~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Banville_John

niedziela, 20 grudnia 2009
719. Interactions - czyli "Rose is a rose"...

  

Od samego początku chciałem być kimś innym. Napomnienie nosce te ipsum ma dla mnie posmak popiołu, od kiedy nauczyciel kazał mi powtarzać tę formułę. Znałem siebie, aż za dobrze, i nie podobało mi się to, co o sobie wiem. Ale znowu muszę poczynić tu pewne zastrzeżenia. Nie do siebie samego czułem awersję, nie do »ja« pojedynczego, esencjalnego – choć przyznaję, że nawet samo pojęcie esencjalnego, pojedynczego »ja« jest czymś problematycznym – ale do nagromadzenia afektów, skłonności, prawd branych na wiarę, klasowych uprzedzeń, którymi moje pochodzenie i wychowanie obdarowały mnie w miejsce osobowości. W miejsce, tak. Zamiast. Nigdy nie miałem osobowości, nie w tym sensie, w jakim inni ją mają, lub zdaje im się, że mają. Byłem zawsze wyróżniającym się nikim, którego bezwzględnym życzeniem było stać się niewyróżniającym się kimś. Wiem, co mówię. Anna, od razu to zrozumiałem, posłużyłaby mi za medium mojej transmutacji. Była jak krzywe zwierciadło, w którym wszystkie moje zniekształcenia wróciłyby do normy. Dlaczego nie być sobą? – zapytała mnie pewnego dnia, na początku naszej znajomości. »Być sobą«, zwróćcie na to uwagę, nie »znać siebie« – z litości nad moimi nieporadnymi próbami zrozumienia wielkiego świata. Bądź sobą! Co oczywiście znaczyło: bądź kimkolwiek chcesz być. Taki zawarliśmy pakt, że uwolnimy się nawzajem od tego ciężaru, jakim jest konieczność bycia ludźmi, którymi jesteśmy w oczach innych. A przynajmniej ona uwolniła mnie od tego ciężaru, ale co ja dla niej zrobiłem? Być może nie powinienem włączać jej do podróży ku niewiedzy, być może tylko ja pragnąłem tę niewiedzę osiągnąć.

A problem, z którym teraz zostaję, jest właśnie problemem wiedzy. Kim, jeśli nie samymi sobą, byliśmy? Dobrze, nie wplątujmy w to Anny. Kim, jeśli nie sobą samym, byłem? Filozofowie mówią, że to inni nas określają, że inni kształtują nasze bycie. Czy róża jest czerwona w ciemności? Czy w lesie na dalekiej planecie, gdzie nie ma uszu, które mogłyby słuchać, drzewo pada z łoskotem? Pytam: kto miał mnie znać, jeśli nie Anna? Kto miał znać Annę, jeśli nie ja? Pytania niedorzeczne. Byliśmy razem szczęśliwi, albo raczej nie byliśmy nieszczęśliwi, a to więcej niż się udaje większości ludzi – czy to nie dość? Były napięcia, były konflikty, jak w każdym związku takim jak nasz, jeśli takowe w ogóle istnieją. (…) Kończyliśmy nasze kłótnie śmiechem, gorzkim śmiechem, ale był to mimo wszystko śmiech, speszeni, nawet nieco zawstydzeni, nie naszą brutalnością, ale jej brakiem. Walczyliśmy ze sobą, żeby czuć, i żeby czuć się rzeczywistymi ludźmi, byliśmy bowiem ludźmi, którzy stworzyli się sami od zera. Ja takim byłem.

Czy mogliśmy, czy mogłem, postępować inaczej? Czy mogłem żyć w inny sposób? Jałowe dociekanie. Oczywiście, że mogłem, ale nie żyłem, i w tym tkwi cały bezsens samego pytania. A poza tym, gdzie są te wzorce autentyczności, względem których mógłbym zmierzyć swoje spreparowane ja? (…) Bardzo się staraliśmy, ja i Anna. Przebaczyliśmy sobie wszystko to, czym nie byliśmy. Czegóż więcej można oczekiwać na tym padole cierpienia i łez? (…) A mimo to nie mogę pozbyć się myśli, że coś nam umknęło, że mnie coś umknęło, z tym że nie wiem, co to mogło być.

Pogubiłem się. Wszystko się pomieszało. Czemu dręczę się tymi nierozwią-zywalnymi paradoksami, czy mało mi było kazuistyki? Daj sobie spokój, Max, daj sobie spokój”

                         [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

  

poniedziałek, 28 kwietnia 2008
418. Eclipse (I)...

  

Już nie tylko sama treść, ale nawet tytuły moich ostatnich lektur mnie ujmują; wszystkie sytuują się w polu znaczeń w jakimś stopniu mi bliskich, mnie dotyczących, a z pojedynczych słów uwidocznionych na okładce dopowiadam sobie już na wstępie całą historię. I tak jak pisałem o moim udawaniu, tak czytanie jest w tej sytuacji jedynie dopowiadaniem, książki – do mnie samego posłowiem…

  

„Kiedy byliśmy dziećmi, mówiliśmy o tych, co się przed nami popisywali, że oni tylko pozują; nigdy nie udało mi się uwolnić od tego nawyku; z tego pozowania uczyniłem sobie sposób na życie; powiem wprost: uczyniłem życie. Wiem, że nie jest to rzeczywistość, ale dla mnie była to rzecz równie dobra, czasami jedyna, bardziej realna niż rzeczywistość. Kiedy uciekłem z tego hałaśliwego świata, poza sobą samym nie miałem nikogo, kto mógłby uratować mnie przed popadnięciem w smutek. Bo popadłem w smutek” 

                    [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

Prawie trzy godziny nad wodą. Ta pogoda; tradycyjnie musiała rozboleć mnie głowa – jak dobrze pójdzie, przestanie gdzieś na jesieni. To przez mieszankę słońca i wiatru (wieczorem zauważam, że opaliłem sobie twarz), przez porażenie bolesną lekturą. Niewiarygodne, jak podróże do Wrocławia i ledwie dziewięćdziesięciominutowe zajęcia dwa razy w tygodniu mnie męczą. Zasypiam w pociągu, ledwo mogę dowlec się do domu. Niech ktoś wreszcie zgasi światło…

  

1 , 2
 
Archiwum
Tagi