~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Rylski_Eustachy

niedziela, 10 maja 2015
1478. Po pierwszej turze...

  

Trwająca od kilku lat zmasowana kampania obrzydzania Polakom ich kraju i osiągnięć dwudziestopięciolecia naszej wolności zaczyna wreszcie przynosić swoje robaczywe owoce. Coraz bardziej stają się słyszalne głosy K(u)-K(lux)-K(lanu)…

  

„Co oni z tą Polską? (…) Czym dla nich była Polska? Spłachetkiem ziemi, na której się urodzili, ostatecznie zupełnie przypadkiem? Czy stanem świadomości? A może dążeniem do czegoś, czego i tak nigdy się nie osiąga? Jestem inny, czy biorę sprawy po prostu takimi, jakie one są? Jeśli tak jest, to znaczy, że jestem uczciwy. Uczciwszy od nich wszystkich; dla nich patriotyzm jest parawanem, za którym chowają swój strach i bezradność”

                                 [Eustachy Rylski, Stankiewicz. Powrót].

    

23:58, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
wtorek, 02 lutego 2010
739. The Final Countdown...

  

Dobrze, że jest – jaka by nie była; pozwala oderwać się na parę godzin od kłopotów, o bólu zapomnieć, uniknąć ataków i wyrzutów, wyjść z domu po prostu, usłyszeć ludzką mowę... Nowa-stara praca po pięciu miesiącach stażowania, drugi w niej wczoraj „dzień pierwszy”. I następnych jakichś po nim czterysta pięćdziesiąt, i rok też kolejny, też stracony, bo cały czekaniem być musi. Dopiero w 2011 coś ma się wydarzyć. Obym do tego dotrwał, obym miał siłę spróbować – tych trzydzieści już lat obezwładnia…

 

Choć zwyczajni, to przecież całkiem sympatyczni ludzie; praca męczy, ale mogła przecież cięższa być – blisko na dodatek, no i najważniejsze: płacą. Przyzwyczajam się i staram to polubić – zanim zrobię tę najgłupszą w życiu rzecz i z tego zrezygnuję...

 

„Problem, przed jakim stanął i na jaki nie znajdował odpowiedzi, polegał na tym, że porucznik nie znał swego miejsca i w związku z tym nie wiedział, kim jest, do czego zmierza, gdzie chce się zatrzymać, na czym osiąść.

Do tej pory takich pytań sobie nie zadawał, bo nie był ciekaw odpowiedzi. To się zmieniło. Pod wpływem wydarzeń, wieku, może osamotnienia (…).

Doszedł do przekonania, że jeżeli nic w związku z tym nie przychodzi mu do głowy, to może zdać się na okoliczności. A okoliczności, jakkolwiek absurdalnie by to zabrzmiało, zbliżały go do życia, które dotychczas miał w największej pogardzie” [Eustachy Rylski, Warunek].

  

czwartek, 19 lutego 2009
567. O uporze godnym lepszej sprawy...

   

                    Homme sans moeurs et sans religion…

                                        [Aleksander Puszkin, Dama Pikowa].

   

                    dass kein Name mich täuscht,

                    dass mich kein Dogma beschränkt

                                        [Johann Wolfgang Goethe, Herman i Dorota].

  

Ten mój − rzadki, co prawda − zapał do wdawania się w światopoglądowe spory, zabierania głosu w sprawach, o których nie mam pojęcia, do wydawania sądów i wysuwania jałowych argumentów, za którymi nie stoją żadne przekonania, bo przecież z równą swadą gotów byłbym bronić przeciwnego stanowiska niż to, za jakim się rzekomo opowiadam. Skąd to we mnie, po co? Z wrodzonej przekory, dla pobudzenia dyskusji, podświadomej chęci ośmieszenia się? Tymczasem brnę dalej i w efekcie jak u Gombrowicza: „im mądrzej, tym głupiej”.

Jak można mówić o pryncypiach, gdy nie jest się do niczego przekonanym i w głębi ducha każdemu przyznaje się jego racje? Albo też wsadza się kij w mrowisko wyłącznie dla czystej satysfakcji bycia przeciw...

  

„I trzymajmy się zasady, tym mocniej, im dotkliwiej onieśmiela, tym hardziej, im głębiej grzęźniemy w stracone pozycje, tym konsekwentniej, im drastyczniej nas zdeterminowano − żadnej pokory wobec opatrzności, nawet jeżeli jest najabsolutniejszym absolutem. Niech na nic nie liczy poza obojętnością, którą otrzyma w rewanżu za własną obojętność.

Chłód za chłód” [Eustachy Rylski, Po śniadaniu].

  

poniedziałek, 08 grudnia 2008
531. O "przeklętej przelotności" - czyli: Że piątki wypadają u mnie raz na kilka tygodni zaledwie, a w międzyczasie nic...

  

„Pętała go niemoc, która jednocześnie nie wykluczała przyjemności. Można powiedzieć, że odczuwał ją intensywniej niż inni, ale przyjemność mijała i natychmiast, bez żadnego poślizgu, wpadał w otchłań niemocy i smutku.

(…) Istotą melancholii, do której wracał, nie była cicha rezygnacja, filozoficzna zgoda na porządek rzeczy, ale bunt, tym bezsilniejszy, im mijająca przyjemność wydawała mu się bardziej bezpowrotna”

                              [Eustachy Rylski, Człowiek w cieniu].

  

środa, 15 października 2008
504. O moim z nimi życiu na antypodach - czyli: Że "ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę"...

  

„− Z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, z dnia na dzień jestem coraz nieodwracalniej poza sobą. Ma się rozumieć, zajęty sobą, ale z zewnątrz. Z zewnątrz, mamo. Nie mogę przestać siebie obserwować. Z braku innych zajęć to wydaje mi się najbardziej… pouczające. Na przykład zdarza mi się być sobą zaskoczonym albo że siebie nie rozumiem. Bywam też sobą oczarowany lub z siebie dumny. Ale zawsze z zewnątrz. Dlatego moje sądy o sobie samym są kategoryczne i ostateczne. Więc kiedy mówię, że męczy, to męczy, kiedy mówię, że nudzi, to nudzi. Czy mama to zrozumiała?

− Co, Aleks?

− To, co powiedziałem.

− Nie.

− A starała się mama?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

− I Bogu dzięki. Byłoby mi przykro, gdybym naraził mamę na tak płonny wysiłek” [Eustachy Rylski, Człowiek w cieniu].

   

czwartek, 21 sierpnia 2008
475. Senectus

  

Coraz mniej w moim życiu i na tych stronach poezji, co jednak nie oznacza mego zerwania z marzeniami i powrotu do rzeczywistości. Obawiam się nawet, że jest odwrotnie, że już nic prawdziwego się nie przydarzy. Inni będą zapewne sądzić, że jak zwykle histeryzuję, ale też nigdy nie odczują tej mojej codziennej pustyni, co śmiertelnie dławi…

W drodze na działkę spoglądam ukradkiem na reprezentującą w równej mierze obie płcie czwórkę przyjaciół (dwie pary?), która z głośnym śmiechem gra w piłkę, biegając boso po wielkim trawniku przed domem któregoś z nich. Potem, już u nas (bo nie ma ani jednego miejsca, które byłoby w pełni i tylko moje), prowokuję świerszcze do wyskakiwania mi spod nóg − ja wstydzę się swoich stóp nawet przed sobą samym, dlatego nie zdejmuję butów jak tamci…

W drodze powrotnej znów obok nich: dostrzegam, że dziewczęta leżą na trawie, a chłopcy szykują się do gry w badmintona. Są tacy beztroscy. Czuję się przy nich straszliwie staro, a do mieszkania wracam jak do trumny, gdzie też będę wiecznie sam. A w nocy przyjdą sny, że mam kolegę i razem jeździmy rowerami po lesie. Przynajmniej, będę próbował to sobie wyobrazić…

  

…I czekam nadaremno trzeci dzień, choć najwidoczniej nie zasługuję już na choćby jedno słowo. Nie przypuszczałem, że mogę irytować swoim istnieniem do tego aż stopnia…

  

„− Jak tak można?

Można, nie można, co za różnica. Nie to w końcu było ważne. Ważne było to, że Rański ginął w oczach od pustki.

Zdarzają się rzeczy gorsze niż pustka, mawiał sobie, ale nie potrafił samego siebie przekonać” [Eustachy Ryski, Człowiek w cieniu].

  

poniedziałek, 02 czerwca 2008
437. Raison d’être

  

Od P. z Łodzi (mam o nią zahaczyć, jeśli wybiorę się tam, gdzie się – raczej – nie wybiorę) dostaję błyskotliwe uwagi, że ta „własna decyzja”, której się tak obawiam i która wiadomo, jaka „być musi”, to moje ustawiczne wahanie, wycofywanie się, to przecież „racja bytu człowieka zbędnego. Bo co on ze sobą zrobi, jak wyjdzie z podziemia i okaże się, że nie jest zbędny zupełnie, a tylko trochę, albo równie zbędny jak inni śmiertelnicy, czyli niezbędny z jakiegoś tam rzeczywistego powodu? Przejścia są trudne, zwłaszcza te podziemne...”

Pewnie, że w swoim undergroundzie bezpieczniej, że przyzwyczajenie, że upajanie się własnym nieszczęściem, że strach przed nowym, przed chwyceniem się pomocnej dłoni, przed zastąpieniem pisania życiem wreszcie… Lecz może i tak, że już samo marzenie o wyzwoleniu wyczerpywać się zdaje moje oczekiwania, w zupełności wystarcza, dostarczając surogatu bez ponoszenia kosztów. A przecież nie znika, rozwija się, umacnia, pobudza do kolejnych kroków – powoli jednak, zbyt leniwie. Dwadzieścia siedem lat – już wolniej się chyba nie da…

  

„Koniec końców wszystko, co nas dopada, dzieje się z jakiejś przyczyny. Chłód, obojętność, samotność, wpędzając go w pustkę, wręcz go w niej zaryglowując, jednocześnie go chronią. Tylko przed czym i przede wszystkim po co?” [Eustachy Rylski, Człowiek w cieniu].

  

Przed czym? – przed sobą, oczywiście, że przed samym sobą...

  

wtorek, 27 maja 2008
434. Gewaffneter Frieden

  

W domu, w którym nigdy nie mówiło się o uczuciach i nie okazywało ich, nie tak przynajmniej, by zapadło to w pamięć, każdy najdrobniejszy gest – uśmiech, łza, objęcie ramionami, pocałunek, słowo prawdy – okazuje się być błądzeniem po omacku, obopólną próbą zmniejszenia dystansu, bolesną lekcją miłości, czynem heroicznym dla każdej ze stron. Wzajemną walką o ocalenie…

    

„– O czym mówisz, Aleks? – zapytała matka, a Rański po chwili zastanowienia, a może po prostu tylko po chwili odpowiedział, że właściwie o niczym.

Bo też miał wrażenie nie od dzisiaj, że rozmawiają z matką o niczym. On ją pyta o nic, a ona mu nic nie odpowiada. Ich rozjarzające się coraz częściej kłótnie też były o nic. Rański nie mógł sobie przypomnieć, by jakikolwiek przedmiot ich sporu tak naprawdę go obchodził. Odmawiał jej racji, chociaż nie zawsze, musiał to przyznać, był pewien własnej”

                              [Eustachy Rylski, Człowiek w cieniu].

  

poniedziałek, 05 maja 2008
422. Skurcze

  

Jadę do Wrocławia – sam nie wiem, po co. „Życie upływało mu na niczym i tak upływała ta podróż” [Eustachy Rylski, Człowiek w cieniu]. Za oknem cztery bażanty, dwa żurawie, myszołów i grupa krzyżówek…

Jutrzejszy wtorek wyjątkowo wolny. To znaczy, że równo przez tydzień mogę nie otwierać ust…

  

Snuję się po ulicach ze spuszczonym wzrokiem krótkowidza, wlokąc za sobą lewą nogę, po której kiedyś przejechał samochód (czy to naprawdę był wypadek, jeśli wcześniej posmakowałem już brzytwy i pętli?). Wokół sami wystrojeni maturzyści – o dziesięć lat młodsi, o całe życie dojrzalsi. Ich optymizm, moja rezygnacja… 

   

                    „Niepewnie idziesz pochylony,

                    Drogą, co nigdzie nie prowadzi.

                    Tak jak po fali,

                    Tak jak po linie,

                    Jak nad przepaścią idziesz drogą. 

                    Tak jak po fali, 

                    Tak jak po linie,

                    Nie widzisz ziemi pod stopami”

                                        [Leszek Aleksander Moczulski].

  

Na domiar złego w Empiku natykam się na Tamtego, sprzed lat… Potem godzinami wyrzucam sobie, że bałem się dłużej popatrzeć, że się oddaliłem. Tak właśnie wyglądają wszystkie moje miłości – ukradkowe spojrzenia, lęk i żal… Pytał o album z ikonami, a po plecach spływała mi rzeka potu. Po dwóch takich doświadczeniach wiem już, że mężczyźni zdobywają mnie głosem – bez wzajemności, rzecz jasna…

   

Migrena. Wieczorne napięcie... Burza. Wiosenne uspokojenie… 

   

                    „Deszcz jak siwe łodygi, szary szum,

                    a u okien smutek i konanie.

                    Taki deszcz kocham, taki szelest strun,

                    deszcz – życiu zmiłowanie”

                                        [Krzysztof Kamil Baczyński].

  

Ukojenia Ci życzę…

  

wtorek, 22 kwietnia 2008
414. Expectation

  

W górze – krążące nad peronem wiosenne bociany z gałązkami w dziobach, w dole – chodzący w koło ja, z rezygnacją wypatrujący opóźniającego się pociągu. Tak wczoraj musiał tracić nadzieję I., któremu zapowiedziałem, że będę na Wzgórzu przez dwie godziny od południa. Zbyt lekko wystrojony wytrzymałem na chłodnym wietrze osiemdziesiąt minut („Jesteś wrażliwy na zmiany aury jak kwiat” – napisze mi potem I.). O 13.20 zacząłem schodzić ze Wzgórza, o 13.35 zaczął się na nie wspinać I. Rozminęliśmy się o kwadrans. To była moja druga w ciągu dziewięciu miesięcy próba poznania kogoś, stanięcia twarzą w twarz. I doprawdy zaskoczyło mnie, że on też próbował …

   

„Był mężczyzną dumnym, choć ewidentnie pozbawionym woli i siły; to niełatwy melanż, ale Rański umiał z nim żyć.

Miał do siebie wygasającą w miarę upływu lat pretensję, że rzeczy dzieją się bez jego udziału, że życie biegnie obok, a on stoi na brzegu i nie tyle bezsilnie, co bezczynnie przygląda się jego nurtowi. […]

Doprawdy nigdy nie był w ogniu wydarzeń, cokolwiek i gdziekolwiek by się działo.

To już w zasadzie nie był jego problem, ale uporczywość, z jaką życie wymiatało go na margines, czasami go drażniła. Tak czy owak, nie mógł się jej nadziwić” [Eustachy Rylski, Człowiek w cieniu].

  

Archiwum
Tagi