~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Różewicz_Tadeusz

czwartek, 24 kwietnia 2014
1383. Tadeusz Różewicz (1921-2014)...

  

Po dniu pełnym przykrości (o czym osobno później), jeszcze ta smutna, zaskakująca – choć tak się jej przez lata bałem – wieść. Odszedł i nie doczekał (por. 153, 1009), zamilkł. Spośród publikowanych tutaj dotąd nekrologów ten dla mnie najbardziej boleściwy, zbyt dotkliwy. Nazwisko najbliższe mi, największe; słowa, co czytane nawet po raz setny, przeszywają…

 

                              „czytam jego przypowieści
                              proste jak kłos pszenicy
                              i myślę o bogu
                              który się nie śmiał
   

                              myślę o małym
                              bogu krwawiącym
                              w białych
                              chustach dzieciństwa
   

                              o cierniu który rozdziera
                              nasze oczy usta
                              teraz
                              i w godzinie śmierci”

                                             [Tadeusz Różewicz, Cierń].

  

niedziela, 17 marca 2013
1233. Reconstruction...

  

Każdy mój wieczór i poranek jest próbą przywołania, wskrzeszeniem tamtego doświadczenia, wspomnieniem dotyku i zapachu. Znaczyło więcej niż dla innych, bo tylko wtedy, z Nią, było możliwe (w i tak nieudanej formie); bo się już nie powtórzy, a było tak cudownie. Gładząc poduszkę, palce uparcie zachwycają się miękkością skóry; nos chłonie umyte świeżo wyimaginowane włosy. Czas płynie, pamięć powinna się zacierać, a ja się koncentruję na tym, czego nie ma (por. 1068). Staje się moją obsesją, jedyną namiętnością i radością. Marzenie, żeby znów leżeć nieruchomo obok – bo właśnie w tej bierności pierwszy raz było poczucie, że się w ogóle żyje…

    

„Kobieta przywarła ciałem do mężczyzny. Zdawało jej się, że są zakopani w norze. W ciepłej podziemnej norze mają swoje posłania i nie potrzebują wychodzić na powierzchnię ziemi, na światło dzienne. Mężczyzna trzymał rękę na jej brzuchu, słyszał gęstniejący urywany oddech. Jakby biegła gdzieś zmęczona. Ale ona leżała tu, przy nim, nieporuszona, pewnie spała. Pod dłonią czuł ciepły, napięty brzuch.

(…) Kobieta otworzyła oczy. Było ciemno. »Nie – powiedziała – nie śpię«. Obok spoczywało nieruchome ciało męża. Ręka kobiety gładziła lekko głowę śpiącego. (…) Ręka przesuwała się po zamkniętych oczach i wargach. Zatrzymała się. Ciepłe, wilgotne tchnienie wypełniło dłoń.

– Zbudź się – prosiła.

Ciało jego poruszyło się i posłusznie przylgnęło do jej ciała. Mężczyzna spał jeszcze, ale jego ciało przebudzone i czujne zaczęło napełniać się krwią”

                                 [Tadeusz Różewicz, Owoc żywota].

   

niedziela, 09 października 2011
1009. Pan Tadeusz...

  

Dziewięćdziesiąte urodziny Różewicza. I znów (por. 153) bez literackiego Nobla. A któż inny zasłużył bardziej – tak odmienił język, zrewolucjonizował formę, przenikliwiej zdiagnozował śmietnik nadmiaru i bylejakości, który współtworzymy, pełniej opisał fragmentaryczność rzeczywistości, płynność i niepokój czasów, „metafizyczną” przestrzeń zaprzeczenia, tajemnicę, ukrytą w ogólnym NIC?…

Wciąż na nowo, szuka i przetwarza. Wciąż mam nadzieję, że doczeka…

  

piątek, 02 września 2011
991. Na powierzchni poematu i w środku...

  

„Złota Palma w Cannes za metafizyczny poemat »Drzewo życia« stanowi ukoronowanie niezwykłej twórczości Terrence’a Malicka, amerykańskiego poety i filozofa, jednego z najbardziej oryginalnych filmowców naszych czasów.

Malick jest autorem zaledwie pięciu filmów. Skromny dorobek, jak na dojrzały wiek artysty (68 lat), obrósł legendą i przysporzył mu sławy wizjonera, zajmującego się tematami, do których nie tylko Hollywood podchodzi na ogół bardzo ostrożnie. Wiara, przemijanie, sens życia, dialog z przeznaczeniem, a wszystko to przy pozorach konwencjonalnej, niemal sensacyjnej opowieści, snutej z niejasnej perspektywy, jakby ponadziemskiej, ustawiającej widza nie w samym sercu gorącej historii, tylko gdzieś z boku, obok niej.

  

      

  

O narodzinach nieprzeciętnego talentu zaczęto mówić blisko cztery dekady temu, kiedy nikomu nieznany Amerykanin z Teksasu, były dziennikarz »Life«, »New Yorkera«, »Newsweeka«, napisał, wyprodukował i wyreżyserował szokujący dramat »Badlands« – fatalistyczne studium bezmyślnie brutalnej odysei pary młodocianych morderców. Rzecz niby podobna do kultowego »Bonnie i Clyde«, a jednak bardzo się od niej różniąca, wystudzona, inaczej rozkładająca akcenty. Malick nie wyjaśnia przyczyn popełnianych zbrodni, nie wdaje się w społeczne analizy ani krytykę kultury masowej, nie lituje się ani nie sympatyzuje z przestępcami. Przygląda się im z oddalenia, w mikro- i makroskali jednocześnie. Czyniąc niedostępną, dziką przyrodę niemym świadkiem ich upadku. A jedynym odautorskim komentarzem – zwierzenia czytane z pamiętnika nastolatki.

»Drzewo życia« (…) ma zbliżoną konstrukcję, ale tak się ma do głośnego debiutu jak skromna aria do chóru operowego, wykonującego requiem przez niezliczony zespół śpiewaków. Rozmach przytłacza. Obraz zdumiewa polifoniczną, wielowątkową kompozycją. Tematyka wydaje się nie do ogarnięcia. Rozpad rodziny, trauma wyniesiona z dzieciństwa, przemiana ojca w tyrana, do tego ewolucja przyrody, stworzenie świata, kosmiczna podróż przez miliardy lat świetlnych, opowiadana na przemian głosami różnych postaci w epickim wymiarze. Intymna modlitwa zostaje zestawiona z widowiskowymi obrazami formowania się z pyłu kosmicznego gwiazd i planet, narodzin pierwszego żywego organizmu, dziwnego zachowania dinozaurów, okazujących współczucie, co wywołuje szok, bo czegoś podobnego w kinie od czasu »2001: Odysei kosmicznej« nie było.

Konfrontując ludzkie cierpienie (z powodu utraty dziecka) z teorią Wielkiego Wybuchu Malick nie jest szaleńcem, choć pozornie wygląda na to, że nie panuje nad strumieniem barwnych obrazów, ilustrujących tajemnicze procesy zachodzące we Wszechświecie. Na tym jednak polega jego innowacyjny, eseistyczny styl, rozwijany i doskonalony z filmu na film. Ma przekraczać ramy zwykłej, realistycznej narracji, wprowadzać widza w trans i nakierowywać go w stronę abstrakcyjnych rozważań. W »Drzewie życia« są to pytania o kwestie fundamentalne: co nas łączy ze zwierzętami, jaki jest cel ewolucji, w czym się przejawia duchowość człowieka, skąd pochodzi zło?

Czy warto traktować serio filmowca porywającego się z motyką na słońce, czyli wykorzystującego narzędzia sztuki popularnej do poruszania się po terenie zarezerwowanym dla kosmologów, filozofów, teologów, badaczy nauki? Czy łącząc ze sobą tak odległe i nieprzystające sfery, nie wykazuje się ignorancją, nie ośmiesza, nie wystawia na próbę cierpliwości widzów? Można mu to wszystko zarzucić, machnąć ręką, ale jeszcze lepiej spróbować to zrozumieć.

Malick nie udziela wywiadów, nie promuje swoich filmów, nie odbiera nagród. O jego życiu prywatnym prawie nic nie wiadomo. W Internecie trudno nawet znaleźć aktualne zdjęcie reżysera, różniące się od kilku stale dostępnych, powielanych przy każdej okazji. Woli pozostawać w cieniu, co w czasach masowego dobijania się do sławy wydaje się niezrozumiałe, wręcz anachroniczne. Rodzi nawet podejrzenia, że kryje się za tym przemyślna strategia rozbudzania ciekawości poprzez celowe unikanie rozgłosu.

(…) Z sobie wiadomych przyczyn reżyser chce (…), by przemawiały za niego tylko dzieła. Podobnie jak ukrywający się przed mediami wielcy pisarze: Thomas Pynchon czy J.D. Salinger.

(…) Całkowicie obojętny na konwencje, tworzy kino wyraziście autorskie. Pracując w amerykańskim show-biznesie od 38 lat, odstaje od stylu i obyczajów panujących w Hollywood. Nigdy nie nakręcił typowego filmu komercyjnego, mimo że zatrudnia duże nazwiska i korzysta z wielkich budżetów. Na pierwszy rzut oka uderza dopracowana w najdrobniejszych szczegółach strona wizualna. Zamiast snuć atrakcyjną, szybką akcję, stara się wydobywać nastrój, kontemplować piękno, zwłaszcza dzikiej, obojętnej przyrody. Natura jest zawsze niemym świadkiem dramatycznych wydarzeń, o których opowiada. Jej potężna, mroczna siła kontrastuje lub dopełnia okrucieństwo działań człowieka, tworząc ramy, w jakich się porusza.

W obrazach bajecznych pejzaży, sunących obłoków, rozświetlanych przez słoneczne promienie, zieleni traw falujących na wietrze, dinozaurów i planet zawsze chodzi o uchwycenie magicznego momentu, w którym widz odniósłby wrażenie, że ogląda je pierwszy raz w życiu w stanie absolutnego zachwycenia. Jeszcze przed nazwaniem rzeczy po imieniu. Jest w tym próba dotknięcia jakiejś pierwotnej niewinności człowieka, dotarcia do źródeł ludzkiego poznania, obcowania z wielką tajemnicą.

Malick burzy linearną narrację, zmienia punkty widzenia, wprowadza wielu narratorów. Dodaje spowalniające fabułę natchnione komentarze, wygłaszane spoza kadru przez różne osoby (nawet jeśli mają za chwilę umrzeć), mówione jakby ex post, z perspektywy czasu dokonanego, odwołujące się do sumienia i prawdziwych intencji, które najczęściej będą się rozmijały z rzeczywistym przebiegiem sytuacji. (…) Słowa wygłaszane są szeptem, żarliwie, z głębi duszy, która doskonale wie, jak nie popełniać błędów, które muszą być popełnione.

W połączeniu z ekstatycznym pięknem obrazów buduje to w filmach Malicka wrażenie intymności jak na spowiedzi, a jednocześnie niezwykły dystans. Nie sposób zidentyfikować się emocjonalnie z bohaterami ani dokonać jednoznacznej oceny ich zachowań. Zwłaszcza gdy co innego się słyszy, a co innego widzi. To rodzi niepokój niemający nic wspólnego z ironią ani moralną wyższością. Zmusza do stawiania pytań tym bardziej zdumiewających, że wciąż mamy do czynienia z ambitnym kinem rozrywkowym: o różnicę pomiędzy wrażliwością, językiem a światem, o sens cierpienia i przemijania, o nieprzewidywalność i nieciągłość ludzkich zachowań, o korzenie samotności.

Jego filmy przypominają bardziej buddyjskie przypowieści niż zwyczajowe moralitety. Sprawiają wrażenie, jakby zostały wyrwane z objęć czasu. Ludzkie istnienie staje się w nich widoczne w perspektywie dłuższej niż odrębny, przelotny byt jednostkowy czy nawet fragment losu jednego pokolenia. Jawi się jako ogniwo łańcucha niekończącego się procesu odradzania form życia na Ziemi i w kosmosie. Zostaje wzięte pod lupę, zobaczone z zewnątrz, jakby zawieszone w wieczności. Dzieje się tak, nawet jeśli przedmiotem opowieści są historyczne wydarzenia. Takie jak operacja sił amerykańskich na wyspie Guadalcanal na Pacyfiku podczas II wojny światowej (»Cienka czerwona linia«), rozpoczynająca się w filmie ujęciem krokodyla wpatrzonego w dżunglę, kończąca zaś widokiem kiełkującego nasiona w lagunie. Czy słynny XVII-wieczny romans kapitana Johna Smitha z Pocahontas, który stał się mitem założycielskim współczesnej Ameryki (»Podróż do Nowej Ziemi«), gdzie wchłonięcie starej cywilizacji przez kolonizatorów ukazane jest w taki sposób, jakbyśmy nie należeli do żadnej.

Bohaterowie Malicka umierają młodo. Stwarzają wrażenie, jakby byli powiązani ze sobą etycznym rdzeniem, jakby posiadali wspólną duszę, której każdy jest tylko cząstką. Tym, co ich spina, jest wyczulenie na własne dobro, pragnienie szczęścia, marzenie o znalezieniu się w ogrodzie Eden, gdzie panuje odwieczna harmonia. Wbrew pozorom dotyczy to również seryjnych zabójców z »Badlands« i namiętnej pary kochanków, popełniającej zbrodnię w »Niebiańskich dniach«. Dla nich to marzenie spełnia się poprzez zabijanie, bo każdą przeszkodę na drodze do upragnionego celu usuwają naciskając spust rewolweru.

Z racji rozległego spojrzenia, starającego się oddać złożoność i komplikację wielu postaw naraz, filmy te nazywane są poetyckimi symfoniami, a sam Malick mistykiem, panteistą, poszukiwaczem transcendencji. I nie ma w tym przesady.

(…) Malick studiował filozofię na Uniwersytecie Harvarda i w Magdalen College w Oxfordzie. (…) Przygotowywał pracę doktorską z Heideggera, której nie skończył, bo nie zdołał się porozumieć z promotorem co do jej zawartości. Przetłumaczył na angielski esej »Vom Wesen des Grundes«. Gruntownej znajomości ontologii niemieckiego filozofa zawdzięcza to, że jego filmy zawierają niezbędną dawkę sceptycyzmu. Podważają powszechne mniemanie, że materia jest poznawalna i wygląda tak, jak ją odbieramy zmysłami. U Malicka doświadczenie zmysłowe jest tylko częścią szerszego doświadczenia, którego nie sposób nazwać, rozpoznać ani w ogóle dostrzec. Wyczuwamy jego obecność (poprzez piękno), ale dostęp do niego jest zamknięty. Prześwit prawdziwej rzeczywistości możliwy jest tylko dzięki etyce. Przebudzeniu sumienia.

  

      

  

We wszystkich filmach, ale najbardziej dobitnie w »Drzewie życia«, mówi o śmierci i Bogu. Tak naprawdę tylko te dwie rzeczy go interesują. Śmierć jako brama i przejście do następnego etapu ekspansji nieskończonego Wszechświata, którego kierunku nie można zrozumieć ani przewidzieć. Bóg – jako tęsknota do raju, do ekstazy przynoszącej radość i spokój. Oraz jako niemy świadek ludzkich zmagań z bólem i cierpieniem, tożsamy lub nie z przyrodą. Malick nie pyta, czy Bóg istnieje. Ani czym (kim) jest. Dla niego sam fakt ewolucji jest dowodem obecności sił potężniejszych od człowieka, które władają nie tylko nami, ale całą energią rozrzuconą w przestrzeni międzygwiezdnej. Spiralna galaktyka, przybierająca kształt kosmicznego oka, pojawiająca się na początku i na końcu filmu, stanowi tego poetycką ilustrację”

           [Janusz Wróblewski, Wielki Malick, „POLITYKA” 2011, nr 24].

  

niedziela, 29 listopada 2009
709. Delicious...

  

Ania, słońce i Wrocław – czegóż więcej trzeba? Na kanapie w ciemnej sali Coffee Planet odkrywam smak gorącej czekolady, następnie obfity i wyborny obiad w przerobionej ku memu zaskoczeniu na samoobsługową Bazylii. Do kina, jako że wciąż nie grają w mieście nagrodzonej Złotą Palmą Białej wstążki(Austria / Niemcy / Francja / Włochy’2009; reż. Michael Haneke), idziemy na Dom zły(Polska’2009; reż. Wojciech Smarzowski). Film hipnotyzujący, doskonale wyreżyserowany i skadrowany, koncertowo też zagrany; mocne i bezlitosne dopełnienie Weselasprzed pięciu lat (por. 184), a przy tym tragikomiczna alegoria PRL-u...

O zmierzchu, na zatłoczonym i zastawionym świątecznymi straganami Rynku próbuję grzanego wina (zatrzymujemy sobie na pamiątkę rozkoszne kubeczki w kształcie bucików), a potem piwa imbirowego w Academusie. Wracam na pociąg lekko oszołomiony i pobudzony, łapczywie zerkając na mijanych chłopców…

Tyle kolejnych dla mnie pierwszych razów, tyle gadania i radości – można nieomal zapomnieć o tym wszystkim, co na co dzień…

   

                              „i było mi tak dobrze

                              jakby

                              mnie nie było”

                                        [Tadeusz Różewicz, bajka].

  

Żeby tak inni również mogli odkryć moją drugą twarz. Żebym umiał im ją pokazywać, uśmiechać się, tyle nie marudzić. I lubianym przez to być, tej sympatii ludzkiej zakosztować – częściej, niż kilka razy w roku…

  

wtorek, 20 października 2009
690. "Confusion will be my epitaph"...

  

Coś na kształt żalu, poczucia głębokiej krzywdy, nietajonego nawet, a nadzwyczaj bolesnego zranienia kryje się za wszystkimi działaniami, emocjami, myślami. I do siebie jedynie słuszne za to wszystko pretensje. Bo od początku wszystko robi się nie tak, piętrzy trudności, psuje, uniemożliwia. I wciąż nie można się pozbierać...

Swoim onieśmieleniem, bezkrytycznym zachwytem, emocjonalnym niezrówno-ważeniem i zaborczością – naprawdę nie chciałem Cię przestraszyć…

  

„Największa miłość nie przynosiła drugiej osobie najmniejszego pocieszenia, przeciwnie, im była większa, tym bardziej ciążyła kochanemu i kochającemu”

                                 [Tadeusz Różewicz, Trucizna].

  

wtorek, 06 października 2009
684. Isolated in his grief...

  

Wciąż ta sama, nudna już w swej przewidywalności i monotonii historia, wytrącająca innych z ich dobrego samopoczucia, w rezultacie zaś pomijana, lekceważona, przemilczana. Taka, co oddala miast przybliżać. No bo komu w końcu by się chciało?...

A i z mojej strony zniechęcenie: publiczne wołania o pomoc, a potem znudzone odpowiedzi, z założeniem, że już nic więcej, że i tak nie ma sensu – mszczenie się na zainteresowanych za obojętność innych… 

   

                    „Ja wiem nie trzeba tak

                    ja wiem ja wiem

                    ale

                    kiedy przyjaciel wyciągnie rękę

                    zasłaniam głowę jak przed ciosem

                    zasłaniam się przed ludzkim gestem

   

                    zasłaniam się przed odruchem czułości”

                                                            [Tadeusz Różewicz, Głosy].

  

sobota, 26 września 2009
679. Soledad...

   

                              „I znów zaczyna się

                              przeszłość”

                                                  [Tadeusz Różewicz].

  

Jest tak, jak pomiędzy siódmym a dwudziestym siódmym rokiem życia, gdy wychodziło się z domu jedynie do szkoły, liceum, na studia, a poza tym nic więcej, żadnych znajomych, spotkań, rozmów, żadnych wrażeń, doświadczeń, podróży, rozrywek i przygód. Choć teraz to i tak mały postęp, bo raz na kilka miesięcy przecież, przez godzinę, przez trzy czyjaś twarz, uśmiech czyjś, czyjeś słowa. I praca tymczasowa, nareszcie, jakaś, po rocznej przerwie równo. A poza tym każdy dzień taki sam jak poprzedni, w tym samym przeklętym miejscu, bez widoków na swoje marzenia. I jutro znowu to samo. I zawsze – samo… 

  

„Juan bał się samotności, nie potrafił z nią żyć. Nie chciał spędzić samotnie choćby jednej nocy. Był kaleką, wiedział o tym, nie mógł jednak nic na to poradzić. Doktor Vallejo, który zdiagnozował mu tę fobię i próbował bez-skutecznie go z niej wyleczyć, przekonywał, żeby się z nią pogodził – tak jak chromy musi się pogodzić z kuśtykaniem – by nie przywiązywał do niej wagi, w przeciwnym razie przemieni się w neurotyka. Istniały leki, które mogły ulżyć jego udręce, ale by go z niej nie uleczyły, co najwyżej wpędziłyby niepotrzebnie w uzależnienie. No więc Juan pogodził się i z tym – tak jak godził się na wszystko, bo wcześniej czy później zawsze poddawał się losowi – wiedząc, że nigdy nie zrozumie faktu, iż przeznaczeniem człowieka jest nauczyć się przebywać sam na sam ze sobą i czuć się dzięki temu wolnym. Jego życie było ciągiem ustępstw, chodzeniem w jarzmie; na dodatek płacił za to wygórowaną cenę, jaką jest nieumiejętność stawienia czoła samotności. Cóż jednak było robić?

           [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

sobota, 15 sierpnia 2009
660. "O notte, o dolce tempo" (Michelangelo Buonarroti)...

  

Światło w moim pokoju przeszkadza innym, już śpiącym – dlatego je gaszę. Ale dla mnie to jeszcze za wcześnie; ciało, które dopiero co wyszło z kąpieli, nie skore tak od razu układać się do snu… Podnoszę w górę jedną z rolet i staję przy oknie.

Pomarańczowe światło latarni nadaje wszystkiemu taki ciepły klimat. W ciszy nocnej każdy dźwięk zdaje się donośniejszy, czystszy, bliższy. Przejeżdża kilka pociągów, zza rogu dobiega ciężka, metaliczna muzyka. Dwu-, trzyosobowe grupki młodych ludzi idą gdzieś, skądś wracają, śmieją się, gadają, niektórzy wykrzykują coś podpitymi głosami…

Miasta zawsze wydawały mi się najciekawsze o tej właśnie godzinie – paradoksalnie nie wzbudzały lęku, kusiły każdym zakątkiem, zachęcały do bezładnych wędrówek. Chciałbym bardzo tak pochodzić – całonocnie. Ty też nie raz pisałeś, że pragnąłbyś zabrać mnie na taki spacer. Ale tego scenariusza już nie zrealizujemy, jak i wielu innych zresztą…

W prześwicie między blokami naszego podwórka zalążki powstającego na osiedlu skwero-parku z uruchomioną niedawno fontanną – ubogą wersją tej z warszawskiego Metropolitanu. Zabrakło kilku metrów, by widać ją było z mego okna... Przyjemnie się tak stoi. Patrzę i nasłuchuję – magiczna, czarodziejska pora! Ale bajka się kończy, Twój czas mija, wszystko dobiega kresu… 

   

                              „dobranoc moi mili

                              dobranoc

                              żywi i umarli poeci

                              dobranoc poezjo”

                                        [Tadeusz Różewicz, deszcz w Krakowie].

  

środa, 22 lipca 2009
648. An die Freude...

  

Dla oderwania się, wytchnienia, od samego siebie odpocznienia, dla głośnego śmiechu – zwłaszcza dla tego ostatniego. Z Anią we Wrocławiu po raz drugi... Okupujemy przez kilka godzin ławkę w ogrodzie Ossolineum, by później przenieść się do Graciarni, gdzie przy drinku Cuba Libre smakuję grzanki z serem mozzarella i masłem ziołowym. Dobre to. I cały dzień też – dobry. Bardzo. A jeszcze jedna, inna już, podwójna przyjemność możliwa w tym tygodniu…

Potrzebne mi to, więc korzystam – nawet jeśli wciąż potrzebuję kilku godzin, by się nieco rozluźnić. Ale też wewnętrzne napięcie oznacza, że niezwykle mi na kimś zależy…

   

                              „Wrastam w życie

                              coraz głębiej i szerzej

                              nietrwały wodzę oczami

                              za chmurami

                              i mocniej kocham ziemię

                              deptaną ludzkimi stopami”

                                                  [Tadeusz Różewicz, Wodzę oczami].

   

Mówi, że pisanie o niej może odstraszać ode mnie innych mężczyzn. A ja wiem, że jest wiele innych powodów, które bardziej się do tego przyczyniają...

  

wtorek, 07 lipca 2009
642. O tym, że "nic nie może przecież wiecznie trwać" (?)...

   

Wrócili. Trudno o dobitniejsze potwierdzenie, że wakacje się już skończyły. Wczoraj wystarczył grymas na mej twarzy, gdy siadałem do obiadu; dzisiaj poszło o moje hawajskie spodenki, których nie można nosić; jutro najpewniej o to, że śmiem o tym wszystkim pisać… Każdy powód jest dobry, bo wszystko, co robię, myślę i mówię jest nie takie, jak trzeba, a jeśli milczę, to znaczy, że coś ukrywam. Jestem całkowitym rozczarowaniem, pod każdym względem, jak usłyszałem w Dzień Dziecka…

I nie widzę wyjścia z tej sytuacji, żadnego. Nie ma kogo prosić o pomoc, czego postanowić, gdzie się udać – jeśli nie ma się absolutnie nic. Ugrzązłem w swoim życiu na dobre… 

   

                              „poczuł

                              że musi się zdecydować

                              że powinien coś uczynić

                              zaraz

                              przecież czekał dwadzieścia lat

                              wiedział że musi wybrać

                              że to ostatnia chwila

                              chciał się ruszyć

   

                              ale nie mógł sobie przypomnieć

                              o co chodzi

                              zapominał 

                              coraz głębiej

                              inni ludzie poruszali się obok żywo

                              rodzili się i umierali w pośpiechu”

                                                  [Tadeusz Różewicz, W pośpiechu].

  

piątek, 08 maja 2009
613. Powrót syna marnotrawnego po 21 dniach...

   

Wstałem o szóstej, wyjechać zamierzałem o 7.50, ale zabrakło mi pięciu minut − tak więc cztery godziny na Dworcu Centralnym, potem siedem w dwóch pociągach. Do domu docieram o 19.40, by odkryć małe przemeblowanie w swoim pokoju − czyżby przyzwyczajano się już do mojej nieobecności?

Patrzę w odmienny sposób na to wszystko, od czego zdążyłem się już odzwyczaić. A kolorowe sny zostawiam daleko na północnym wschodzie. Od jutra znów przyziemność − chciałbym mieć wiarę J. w nowe, jakie ta zakończona właśnie podróż ma przynieść… 

   

                    „zaczynam od początku

                    zaczynam od końca

   

                    zaczynam jeszcze raz”

                                        [Tadeusz Różewicz, Credo].

  

23:08, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 30 kwietnia 2009
607. O szansach i możliwościach...

   

Już pół tysiąca zdjęć, a w głowie jedynie migawki, jak choćby te ostatnie: malutki mundurek Zygmunta Krasińskiego w Muzeum Wojska Polskiego, długie wygrzewanie się w słońcu na murze naprzeciw Zamku, kryty dziedziniec Politechniki podczas pierwszego deszczu, Krzysztof Pieczyński minięty na Kruczej, różowe wnętrza Utopii przez otwarte okna, nareszcie uruchomiona wielka fontanna w Ogrodzie Saskim, przedświąteczne kolejki w Carrefourze na Sadybie, i w jednym z antykwariatów cztery tomy Stendhala, których i tak nie sposób byłoby zabrać ze sobą... I tyle z kosztowania Warszawy przez dwa dni... 

   

                    „był całkiem z niczego

                    poza samotnością”

                              [Edward Estlin Cummings. Przeł. P. Sommer].

  

Wdzięczny jestem za pełną swobodę w organizowaniu tu sobie zajęć; wychodzę z domu około południa, wracam o dwudziestej pierwszej; z nikim nie rozmawiam, nikogo nowego nie poznaję − na ogół nie mam okazji, czasem nie chcę. Na przeglądanie w Internecie i gazetach ofert pracy szkoda mi czasu − wolę chodzić po mieście, oglądać każdy dom. Za jakiś tydzień i tak trzeba będzie stąd wyjechać z bagażem zawiedzionych nadziei...

   

                    „życie przeżywa się

                    idąc spotykając

                              [Tadeusz Różewicz, W świetle lamp filujących].

  

Dlatego wciąż jeszcze tu jestem, jakby co...

  

niedziela, 26 kwietnia 2009
603. "Falowanie i spadanie" - czyli Elementy wertykalne i horyzontalne w życiu współczesnego człowieka...

  

Długo idę na północ brzegiem rzeki, przechodzę pod kolejnymi mostami, patrzę na to, co po lewej. Od pierwszego dnia pobytu tutaj najbardziej zachwyca mnie i wciąż zaskakuje przechodząca przez Warszawę skarpa wiślana – te różnice wysokości, piętrzące się budynki, schodki, tarasy, widoki... Taka naturalna przedmowa do wieżowców w centrum, zieleń drzew zamiast błękitu szkła...

 

      

  

Wciąż jeszcze mam w pamięci te czwartkowe sto czternaście metrów i kilkadziesiąt minut spędzonych tam, na górze, z wiatrem we włosach i zapatrzeniem w dal. Mimo wszystkich krat, lin, zabezpieczeń i barier – na wszelkich mostach, wieżach, urwiskach – zawsze musi pojawić się ta myśl, tak niemożliwa, tak przez jeden moment cudowna...

  

                    „pokusa... skocz

                    aniołowie będą Cię nosić

                    na rękach...

                    skocz... masz małą kamienną

                    wyobraźnię... skocz

                    może nauczysz się latać...

                    na skrzydłach poezji

                    wzniesiesz się ku »szczęściu

                    ludzkości«... weź mnie

                    w ramiona skocz”

                                        [Tadeusz Różewicz, zawsze fragment].

    

niedziela, 12 kwietnia 2009
591. O Wielkanocy jako (nie)powszedniej niedzieli - czyli Ateizm mimo wszystko katolicki...

   

                    „ten Człowiek

                    syn boży

                    jeśli umarł

   

                    zmartwychwstaje

                    o świcie każdego dnia

                    w każdym

                    kto go naśladuje”

                                        [Tadeusz Różewicz].

  

piątek, 06 marca 2009
574. O niczym - czyli Rozczarowania...

  

Życie wtłacza nas w takie tryby, że od tygodni nie możemy się umówić na spotkanie, a ledwie parę kilometrów okazuje się odległością, która bardziej nas oddala od siebie, niż umożliwia zawiązanie koleżeństwa. Zawodzi też Pocałunek kobiety-pająka (USA/Brazylia’1985, reż. Hector Babenco) − tak ponoć egzotyczny i wyrafinowany. Zapominam wciąż (wstydzę się?) pogratulować komuś realizowania jego pasji i osiągania na tym polu sukcesów − ja żadnej z tych rzeczy mieć już nie będę. Bardzo satysfakcjonujące za to dla mnie Kartki wydarte z „dziennika gliwickiego” (↓) − trudno się nie identyfikować z takimi wątpliwościami wobec samego siebie...

W żaden sposób nie potrafię opisać tego, co się ostatnio (nie) dzieje…

  

„[10 V 1955] Przez wszystkie lata, odkąd zacząłem myśleć, od młodości do dnia dzisiejszego, czekałem i będę czekał. Tylko w dzieciństwie było spełnienie. I nie było wielkiego czekania. (...)

[16 VII 1955] Wypełnia się mój czas. Bez względu na to, co czynię. W ciszy. Czy i przez kogo zostanie ona przerwana? Odchodzą dni podobne do siebie jak zapałki w pudełku. (...)

[21 V 1957] Rzucić się jeszcze raz w pogoń. Gonić czas, który ucieka, dopaść go, połknąć. Czas ucieka, ucieka, ucieka. Czuję w głowie, jak czas ucieka. Czuję w sobie (całym), jak czas »ucieka«” [Tadeusz Różewicz].

  

poniedziałek, 13 października 2008
503. "Szepty i krzyki" - czyli: Że wciąż nie pozwala mi się zrezygnować z narracji w pierwszej osobie...

  

Wczoraj słońce w Szklarskiej Porębie, dzisiaj burza w domu. „Widziano Cię z kimś w piątek. U nas nie ma pedałów, więc skąd przyjechali?...” „Chciałabym normalnego syna albo wcale go nie mieć”… „Zamierzasz całe życie zarabiać tysiąc złotych?...” „Już postanowiłeś, że TO jest Twoim celem?…” „Dlaczego ciągle kłamiesz?...”

Mówię, że pierwszym krokiem do porozumienia musi być język wyrzekający się agresji i napiętnowania, proponuję mediację psychoterapeuty, kolejny już raz staram się wytłumaczyć… Oboje płaczemy przez godzinę… Pewnie jutro znów do tego powrócimy, choć od prawie roku do niczego te kłótnie nie prowadzą… 

   

                    „Widzę

                    śmieszny posąg boleści

                    w przydeptanych pantoflach

                    przy kuchni

                    małą krzywą

                    figurkę

                    skamieniałej matki”

                                        [Tadeusz Różewicz, Dwa wyroki].

  

Byłoby jej łatwiej, gdyby mniej mnie kochała… I ja też nie powinienem przysłaniać swojego wygodnictwa frazesami o chęci uratowania rodziny. Ale jeśli stąd ucieknę, to już nie będę mógł wrócić…

  

piątek, 06 czerwca 2008
439. Trwoga

  

…że to jasne, promienne, radosne, co się jeszcze może – dziś, za tydzień – przydarzyć, będzie czymś ledwie pojedynczym, sporadycznym, że poszczególne spotkania, rozmowy, telefony oddzielone będą od następnych długimi miesiącami, że z racji tego to, co przynosi tyle szczęścia, co tak niezbędne, będzie zarazem bolesne, nie do wytrzymania, że słuszniej wobec tego nie patrzeć nawet na to, co i tak nieosiągalne, zrezygnować, wyrzec się, bo lepsze już znane zło niż spodziewane dobro, bo za późno już… – lęk przed tym wszystkim, paraliż… 

   

                    „Tyś się odgrodził od świata

                    trwogą ogromną i ssącą

                    że ludzie wtargną do źródła

                    i czyste wody roztrącą

   

                    A może tylko cisza

                    ziewa w tobie jak bagno

                    chcesz mieć spokój i idziesz

                    powoli na dno

   

                    Wejdź w siebie i zobacz

                    w pustce wszystko umiera 

                    uciekaj stąd uciekaj

                    Rzeczywistość ramiona otwiera

                                        [Tadeusz Różewicz, Czas który idzie].

  

sobota, 08 marca 2008
390. Na mieliznach słów, snów

  

                    „Człowiek powołuje do życia iluzję, żeby oderwać się

                    od rzeczywistości” [Gustaw Holoubek, 1923-2008].

  

Piszę na wodzie swoje dni kolejne, swoją odwagę, postanowienia i atuty. Moje zamki na piasku ocalić się staram. Przekonuję sam siebie, ucieleśniam (wcielam?), dopowiadam. Wciąż daremnie, beznadziejnie, wciąż nie wiem po co. Bo wciąż ani z nurtem, ani pod prąd; bo samotnego rejsu po bezwietrznym morzu nie przewidziałem, nie ustrzegłem się, nie przygotowałem. A przecież mam ochotę na Wielkie Tsunami…

   

                    „buduję moją arkę

                    pijany statek

                    papierowy okręcik

                    pod czerwonymi

                    czarnymi żaglami

   

                    Cóż z tego że we śnie”

                                        [Tadeusz Różewicz].

  

sobota, 06 października 2007
306. Depresja

    

A więc jednak. To właśnie to. Objawy. Niemal wszystkie. Przypadek. Klasyczny. Leki. Pobudzające. Terapia. Długotrwała.

Więc tak to wygląda? I tak teraz będzie? Tak się wychodzi? Bez tego się nie da? Trzeba się wciąż zmagać – z samym sobą. Przez całe życie…

   

                              więc to już

                              wszystko

                              mamo

   

                              tak synku

                              to już wszystko

   

                              a więc to tylko tyle

   

                              tylko tyle

   

                              więc to jest całe życie

   

                              tak całe życie”.

                                             [Tadeusz Różewicz]

  

 
1 , 2
Archiwum
Tagi