~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Banville_John

poniedziałek, 10 kwietnia 2017
1613. Therapy...

„Ostatnio muszę przyjmować to, co świat ma mi do zaoferowania, w małych i uważnie odmierzonych dawkach, to swego rodzaju homeopatyczna kuracja, którą przechodzę, choć nie jestem pewien, co miałaby wyleczyć. Być może uczę się znowu żyć pośród żywych. Ćwiczę się w tym. Ale nie, to nie to. To, że tu jestem, wynika po prostu z potrzeby, żeby nigdzie nie być”

[John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

23:09, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
środa, 28 września 2016
1591. Bon sauvage...

Z okna pociągu jeleń, spłoszony hałasem na moście. Nowość, bo standardowo to do trzydziestu saren, trzy myszołowy, para żurawi, konie w kilku zagrodach, czasami bażant, sójka. Media donoszą o foce w moim mieście, turystce znad Bałtyku – do niej nie miałem szczęścia. Mgły nad polami lub słońce barwy ognia… Wpatrzony w przestrzeń, od ludzi odwrócony, jestem po tamtej stronie – nie tylko brudna szyba wyznacza tę granicę…

„Jesteśmy kruchym stateczkiem smutku, żeglującym w stłumionej ciszy przez jesienny mrok”

[John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

22:35, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 27 maja 2016
1566. Great Expectations (II)...

Nic już. Jedynie praca i wyczerpanie po niej. A że się kładę późno – nie dziwota. Śpię w nocy 4,5 godziny. Popołudniami przysypianie – utraty przytomności. Czekało się na wiosnę, słońce, ciepło, a teraz wciąż znużenie, nie ma się jak oswoić z dobrą zmianą. Dopiero przed tygodniem pierwszy – i jedyny dotąd – raz krótkie spodenki (dwa lata temu chodziło się tak od początku kwietnia). Bo też to pierwsze moje wakacje będą pracujące. Pod stadionem za to co dnia wysportowana młodzież – na rolkach, deskorolkach i rowerach; wykorzystują połacie betonowe. Kilku już chłopców bez koszulki. Żurawi mniej na polach, za to dziś małe sarny. Czytam zbyt wolno, mniej. Z wrażeń telewizyjnych nastrojowy Jarmusch („Tylko kochankowie przeżyją”, 2013) i Sorrentino („Wszystkie odloty Cheyenne’a”, 2011); do tego Szekspir razy dwa według Warlikowskiego („Burza” z TR Warszawa, rejestracja 2008, i „Poskromienie złośnicy” z Dramatycznego, rejestracja 2005) i kiedyś już widziany „Król Edyp” z Ateneum według Holoubka (rejestracja 2005). Wydaję trzy tysiące w jeden dzień – książki, ekstrawaganckie nieco buty (Nike Air Max) i przede wszystkim nowy obiektyw (dotąd jedynie dziedziczyłem kolejne aparaty, teraz zaczynam się dokształcać, chcę rozwijać). Za trzy tygodnie dłuższy urlop i podróż, nowe miejsca. Wreszcie się coś zadzieje...

„Gdy byliśmy młodzi, życie w wielu swoich przejawach było bezruchem, albo tak tylko nam się dziś wydaje; trwały, czekający na coś bezruch; jakaś czujność. Czekaliśmy w naszym jeszcze nieukształtowanym świecie, przyglądając się badawczo przyszłości (…), jak żołnierze w polu, wypatrując tego, co musi nadejść”

[John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

23:22, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 04 października 2014
1431. La Grande Illusion...

  

W istocie jeszcze nic, dopiero kilka dni – wymiana paru zdań, dość licznych komplementów. Niby jak z dziesiątkami innych (kto by pomyślał, że ja taki rozmowny?), ot tak, a jednak pierwszy raz z nadzieją. O ślubie, urządzaniu domu nawet żarty (?) po pierwszych już godzinach. Jak tego nie spieprzyć, gdy nie ma się (wciąż!) wprawy; co myśleć, mówić, robić, w którym kierunku zmierzać? Jak zbliżyć się przy tej odległości, do siebie przekonywać, nawiązać więź, polubić? Pominąć różnicę wieku i doświadczeń. Przemienić w rzeczywistość, w fakty to, co romantyczną jedynie fantazją, o cudzie jest marzeniem…

Prześliczny, słodki, przeuroczy – najfajniejszy chyba chłopak na Kumpello. Już dawno zwróciłem nań uwagę. A teraz on uśmiecha się też do mnie. Być może to tylko uprzejmość – trudno przypuszczać, bym miał u takiego ciacha jakieś szanse. Znowu więc może się zapowiadać jednostronność – a jednak nie sposób się powstrzymać, ten pierwszy-raz-aktywnie nie spróbować…

  

„Odczuwałem tę niepokojącą euforię, to szczęśliwe, bezradne rozchybotanie, które zawsze odczuwa człowiek, mający za chwilę obdarzyć kogoś miłością, na stromym początku tego uczucia. Gdyż nawet w tak młodym wieku wiedziałem, że zawsze jest ktoś kochany i ktoś kochający, wiedziałem też, która z tych ról jest w tym wypadku mnie pisana”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

  

23:22, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
niedziela, 13 lipca 2014
1409. Hic est corpus meum...

  

Ostatni dzień swobody, ponownie sam w tym domu będę najwcześniej latem przyszłego roku. Pogoda nie pozwoliła nacieszyć się tym w pełni – przez tydzień ledwie kilka godzin słońca, przechadzek nonszalanckich, opalania. Dzisiaj, chcąc pomóc nieco ojcu, odwiedzam działkę, by zająć się wszystkimi trawnikami. Był mocno zaskoczony, gdy już wrócili i zajrzał tam wieczorem. Dla mnie taki wysiłek jest równie nietypowy, co przyjemny…

   

„To dziwne, jak często ostatnimi czasy tak właśnie siebie widzę, to znaczy z dystansu, jakbym był kimś innym, przy pracach, które mógłby wykonać tylko ktoś inny. Ja i koszenie trawy, doprawdy”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

 

W Warszawie zakładałem, że już nie będę się rozbierał – wstydziłem się patykowatych rąk tak bardzo, że nawet do krótkich spodenek od kwietnia nosiłem marynarkę (bodaj tylko podczas spotkania z Dianą w Konstancinie zrobiłem wyjątek). A jednak bardzo kusi, więc sobie tu pozwalam – jedyna dla mnie z seksualnych przyjemności. Świadomość ciała skłania do odmiennego nań spojrzenia, wracam (kolejny raz w ramach swych krótkich zrywów) do intensywnych ćwiczeń. Bo, mimo wszystko, efekty zaczynają być widoczne. Nie skoryguje się już niektórych dysproporcji, ale podoba się to, co można ujrzeć w lustrze po zdjęciu koszulki, zmęczenie daje, paradoksalnie, power – w tym życiu, w którym nie ma już żadnej aktywności…

  

„[20 X 1964] Dobraliśmy się doskonale. Ja z moim ciałem. Siedzi tu właśnie ono koło mnie, a dupa go boli na skutek ze trzydziestu lat siedzenia na niej. Wyżej głowa, ogłupiała od niedomagania oczu, co od dzieciństwa słabe i właśnie do dupy. W środku rodzaj brzucha, który powoli się zarysowuje, tym ohydniejszy, że będzie to brzuch człowieka raczej chudego, najohydniejszy więc, tak zwany piłkarski. Wewnątrz zaś, poza wnętrznościami, przekonanie, że nic się nie stało i do niczego się nie doszło, że w kasie znowu zadźwięczało i znowu ogromne zero wyszło, jak zawsze. Tylko jeżeli się ma mniej lat, kiedy zero wychodzi, to wtedy tak nie przeraża, bo jest nadzieja, co tam nadzieja, pewność, że czasu jest jeszcze wiele i że to zero wcale nie jest ostateczne, że jeszcze wszystko się nadrobi. Tymczasem bardzo trudno już teraz mieć takie przekonanie, bo wcale czasu tyle już nie ma i nie będzie, coraz mniej będzie czasu. A ten, co jest, to się marnuje, jak teraz na przykład, kiedy zamiast zająć się robotą, której tyle, to się tu siedzi i pisze głupstwa, o których wie każde dziecko, które przekroczyło trzydziestkę. Czy nie lepiej zająć się czym innym, innym rodzajem umierania, bardziej pożytecznym, co by jakieś pieniądze przyniósł przynajmniej?”

                      [Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom I. 1962-1969].

   

piątek, 06 czerwca 2014
1399. Warszawski sen...

  

Trwało to 2 lata 11 miesięcy 2 tygodnie. Nie miało się zakończyć, nie sądziłem, że wrócę. Tyle wyrzeczeń, starań, a teraz znowu tu, wśród ścian, co przez całe życie więzieniem. Rozwiało się, zniknęło wszystko, jakby śniło…

 

 „(…) obudziłem się w swoim starym pokoju. Jak często, będąc małym chłopcem, leżałem tutaj w letnie poranki, takie jak ten, unosząc się w oparach marzeń, przekonany, że już wkrótce wydarzą się wielkie rzeczy, że czekający we mnie pączek rozwinie się w cudownie skomplikowany kwiat mojego przyszłego życia, które w końcu naprawdę się zacznie. Jakie ja miałem plany! Nie, nie plany; były zbyt mgliste, zbyt wielkie, zbyt dalekie, by nazywać je planami. Nadzieje, może? Też nie. Sądzę, że były to marzenia. Fantazje. Iluzje”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

22:37, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
piątek, 13 grudnia 2013
1333. Tiempo de silencio...

  

Nie piszę do niej, zwlekam, już ponad dwa miesiące. Listy uświadamiają dystans, a na ten się nie godzę. A przecież nie chcę zerwać i nie wystarcza mi jej widmo, wciąż obecne. Szepcę i tulę się, całuję; imaginuję sobie wspólne życie, wykreślam z niego innych. Ale to wszystko przecież tak jałowe, jednostronne… Tęsknię za jej choć jednym słowem – i lękam się, bo przecież każde bez tamtych już emocji…

  

„Noc, świat pogrążony w ciszy, jakby nikogo tu nie było, nawet mnie samego. (…) Nie zgadzam się na taką samotność. Dlaczego nie wracasz i mnie nie dręczysz? Przynajmniej tego bym od ciebie oczekiwał. Skąd ta cisza, dzień po dniu, noc po niekończącej się nocy? Przypomina mgłę, to twoje milczenie”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

   

poniedziałek, 21 października 2013
1310. „Mnie pomsta, ja oddam”...

  

W kinach nowa „Carrie” (USA’2013; reż. Kimberly Peirce) według Stephena Kinga (jedno z tych najsłynniejszych nazwisk, z którymi nigdy nie chciałem się zapoznać), a mi przypomina się poprzednia wersja (USA’1976; reż. Brian De Palma), oglądana lata temu, późną nocą, w łóżku (pewnie też po kryjomu, bo trzeba było „światło gasić, cicho być i rano wstawać”). Co zrobiło wówczas na mnie największe wrażenie to obraz szkolnego poniżenia i stłamszenia nastolatki w matczynym domu, atmosfera religijnej bigoterii, ignorancja w sprawach seksu, własnej cielesności (szok z odkrycia przez protagonistkę menstruacji). Wykluczenie z grupy, uznanie za dziwadło – i narastający gniew na cały świat, aż chciałoby się go do szczętu spalić, innych zabić. Uświadamiam sobie nagle, że to o mnie – i o ile dłużej ciągnął się ten mój bezkrwawy koszmar…

Arcyobrońca pedofila z Tylawy, biskup Józef Michalik, występujący przeciwko edukacji seksualnej w szkołach, mówi, że „każde dziecko wie, jak jest zbudowana koleżanka czy kolega i nie musi do tego przy świadkach dochodzić”. Już ja najlepiej wiem, że jednak nie każde. I jak się z tą niewiedzą przez lata funkcjonuje, jaką tajemnicą, nieobjaśnioną przez nikogo, mogą być własne reakcje lub ich – brany za normę – brak. Jak się to bez-dojrzewania-dorastanie przenosi na inne sfery, wyklucza z kontaktów, oducza emocji, poczucia wartości siebie i samego życia, wpływa nawet na podejmowane prace i status materialny. Równie dobrze można by gwałcić mnie w dzieciństwie – byłbym dziś podobnie pełen lęku i rozbity. I nikt za to nie przeprosi, nikt się nie czuje winnym. Zostaje tylko wściekłość za własne wypaczenie, mordercza zawiść, że innym się udało nie być tobą…

  

„Jedną z rzeczy, jedną z bardzo wielu rzeczy, których się o sobie nauczyłem, albo z których zdałem sobie sprawę (…), jest to, że zawsze szukam czegoś lub kogoś, na kim mógłbym się zemścić. Nie wiem, za co miałbym się mścić ani jak dokładnie miałaby wyglądać ta moja zemsta. Przypominam w tym moją matkę: czekała, aż świat przeprosi ją za bezimienne krzywdy, które – jak sądziła – jej wyrządził. Podobnie jak ona nie mogę pozbyć się przekonania, że jest jakaś wina, którą należałoby kogoś obarczyć, że są do wyrównania jakieś rachunki. Ja mogę czekać, nie spieszę się, mogę czekać na właściwy moment, ale jestem pewien, że zostanę pomszczony, w jakiś sposób, w jakimś czasie. Być może, kiedy nadejdzie owa chwila, dowiem się, jaka była ta pierwotna obraza, ta pierwsza krzywda. Jest we mnie chaos; sam dla siebie jestem obcy”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

środa, 21 sierpnia 2013
1286. Eternal Now...

  

Wszystkie nieśmiałe te nadzieje, profile chłopców w Internecie są o tyle nieważne, że przecież liczy się tylko Ona. Najcudowniejsze już mi się przytrafiło – na cóż więc jeszcze liczyć? Nie wybacza się sobie takiej straty, odwraca od innych szans, wspomina. Im bardziej czas zaciera mi Jej rysy, tym bardziej staje się ona namacalna moim dłoniom. Czym dalej, rzadziej, tym wydaje się bliżej, coraz częściej. Nie muszę Cię oglądać ani słyszeć – i tak jesteś wciąż przy mnie tu, na co dzień…

  

                              „A przecież to nieobecność uobecnia”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

piątek, 05 lipca 2013
1269. „Tylko Twoja dłoń... stały ląd”...

  

Oglądam „Debiutantów” (USA’2010; reż. Mike Mills). Chwyta mnie za gardło i wywołuje łkanie, ilekroć on z nią, on bez niej (Anna: Why do you leave everyone? Why did you let me go? Oliver: Maybe because I don’t really believe that it’s going to work and then I make sure that it doesn’t work…). Ból, jak co dnia zresztą. Strach, roztrzęsienie, furia, wokół wzburzone morze

Znów znaleźć się w Twoich ramionach, wypłakać się, ukoić. Poczuć, powąchać, dotknąć. Wspominam na okrągło, bo tak tylko mogę cokolwiek zaznać…

  

„Życie, autentyczne życie, jest ponoć walką, niesłabnącym działaniem i szukaniem samopotwierdzenia, nasza wola swoją tępą głową wali w mur tego świata, i takie tam dyrdymały, ale kiedy spojrzę wstecz, widzę, że zawsze zużywałem większość energii na proste poszukiwanie schronienia, wygody i, przyznaję, przytulnego miejsca. (…) Przez całe życie tak naprawdę chciałem tylko jednego: chciałem być ukryty, chroniony i strzeżony, chciałem zaszyć się w miejscu, które byłoby ciepłe jak łono, skulić się w nim, ukryć przed obojętnym spojrzeniem nieba i groźnymi knowaniami powietrza. To dlatego przeszłość jest dla mnie takim schronieniem, wędruję do niej ochoczo, zacieram dłonie i zostawiam za sobą zimną teraźniejszość i jeszcze zimniejszą przyszłość”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

  

czwartek, 20 grudnia 2012
1203. Apocalypse Now...

  

Jadę jutro. Góra tydzień – choć pewnie zechcą zatrzymać mnie na dłużej. Trzeba będzie udawać na okrągło – że w porządku, dobrze, radzę sobie. Że normalnie. Chować dreszcze, płacz, silić na uśmiech, kryć z rozpaczą. Nie pokazywać, jak się co dzień gnijeŚwiat według Majów przechodzi jutro w nową erę – mój już się wcześniej skończył…

  

„– Mam uczucie – powiedziałem – jestem przekonany, a nie mogę się tego wrażenia pozbyć, że coś się zdarzyło, coś strasznego, a ja nie zwróciłem na to należytej uwagi, zlekceważyłem to, bo nie wiedziałem, co to jest.

Milczała przez chwilę, a potem zaśmiała się (…).

– Może to jest właśnie twoje życie – powiedziała. – Przecież to niezła katastrofa, prawda?”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

sobota, 13 października 2012
1178. Uniformly accelerated motion...

  

Nic się nie dzieje, nic nie ma prawa się wydarzyć. Niczemu nic nie służy. Jałowa praca, pojedyncze godziny na spacery, powroty do pustki mieszkania, tęsknota niewygasająca – coraz większa. Żadnego celu czy rozwoju, najmniejszej motywacji. Działam i postępuję mechanicznie, poruszam jak automat. Nie patrzę ludziom w oczy na ulicy, nikogo nie poznaję, nie muszę wydobywać słowa, nie spotykam. Odcinam się, uciekam, bronię… Może bez przerw na tak bolesne przebudzenia szybciej mi uda się ten koszmar wyśnić…

  

„Chciałbym przejść przez życie niezauważonym – nie, nie przejść, a przebiec”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

  

czwartek, 23 lutego 2012
1073. „To sleep, perchance to dream”…

  

Zasypiam już łatwiej (por. 563), trudniej za to teraz się obudzić. Nie znajdując wygody (bez pozytywnego efektu wypróbowane obie kanapy, podkładanie czegoś pod poduszkę, spanie w nogach, przeróżne pozycje), organizm ratuje się czymś w rodzaju utraty przytomności, która pozwala wyłączyć się, noc przetrwać. Rankiem, obolały, nie mogę się podnieść godzinami, nie widzę powodu, by to w ogóle robić, wątpiąc poniekąd, czy rzeczywiście nie śpię…

 

„Tak teraz się budzę: wyślizgując się nieufnie ze snu, jakbym spędził noc w ukryciu. (…) Nie cierpię poranków przypominających mi wymiętoszoną, zatęchłą pościel łóżka, w którym ktoś spał nazbyt długo. Ostatnio zdarzają się świty, kiedy budzę się i pragnę, żeby znów zapadła noc, żeby dzień skończył się jak najszybciej. Zacząłem myśleć o swoim życiu jako o nieustającym poranku; bez względu na godzinę odnoszę wrażenie, że dopiero co wstałem, próbuję oczyścić umysł i rozeznać się w świecie przedmiotów”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

Co ciekawe, dopiero o świcie przychodzą obrazy, dialogi (por. 877) – nie wiem: wspomnienia? fantazje? urojenia?... Popołudniami coraz większe osłabienie, powtarzające się codziennie drzemki, nagłe wylogowywanie – nad książką, przy telewizorze. Po kilkudziesięciu minutach zdziwienie, że znowu; czasem zwątpienie: ja naprawdę spałem? Nawet jeśli i nie, to chyba niewielka różnica…

  

„Jej świadomość tkwiła na rozdrożu między hiperaktywną jawą a powrotem w sen i Isserley nie wiedziała, którą drogę ostatecznie wybierze, jeśli coś nie pobudzi jej wkrótce do działania”

                      [Michel Faber, Pod skórą. Przeł. M. Świerkocki].

  

sobota, 31 grudnia 2011
1047. "Bilans musi wyjść na zero"...

  

Szczególny był to rok – zaczął się wiosną Arabów (Tunezja, Libia, Egipt, Syria, Jemen), kończy jesienią Zachodu (kryzys strefy euro); pomiędzy nimi zaś wstrząsy – ziemi (Japonia) i społeczeństw (USA, Rosja), królewskie śluby (Wielka Brytania, Monako) i pogrzeby (Czechy, Korea Północna), ataki (Norwegia – Breivik) i likwidacje terrorystów (Pakistan – ibn Ladin), a w Polsce comiesięczny Dzień Świstaka na Krakowskim Przedmieściu i wybory, co nie zmieniając nic, przeorientowały scenę polityczną. Mnie osobiście udało się spełnić marzenie o Warszawie, wypuścić z rąk Anię i odkryć w sobie kolejne blokady, skazujące na jeszcze większą izolację. Dlatego żadnych wspomnień ani planów – 2012 będzie pewnie równie chujowy jak każdy…

  

„Nie mieć historii, żadnej dającej się przewidzieć przyszłości, jedynie regularny puls niezmiennego teraz – jakie to byłoby uczucie?”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

piątek, 14 października 2011
1011. Untalkative Bunny...

  

Do zapowiedzianego miesiąc temu (por. 998) przenoclegowania chłopca niestety nie dochodzi – udaje nam się jednak zapoznać przy obiedzie. Dewirtualizuję sobie M. po latach przecinania się naszych życiowych ścieżek (bo to i wspólny znajomy, i niedoszłe spotkanie w Łodzi, i drobne wzajemne przysługi). Odbieram go z Centralnego (gdzie w tłumie też Janusz Majewski) i idziemy do Złotych Tarasów. Sympatycznie, miło – gdyby nie moja konfuzja z powodu dziwnie zatkanego ucha, fryzury zniszczonej chwilę wcześniej przez minutową ulewę i, przede wszystkim, tradycyjnej już, zupełnej pustki w głowie…

Te spotkania z ludźmi są tak sporadyczne, że zamiast się wprawiać w rozmowach, każda z nich jest dla mnie coraz to trudniejsza. Zaczynam wątpić, że kiedyś się nauczę, będę czarował, bawił i uwodził…

 

„(…) przebywanie z Mylesem można było porównać do przebywania w pokoju, z którego właśnie ktoś z hukiem wyszedł. Niemota otaczała go wszechobecną, mdłą aurą. Nic nie mówił, ale nigdy nie był cichy. Zawsze bawił się nerwowo wszystkim, co miał pod ręką, chwytał, co popadnie, po czym natychmiast odrzucał z hałasem. (…) Słychać było, jak oddycha”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

 

poniedziałek, 05 września 2011
993. Cohabitation...

  

Wyjechali przed czternastą, przed chwilą SMS, że dotarli. Zaskakujące, ale – mimo moich humorów i zmęczenia – nie było chyba najgorzej. I to nie tylko dzięki zapewnionemu przeze mnie atrakcyjnemu programowi – nasze stosunki układają się coraz lepiej, odkąd zdecydowaliśmy się rozstać. Ja nie czuję się już szpiegowany (por. 324, 736), a oni nie zadają zbyt szczegółowych pytań…

  

„Jako dziecko wyobrażałem sobie, że kiedy przyjdzie czas, gdy będę musiał ich opuścić, staną we dwoje jak pokorne kariatydy podtrzymujące portal mojej przyszłości, patrząc cierpliwie, bez słowa skargi, w zadziwieniu, jak odchodzę od nich, nie rzucając wstecz ani jednego spojrzenia, a z każdą milą nie staję się mniejszy, ale stopniowo ogromnieję, przerośnięty syn, którego nie potrafili zrozumieć”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
983. No Man’s Land…

  

Nie mogłem tam zostać, wytrzymać, nie mogłem dłużej patrzeć na nowe, pod moją nieobecność – bez zgody, konsultacji, udziału – zaprowadzone porządki. Jakieś pudła, do których wrzucono część rzeczy (płyty, filmy), by stały bezładnie pod biurkiem; pustka na szafie w rogu po młodzieżowych książkach, wywiezionych znienacka do domu dziecka; byle jak sklecone klocki Lego, nie wiadomo po co znów ustawione na półkach… Cztery ściany – już nie moje, nigdy zresztą niebędące azylem. I trzydzieści w nich jałowych lat – obrzuciłem je pełnym niechęci spojrzeniem i wyszedłem…

  

„To dziwne, że miejsca, kiedyś tak intymnie z nami związane, mogą stać się obojętne pod wpływem osiadającego jak kurz czasu. Najpierw rozlega się cicha detonacja rozpoznania i przez moment przedmiot pulsuje swoją nagłą wyjątkowością – to krzesło, to straszne malowidło! – a potem rzeczy układają się w nudny, znajomy obraz, we fragmenty świata. Wszystko w tym pokoju wydawało się ode mnie odwracać, ponure i oporne, wyrażając sprzeciw wobec mojego niechcianego powrotu”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

czwartek, 13 stycznia 2011
892. Zaklinanie, czarowanie...

  

Może trzeba by za każdym razem – tłumaczyć, objaśniać, wskazywać: tutaj dowcip, tu ironia, szczerze tu, tam udawanie. Że ten cytat to nie ja – on tylko do mnie: komentarzem, polemiką, sensu odwróceniem. Że prawdziwe – tu ujęte w słowa – w fikcję się zamienia, tak należy czytać. Że się dystans rodzi z tego – do siebie, do przydarzanego. „W nicu coś i coś z niczego / wciąż gorszego, nie lepszego / mały zastrzyk winszowany / balsam miękki, sól na rany” [Michał Zabłocki]. Że specjalnie nudno, smutno, wciąż na jedną nutę. Że to „gra”, co ma ratować – choć jak bagno wciąga…

  

„W ten właśnie sposób – mówiłem do siebie – spędzę resztę moich dni, grzebiąc w słowach, porzuconych wersach, szczątkach pamięci, próbując odkryć, co też może się pod nimi czaić, jakby były płaskimi kamiennymi płytami, gdy tymczasem ja będę powoli zanikał” 

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

środa, 11 sierpnia 2010
826. The Super-Extra-Very Best Of...

  

Najlepsze wakacje w moim życiu, najszczęśliwsze, najbardziej beztroskie dni. Oglądam, smakuję, doznaję; rozbudzam wszystkie zmysły. Zdawanie tu relacji ustąpiło miejsca przeżywaniu. Dowiaduję się mnóstwa o sobie, zmieniam sądy o rzekomym braku własnych możliwości. Z zapłakanego chłopca wychodzi przełamujący wewnętrzne bariery mężczyzna. I to wszystko za Jej sprawą...

  

„Rozumie (…) mnie w stopniu, który mnie niepokoi, i nie stosuje taryfy ulgowej wobec moich dziwactw i wyskoków, jak czynią to inni, którzy znają mnie gorzej, a tym samym bardziej się mnie boją”

                         [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

  

Charakter, głębia i czułość naszej przyjaźni, profity będące jej wynikiem – wymykają się wszelkim definicjom. Nie da się tego ująć w słowa, nie wypada wszystkiego nazywać. Jakimś cudem się odnaleźliśmy przed prawie dwoma laty i tak to pięknie trwa – coraz bliżej, mocniej, bardziej. Powiedziałbym, że nie wiem, czym sobie na to zasłużyłem, ale nie – właśnie tego rodzaju bonus mi się w końcu należy…

  

I tylko zawsze za krótko, zbyt rzadko, z takim nienasyceniem...

  

niedziela, 06 czerwca 2010
792. Transparency...

 

Od czwartku, kiedy to w odpowiedzi na szereg pretensji mamy ojciec krzyknął do niej „Zamknij się!”, oboje się do siebie w ogóle nie odzywają. W domu panuje nareszcie cisza absolutna i spokój. Jak dla mnie, to mogą się nawet nigdy nie pogodzić. Chciałbym być już całkiem poza nimi…

 

„Widzę ich, moich biednych rodziców, jak nienawistnie bawią się w dom, w dzieciństwie świata. Ich nieszczęście było elementem stałym moich najmłodszych lat: wysoki, niekończący się rejwach, poza zasięgiem słuchu. Nie żywiłem do nich nienawiści. Kochałem ich zapewne. Tylko że stali mi na drodze, zasłaniając widoki na przyszłość. Z czasem nauczyłem się patrzeć mimo nich, patrzyłem przez moich przezroczystych rodziców”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

  

18:52, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
 
1 , 2
Archiwum
Tagi