~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Mickiewicz_Adam

piątek, 23 sierpnia 2013
1287. Imagine That...

  

„Dzień dobry, Pszczółko”, mówię po przebudzeniu – codziennie inne czułe imię, by przywitać. Potem leżymy długo, jak jeszcze od czasów Flensburga i Krakowa: tulę się mocno, całuję Twe kochane ciałko, te wszystkie mięciutkie zakamarki; chłonę błogość. Pod kołdrą zawsześ tak gorąca, ale od okna rankiem ciągnie, odkryte piersi chłodne – ujmuję dłonią krągłość, w sobie wyczuwam sztywność. „Kocham Cię”, chwytam wargami uszko, chciałbym się z Tobą kochać…

Czas nagle ulega przyspieszeniu – wstawanie, toaleta i śniadanie; znikamy sobie z oczu na cały dzień. Spacer po mieście: parki, pałace i kościoły – zdjęcia. Nagle się zjawiasz, jesteś obok: przysiadamy na ławce, trzymamy się za ręce. „Kluseczko”, szepcę, „Myszko” – uśmiechasz się wyrozumiale wobec tej dziecinady. Zwroty, co nie stanowią wstępu do komunikowania czegoś – chodzi o samo Cię-nazwanie… Czekanie na obiad w restauracji: bawię się, tradycyjnie, Twoimi małymi paluszkami, ściskając lekko każdy z nich z osobna. Powrotny tramwaj: stajemy zawsze z tyłu, z rzadka tylko siadamy – Ty wtedy na mych kolanach, do szyby przodem; nic już wokoło nie ma. Martwię się, czyś zmęczona – „Zrobimy herbatki z malinowym soczkiem?”, dopytuję. W domu popołudniami czytam, ale co kilka stron lub po rozdziale przerwa, bo przecież na kanapie wylegujesz się wraz ze mną. Znów słówka i uściski. Kolacja, telewizja, prysznic – mydlimy się i oblewamy wodą, dotykamy. Nareszcie łóżko, zimna pościel – bliskie objęcie, mój nos w twoich pachnących włosach; nie lubię tej Twojej koszuli nocnej, męskiej – rozpinam Ci kilka guzików, kładziesz mi dłoń na biodrze. „Dobranoc, mój Kurczaczku”. We śnie tak samo blisko, jak za dnia, na jawie…

„Na każdym miejscu i o każdej dobie” – zdecydowanie, nie jesteś jedynie widziadłem i wspomnieniem…

  

„Nie jest dobrze w młodym wieku do tego stopnia pasjonować się czymś, co nie istnieje...”

              [José Carlos Somoza, Namalowane okno. Przeł. B. Jaroszuk].

  

niedziela, 19 sierpnia 2012
1156. „Mnie płynąć, płynąć, płynąć”...

  

„Dzięki” pracy mniej teraz czasu na spacery, wielogodzinne błądzenie w poszukiwaniu nowych kadrów i zwykłe wylegiwanie się na słońcu. Tym bardziej staram się korzystać z popołudni i weekendu – zwłaszcza, że znów upalnie i błękitnie, pogoda jaką lubię. W czwartek drugi już raz do Zachęty, gdzie zdjęcia na wystawie i klatce schodowej; w piątek Muzeum Literatury i wnętrza kościołów (św. Kazimierza, św. Jacka, seminaryjnego) – przepiękne światło wprost na fronton Teatru Wielkiego też uwieczniam. W sobotę i niedzielę eksploracje nieznanej niemal tamtej strony Wisły – Stara i Nowa Praga, Szmulowizna. Ciekawe wszystko wielce, lecz obraz zapuszczenia straszny. Skupiam się na podwórkach z kapliczkami – na prośbę starszego pana przeskakuję ogrodzenie wokół jednej z nich i ustawiam prawidłowo obrazek Matki Boskiej. Wszędzie ceglane ściany, psie gówienka, papier toaletowy na chodnikach, stare fabryki i pijaczki w bramach. „Jebany pedał!” krzyczą mi z samochodu – sęk w tym, że „niejebany”, a „pedał” też bardziej w marzeniach (swoich) oraz odbiorze (innych – lecz nie gejów). O Brzeskiej dopiero po powrocie czytam, że strasznie niebezpieczna – ja przeżyłem… Pomnik Dywizji Kościuszkowców z balonem Orange pod żołnierską ręką; odpoczynek na plaży z widokiem na Starówkę, przepłynięcie się promem, jak zwykle Plac Zamkowy, detale Pałacu pod Blachą, kolumna Zygmunta jako czarny słup na tle wieczornego nieba, w ostatnich blaskach słońca… Dużo i intensywnie; używam – tak, jak umiem…

  

„– Więc wędrujesz? To dobrze. Piękne wybrałeś sobie życie, mój sokole. Tak trzeba: wędruj i patrz, a kiedy się napatrzysz – połóż się, umrzyj, i koniec.

Życie? Inni ludzie? – ciągnął dalej, sceptycznie wysłuchawszy mego sprzeciwu wobec słów »tak trzeba«. – Eche! A co cię to obchodzi? Czy ty sam nie jesteś życiem?”

                 [Maksym Gorki, Makar Czudra. Przeł. J. Jędrzejewicz].

   

sobota, 29 marca 2008
401. Simplicitas

  

Czuję się tutaj jak eksponat w muzeum, wybryk natury w Kunstkamerze…

Kiedyś roiłem sobie, że będę bohaterem naszych czasów, reprezentantem pokolenia, głosem powszechnym (Nazywam się Milijon…), portretem zbiorowym. Trzeba było lat, rozwiania się wyrosłych z lektur marzeń dzieciństwa, by zrozumieć, że nie tyle jestem wcieleniem pewnego typu, ile jego wynaturzeniem, krzywym zwierciadłem, anomalią naszych czasów. W ten oto sposób, straciwszy na uogólnieniu, zyskałem wreszcie podmiotową indywidualność i już żaden schemat się mnie nie imał.

A jednak chciałbym się dopasować do – pojedynczego – kogoś, pójść z kimś na kompromis, spokornieć nieco, wmieścić w jakieś ramy…

  

Naiwnie niegdyś myślałem, dziś naiwnie piszę. Nie wiem, co gorsze.

Nie wiem, czy to w ogóle ma sens…

   

                    „Samotność – cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?

                    […]

                    Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi”

                                        [Adam Mickiewicz, Dziady. Cz. III].

  

środa, 03 października 2007
303. Słowa

  

What do you read, my lord?

Codzienne od jakiegoś już czasu pisanie – jedyny wysiłek, do jakiego się zmuszam, jedyne, co robię konsekwentnie, ale tak samo, jak ze wszystkim, bez wiary w sens, czy raczej w wartość tego trudu. A mimo wszystko, choć to, co miało zachwycić i na czym najbardziej mi zależało, szybko okazuje się nietrafione (to ja) i przechodzi niezauważenie (to oni), a to, co marginalne i wymęczone, spotyka się z nieoczekiwanie szerokim odzewem – to jednak wciąż się staram, każdego dnia uparcie zestawiam ze sobą litery, nadając nazwy nierozpoznanemu jeszcze światu. Tak jakby każde słowo miało być tym ostatnim, jakby każde miało coś do odkrycia. A przecież żadne z nich nie jest tym, czym być powinno, czym miało być w zamierzeniu… 

   

                    „Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie”. 

                                             [Adam Mickiewicz, Dziady. Cz. III]

  

Archiwum
Tagi