~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Marai_Sandor

wtorek, 15 maja 2018
1687. Can’t stand...

„(…) w głębi duszy dręczyła cię konwulsyjna namiętność – pragnienie bycia kimś innym, niż jesteś. To najdotkliwszy cios, jaki fatum może zadać człowiekowi. Pragnienie bycia kimś innym niż tym, kim jesteśmy; silniejsze pragnienie nie może zapłonąć w ludzkim sercu. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób niż ze świadomością, że godzimy się z tym wszystkim, co znaczymy dla siebie i dla świata. Trzeba zgodzić się z tym, że jesteśmy tacy lub inni, i wiedzieć – kiedy się z tym godzimy – że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia, nie przypną nam do piersi orderu, kiedy wiemy i znosimy to, że jesteśmy próżni, samolubni albo łysi i brzuchaci – nie, należy wiedzieć, że za nic nie otrzymamy nagrody ani pochwały. Musimy to znosić, oto i cała tajemnica. Musimy znosić nasz charakter, naszą naturę, ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmienią jej wad, samolubstwa, chciwości. Trzeba znosić i to, że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. Że ci, których kochamy, nie kochają nas albo że nie kochają tak, jak się spodziewamy. Trzeba znosić zdradę i niewierność, i to, co liczy się między najtrudniejsze zadania każdego człowieka, trzeba znosić wybitność charakteru lub umysłu drugiego człowieka. (…) Ale ty nie umiałeś znosić tego wszystkiego”

[Sándor Márai, Żar. Przeł. F. Netz].

22:57, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 14 kwietnia 2018
1682. Excluded...

„(…) sam ze swoją młodością, sam z zamysłami i pragnieniami wieku męskiego, sam ze swoją pamięcią, pamięcią życia, z pamięcią blasku przebudzeń i słodyczy układania się do snu, samotny i wykluczony ze świata”

[Sándor Márai, Występ gościnny w Bolzano. Przeł. F. Netz].

21:05, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 25 kwietnia 2017
1615. The look from the mirror...

„Wiele jest luster za nami, a z każdego macha w naszą stronę jednakowo wypaczone i znajome przeznaczenie… Czym jest pisanie? Czym jest życie? Co jest życiem na jawie, a co snem? Co jest światem, a co jest imaginacją? (…) Czy wierzysz, że nie tylko pisarz kształtuje życie powieści, ale też powieść kształtuje życie pisarza? Według Nietzschego, otchłań odwzajemnia spojrzenie temu, kto długo w nią spogląda…”

[Sándor Márai, Magia. Przeł. I. Makarewicz].

22:03, alexanderson , Wierszo- / blogopisanie
Link
sobota, 26 grudnia 2015
1535. ...„my library / Was dukedom large enough”...

Najlepsze w tym całym obłudnym świętowaniu są dni wolne od pracy, smak kilku dań, prezenty. Każdemu z nas dostało się po kapciach oraz książce – mnie nawet cztery, z czego sam sobie kupiłem dwie (piąty tom „Sztuki polskiej” z Arkad i „Sztukę budowania” Jana Knothe) i zapakowane schowałem pod choinkę (odbieram z paczkomatu w dniu Wigilii), do tego niespodzianki na minus i plus – opasły tom, od wielu dni oczekujący w kącie, okazał się powieścią „Nowy Jork” Edwarda Rutherfurda (księgarz polecał mamie; ostatni raz dostałem od niej – i w ogóle – prozę przed bodaj dwudziestoma laty: „Hrabiego Monte Christo”, jeden z ważniejszych tytułów mego życia, który miał pecha stać na samej górze wśród książek dla dzieci i młodzieży, oddała później bez pytania, gdy mieszkałem w stolicy, jakiejś placówce opiekuńczej. Tak też straciłem pośród wielu innych „Alicję w Krainie Czarów”, przygody Tomka Wilmowskiego, „Chatkę Puchatka” i cudnie ilustrowanego „Konika Garbuska”), natomiast już kilka dni wcześniej ciocia, co mieszka parę kroków od nas i często wpada z ciastem, zupełnie nieoczekiwanie przyniosła mi „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk – 900 stron w dużym formacie; wczoraj zacząłem z fascynacją czytać, jutro zamierzam skończyć. Dla mamy album o polskich królewskich rezydencjach (black Friday w BOSZ-u za pół ceny, grzech było nie skorzystać, wzbogacając przy okazji kolekcję książek o Warszawie o cztery tomiki fotografii od lat 40-tych do 70-tych), dla ojca reportaże historyczne Magdaleny Grzebałkowskiej („1945. Wojna i pokój” – świetnie się będą uzupełniać z „Wielką Trwogą”). I jeszcze dziesięć innych tomów dla mnie (doszły w grudniu). Tym samym zostaje przekroczona masa krytyczna – nie ma już na nic miejsca, pięćdziesiąt półek w dwóch pokojach nie wystarcza. Dlatego nie chwalę się na ogół nowymi nabytkami, żeby nie drażnić mamy; układa się wymyślnie wszystko, żeby coś jeszcze zmieścić – bo przecież nie zrezygnuje się z jedynej swojej przyjemności, nawet gdy staje się obłędem, niczemu już nie służy…

„Nagle wpadł w zły humor, patrząc na tę niesamowitą i niezrozumiałą masę książek. Co dawały książki? Doświadczanie. Lecz żadne doświadczanie nie pomagało. Teraz, u schyłku ostatniego etapu swego życia, niemal wrogo przyglądał się książkom, które zawsze odpowiadały jedynie na szczegóły. Na całość nie umiał odpowiedzieć nikt”

[Sándor Márai, Książka. Przeł. I. Makarewicz].

piątek, 11 grudnia 2015
1532. Not like this...

„Myślał o życiu, o tych trzydziestu pięciu latach, jakie spędził na ziemi i podczas których ciągle czuł, że każdy dzień jest jedynie przygotowaniem do czegoś… i wszystko, co się zdarzyło, było prologiem tylko, nieśmiałym i nieistotnym ćwiczeniem i eksperymentem… i tak pędził czas, i mijało życie, i tyle się zdarzyło! Lecz wszystko to nie było prawdziwe.

(…) Celem życia było szczęście. Wszystko, co robił, myślał, mówił, wołało i przyciągało szczęście; lecz poznał jedynie zachwyt, podniecenie, ból, wszystko, co poznał, było bardziej gorące lub bardziej lodowate, wszystko było inne, niż powinno było być, żeby mógł się czuć szczęśliwy”

[Sándor Márai, Wytłumaczenie. Przeł. I. Makarewicz].

21:33, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 21 czerwca 2015
1489. Quare scripsisse?...

  

„Ocena świata jest dla nas obojętna. Świat zna »wielkich« i »małych« pisarzy, zna pisarzy dobrych i zabawnych, wzniosłych i nudnych. My znamy tylko jedną rangę, rangę pisarza. Albo ktoś jest pisarzem, albo nim nie jest. Tyle naszej rangi. Reszta to tylko piękne słówka, bujdy i rymowane trociny. (…)

Więc Walery był pisarzem. Ty lubiłeś jego utwory? Mnie te utwory nudziły i jednocześnie ekscytowały. Każdy jego wers czytałem, jakbym rozwiązywał chińską krzyżówkę, ja, czytelnik, chociaż nawet nie znam chińskiego… Trochę niepokoiło mnie to, że nie wprowadza mnie w swój temat całkowicie, jak gdybym ja, czytelnik, nie był wystarczająco przygotowany lub czystego serca, lub wystarczająco bohaterski do tego, co on zmuszony jest mi opowiedzieć. W tej relacji, relacji pomiędzy utworami Walerego a czytelnikiem, był jakiś element beznadziei. Naturalnie, pisał też wiele rzeczy złych, rupieci nadających się na złom. Tylko dyletanci starannie i bezbłędnie piszą majstersztyki. Pisarz, ten prawdziwy, rozlewa się tak jak dzikie rzeki w Ameryce Południowej: ten prąd niesie ze sobą także wiele gratów i śmieci, dachy domów, zwłoki niedźwiedzia, tratwy z nagimi ludźmi i wgniecione blaszane naczynia. Chodzi o całość, a całość jest zawsze bezkształtna. Ja już zaczynam wierzyć, że człowiek może w swoim życiu pisać tak całkowicie, prawdziwie i idealnie co najwyżej linijki. Gatunek literacki zawsze stoi pomiędzy pisarzem a tym, co ma on do powiedzenia, trzeba temu gatunkowi usłużyć (…). Powtarzam, Walery był pisarzem. (…)

Wiedziałem, że trzeci rok pracuje nad tą wielką sagą rodzinną, która nie ma nawet początku i nigdy nie będzie miała w pełni końca, tak jak wielkie powieści zazwyczaj nie mają prawdziwego początku ani końca – dokładniej, będzie miała koniec wtedy, gdy skończy się też w jakiejś formie życie Walerego, może tak, że nie będzie już chciał pisać albo umrze, albo zamilknie, co dla pisarza jest jednym i tym samym. Pisarz żyje dotąd, dopóki pisze”

                              [Sándor Márai, Magia. Przeł. I. Makarewicz].

  

22:25, alexanderson , Wierszo- / blogopisanie
Link
sobota, 27 września 2014
1428. Il miserabile...

  

Codzienność tak staje kością w gardle, że coraz trudniej pisać. Prawie cztery miesiące po wyjeździe z Warszawy wciąż dopadają mnie koszta życia tamże. Spłacone teraz wszystko, chyba że właścicielka lokum jednak upomni się o rachunek za wodę. Na koncie mam 35 złociszy (jakby powiedział fryzjer z ulicy Młynarskiej), w portfelu 25 – to cały mój majątek. Po kilku dniach do pracy po nieoszlifowanym bruku odpadają mi podeszwy w czarnych butach (by móc wrócić do domu, ratuję się biurowym klejem do papieru); nie mam w czym teraz chodzić w niepogodę. Co tydzień tych samych pięć koszulek z pożółkłymi pachami; za jakiś czas nie wiem już która zima w jesiennej kurtce; przetarcia bieliźniane aż wstyd wspomnieć…

Złośliwość losu (nie! – mizeria na własne życzenie), że przykładając taką wagę do wyglądu, snobując się, wynosząc, muszę się czuć obecnie niemalże jak łachmaniarz…

  

„To prawda, to prawda. Nie wystarczy żyć, tworzyć. Trzeba też mieć z czego żyć” [Sándor Márai, Zadanie. Przeł. I. Makarewicz].

  

23:01, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
piątek, 25 lipca 2014
1412. Wealth and poverty of nations...

  

„Jest taki świat, gdzie nie znają takich słów: pieniądze na życie, czynsz, rata, emerytura. Jest taki świat, gdzie ludzie wsiadają w lecie na swój własny jacht tak obojętnie, jak człowiek naszego pokroju nakłada kalosze, gdy pada deszcz”

                   [Sándor Márai, Francuski jacht. Przeł. I. Makarewicz].

  

To nie mój świat, ja nie wygrywam w Totalizatorze nawet trójki. Ujawnia nagle się 400-złotowa niedopłata za energię za ostatnie warszawskie półrocze. Mam ledwie połowę tej kwoty, o resztę muszę poprosić rodziców (jeszcze bardziej się od nich uzależnić, być tym, którego trzeba wspierać, który musi być grzeczniejszy, im posłuszny). A jeszcze wisi sprawa wody za cały mój pobyt w stolicy – właścicielka mieszkania wciąż się zastanawia, ile mi odpuścić z tysiąca ośmiuset. Ile by nie wyszło, powinienem chyba się szykować na zaistnienie w rejestrze dłużników. Wciąż marzę o Warszawie, większość wysyłanych aplikacji jej dotyczy, ale nie mam szans na powrót ze względu na koszty. Przy pensji poniżej minimalnej i kosmicznych cenach za wynajem byle nory nie dam tam rady sam przeżyć. Głodując od stycznia straciłem na wadze parę kilo; być może ta kapitulacja ratuje mi resztki zdrowia, rujnując jednak psyche. Jacek Żakowski pisze w „POLITYCE” o nędzy i beznadziei emerytów. Ja muszę się z tym godzić już obecnie, mając się w sile wieku za miernotę, doprowadziwszy się do starczej ruiny, bezradności. Nie stać mnie, by się ubrać, ostrzyc, spotykać z kimś, zabawić gdzieś, planować. Mężczyzna bez pieniędzy to impotent; impotent bez pieniędzy – już emeryt…

 

„Kiedy masz 1436 zł lub mniej, nie stać cię na nic poza walką o podtrzymanie swojej egzystencji. Boisz się nawet pójść do sklepu. Wkładasz rzeczy do koszyka, uważnie kontrolując ceny, pilnujesz, żeby brać tylko to, co najtańsze i najpotrzebniejsze, a i tak przy kasie kilka razy przeliczasz zawartość portmonetki i odkładasz to, na co ci nie starcza. Kasjerki na szczęście są zwykle wyrozumiałe, ale wstydu to nie niweluje. (…)

Jeżeli masz 80 albo 90 lat, doskonale wiesz, że to się nie zmieni. Nie liczysz na awans i podwyżkę, nie marzysz o zrobieniu kariery, o lepszej pracy ani o interesie życia. Nie liczysz miesięcy do końca studiów czy stażu, kiedy zaczniesz normalnie zarabiać. Liczysz tylko dni do pierwszego, do wizyty w przychodni, do czynszu. Niby w kieszeni masz z grubsza tyle, co stażysta, ale w głowie masz mniej. Nie możesz żyć mrzonkami, jak 20-, 30-, 40-latki. Nie przeżyjesz skoku adrenaliny na widok chłopaka, który patrzy na ciebie z pożądaniem, albo gdy umawiasz się z dziewczyną na wino. Nie liczysz nie tylko na seks, ale też na miłe muśnięcia, na pocałunki ani na obiecujące spojrzenie. To się już nie zdarzy. Nikt cię nie chce dotykać. Przez lata nikt nie popatrzy na ciebie z afirmującym zainteresowaniem. Sam tak na siebie nie patrzysz.

(…) Bardzo mocno czujesz, że jesteś na wiecznym zesłaniu do krainy nędzy, wyrzeczeń i upokorzeń. Dla 99 proc. skazanych na takie życie 1600 to taka bezludna wyspa, na której jest absolutnie pewne, że żaden statek nigdy nie przypłynie.

Jesteś z tym całkiem sam”

                [Jacek Żakowski, Pokolenie 1600, „Polityka” 2014, nr 30].

  

23:11, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 03 marca 2014
1364. Gdzie drwa rąbią...

  

W TVP Kultura „Wiśniowy sad” z Teatru Nowego w Poznaniu (2013; reż. Izabella Cywińska). Przepiękne wizualnie i dopracowane (kostiumy, bluszcz porastający scenę), z szacunkiem dla teatru klasycznego i aktorskiego grania. Emocjonalna Antonina Choroszy (Raniewska), starczo-dziecinny Tadeusz Drzewiecki (Gajew), rozczulający Michał Grudziński (Firs). Tak nie-po-dzisiejszemu chyba, że nawet aż „za bardzo”. Świat odchodzący w przeszłość, spojrzenie w tył, trzymanie się byłego – jakie nie byłoby to nowe, to tak zupełnie nie można od wszystkiego się odwrócić…

  

„[1944] (…) każda rewolucja jest tyle warta, ile sprawdzonych wartości jest w stanie ocalić z poprzedniej epoki”

                       [Sándor Márai, Dziennik. Przeł. T. Worowska].

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 11 czerwca 2013
1262. De kreupelen van Pieter Bruegel de Oude…

  

Na ogół staram się omijać – nagabujących, ulotkarzy (taki mój sprzeciw wobec tego rodzaju zajęcia oraz płacy), pytaczy i żebrzących („Nic nie mam dla Pana” – pijaczek na Podwalu: „To spierdalaj”). Na schodach ruchomych Trasy W-Z przy Zamku zatrzymuje mnie kobieta z wózkiem zakupowym, prosi o pomoc w dostarczeniu pakunku na przystanek. Dopiero potem zauważam kule, jej chód na sztywnych nogach. Te kilkadziesiąt metrów i przejście przez ulicę zajmuje nam sporo czasu. Potem czekanie na tramwaj z obniżonym progiem. Opowiada mi swoje transportowe odyseje – w grę wchodzą tylko określone pojazdy i przystanki, często się nie udaje zdążyć. Wsadzam jej wózek do dwudziestki trójki i żegnam – ja też tym numerem, ale w przeciwną stronę. Uzależniona od pomocy innych była (przez to?) otwarta i przyjazna; gdzieś w tonie i spojrzeniu jednak dawał się mocno wyczuć ciąg nieustannych upokorzeń…

  

„(…) odwróciliśmy głowy zmieszani, z opuszczonym wzrokiem, jak ludzie, którzy trochę się wstydzą; wstydzą się szczególną wstydliwością, ponieważ widzieli jakąś nadludzką niestosowność, jakąś surową, wykoślawioną przygodę, życie” [Sándor Márai, Sierota. Przeł. I. Makarewicz].

  

Był piątek. W domu zremisowany mecz Polski z Mołdawią (niemal już żadne szanse na brazylijski World Cup); moje przeszukiwania profili na Kumpello ze świadomością, że niemożliwa jest nawet wymiana zdań, a co dopiero płynów… Postawy ludzi wobec wyzwań. Bariery. Rodzaje kalectwa…

   

czwartek, 11 kwietnia 2013
1243. People are strange, when you’re a stranger...

   

Na trzecią rocznicę katastrofy smoleńskiej daję się w końcu wyciągnąć trójce niedawnych współpracowników z Ministerstwa Rozwoju na popołudniowe spotkanie (razem przeszliśmy do konkurencji, lecz tylko jedno z nich widuję teraz na co dzień w KRS-ie). Tak odkrywam Spiskowców Rozkoszy (mój czwarty warszawski lokal w ciągu 21 miesięcy jak tu mieszkam), gdzie zarezerwowany stolik i specyficzne, szpiegowsko-filmowo-sensacyjne nazwy w karcie. Oni piją po kilka piw, ja delektuję się truskawkowym koktajlem i sorbetem. Tyle dowodów sympatii, śmiechu, tak świetne z nimi (jestem najstarszy) zgranie – a jednak ciągle tworzę mur, czuję się inny, niedopasowany, nie mogę się odsłonić…

 

„(…) cisnął się gdzieś na dalekim krańcu stołu, skromnie i nieśmiało mrużąc oczy, (…) zawsze w ostatniej ławce, zawsze cicho i w strachu, jak ktoś, kogo inni, głośni, pewni siebie i triumfujący, tak naprawdę tylko z grzeczności tolerują pomiędzy sobą”

[Sándor Márai, Wygrana. Przeł. I. Makarewicz].
  
23:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 04 listopada 2012
1185. Szkice z podróży na zachód...

  

Dwa pełne dni u rodziców – i dwa w podróży there and back. Nie chciałem, lecz wypadało – nie byłem wszak przed rokiem i na pogrzebie babci. Długie kolejki staczy na Centralnym w środę (choć można bilet szybciej, w Punkcie Obsługi Klienta Intercity – siedząc), a jednak pustki przedziałowe w czwartek – pociąg-widmo. Pan naprzeciwko, obgryzający tłuste kości z mięsa; ja z zapasami „Polityk” sprzed miesięcy – dwa typy w pierwszej klasie.

  

                 „[1952] Snobs i plebs. Pięć liter. I takie samo znaczenie”

                       [Sándor Márai, Dziennik. Przeł. T. Worowska].

 

Dorosły chłopak, ojca całusem witający w Piotrkowie Trybunalskim. Lekka szarówka, spowijająca wciąż niedoszlifowany klejnot – Wrocław Główny; opóźniam nieco dalszą jazdę, żeby się przyjrzeć zmianom tego, co tak znane. A po przyjeździe szybko obiad, błotne brnięcie na cmentarz, śliczny tam modny chłopiec, chłód i ciemność…

W domu, jak zwykle, coś nowego, odkąd pieniądze przestały być problemem. Szafa na wymiar w przedpokoju, gustowny czajnik, lustrzanka ojca – trzeci już raz dziedziczę jego poprzedni sprzęt (Nikon P500); trochę siedzimy razem – niech mama się nacieszy. Piątek, sobota – odpoczynek: tort i książka. Męczy noblista tegoroczny: pierwszy z wydanych dotąd w Polsce dwóch tytułów – bez wartości. Podobnie „Ogród Luizy” (Polska’2007; reż. Maciej Wojtyszko) jeszcze w świąteczny wieczór – dobre intencje, same klisze i zero reżyserii… Spacer na stację, prom przez Odrę, z kontuzji wyleczone kopie wersalskich figur. I łabędzie. Przygnębiający obraz ruder, bloków, kiepskich trzydziestu lat, straconych szans i lęków. Pamiętaj, skąd uciekłeś, od czego nie uwolnisz…

  

         Nigdy nie przychodźcie do miejsca, w którym niegdyś umieraliście”

             [Jurij Andruchowycz, Dwanaście kręgów. Przeł. K. Kotyńska].

 

Dzisiaj już tłumniej na kolei, więcej patrzenia w okno (trudno się skupić na lekturze – sąsiedzi od Lublińca ględzą). Kot w sadzie, bażant w polu i plafon z chmur na niebie. Na jakimś murze „Kocham Cię, Kuleczko” – też Ciebie w myślach tak nazywam. Bezbiletowe Romki (?) w Brzegu na Opolszczyźnie – przekleństwa, wyszarpywany z wagonu wózek z dzieckiem, plucie… W torbie zapas bigosu, więc kilka dni bez głodu. Jutro do pracy… Jestem.

  

wtorek, 05 czerwca 2012
1123. Bad money drives out good...

  

Ogłoszenia o pracę w polszczyźnie analfabetów; rekruterzy i ich debilne w swej abstrakcyjności pytania; prezenterzy i dziennikarze, których przerasta czytanie z promptera i wolą powtórzyć całe zdanie niż zaimprowizować użycie synonimu; zdjęcia powykrzywiane, szare, strzelone, żeby cokolwiek było; drukarze i wykonawcy podpisów na ekranach, interpunkcyjni ignoranci, bez jakiejkolwiek staranności choćby w zapisie nazwisk – ale to im się płaci, oczywiście, zajmują stanowiska, mają przyszłość – nie ty, co się dziesiątki razy dziennie musisz powkurwiać, widząc tę bylejakość, wiedząc, że właśnie tacy będą cię oceniać i że to ty się nie nadajesz, bo jesteś za dokładny, wolny i bez przebicia, zbyt zasadniczy w kwestiach, które już cały świat ma w dupie...

  

„[1981] Istnieją mądrzy ludzie, którzy nie są zdolni. Istnieją też ludzie zdolni, którzy nie są mądrzy. I oprócz nich istnieją całe tłumy ludzi niezdolnych i niemądrych, ale sprytnych i wygadanych. I często oni zwyciężają”

                       [Sándor Márai, Dziennik. Przeł. T. Worowska].

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 08 maja 2012
1111. Ordinary people...

   

Jak to jest – żyć w takim otoczeniu od małego, pośród kolorów, kawiarenek, klubów, sklepów, koncertów, wzorców; mieć świadomość ubierania się, znajomych; bywać i włóczyć, chodzić do szkół, gdzie uczą; uprawiać sport, wiedzieć o sferze płci i seksu, czuć je, mieć z nich przyjemność; dążyć do czegoś, osiągać to, posiadać… Jak to możliwe, że nie było, nie ukształtowało mnie na teraz, nie pomogło. Że jakoś innym się udaje samo z siebie…

Spośród wszystkich warszawskich wspaniałości wciąż największych wrażeń mi dostarcza obserwacja tłumów...

  

„(…) tajemniczy ludzie, zdobywcy i korzystający z życia, beztroscy i nieodpowiedzialni, innego rodzaju – tak myślała sennie, z obrażonym uśmiechem na ustach – prawdziwi”

                  [Sándor Márai, Francuski jacht. Przeł. I. Makarewicz].

  

23:58, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 06 listopada 2011
1021. Meetings and (non) Greetings...

  

Był taki moment, zaraz po przyjeździe, gdy liczyłem na coś w rodzaju powitania, pomocy w aklimatyzacji, oswojeniu miasta, jakieś wskazówki, zaproszenia – gdzieś, do kogoś, na coś. Tylko kto miałby wychodzić z takim gestem? – Jej już nie będzie przy mnie, a dla tych, których znam, znajomym, zdaje się, nie jestem. Przygnębienie ciągnie się za mną i wszystkich odstrasza. A po tych miesiącach – już nie potrafię mówić, odezwać się choć słowem, wśród ludzi się odnaleźć… Strach przed jakimkolwiek ruchem czy spotkaniem, przeciągły wstyd i niechęć. Gorzej niż kiedykolwiek – i gówno to kogo obchodzi…

 

(…) wiedziała (…) że od Budapesztu oczekiwała cudu, człowieczego cudu, tego, że na ulicy uśmiechnie się do niej jakiś mężczyzna lub jakaś kobieta, i naraz przytuli ją do siebie pokrewna ludzkość, ze słowami miłości zaprosi do jakiejś wynikającej z pokrewieństwa lub i od tego bardziej jeszcze intymnej wspólnoty ludzkiej. Taką miała nadzieję (…). A kiedy cud nie nastąpił, poczuła dręczące pragnienie, by stąd uciec. Uciec do domu, (…) gdzie człowiek od nikogo nie oczekuje cudu, żyje i marzy o świecie, i nie boli go tak bardzo, że życie mija bez niespodzianki i uszczęśliwiających odmian”

                         [Sándor Márai, Finka. Przeł. I. Makarewicz].

  

Kilka dni musiałem się zastanawiać nad wczorajszym spotkaniem w Lenivcu przy dyskusji o dalszych działaniach kampanii Miłość Nie Wyklucza na rzecz ustawy o związkach partnerskich. Kusiło – pójść, zobaczyć, jakoś się zaangażować. Ale też milczeć, cisnąć się przestraszonym gdzieś na boku, nie umieć nic zaproponować, na niczym nie znać? – od razu można było przewidzieć, że nic z tego. Nie chciałem zajmować krzesła komuś, kogo to bardziej dotyczy…

  

„(…) był zranioną, samotną istotą, która stoi w progu, w progu głośnego i zadowolonego życia, i nie ma odwagi wejść”

                       [Sándor Márai, Wygrana. Przeł. I. Makarewicz].

  

Nad dzisiejszym spotkaniem Dni HomoWarszawy przy grobie Zofii Sadowskiej też długo się wahałem. Ale jeśli nawet spacer na pobliskie Powązki i bierne słuchanie krótkiej opowieści Abiekta miało mnie przerosnąć, już bym sobie tego nie wybaczył. Przemogłem strach i fantazyjnie wyłożyłem na marynarkę szalik, jakby się łudząc, że ktoś mnie w ogóle zauważy. A jednak – przybyłem, zobaczyłem, z nikim nie nawiązałem kontaktu, ale, zwycięski, BYŁEM…

  

niedziela, 23 października 2011
1015. Discours de la méthode...

  

„Wiedział, że uważają go za szaleńca i uśmiechał się. Dużo czytał, już tylko poprzez kapilary liter i duszy stykał się ze światem, od którego pragnął się uwolnić. »Nie mam siły – myślał – aby zostawić życie. Jest silniejsze ode mnie. Ale świat wykluczyłem«. (…) Znał ranę, która rozpoczęła ten proces w jego duszy, chorobliwy proces głodu samotności. Wiedział także o tym, że wola i rozum nie mogą zaradzić tym objawom, nie mogą przyśpieszyć procesu powracania do zdrowia. »Zdarzył się wypadek« – myślał rzeczowo. »Zraniono mnie i nie potrafię pogodzić się ze światem«. (…) Zrozumiał, że nie ma już żadnej roli w świecie, nie ma już więcej rzeczywistego związku z ludźmi. Tęsknił za samotnością tak, jakby ta szczególna niewola była pewną odmianą wolności.

Ze swym dawnym otoczeniem już się nigdy nie spotkał. Nowych znajomości nie zawierał. Mijały tygodnie, a on z nikim nie zamienił ani słowa. (…) Jego uczucia powoli stygły, jak stygnie wyciekła krew. Jedynie jego rozum jeszcze świecił i palił, jak płomień, którego zamiar ludzki nie może ugasić. Rozum oświecił mu jego sytuację na ziemi. Jean-Louis wiedział, że ta sytuacja jest beznadziejna i że musi ją znieść, wiedział i o tym, że bez odpowiedniego systemu nie istnieje samotność ani pustka dla człowieka na ziemi. Dlatego zbudował taki system, w którym mógł być sam, całkowicie, w pełni i bez przeszkód samotny, jak mógł być samotny pierwszy człowiek, gdy nie było jeszcze miasta, nie było ludzi ani zniewag. (…) Świat huczał wokół niego, a on coraz głębiej, coraz bardziej muliście pogrążał się w sztucznej samotności, która otaczała go głucho, jak cienie i gęstość morskiego podziemia otaczają tonącego”

                     [Sándor Márai, Samotność. Przeł. I. Makarewicz].

  

23:48, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
piątek, 21 października 2011
1014. Przesilenie jesienne...

  

Zmiany nastrojów dziesiątki razy dziennie, ale znów słońce, sucho, więc można wyjść, fotografować, chodzić, nie myśleć tyle o tym, czego nie…; mijać ich wszystkich z tym zdziwieniem, tym swoim zaskoczeniem, że tak naturalni, zwykli; uważnie podpatrywać, chłonąć, odkładać gdzieś w pamięci – rekompensować nimi siebie, odnaleźć w rezygnacji spokój, szansę, żeby to jakoś przetrwać…

  

„(…) widział samego siebie i widział świat, zrozumiał brak proporcjonalności uczuć, beznadziejność każdego ludzkiego oczekiwania i namiętności, zrozumiał w tym momencie swój los, i uśmiechał się”

                        [Sándor Márai, Zadanie. Przeł. I. Makarewicz].

  

wtorek, 21 czerwca 2011
958. „The Voyage Out” (Virginia Woolf, 1915)...

  

„– Jeśli nie będziesz tego wytrzymywać, zawsze możesz wrócić.

– Wiem – powiedział muzyk i natchnionym, posępnym, zachwyconym wzrokiem, w którym odzwierciedlało się jakieś straszne wewnętrzne światło, patrzył w sufit. – Ale nie wrócę, bo potrzebuję samotności.

To słowo – »samotność« – powiedział z takim pełnym entuzjazmu naciskiem, jakby wykrzykiwał: »szczęście« albo: »zbawienie«. Potem zamilkł. Wszyscy zamilkli, czuli przeznaczenie.

Odszedł jeszcze tego samego popołudnia” 

                      [Sándor Márai, Samotność. Przeł. I. Makarewicz].

  

niedziela, 24 maja 2009
621. Książkowisko różności i poduszkowe czułości...

  

Nominacje do kolejnej edycji Nagrody Literackiej „Nike”. Uświadamiam sobie, że przez trzynaście lat jej istnienia z kilkudziesięciu nominowanych dotąd tytułów przeczytałem bodaj osiem (z czego połowa to Różewicz) − zawsze po paru latach i raczej przypadkowo; że twórców polskiej literatury poniżej sześćdziesiątki znam tylko jako abstrakcyjne nazwiska; że, wbrew pozorom, niewiele czytam i jeszcze mniej pamiętam, a już zupełnie nic z tego nie mam. I że fakt ten, jak teraz w ogóle wszystko, niewiele mnie w gruncie rzeczy obchodzi − choć chciałbym, by było inaczej…

Wieczorami, przed snem i rano, po przebudzeniu myślę tylko o jednym. Wiem, że nie powinienem. Ale przynajmniej w ten sposób możemy być razem − czy raczej: ja nie muszę być sam…

  

„(…) przypominał sobie coś, czego brakowało w jego życiu, brakowało w wielu tysiącach tomów, we wszystkim, czego się uczył, co myślał, co czytał. Jest taka jedna historia, jedna bajka, którą zawsze chcielibyśmy przeczytać na nowo…” [Sándor Márai, Książka. Przeł. I. Makarewicz].

  

niedziela, 21 września 2008
492. O błędach nie do wybaczenia - czyli: Że wciąż pragnę zbyt mocno...

  

„Miłość można dać i można ją otrzymać. Nie można tylko jednego: szantażować miłości. A tego najczęściej nie wiedzą ci biedacy i nieszczęśliwcy, którzy są złaknieni miłości.

To oczywiste, że człowiek albo kocha, albo jest kochany: ten prąd zmienny wytwarza natura z nieubłaganą konsekwencją. Najdoskonalsza i najszczęśliwsza forma harmonii jest wtedy, kiedy jedno bez specjalnego buntu godzi się na to, by drugie go kochało. W końcu natura jest także łaskawa: prawda, że nigdy nie pozwala, by kochał ten, od którego tego oczekujemy, ale zgadza się, byśmy bezgranicznie kochali tego, który nas nie kocha. Tylko na jedno nie daje zgody: byśmy łzami, oskarżeniami, atakiem lub błaganiem wymuszali miłość na drugiej osobie. Jeszcze można wyłudzić tkliwość czy namiętność, ale miłość jest suwerenna” [Sándor Márai, Księga ziół. Przeł. F. Netz].

   

21:02, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
 
1 , 2
Archiwum
Tagi