może obrażone...

Tych zdjęć kilka ledwie, na szybkiego, nieznanym sobie sprzętem uchwyconych – podobają mi się one, bardzo... Może nie wiem, co to ekspozycja, naświetlanie, czułość i przysłona, ale mam niejaką zdolność do łapania kadrów. To cegiełki, z których składam później najsłodsze wspomnienia…

  

      

  

wtorek, 25 kwietnia 2006
65. Raj

  

…Więc całe to piekiełko dzieciństwa siedziało w nim i kipiało gdzieś w głębinach, w odmętach, od czasu do czasu wypuszczając na powierzchnię pojedyncze sondy, przygotowujące wielki wybuch, który, gdyby wreszcie nastąpił, mógłby dać materiał do opisu godnego Pliniusza Młodszego, o ile by ten miał kiedyś okazję zapoznać się z osiągnięciami wiedeńskiej szkoły psychiatrii. Wszystkie te pieszczoszki, misie, podusie, różyczki na sankach, te kołysanki, dobranocki, zaklęcia, hokus-pokus czary-mary, Asa Nisi Masa, te owieczki idące w milczeniu na rzeź (Jam jest Baranek Boży, który gładzi grzeczne dzieci po główkach), te aniołki i paciorki, te I love you w szkolnych pamiętnikach, te przedszkolne zabawy w lekarza, jedyne prawdziwe, pierwsze i jedyne doświadczenie seksualne jego życia, gdy mała Ania zdejmowała ochoczo bluzeczkę, by dać się opukać doktorowi Olkowi, a potem, gdy doktor Olek zachorował, musiała go zbadać, opukać, obejrzeć, dokładnie obmacać − siostra Ania, najbardziej chętna dziewczyna w jego życiu, − ale cóż im wtedy po chęciach, po nagości i bliskości, skoro mieli po pięć lat; więc wszystko to, te urazy z przedszkolnych zabiegów klinicznych, ta kołyska-klatka, w której się wychowywał, kładło się to cieniem na całe jego późniejsze życie, na stosunki (ha!) z kobietami, i nie wiedział wtedy tego, nie mógł jeszcze wtedy tego wiedzieć, ale na stosunki z mężczyznami też…

  

O, nie spoglądaj na mnie, moje dzieciństwo, tymi wielkimi, wystraszonymi oczami[Vladimir Nabokov, Dar. Przeł. E. Siemaszkiewicz].

  

sobota, 25 lutego 2006
45. Obłęd

  

Nie przestanę. Nie wyrzeknę się.

Tamten dzień, ostatnie trzy lata i Ty. Tylko to wspomnienie, tylko to marzenie mi pozostało.

Jałowość mojego życia.

Jak długo można wytrwać w tym szaleństwie?

  

     …skazany jestem na to, by posługiwać się swą cielesną naturą celem zakończenia samemu sobie opowieści o tobie, a potem już tylko liczyć na własne zniknięcie…

                    [Vladimir Nabokov, Ultima Thule]

  

sobota, 21 stycznia 2006
30. Wiem

  

Znów ją widziałem. I spuściłem wzrok. Speszony. Zawstydzony. Porażony...

Ot – paradoks. Tak rzadko mam okazję ją oglądać. Tylko kilka chwil przez całe dnie, tygodnie. A gdy już się zdarzy – odwracam głowę. Wszak żyje się ciepłem słońca, ale nie patrzy na nie...

Wydaje się być doskonała. Zawsze taką pozostanie. Ukryta w cieniu tego, co niewypowiedziane. W milczeniu mojej miłości. Jestże w ogóle ta ułuda miłością?...

Wiem, że ją idealizuję. Nie jest pierwszą Nieznajomą. Ale wiem też, że tylko to mi pozostało. Tylko do tego jestem zdolny. Moje uczucia to tylko myśli o uczuciach...

 

„Jedynym urokiem tych niespełnionych uścisków była łatwość wyobrażania ich sobie[Vladimir Nabokov, Dar. Przeł. E. Siemaszkiewicz].

  

Archiwum
Tagi