~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Shakespeare_William

środa, 07 grudnia 2016
1601. A weight of carrion flesh*...

Mija trzynasty miesiąc pracy. Wciąż sypiam w dni powszednie po pięć godzin. Przyzwyczajam się do swoich obowiązków, jakkolwiek wciąż nie widać w nich większego sensu – z pewnością trudno byłoby tak spędzić całe życie. Trud po nic, przyszłość żadna, chroniczne przemęczenie. Własne ograniczenia też nie pomagają, pogłębiają się niektóre złe nawyki – gdy wyjaśnienia z sądem odnośnie jakiejś sprawy wydają się wykraczać poza standard, zdarza mi się wychodzić z open space’u, szukać odosobnienia, korzystać z prywatnego telefonu. Wstyd przed rozmową wobec osób trzecich. Jakiś płaczliwy ton i drżenie w moim głosie, gdy trzeba o coś spytać czy zwrócić się o pomoc. Szczęśliwie, wiele też tu automatyzmu, godziny mechanicznego oklejania albo weryfikacji pism w systemie. I milczenie…

Prócz sądów, komorników piszą też zwykli ludzie. Kolejne takie moje doświadczenie wglądu. W warszawskim ministerstwie była to pomoc finansowa z Unii, szczegóły wniosków i projektów, inwestycji. Potem, w Krajowej Radzie Sądownictwa – skargi obywatelskie, skrzywdzeni i poniżeni, niepowtarzalny splot stylistyk, form i argumentacji, meandrów ich myślenia i pojmowania świata. Na kartkach krzywo wyrwanych z zeszytów, ścinkach papieru gdzieś w aresztach, hieroglifami lub komputerowo, czasami na dziesiątkach stron to samo; przypominało to niekiedy (kolory, miniaturyzacje, powiększenia, nakładające się na siebie wersy, zmiany kierunków tekstu) jakieś mentalne mapy, rodzące podejrzenia – już nawet bez wnikania w treść – odnośnie zaburzeń potencjalnych ich autorów, psychopatii. A teraz, tutaj nie wyzwiska już, nie spiski – raczej błagania, prośby. Ludzie na skraju, bez dochodów, w spirali długów, schorowani – ruina życia, nędza i opuszczenie. Umórzcie, rozłóżcie na raty lub darujcie. Kłuje coś wtedy w sercu i łza się w oku kręci. Nie ja naciskam, decyzje podejmuję – tylko otwieram listy. A jednak czuję się niczym element systemu represji, nóż wrzynający w ciało – bieda nie łączy mi się jakoś z wymogiem spłaty długów…

* William Shakespeare, The Merchant of Venice (Act IV, scene 1)

22:48, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 05 września 2016
1587. „To-morrow, and to-morrow, and to-morrow”...

Przez tydzień sam, bo rodzice nad morzem, w Kołobrzegu; w upalny weekend, wolny czwartek działkowe opalanie – nareszcie relaks, słońce. Spokój. Po wszystkim już; te trzy dni oraz Gdańsk – jedyne me wakacje. A teraz dziewięć miesięcy pracy, senności popołudniem, czarnych myśli. Bez celu i bez sensu. Nie umiem pisać już. Codzienność mnie wykańcza…

„[25 V 1932] Boże, jakże ja cierpię! Cóż to za straszna rzecz ta moja skłonność do intensywnego odczuwania wszystkiego (…); myślę tylko o tym, jak mam znieść jeszcze rok czy dwadzieścia lat; ta bezsensowna bezcelowość egzystencji; to wieczne, kołowrotkowe poczucie, że idzie się dalej i dalej, i dalej, a celu nie ma”

[Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941. Przeł. M. Heydel].

wtorek, 22 marca 2016
1554. Spectatores...

Oglądamy jednocześnie, choć niezależnie, w różnych pokojach, „Kupca weneckiego” (USA / Wielka Brytania / Włochy / Luksemburg’2004; reż. Michael Radford). Mnie przyciąga tekst, ją Al Pacino i Jeremy Irons. Ona się cieszy z tego, „jak przerobili Żydka”, komedią miłosnych perypetii. Ja widzę tragedię – człowieka, co traktowany niczym pies, znajduje nagle szansę, by ukąsić, ale opresja otoczenia wpycha go w jeszcze większe poniżenie; łajdaka, któremu się należy ludzka godność (fenomenalne, jak antysemicki stereo-typ wygłasza tu swoiste credo humanizmu, apologię równości). Mama jest widzem z epoki Szekspira, ja z czasów postkolonializmu i po Shoah. W tym domu nie ma sensu wymieniać się z kimkolwiek wrażeniami…

sobota, 26 grudnia 2015
1535. ...„my library / Was dukedom large enough”...

Najlepsze w tym całym obłudnym świętowaniu są dni wolne od pracy, smak kilku dań, prezenty. Każdemu z nas dostało się po kapciach oraz książce – mnie nawet cztery, z czego sam sobie kupiłem dwie (piąty tom „Sztuki polskiej” z Arkad i „Sztukę budowania” Jana Knothe) i zapakowane schowałem pod choinkę (odbieram z paczkomatu w dniu Wigilii), do tego niespodzianki na minus i plus – opasły tom, od wielu dni oczekujący w kącie, okazał się powieścią „Nowy Jork” Edwarda Rutherfurda (księgarz polecał mamie; ostatni raz dostałem od niej – i w ogóle – prozę przed bodaj dwudziestoma laty: „Hrabiego Monte Christo”, jeden z ważniejszych tytułów mego życia, który miał pecha stać na samej górze wśród książek dla dzieci i młodzieży, oddała później bez pytania, gdy mieszkałem w stolicy, jakiejś placówce opiekuńczej. Tak też straciłem pośród wielu innych „Alicję w Krainie Czarów”, przygody Tomka Wilmowskiego, „Chatkę Puchatka” i cudnie ilustrowanego „Konika Garbuska”), natomiast już kilka dni wcześniej ciocia, co mieszka parę kroków od nas i często wpada z ciastem, zupełnie nieoczekiwanie przyniosła mi „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk – 900 stron w dużym formacie; wczoraj zacząłem z fascynacją czytać, jutro zamierzam skończyć. Dla mamy album o polskich królewskich rezydencjach (black Friday w BOSZ-u za pół ceny, grzech było nie skorzystać, wzbogacając przy okazji kolekcję książek o Warszawie o cztery tomiki fotografii od lat 40-tych do 70-tych), dla ojca reportaże historyczne Magdaleny Grzebałkowskiej („1945. Wojna i pokój” – świetnie się będą uzupełniać z „Wielką Trwogą”). I jeszcze dziesięć innych tomów dla mnie (doszły w grudniu). Tym samym zostaje przekroczona masa krytyczna – nie ma już na nic miejsca, pięćdziesiąt półek w dwóch pokojach nie wystarcza. Dlatego nie chwalę się na ogół nowymi nabytkami, żeby nie drażnić mamy; układa się wymyślnie wszystko, żeby coś jeszcze zmieścić – bo przecież nie zrezygnuje się z jedynej swojej przyjemności, nawet gdy staje się obłędem, niczemu już nie służy…

„Nagle wpadł w zły humor, patrząc na tę niesamowitą i niezrozumiałą masę książek. Co dawały książki? Doświadczanie. Lecz żadne doświadczanie nie pomagało. Teraz, u schyłku ostatniego etapu swego życia, niemal wrogo przyglądał się książkom, które zawsze odpowiadały jedynie na szczegóły. Na całość nie umiał odpowiedzieć nikt”

[Sándor Márai, Książka. Przeł. I. Makarewicz].

sobota, 11 stycznia 2014
1344. Albowiem prysły zmysły...

 

Od Nowego Roku jeszcze bardziej sam – za swoje na nieswoim, z przerażeniem wpatrując się w konkretny wreszcie termin. Bo przecież starczy ledwie do końca kwietnia, przy dużych i pełnych wyrzeczenia machinacjach może maja. Bo nie potrafi się odmienić przeznaczenia: osiąść, zarabiać dość, podmiotem być, a nie igraszką losu. Przez jakiś jeszcze czas oszukiwanie się, iluzja szczęścia-życia, zabawa w fotografię i zwiedzanie. Ale złudzenie w końcu pryśnie i trzeba spojrzeć w lustro – nie dajesz rady i nawet w miejscu największych szans jedynie czekasz końca…

  

                         „Teraz zniknęły wszystkie czary moje,

                         Teraz o własnych tylko siłach stoję;

                         Siły to słabe”

                                   [William Shakespeare, Burza. Przeł. L. Ulrich].

  

niedziela, 24 listopada 2013
1324. The winter of our discontent (II)...

  

Poszukiwania zimowego płaszcza albo kurtki – rok bodaj czwarty, może piąty: tak samo bezowocny. Wczoraj Złote Tarasy i Arkadia, a dzisiaj Klif. Nic mi się nie podoba, nic na mnie nie pasuje; liczony każdy grosz utrudnia jeszcze wybór, bo oczekuje się pewności satysfakcji. Już w domu znajduję w Internecie polską markę, która wprost idealnie oddaje moje gusta, lecz cóż: limitowane krótkie serie, ceny po kilka tysięcy złotych – jak z kosmosu. Szykuje się kolejny sezon w jesiennej pseudo-skórze z odpadającym zamkiem, dwóch rozciągniętych swetrach i long-sleevie, do tego za duże jeden numer buty z przetartym ociepleniem. Latem wstydzę się chudej mej nagości, a zimą wszystkich ubrań – wraz z chłodem, śniegiem coraz mniej będzie argumentów, by wychodzić…

 

poniedziałek, 22 października 2012
1181. The winter of our discontent (I)...

  

Tak wiele zmarnowanych dni przez ten bez pracy rok: bo przecież można było wielokrotnie w dane miejsce, o różnych porach i bez tłumów, dla zdjęcia-ideału. Nieliczne wolne chwile teraz, godziny wydzielane, spojrzenia głodne kadru – dość niesyte. Ciągle się nie udaje coś, gdzie indziej zaś za późno. Mgły, zmierzchy, ludzie; wściekłość, rozczarowania, żale… Ostatni w miarę ciepły weekend: Narodowego zakamarki (w tym loża prezydencka i zawodników szatnia), refleksy stacji Stadion, Park Skaryszewski, snucie od Zamku do Łazienek. I z powrotem. Zachwyty kolorami liści, chłody przenikające ciało, ból istnieniaKocham Cię – nie wiem, jak zdołam, płacząc, przetrwać kolejną zimę…

  

czwartek, 23 lutego 2012
1073. „To sleep, perchance to dream”…

  

Zasypiam już łatwiej (por. 563), trudniej za to teraz się obudzić. Nie znajdując wygody (bez pozytywnego efektu wypróbowane obie kanapy, podkładanie czegoś pod poduszkę, spanie w nogach, przeróżne pozycje), organizm ratuje się czymś w rodzaju utraty przytomności, która pozwala wyłączyć się, noc przetrwać. Rankiem, obolały, nie mogę się podnieść godzinami, nie widzę powodu, by to w ogóle robić, wątpiąc poniekąd, czy rzeczywiście nie śpię…

 

„Tak teraz się budzę: wyślizgując się nieufnie ze snu, jakbym spędził noc w ukryciu. (…) Nie cierpię poranków przypominających mi wymiętoszoną, zatęchłą pościel łóżka, w którym ktoś spał nazbyt długo. Ostatnio zdarzają się świty, kiedy budzę się i pragnę, żeby znów zapadła noc, żeby dzień skończył się jak najszybciej. Zacząłem myśleć o swoim życiu jako o nieustającym poranku; bez względu na godzinę odnoszę wrażenie, że dopiero co wstałem, próbuję oczyścić umysł i rozeznać się w świecie przedmiotów”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

Co ciekawe, dopiero o świcie przychodzą obrazy, dialogi (por. 877) – nie wiem: wspomnienia? fantazje? urojenia?... Popołudniami coraz większe osłabienie, powtarzające się codziennie drzemki, nagłe wylogowywanie – nad książką, przy telewizorze. Po kilkudziesięciu minutach zdziwienie, że znowu; czasem zwątpienie: ja naprawdę spałem? Nawet jeśli i nie, to chyba niewielka różnica…

  

„Jej świadomość tkwiła na rozdrożu między hiperaktywną jawą a powrotem w sen i Isserley nie wiedziała, którą drogę ostatecznie wybierze, jeśli coś nie pobudzi jej wkrótce do działania”

                      [Michel Faber, Pod skórą. Przeł. M. Świerkocki].

  

środa, 27 października 2010
858. Kolory i mgły...

  

Mroźne poranki, oszronione źdźbła traw, płomienista kula słońca wisząca ponad linią drzew. Charakterystyczny szelest obrywających się liści, zahaczających kilkakrotnie o niższe partie gałęzi. Dzięcioł zielony przelatujący nad głową, wiercące się na pniach, zapraszające do zabawy kowaliki; wczoraj sójka z żołędziem w dziobie, a dziś lis przecinający mi drogę. W weekend powrót po miesiącach do czytania (tegoroczny noblista w wersji pop), sprzedane dwie monety i O Państwie Bożym św. Augustyna… Dni jałowe, całkiem nawet znośne. Dopiero gdy zmierzcha „Duch jego ciężki jak ciemności nocne, / A myśli jego tak jak Ereb czarne”*. Wątpliwości, lęki i kompleksy. Łzy i nerwy. Zapominanie, przyzwyczajanie się i wyrzekanie…

  

* [William Shakespeare, Kupiec wenecki. Przeł. Leon Urlich].

  

niedziela, 26 lipca 2009
650. So Close, So Far...

  

I nie udało się. Z zastanawiającym uporem los trzyma mnie na dystans od wszystkiego, na czym mi zależy – ludzi, miejsc, sytuacji… I zamiast przybliżać do tego, coraz bardziej oddala, mnoży przeszkody, wszystko utrudnia. Jakbym był bezwolną marionetką w rękach jakichś sił odgórnych, obiektem okrutnego eksperymentu, badającego moją wytrzymałość i granice samotności. Bo co to za pocieszenie, że wszystko można nadrobić, gdy idzie przecież o to, by żadnej z tak nielicznych okazji nie tracić. Najgorsza jest właśnie owa sporadyczność wszystkiego, całe tygodnie i miesiące przerwy, czekania, nadziei… 

   

                    „Czym muchy w rękach rozbrykanych chłopców, 

                    Tym my we władzy bogów: uśmiercają

                    Nas dla zabawy”

                              [William Shakespeare, Król Lear. Przeł. S. Barańczak].

  

niedziela, 21 czerwca 2009
635. Katharsis - albo Kawaler Ostatniej Gwiazdy...

   

To wszystko miało wyglądać inaczej − kolejny raz gubią mnie własne nadzieje. Wyjechałem pięć godzin przed czasem, spędziłem we Wrocławiu godzin osiem, by wymienić ledwie parę zdań, by dostać tylko kilka minut. Nic to, trzeba być wdzięcznym za wszystko, co się otrzymuje. Ja jestem wdzięczny niezmiernie...

 

Dzięki nim przy każdym naszym spotkaniu robię coś po raz pierwszy w życiu. Tym razem poznałem teatr. Oczyszczeni Sary Kane we Współczesnym, reżyseria Warlikowski, na deskach Bonaszewski, Poniedziałek, Klynstra, Dałkowska. Widownia, bliskość sceny, aktorzy, sam fakt tego dziania się na żywo robią na mnie ogromne wrażenie − aż śmieszne, że uczyłem swoich studentów także o specyfice teatru, a sam nigdy wcześniej w nim nie byłem. Chwilami więc odrywałem oczy od aktorów i tylko słuchając ich kwestii błądziłem wzrokiem po sali, oglądając scenografię, reflektory pod sufitem, zarysy głów innych widzów: więc tak to wygląda? − dziwiłem się i cieszyłem jak dziecko...

Sama zaś sztuka − miejscami bardzo mocna, choć poruszająca raczej emocje niż intelekt (ekshibicjonistyczna nagość, szepty i krzyki), dopiero po powrocie do domu dająca się pełniej ogarnąć i nawet zaczynająca podobać. Ale już początek, monolog z Łaknąć, rozbroił mnie całkowicie do łez. I do tego ta kapitalna inscenizacja, zamieniająca dosłowność przemocy w tekście na symbole i teatralną umowność... Tak, chciałbym doznawać tego częściej, ale ten pierwszy raz kosztował mnie dzisiaj fortunę...

  

Przed spektaklem poznaję słynnego Huberta − jak zwykle jestem zaskoczony, konfrontując swoje wyobrażenia z rzeczywistością. W trójkę odprowadzają mnie na dworzec.

Tak wyszło − ależ to, z pewnością w niezamierzony sposób, zabrzmiało okrutnie i lekceważąco. Niepotrzebnie tak chwytam za słowa, chcąc znaczyć dla paru osób tyle, ile one znaczą dla mnie. Znaczyć znacznie więcej...

 

„Wiemy, czym są dla nas inni, ale czym my jesteśmy dla nich, tego nigdy nie wiadomo” [Philippe Claudel, Szare dusze. Przeł. J. Stankiewicz-Prądzyńska].

  

Wysiadam przed północą sam na ciemnym peronie. I dobrze, nikt nie zobaczy, że płaczę. I nikt się tym nie przejmie... Zapomniałem już, jak czarne jest niebo w nocy − tylko gdzieniegdzie na nim drobne punkty, migają wciąż i gasną, martwe na długo przed naszym narodzeniem...

Good night, sweet prince, / And flights of angels sing thee to thy rest!... Przed Tobą dwa tygodnie milczenia...

  

wtorek, 07 kwietnia 2009
588. "Cały niczym marmur, jak skała niewzruszony" - czyli "Sin of self-love"...

  

„Zarozumiały straszliwie; wyobraża sobie, że nadziany jest wszelką doskona-łością, i wierzy święcie, że kto nań rzuci okiem, zaraz wpada w uwielbienie”

          [William Shakespeare, Wieczór Trzech Króli. Przeł. S. Barańczak].

   

                                             „(…) zdrów zupełnie,

                    Gładki jak marmur i twardy jak skała”

                                             [idem, Makbet. Przeł. S. Barańczak].

  

Duma, co była odpowiedzią na wyzwiska rówieśników i społeczne odrzucenie; tworzenie własnych światów wobec nieprzystawania rzeczywistości do osobistych wyobrażeń...

Zwracanie się ku sobie w poszukiwaniu tego, co nie do znalezienia w życiu − samouwielbienie jako lekarstwo na krańcową samotność. Jałowość tej iluzji bez uzasadnienia w talencie, urodzie, drzemiących możliwościach. Chłód serca, przyzwyczajonego jedynie do siebie samego − nieprzystępnego, w wiecznym oczekiwaniu, w tęsknocie za ideałem, w niczym nieznajdującego ukojenia… 

   

                    „Grzeszna miłość do siebie samego pomału

                    Owłada moim wzrokiem, duszą, całym ciałem;

                    Nie masz na grzech ten leku ni konfesjonału − 

                    Tak mu się w moim sercu zakorzenić dałem. 

                    Nie widzę nigdzie twarzy tak jak moja wdzięcznej,

                    Postaci tak foremnej, zalet tak rzetelnych,

                    I powtarzam sam sobie już po raz tysięczny, 

                    Że w niczym nie dorówna mi nikt ze śmiertelnych”

                                             [idem, Sonet LXII. Przeł. S. Barańczak].

  

środa, 11 lutego 2009
563. ..."to sleep; / No more" - czyli "Pan Cogito biada nad małością snów"...

  

„Te noce są okropne. Sen / odpycham precz jak ciężki zapach”… − napisałby Borowski. Nie mogę zasnąć, nie mogę spać ani leżeć, ani nawet wygodnie się w łóżku ułożyć. W jednej pozycji wytrzymuję nie więcej niż pięć minut, po czym odwracam się na drugi bok i szukam przeciwnego brzegu podłużnej poduszki. Ręce pod głową, pierzyna między nogami, pościel zimna, jak lubię. W końcu, nie wiedzieć kiedy, udaje się zasnąć, ale im bliżej ranka, tym częstsze przebudzenia, tym bardziej zmięte prześcieradło i tym większe zmęczenie. Kołowrót kilkunastominutowych stanów pełnej świadomości i jakby jej utraty podczas przyśnięć, ciemności w pokoju i pustki spania. Pustki, bo nic mi się nie śni − nawet tej nagrody więc mi w życiu odmówiono. Braki uzupełniam wieczornymi marzeniami…

Podnieść się rano z łóżka to heroiczny wysiłek, wymagający godzinnych przygotowań. Ale przynajmniej na tym polu codziennie zwyciężam…

  

„Ziemia niczyja przebudzenia jest jak ruchome piaski, tylko przesuwające się w odwrotnym kierunku, albo jak bagno, podnoszące się ku górze trzęsawisko, z którego człowiek stopniowo się wyłania, ale mimo to nie ma się z czego cieszyć” [Attila Bartis, Spokój. Przeł. A. Górecka]. 

     

sobota, 20 grudnia 2008
537. O "niedobrej miłości" (tytuł z Nałkowskiej zaczerpnięty, ze streszczenia jedynie znany)...

  

Tradycyjny szał nerwów i wzajemnych przekleństw przy sprzątaniu przed katolickimi świętami. Obłuda tego wszystkiego. I jeszcze oni…

Nie to, że każdego dnia doprowadzają mnie do wściekłości, rozdrażnienia lub płaczu; że przez nich czuję się skrępowany nawet we własnym pokoju; że są tak okropnie inni… Najbardziej uwiera mnie to, że w żaden sposób nie potrafię odpowiedzieć na ich miłość do mnie…

  

Po nocach wciąż w myślach obrazy wulgarnego, oderwanego od uczucia seksu albo masowej śmierci pośród fantastycznych w swej spektakularności batalii. Niezaznane nigdy potencje; Érōs i Thánatos. Ale nie dlatego codziennie budzę się zmęczony...

   

          „Kiedyż się straszny ten mój sen zakończy?”

                    [William Shakespeare, Tytus Andronikus. Przeł. L. Ulrich].

  

Wieczorem dane mi jest obejrzenie w telewizji filmu Plac Zbawiciela (Polska’2006; reż. Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze). Jakie to... znane, widziane wokół, przeżyte. Hipnotyzujące. A finał zawsze ten sam...

  

niedziela, 14 września 2008
488. Le Mépris

   

                    …„Boleści serca i owe tysiączne

                    Właściwe naszej naturze wstrząśnienia”…

                              [William Shakespeare, Hamlet. Przeł. J. Paszkowski].

  

Gryzie mnie wciąż ta nieumiejętność zbliżenia się do innych, a bardziej jeszcze utrata dotychczasowych kontaktów i zmarnowanie szansy na coś wspaniałego, co dopiero mogłoby się zrodzić; dni spędzam w milczeniu, czyniąc sobie w duchu nieustanne wyrzuty − tu mi nie zależało, tu zaś chciałem zbyt mocno. W efekcie wciąż zostaję z niczym, nie otrzymując nawet słowa wyjaśnienia. Nie wolno mi tyle myśleć − wtedy mniej boli…

  

Z mijanej ostatnio grupy „zdziecinniałych dorosłych” z ośrodka specjalnego ktoś wskazuje mnie głośno: „To ten Pan, co jest transwestytą”. Wrażenie, jakie ten − błędnie co prawda − użyty przez upośledzonego umysłowo termin na mnie wywiera. Język napiętnowania w ustach kogoś takiego; moja − nie wiem, jakim gestem czy zachowaniem zasłużona − „sława” w tym przeklętym mieście…

  

Ostatnia wypłata − dziewięćset dwadzieścia trzy złote. Od teraz już brak dochodów. Moja praca w księgarni i chęć, by tam powrócić, wzbudzają tylko kpiny na forach dyskusyjnych, a przecież tylko to spośród wszystkich możliwych zajęć wzbudza we mnie jakieś żywsze uczucia…

Dojrzewanie do myśli, że może i odważyłbym się z kimś zamieszkać (paradoksalnie: z kimś pojedynczym właśnie, bo w żadnej mierze nie w rówieśniczej albo młodszej grupie), wynająć mieszkanie, wydostać się stąd, ale przecież nie znam nikogo takiego, nie umiem „aż tyle” zarobić…

Świadomość, że to, czego się tak boję, dla innych nie stanowi najmniejszego problemu…

  

Codzienne patrzenie w lustro, codzienne upokorzenia…

   

*     *     *

     

Dopisane dzień później:

Przeglądając oferty pracy w Internecie, słyszę z ust mamy: „Pedała to nikt nigdzie nie zatrudni. Na pewno dlatego Cię zwolnili”. Rodzinne wsparcie…

  

czwartek, 29 maja 2008
435. Méthodos

  

Polonius: Though this be madness, yet there’s method in’t.

  

Zaczynam nowe – w ciągu dwóch dni rozsyłam trzy curricula vitae i listy motywacyjne, bojąc się ewentualnych pozytywnych odpowiedzi. I ciągnę stare – szaleńczo kupując (powiedziałbym, że to ostatni już raz, ale przecież raczej umrę z głodu, niż wyrzeknę się książek): W. G. Sebald, Austerlitz; E. de Hériz, Kłamstwa; L. Krasznahorkai, Melancholia sprzeciwu; S. J. Lec, Myśli nieuczesane wszystkie; S. Mrożek, Małe listy; V. Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941; eadem, Fale; eadem, Pani Dalloway; S. Greenblatt, Shakespeare. Stwarzanie świata; H. Markiewicz i A. Romanowski, Skrzydlate słowa. Wielki słownik cytatów polskich i obcych

A na domiar wszystkiego choruję ostatnio na tęsknotę, kurując się zapomnieniem – choć lekarstwo gorsze chyba jest, niźli choroba. Zły to lekarz – mówi Sofokles w Akrisiosie – co takowe stosuje…

  

poniedziałek, 21 stycznia 2008
365. Yet it will come...

  

No więc – piątek.

Było jak na tanich komediach: roztrzęsiony, gotów ze wszystkiego zrezygnować, spazmatycznie łkający, kompletnie załamany pacjent i wzruszona terapeutka, podająca mu z pudeka chusteczki. Myśl o poddaniu się została jednakże oddalona, ucieczka wciąż niebrana w rachubę – musiałbym przecież uciekać, kryć się, tułać do końca życia. Mój brak zaradności życiowej czy wreszcie konieczność pozostawienia półtora tysiąca nagromadzonych w ostatnich latach książek tym bardziej nie dodawały motywacji, by wyjść i nie wrócić; za to chęć ratowania rodziny, którą nigdy w pełni nie byliśmy, kazała mi jednak pozostać. Wybrałem trudniejszą drogę – chciałem, byśmy przeszli przez nią razem. Postanowiłem, że na następnym spotkaniu terapeutycznym nie zjawię się sam, lecz z nią.

No więc – czwartek...

  

„Jeżeli się to stanie teraz, nie stanie się później, jeżeli się później nie stanie, stanie się teraz; jeżeli nie teraz, to musi się stać później”

                    [William Shakespeare, Hamlet. Przeł. J. Paszkowski].

  

Przygotowywałem się na najbardziej traumatyczny dzień w moim życiu, ale przecież jeszcze wiele takich dni być miało, więc czekałem na nieuchronne. A tymczasem...

Poniedziałek – trzy dni wcześniej, niż się spodziewałem, nieoczekiwanie, w cztery oczy (gdybym tylko nie był odwrócony do ściany), bez pośrednika czy rozjemcy, rozmowa się odbyła: bolesna jak żadna spośród tych rozmów bolesnych, umożliwiająca jednak częściowe porozumienie, odbudowująca więzy, które zerwaniu ulec nigdy nie powinny, zwracająca mi wolność...

Znów mam prawo do własnego życia – niech więc się ono rozpocznie...

  

wtorek, 15 stycznia 2008
363. Passage à vide

  

Powinienem już się przyzwyczaić, że po dniach spokojnych przychodzi burza, że trzeba się wciąż mieć na baczności, a jednak znów dałem się zaskoczyć, znów nie mogłem wyjść ze zdumienia, bo znów – popełniłem błąd i zostałem przyłapany.

   

                    „Sam sobie winien; zatruł sobie spokój

                    I znosić musi skutki swej głupoty”.

  

Tym razem piorun uderzył nie w piątek wieczorem, a w sobotę rano: siłą odebrany telefon, Internet zamknięty (niewiarygodne, ale możliwe) na kłódkę, najintymniejsze zapiski, w tym „zadanie domowe” sprzed paru tygodni – wydobyte jakąś zmyślnością diabelską z najgłębszego ukrycia i zabrane (dokąd?), by posłużyć w przyszłości przeciwko mnie jako akt oskarżenia – moją spisany ręką! Bo że to wróci jeszcze, rzecz pewna...

   

                    „Wszelkie burzące czynniki nieładu ścigają nas

                    i niepokoją aż do grobu”.

  

Już mnie to nawet nie boli, już tylko nudzi i męczy. Żałuję jedynie owej nieregularności, sporadyczności, z jaką uda mi się (wyłącznie we Wrocławiu przebywając) coś na tych łamach opublikować (tylko tu złe moce jeszcze nie dotarły), tych opóźnień kilkudniowych w odczytywaniu słów odzewu do mnie kierowanych. Obyż te przerwy były rzeczywiście tak „krótkie”!

Zostałem zatem sam – pozbawiony wszystkiego, bez nadziei, bez słowa otuchy, wyczerpany nierówną walką przechodzę w próżnię. Tylko ta pustka, którą w sobie noszę – już tylko ona jest moja! 

   

                    „Otóż i wypaliła się świeca i osiedliśmy w ciemności”. 

                              [William Shakespeare, Król Lear. Przeł. J. Paszkowski]

  

środa, 12 grudnia 2007
345. No sense

  

Northumberland: Sorrow and grief of heart

Makes him speak fondly, like a frantic man (III, 3).

  

Już nie umiem tego napisać, wypowiedzieć, ogarnąć. Litery, słowa, myśli wirują, nie tworząc żadnej całości, nie niosąc żadnej treści. Nie ma w nich bowiem emocji, żadnego uczucia, nie ma żadnego stosunku do czegokolwiek. Wszystko, co mówię, jest więc na siłę, sztuczne i kłamliwe. To, co piszę, jest nieprawdziwe tym bardziej…

  

Troilus: Words, words, mere words, no matter from the heart (V, 3).

  

Wczoraj, w długim liście do kogoś nowego, tak podobnego jednak, że nieuchronnie musiał on ulec rozczarowaniu, nie znajdując tej siły, której nam obu brakuje, odsłoniłem siebie jak nigdy, a zarazem przyglądałem się sobie bez zainteresowania, opisując same tylko fakty, jak gdyby to, o czym mówię, to najboleśniejsze i najbardziej intymne, było gdzieś poza mną, nie dotyczyło mnie wcale. A jednak to były jego słowa i mogłem je za nim tylko powtarzać, bo traktowały przecież i o mnie – gdybym wiedział kiedyś, że takim być nie chcę…

  

Otello: I am not what I am (I, 1).

  

22:12, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 04 grudnia 2007
342. ...è ben trovato

  

Choć niby nic się nie zmieni, choć niby nie ma ku temu specjalnego powodu (i właśnie dlatego), choć nie zamaże się przeszłości i nie uniknie przyszłości, choć nikt tego nie dostrzeże (a właśnie że tak!), to jednak rzeczywiście – ma to jakiś sens, od tego trzeba zacząć: uśmiechnąć się do samego siebie.

Pozytywne myślenie – bawi mnie to dzisiaj niezmiernie, tym bardziej, że skutkuje.

  

Hamlet: (…) there is nothing either good

or bad but thinking makes it so (II, 2).

  

Smutek był hojny, dawał inwencję; radość jest skąpa, kradnie inne myśli. Zmienia poezję iluzji w prozę życia. Nie jestem przekonany, czy to takie złe… 

  

 
1 , 2
Archiwum
Tagi